czwartek, 20 sierpnia 2015

Katarzyna Kołczewska "Wbrew sobie"



Wydawnictwo Prószyński i S-ka
data wydania 2015
stron 760
ISBN 978-83-8069-017-2

W morzu kłopotów

Jak łatwo w życiu się pogubić! Jak łatwo stracić grunt pod nogami! Jak łatwo nie docenić tego, co się ma! Życie to często gąszcz pułapek, konieczność niełatwych sytuacji, które niekiedy wydają się bez wyjścia. W dżungli życia bardzo łatwo zgubić tę właściwą ścieżkę, utracić swoją tożsamość, zapędzić się w ślepą uliczkę z której trudno zawrócić. I jakże łatwo się zgubić, a jakże trudno jest wrócić na prostą. 

O życiowych zawirowaniach pewnej kobiety i jej rodziny w bardzo piękny i dojrzały sposób napisała w swojej najnowszej książce Katarzyna Kołczewska, autorka, która w swoje fabuły lubi wplatać trudne i kontrowersyjne tematy, która nie boi się zagadnień tabu. 
Ewelina ma w życiu prawie wszystko. Mieszkanie, pieniądze, ciekawy fach w ręku - jest chirurgiem i ma wspaniałego, kochającego męża. Co jej brakuje do szczęścia? Dziecka! Ale i ono wreszcie zamieszkało pod jej sercem po latach starań i leczenia. I nagle radość zastępuje żałoba i rozpacz. Na standardowej wizycie okazuje się, że płód nie żyje, że serce dziecka już nie bije. Przyszłą mamę czeka poród martwego dzieciątka. To olbrzymie nieszczęście powoduje, że Ewelina topi się w oceanie rozpaczy. Nawet po roku nie jest w stanie się pozbierać. Wciąż żyje bólem i żalem, które przesłaniają jej cały świat, także jej małżeństwo, które zaczyna wisieć na włosku...
"Wbrew sobie" to książka doskonała. Wiem, że to bardzo mocne i zobowiązujące stwierdzenie, ale piszę je w zgodzie z własnym gustem i sumieniem oraz całą odpowiedzialnością. Po tę powieść sięgnęłam dzięki rekomendacji innej blogerki. Od samego początku wręcz zachłysnęłam się fabułą i z łatwością zagłębiłam się w losach Eweliny. Myślałam, że będzie to książka głównie o niej, ale szybko zostałam mile zaskoczona wejściem na pierwszy plan innych postaci. Każda z nich była w jakiś sposób z żoną Adama związana. Każda z nich wpadała w tarapaty. W życiu każdej z nich następowały trudne i bolesne chwile. Siostra Eweliny musiała zmagać się z poważną chorobą męża i trudnościami finansowymi, matka z kładącą się cieniem przeszłością i błędami w niej popełnionymi. Adam musiał pogodzić się ze stratą dziecka i porzuceniem przez żonę, Patrycja zaś musiała twardo stąpać po ziemi i rozpychać się łokciami o swoje. Życie nikogo z bohaterów zatem nie było usłane różami, wymagało podejmowania trudnych i czasem nieodwracalnych decyzji,  postępowania wbrew sobie. I właśnie dlatego o tej książce można powiedzieć, że ma w sobie więcej z  życia niż literackiej fikcji, więcej prawdy niż tego, co wypracowała wyobraźnia pisarki. Nie brakuje emocji, ba niekiedy jest ich tak dużo, że trudno złapać oddech, ciężko złapać dystans do cudzych problemów. Nie bardzo wiem dlaczego, ale ja tę powieść odebrałam bardzo osobiście. Niesamowicie szybko literackie, jakby nie było fikcyjne postacie wkradły się w moje życie i stały się namacalnie bliskie. Jak ktoś z realnego mi świata. Wiem, że przekroczyłam pewne granice, że zatopiłam się w rzeczywistości Eweliny zbyt mocno, wiem, że straciłam dystans dzięki czemu za mocno przeżyłam to, co działo się na kartach lektury. A działo się wiele. Poruszono temat niepłodności, opieki na osobami w ostatnim stadium życia, narkotyków, biznesu erotycznego, zdrady. Pani Kołczewska nie podzieliła swoich bohaterów na dobrych i złych. Nie wykreowała białych i czarnych charakterów. Słowami odmalowała wszelkie słabości ludzkiej natury, skłonność do popełniania błędów. 
Ta powieść zrobiła na mnie olbrzymie wrażenie. Żyłam nią przez kilka dni i mimo, że czytanie już za mną to jeszcze wracam do niej myślami. Jeszcze wspominam i przeżywam na nowo. To książka o miłości i nienawiści, o trudnych życiowych dylematach, o szukaniu i gubieniu samego siebie. I o tym, że szczęście z wybaczeniem idą w parze. To książka dojrzała, przemyślana, dopracowana, nietuzinkowa, chwytająca za serce. Wzruszająca do łez, wciskająca w fotel i zachęcająca do refleksji nad naszym postępowaniem wobec spraw najwyższej wagi. Trudno o niej zapomnieć, trudno przejść wobec niej obojętnie. To nie książka przeciętna, to lektura zdecydowanie wyjątkowa, która zasługuje na uznanie. Jest jak zawiła układanka, którą warto ułożyć. Sięgnijcie po nią jeśli lubicie książki doskonałe w swoim gatunku. 


środa, 19 sierpnia 2015

Weronika Wierzchowska "Ekstrakt z kwiatu orchidei"


Wydawnictwo Prószyński i S-ka
data wydania 2015
stron 376
ISBN 978-83-8069-032-5

Opowieść o zapachu orchidei i smaku życia

Na rynku księgarskim pojawia się każdego miesiąca kilkadziesiąt lektur zaliczanych do prozy dla kobiet. Są wśród nich książki lepsze i gorsze. Wiele z nich mało co różni się od siebie. Jak zatem znaleźć zajmującą i nietuzinkową lekturę ze świeżą, niepowieloną fabułą? Czasem warto zdać się na swoją intuicję. To ona właśnie podpowiedziała mi wybór kolejnej powieści Weroniki Wierzchowskiej, której tytuł jest niczym perfuma i nosi w sobie nazwę przepięknych kwiatów.
To historia trzech współczesnych kobiet, które łączy praca na rzecz rozwijającej się firmy produkującej kosmetyki do pielęgnacji twarzy i ciała. Beata i Aneta są siostrami. Obie wyszły za mąż i postanowiły założyć wspólny biznes, pracować na własny rachunek i stworzyć rodzinną firmę. Odremontowały fabrykę założoną ponad sto lat temu i zajęły się produkcją wszelakiej maści kremów i innych kosmetyków. Ważną osobą w ich zespole jest Dorota, która objęła stanowisko kierownicze. Panie niestety nie mają łatwego życia. Borykają się z kłopotami właściwymi dla biznesu we współczesnej Polsce, ale i nie mają słodko w życiu osobistym. Mąż Anety pracuje za granicą i staje się jej coraz bardziej obcy i daleki, a jej serce mocniej zaczyna bić na widok atrakcyjnego policjanta, prowadzącego dochodzenie w sprawie znalezionego w zamurowanym pomieszczeniu fabryki trupa. Beata zaś przyłapuje swojego ślubnego na zdradzie, w którą nie może uwierzyć. Dorotę nęka były partner, który okazał się niezrównoważonym egoistą i szaleńcem. To nie przeszkodziło mu omamić jej matkę. Każda z kobiet nie może sobie pozwolić na bierność, musi wziąć się z życiem i brutalnym losem za bary. Bo najlepsze, co możemy zrobić, gdy świat nam się wali, to wziąć sprawy w swoje ręce i walczyć, a nie się poddawać i pasywnie czekać na cud.
Ta powieść zafascynowała mnie od samego początku. Od razu odczułam lekkość pióra jej autorki. Wierzchowska pisze zabawnie, ale i bardzo realnie. Nie można jej zarzucić, że stworzona w książce rzeczywistość jest nieprawdziwa, nierealna i sztuczna. Najkrócej można ją określić jako samo życie, a przez to opisane bohaterki wydają nam się bliskie, zwyczajne i takie, które budzą sympatię. Łatwo je zrozumieć, łatwo je polubić, łatwo się z nimi utożsamić i wczuć w ich role. Mają troski podobne tym, jakie spotykają współczesne panie na każdym kroku. Połączenie obyczaju, romansu i wątku kryminalnego okazało się trafne i dobrze skrojone. I nie można zarzucić tej książce braku humoru, nie jest to sucha i nudna proza, ale powieść, przy lekturze której można często się uśmiechnąć. Książka ukazuje kulisy świata branży kosmetycznej, a ten temat jest autorce doskonale znany w związku z czym pisze o nim fachowo i skrupulatnie odsłaniając jego sekrety i niedociągnięcia.
Wierzchowska ciekawie nakreśliła losy swoich bohaterek, sprytnie je wykreowała. Dobrze też odmalowała współczesny świat, w którym prawda bywa towarem niekiedy bardzo deficytowym. Z książki płynie też przesłanie, że kobiety to wcale nie taka słaba płeć jak mawiają. Nie można też nie docenić siły kobiecej przyjaźni, która gdy zajdzie potrzeba ma niespożyte siły i jest w stanie niejedne góry przenieść.
Idealna lektura na relaks, książka, która rozbawi i rozśmieszy, ale i powoli docenić drzemiący w każdej z nas potencjał.


Unboxing urodzinowy

wtorek, 18 sierpnia 2015

Monika Nowicka "Kenia widziana moimi oczami"


Wydawnictwo Novae Res
data wydania 2015
stron 224
ISBN  978-83-7942-764-2

Kenia, ta prawdziwa Kenia!

Czarny Ląd fascynuje mnie od dawna. Wszelkie książki podróżnicze związane z Afryką pochłaniam zachłannie i z wielką przyjemnością. W towarzystwie Moniki Nowickiej zajrzałam do Kenii. I była to naprawdę niesamowita przygoda, naprawdę wyjątkowa podróż z książką w ręce. Stało się tak z dwóch powodów. Po pierwsze Autorka włożyła w swoją relacje ogrom emocji, naturalność i swoje ekspresyjne przeżycia. Po drugie znalazłam się nie tylko w tej Kenii, którą pokazują zdjęcia katalogów biur podróży, ale i w tych miejscach, które turyści omijają szerokim łukiem. Znalazłam się w tej zwyczajnej Kenii, dopiero której  poznanie daje prawdziwy obraz państwa ze stolicą w Nairobi.

Monika Nowicka z wykształcenia jest prawnikiem, podróże są jej pasją. Jest autorką bloga podróżniczego i kocha Kenię bardzo mocno. Ba, jest w niej jak sama mówi szaleńczo zakochana. Była w niej kilkakrotnie i jestem przekonana, że odwiedzi ją jeszcze nie raz. W Kenii czuje się jak w domu. Z uśmiechem na twarzy znosi gorący klimat i wszelkie niewygody. Kenia jest jej rajem i opoką, jest jej miejscem na Ziemi. W swojej książce chce pokazać prawdziwe oblicze afrykańskiego raju, jego blaski i cienie, chce podzielić się z czytelnikiem swoimi wrażeniami, tym, czego tam doświadczyła, wnioskami do jakich tam doszła. A Kenia zmieniła ją w sposób trwały i korzystny. Te wyprawy pozwoliły bowiem jej dostrzec wiele spraw, wiele aspektów, o których my wygodni i przyzwyczajeni do luksusu Europejczycy zapomnieliśmy. I wiele na tej amnezji tracimy. 
Czytając będziemy na safari, podejrzymy mieszkańców sawanny nocą i dniem, ale i zajrzymy do małej wioski, w której toczy się zwyczajne życie, a osoba o białym kolorze skóry jest gościem niecodziennym i wyjątkowym, zobaczymy ciekawe wysepki i miasta, targi i hoteliki, przepłyniemy się łodzią, zajrzymy do kenijskiej szkoły, doświadczymy klimatu miejscowej dyskoteki, restauracji, lotniska. Doświadczymy podróży różnymi środkami komunikacji i nasze oczy nasyci mnóstwo zdjęć zrobionych przez autorkę w czasie podróży. 
Ta książka to coś więcej niż tylko opis wspaniałych miejsc na Czarnym Lądzie. To także garść refleksji, przemyśleń Pani Moniki którymi dzieli się z swoimi czytelnikami. I to również mnie w tej książce bardzo ujęło i uświadomiło, że podróże to nie tylko uczta dla oczu, ale i głębin duszy, że podróże nie tylko kształcą, ale i uwrażliwiają i sprawiają, że jesteśmy życiowo mądrzejsi, dojrzalsi i bardziej potrafimy docenić to, co daje nam los.


sobota, 8 sierpnia 2015

Magdalena Kordel "Uroczysko"


Wydawnictwo Znak
data wydania II poprawionego 16 lipca 2015
stron 384
ISBN 978-83-240-3871-8
cykl Uroczysko

Wszystko, co nas w życiu spotyka, ma swój cel

Tego lata zajrzałam do Uroczyska. I strasznie mi się tam podobało. Bo ja lubię góry i takie klimatyczne miejsca jak to, gdzie mogę spotkać tak sympatyczne postacie. I jeszcze jako bonus naładować się pozytywną energią, której moim zdaniem nigdy nie za wiele i której nie można przedawkować. 
Tytuł recenzji to świetna sentencja do dłuższego przemyślenia. Wiadomo, w życiu spotykają nas miłe chwile, cudowne niespodzianki, ale i bolesne przeżycia czy tragedie. Bywa, że nasz świat wali się niczym domek z kart i wszystko trzeba sobie układać od nowa. Nawet, gdy jesteśmy obolali i mamy świeżutkie rany. Los czasem bywa totalnie bezlitosny. A potem, po upływie jakiegoś czasu nagle, gdy spojrzymy wstecz widzimy, że to co przeżyliśmy nie było takie beznadziejne lub było potrzebne, by docenić to, co mamy, ewentualnie wyplątać nas z toksycznego dla nas towarzystwa, związku czy układu.
 
Świat Majki, głównej bohaterki powieści rozpada się w krótkim czasie. Najpierw okazuje się, że mąż Igor ją zdradza i prowadzi podwójne życie. Potem wychodzi na światło dzienne, że ten drań zaciąga za plecami żony jeszcze ogromne długi wskutek czego Majka wraz z nastoletnią córką Marysią nie mają gdzie mieszkać, bo dom ma być zajęty przez komornika. Zszokowana matka i zdradzona żona postanawia wyjechać by ochłonąć i przemyśleć, co dalej. Wyjazd do odziedziczonego przez jej rodziców domu zmienia diametralnie jej życia. Właśnie tam Majka wpada na kapitalny pomysł jak zbudować swój świat od nowa. Postanawia przeprowadzić się do Malowniczego, uroczej miejscowości u podnóża Sudetów i z dala od poprzedniego życia być szczęśliwa...

Pierwsze wydanie tej powieści miało miejsce w 2010 roku. Wydanie drugie jest poprawione. Książka jest idealną lekturą na lato, urlop, chandrę, na czas choroby i lekarstwem na wszelkie smutki tego świata. Ta powieść wręcz tryska humorem, a jej nastrój błyskawicznie udziela się czytelnikom. "Uroczysko" napisane jest lekko, odbiera się je bardzo przyjemnie. To książka, która poprawi humor nawet największym malkontentom i powinna być polecana wraz z melisą na wszelkie stresy i doły. Lektura ma bowiem w sobie ważny przekaz. Nie warto wpadać w rozpacz, choćby wokół się waliło i paliło. Choćby w życiu trwała najgorsza i najbardziej długotrwała burza. Trzeba marzyć i te marzenia spełniać. To czasem wymaga zaparcia się w sobie, wzięcia się w garść nawet gdy wiatr wieje w oczy. Tak jak Majka trzeba ponieść się z kolan. I dobrze rozejrzeć się dookoła, bo tylko wtedy dojrzymy pomocne dłonie przyjaciół i tych, co nam dobrze życzą i trzymają za nas kciuki. Po porażce nawet tej największej można ponownie odnaleźć szczęście i spełnienie. A każde trudne doświadczenie czegoś na uczy, uodparnia nas na ciosy od losu, sprawia, że stajemy się mądrzejsi mądrością, której w szkołach nie uczą. Majka niech będzie wzorem dla tych, co im w życiu trudno. Na jej przykładzie można stwierdzić, że czasem warto w życiu zaryzykować, rzucić się na głęboką wodę, postawić wszystko na jedną kartę, spełnić spontaniczne marzenie. Nie można trwać w rozpaczy i zbyt łatwo się poddawać. Ta powieść wciąga i inspiruje, zachęca do zmian, do spróbowania w życiu chleba nie tylko z tego znanego nam już pieca. Ta książka dodaje skrzydeł, unosi na skrzydłach nadziei na lepsze jutro.  Jej atutami są: dynamiczna akcja, błyskotliwe dialogi, ciekawa narracja, duża doza humoru i niepowtarzalny klimat. Magdalena Kordel pisze lekko, a z każdej strony bije jej talent do konstruowania wspaniałych powieści dla kobiet w każdym wieku. Tę i inne książki tej pisarki z całego serca polecam.

piątek, 7 sierpnia 2015

Jolanta Kosowska "Nie ma nieba"


Wydawnictwo Novae Res
data wydania 6 sierpnia 2015
stron 292
ISBN 78-83-7942-845-8


Lekarz - zawód czy powołanie?

Choroby są niestety wpisane w ludzkie życie. Każdy z nas przeżywa chwile, gdy nasze zdrowie niedomaga. Potrzebny jest nam wtedy lekarz, by szybko i sprawnie pomóc nam wrócić do zdrowia. Tylko czasem nie mamy szczęścia i trafiamy na miernego medyka i nietrafione diagnozy. Co zatem powinno cechować wybitnego specjalistę? Z pewnością musi on skończyć studia z dobrym wynikiem, stale poszerzać swoją wiedzę, być miły i taktowny, kulturalny i ciepły. Wielu z nas wymaga by miał do pacjentów indywidualne podejście. Czy ten ostatni wymóg jest słuszny? Czy można każdego chorego traktować jak kogoś bliskiego? I wreszcie czy praca lekarza to zawód jak każdy inny czy może raczej powołanie równe kapłańskiemu czy zakonnemu? Wielu z nas lekarzy widzi jako świętych lub pazerne na pieniądze sępy. A jak wygląda ta profesja z drugiej strony, od kulis, z relacji samych medyków? Mogłam ją poznać dzięki lekturze najnowszej powieści Jolanty Kosowskiej – pisarki, która jest zarazem specjalistką w trzech dziedzinach medycyny. Książka o dość prowokacyjnym tytule „Nie ma nieba” okazała się lekturą na wyraz wyborną, w której zatopiłam się bez reszty i która zasługuje na bardzo wysoką ocenę.
Jej bohaterami są i lekarze, i pacjenci oraz ich wzajemne relacje. Małgosia i Maciej znają się ze studiów medycznych. Tworzą związek zgodny i kochający. Wydawało się, że wspólny zawód i pasje złączą ich na dobre i złe do grobowej deski. A jednak tak się nie stało. Ich miłość skruszała, a każde poszło własną drogą. Maciej stracił nie tylko ukochaną kobietę, ale i doszedł do wniosku, że nie chce być lekarzem. Przekonał się, że ta praca zbyt wiele od niego wymaga, zbyt mocno wyczerpuje, zbyt głęboko wchodzi w jego życie z butami. Zajął się zawodowo czymś zupełnie innym, ale na jego życiowej drodze stanęły osoby, które zdecydowały się zmienić jego życie zarówno osobiste, jak i zawodowe...
„Nie ma nieba” to lektura, którą odebrałam bardzo osobiście choć nie mam wykształcenia medycznego. Czytałam ją z niesłabnącym zainteresowaniem i sporym wzruszeniem. Spojrzałam na misję lekarzy z tej innej, nam pacjentom obcej strony. Zrozumiałam, że czasem za zasłoną obojętności nie kryje się bezosobowy stosunek i traktowanie człowieka jak przedmiot a racjonalne podejście do życia i jego bolączek. Ta powieść uświadomiła mi kruchość ludzkiego życia, ograniczone mimo postępu technicznego możliwości medycyny. To też piękna historia dwojga ludzi, którzy w labiryncie życia gubią się i tracą to, co można od losu dostać najwspanialszego – miłość.
„Nie ma nieba” to niesamowicie realna i romantyczna, choć bez literackiej słodyczy, opowieść o uczuciu, które rodzi się, dojrzewa i częściowo wypala, by próbować się odrodzić mimo trudnych okoliczności. Akcja książki jest bardzo dynamiczna, zaplątana i nie dająca się przewidzieć. Z tej lektury bije też szczerość i osobisty stosunek autorki do poruszanych tematów. A trzeba przyznać, że są one bardzo trudne, niekiedy są to sprawy tabu, o których chętniej myślą filozofowie niż otwarcie rozmawiają przeciętni ludzie. To nie jest lektura skierowana tylko do kobiet, to nie jest książka dedykowana tylko jakiejś grupie wiekowej. Moim zdaniem jest ona bardzo uniwersalna i warto, by przeczytało ją jak najliczniejsze grono czytelników. Dlaczego? Bo zawiera w sobie ważne prawdy, których odkrycie pozwoli nam być bardziej wrażliwymi, empatycznymi i serdecznymi ludźmi. Bo uruchomi w nas może nieco okurzone przez współczesny świat pokłady człowieczeństwa, których niekiedy bardzo nam brakuje.

wtorek, 4 sierpnia 2015

Jessica Sorensen "Przypadki Callie i Kaydena'


Wydawnictwo Zysk i S-ka
data wydania 2015
stron 368
ISBN 978-83-7785-696-3

Odnaleźć święty spokój

Z racji, że często czytam i sugeruję się opiniami blogerów postanowiłam, że przeczytam powieść Sorensen. Okładka szeptała, że pewnie będzie to romans z nastolatkami w roli głównej i taka myśl zagościła szybko w mojej głowie, ale tym, którzy tak myślą powiem krótko, że to nie taka książka. To bardziej dramat niż romans, choć miłość jest tu balsamem na zranioną duszę, lekarstwem na całe zło, które spotyka parę głównych bohaterów. 
 
Kayden i Callie mieszkają w jednej miejscowości i chodzą do jednej szkoły. Znają się bardziej z widzenia niż przyjaźnią. Czeka ich wyjazd na studia, ale nim to następuje pewnego późnego wieczoru w trakcie imprezy w domu chłopca dochodzi do pewnego bolesnego i tragicznego zdarzenia. Właściwie to zło dzieje się po raz kolejny, ale tym razem będąca jego świadkiem Callie postanawia zmienić bieg rzeczy i pomóc Kaydenowi. Para spotyka się na studiach. Oboje mieszkają na terenie jednego kampusu, a ich serca zaczynają cieplej bić wspólnym rytmem. Tylko na drodze  wzajemnych relacji i rodzącego się uczucia stoi pewna dziewczyna i bolesne przeżycia z przeszłości. Bo i Callie i Kayden przeżyli już swoje traumy i muszą pokonać pewne przeszkody by stać się szczęśliwymi ludźmi na dalsze lata życia. Walka ze złem okazuje się trudna, ale miłość i przyjaźń mają ogromną moc i mogą pomóc odnaleźć drogę do szczęścia...

W tę powieść dość trudno było mi się wczuć. Do mniej więcej 150 strony nie bardzo ją czułam i wydawała mi się taka przeciętna. Zastanawiałam się, co tak podoba się w niej innym, aż tu nagle coś zaiskrzyło i książka wciągnęła mnie po same uszy. Zrozumiałam błyskawicznie przesłanie autorki i zachwytom nie było końca. Tak naprawdę, to nie jest to romans, gdzie czytelnik śledzi randki bohaterów, ich ochy i achy na ukochaną osobą, a książka mówiąca o sile uczucia, o jego mocy. Gdyby nie Callie Kayden nadal żyłby po presją ojca-psychopaty i pozwalał sobie na robienie krzywdy. Gdyby nie uczucie do Kaydena Callie nadal żyłaby w skorupie jaka otoczyła ją i odgrodziła od świata w jej dwunaste urodziny. Uczucie okazało się w przypadku obojga katalizatorem do zmian, do walki o szczęście. I właśnie ta przemiana okazała się istotą tej lektury, która wcale nie jest łatwa i przyjemna. Jest trudna, bolesna, ale bardzo cenna i warta przeczytania. Ta książka  mnie od pewnego momentu zahipnotyzowała, a umysł w miarę czytania domagał się pełnego zaspokojenia mojej ogromnej ciekawości jak wszystko się zakończy i potoczy. Zakończenie wręcz mnie zdenerwowało. Okazało się otwarte, niedopowiedziane i pełne niespodzianek. Napięcie trzymało do samego końca, który nie dał mi wymaganych wyjaśnień. Ale ta książka to I tom cyklu The Coincidence. Nie pozostaje mi zatem nic innego jak czekanie na tom II.
Tę powieść z serca polecam, choć dodam, że to wymagająca lektura i szukającym tylko rozrywki z książką w ręku może się nie spodobać.


piątek, 31 lipca 2015

"Łapacz snów. Relaksująca kolorowanka dla dorosłych."

 
 
 Wydawnictwo Pascal
data wydania 2015
stron 104
ISBN 978-83-7642-555-9

Już się nie stresuję, bo koloruję. 

Tak jak w dzieciństwie, tak jak wtedy, gdy nosiłam kucyki. Tak samo koloruję, choć mam dużo więcej lat. I przynosi mi to taką samą radość jak kiedyś. Ale i coś jeszcze - zapominam o Bożym świecie, o stresie, o wszystkim dookoła. Liczą się tylko kredki i obrazek, a oto moje efekty:


A to już efekt finałowy! Wow to były piękne chwile, przede mną kolejne obrazki!


czwartek, 30 lipca 2015

Mila Rudnik "Miłość przychodzi z deszczem"


Wydawnictwo Prószyński i S-ka
data wydania 2015
stron 280
ISBN 978-83-8069-036-3

W labiryncie kłamstw łatwo zbłądzić

Kłamstwo ponoć ma krótkie nogi. Kłamstwo jest jak narkotyk. Najtrudniej kłamać pierwszy raz. Pierwsze kłamstwo jest jak mały kamyczek. O ile pójdziemy jego drogą okaże się, że ten kamyczek ma potężną moc i ruszy prawdziwą lawinę. I z każdą chwilą będzie coraz trudniej wrócić na drogę prawdy, aż wreszcie stanie się to niemożliwe. Czy zatem warto kłamać? Ponoć czasem to wyższa konieczność, a my kłamiemy dla dobra ważnej sprawy i łatwo zaczynamy się przed sobą usprawiedliwiać. Ale czy są rzeczy, w imię których można dopuścić się łgania i całkowicie się rozgrzeszyć? A może jednak najgorsza prawda jest lepsza niż najlepsze kłamstwo?
W fabułę debiutanckiej powieści Mili Rudnik wplecione jest kłamstwo. Ono jest siłą napędową całej książki, ono jest przyczyną, która burzy spokój i niszczy rodzinę. Czy było warto posuwać się do tego zabiegu w imię wyższej konieczności? Marcin i Marek to bracia. Jednojajowi bliźniacy. Identyczni w każdym calu. Niesamowicie podobni do siebie. Mający identyczne rysy twarzy, sylwetki, ba nawet te same blizny. Marcin jest żonaty, Marek wolny. Marcin pragnie zostać ojcem, ale okazuje się to niemożliwe. W głowie zrozpaczonego mężczyzny rodzi się pewien pomysł. Idea z piekła rodem, szalona myśl, która go opętuje i ma zarazem rozwiązać jego małżeńskie problemy oraz dać życie dziecku. By spełnić swoje marzenie Marcin posuwa się do szantażu, aż w końcu dopina swego. Jednak w tym miejscu, gdzie miała rozpocząć się bajka jest początek koszmaru. Na niebo rodziny Marka i Marcina nadciągają gęste, czarne chmury. Kroi się potężna burza, długa i brzemienna w skutkach nawałnica...
Ta opowieść to nie słodka książka o kochającej się i zgodnej rodzinie. To historia bardzo dramatyczna, pełna wielu zwrotów akcji, które mocno zaskakują, a bohaterom coraz bardziej komplikują życie. Słodko i ckliwie jest tylko na początku, po kilku stronach bracia rozpętują piekło na własne życzenie. Wydaje się, że oboje chcą dobrze, ale szybko wszystko wymyka się spod kontroli i jest zdecydowanie inne niż miało być. Chcieli dobrze, ale w kręgosłupie moralnym jak się okazuje nie ma dróg na skróty. Lepiej jest się zmierzyć z brutalną prawdą niż kombinować jak oszukać los, jak z niego zakpić. Cena jaką płaci cała rodzina Marka i Marcina jest okrutna. Każdego boli, choć nie wszyscy mają pojęcie o tym, co spowodowało lawinę nieszczęść. Można gdybać, można roztrząsać co by się stało a co nie, gdyby Marek spełnił prośbę brata i miał siłę unieść całe brzemię swoich czynów, ale ja jestem pewna, że jednak ten krzyż przekroczyłby ludzkie możliwości. Książka robi olbrzymie wrażenie i przez całą lekturę towarzyszą czytelnikom bardzo spore emocje. Aż kusi, by raz po raz osądzać bohaterów, być bogiem i ciskać gromy, upominać, ganić. Nie brak również momentów, gdy wprost namacalnie się czuje, że postacie z powieści zabrnęły w ślepy zaułek, z którego już nie ma wyjścia i możliwości wyprowadzenia spraw na prostą.
„Miłość przychodzi z deszczem” to wspaniały, dojrzały i dopracowany debiut, godny uznania i docenienia. Akcja toczy się w dwóch przestrzeniach czasowych, jest dynamiczna i pełna wielu niespodzianek. Fabuła jest nieprzewidywalna, zagmatwana i świetnie nakreślona. A wymyślone w głowie pisarki postacie są niezwykle realne, niekiedy zagubione i bezbronne, postawione przez los pod ścianą.
Ta lektura to dzieło pełne tajemnic, które doskonale pokazuje zawiłości ludzkiej duszy, niedoskonałości naszej psychiki, która w imię spełnienia marzeń stających się obsesją prowadzi nas ku destrukcji i zgubie. Książka uczy pokory i niesie przesłanie, by niekiedy mocno zastanowić się na podejmowanymi przez nas decyzjami, bo błędy mogą nas kosztować fortunę i być nieodwracalne. Gorąco polecam nawet najwybredniejszym miłośnikom gatunku książek obyczajowych pełnych rodzinnych tajemnic i sekretów.

poniedziałek, 27 lipca 2015

Paulina Wnuk-Crepy "Mój Paryż moja miłość"


Wydawnictwo Pascal
data wydania 2015
stron 304
ISBN 979-83-7642-544-3

Blaski i odblaski paryskiego życia

Paryż - miasto legenda. Ma tak wiele symboli, że gdy zacznę je wyliczać zrobi się wręcz litania. Paryż - miasto słynne z zabytków, muzeów, dzieł sztuki, pewnych pól i pewnej wieży, pewnej katedry i Sekwany. To tu pracuje niezliczona ilość kawiarenek, barów, restauracji serwując przepyszne dania kuchni francuskiej, ale i nie będzie trudnością znalezienie lokalu serwującego kuchnię regionalną innego kraju położonego gdziekolwiek na świecie. Paryż to wreszcie stolica mody, pokazy, wybiegi, słynni projektanci i topowe modelki. Wystarczy, bo i tak nie wyliczę wszystkiego, co Paryżowi bliskie. 

O tym mieście wydano wiele książek. Tu rozgrywa się ich fabuła, nie brak także przewodników opisujących paryskie atrakcje. Ale tym razem zaproponuję Wam publikacje całkiem inną. Jedyną w swoim rodzaju. Paryż oczami Polki, która stała się Paryżanką. Do stolicy Francji przyjechała jako nastolatka, mając niewiele w portfelu, wielkie marzenia i śliczną buzię oraz piękną figurę. Została modelką i zrobiła karierę w modelingu. W Paryżu odnalazła też miłość swojego życia. Mężczyznę, którego poślubiła i z którym zamieszkała pod paryskim niebem, gdzie została mamą. 
Zatem Paryż opisuje oczami osoby, która nie jest turystką, a musi w tym mieście żyć, pracować, odpoczywać, robić zakupy, mieszkać. Ta lektura to zatem i przewodnik i poradnik w jednym. Subiektywny, obfitujący w moc paryskich sekretów i tajemnic, odsłaniający prawdziwe oblicze miasta, które składając się z dwudziestu dzielnic niejedno ma imię. Bo Paryż to nie tylko te widoki, które znajdziemy na pocztówkach.

Życie w Paryżu jest specyficzne, ma swoje plusy i minusy. Francja, choć zbyt mocno nie różni się od innych państw Europy kulturowo jest wyjątkowa i czasem bardzo zaskakuje. A jednak jak Paulina Wnuk-Crepy można się w Paryżu zakochać, przeżyć nim fascynację, a potem potraktować jak miejsce gdzie zapuściły się nasze korzenie. 
Pani Paulina kreśli słowa lekko, ciekawie i z humorem. W zabawnej formie pisze o bardzo różnych sprawach: i tych poważnych i tych zwyczajnych. Pokazuje paryskie codzienne życie, jego plusy i minusy. Pisze o modzie, charakteryzuje zalety i przywary Paryżan, ciekawych aczkolwiek mało znanych miejscach w stolicy nad Sekwaną. Opisuje paryskie macierzyństwo i to, co z dziećmi związane, pokazuje mroczne i niezbyt przyjazne zakątki miasta. I robi to z urokiem, czarem i powabem. Lekturę czyta się przyjemnie a temat jest pokazany w niej w sposób wyczerpujący i przejrzysty. Zatem w towarzystwie Pani Pauliny zapraszam do Paryża.

niedziela, 26 lipca 2015

Natasza Socha "Rosół z kury domowej"


Wydawnictwo Pascal
data wydania 2015
stron 320
ISBN 978-83-7642-558-0

I kury mogą latać, nawet te domowe!

 Kura domowa to określenie dla mnie niestety lekko obraźliwe. Bo przyrównuje kobietę do istoty cechującej się małą inteligencją. Kurą domową nie zawsze zostaje się z wyboru, czasem jest to życiowa konieczność, czasem przymus. 

Książka o której Wam dziś napiszę opowiada o kobiecie, która nie pracowała, choć zdobyła ciekawy zawód i zajmowała się tylko i wyłącznie domem. W tym, co z domowym ogniskiem związane stała się perfekcjonistką. Była znakomitą kucharką, sprzątaczką, organizatorką, praczką, ogrodniczką itd. , itp. A mąż po wielu latach związku choć obiecywał  miłość i wierność po grób odpłacił jej zdradą. Zafascynował się inną kobietą i zażądał rozwodu. Viktora załamana zdecydowała, że wyjeżdża do rodziny poza granice Polski i tam może jakoś dojdzie do siebie, weźmie się w garść i ułoży sobie byt od nowa. Uda się jej? To właśnie istota tej powieści, to główny temat, który przedstawiony jest w sposób bardzo oryginalny, nietuzinkowy, nieco przerysowany, nieco prowokujący, ale i nie pozbawiony realności.

Nie policzę ile razy, ale z pewnością było ich bardzo wiele w trakcie lektury sobie pod nosem gaworzyłam, dopowiadałam, bulwersowałam się, ale i śmiałam się czy odczuwałam coś, co niektórzy określają mianem solidarności jajników. Bo miałam okazję być i kurą domową i kobietą pracującą, ale tak brzydko to aż mi w życiu nie było. Viktora w Niemczech poznaje inne kobiety będące w podobnej jak ona sytuacji. Zaprzyjaźnia się i nagle rośnie w siłę. Kobieca przyjaźń dodaje skrzydeł i potwierdza się maksyma, że razem lepiej i raźniej, ale czy każda kura domowa musi być partnerką nieszczęśliwą? Czy zajmowanie się domem od razu przekreśla nas stuprocentowo w oczach małżonka? Te właśnie myśli krążyły w mojej głowie i w trakcie czytania i po lekturze. Bo przecież są panie domu szczęśliwe i spełnione! I tu doszłam do wniosku, że kobiety po części są same sobie winne. Bo niekiedy dają  się zepchnąć na margines, postawić do kąta i cichutko, dla świętego spokoju sobie wegetują. A to już nasz, babski błąd. 

Szczerze biorąc się za czytanie liczyłam na lekką i przyjemną lekturę, dostałam książkę która mnie pogrążyła w myślach nad istotą prowadzenia domu, poświęcenia się na rzecz rodziny, a wreszcie istotą związku z mężczyzną. Długo biłam się z myślami, analizowałam co ja zrobiłabym na miejscu Viktori czy Leii czy Mary. Refleksji nie brakowało, myśli nachodziły różne i wzajem się sobie przeciwstawiały. W końcu po kilku dniach doszłam do wniosku, że autorka proponuje świetną receptę na udany związek i to bez względu na to, czy siedzimy w domowych pieleszach czy pracujemy zawodowo i opiekujemy się domem. Każda z nas, choćby zakochana po uszy musi mieć własne życie, zainteresowania, sprawy, krąg przyjaciół, hobby. Nie można żyć życiem i pracą męża, bo prędzej czy później jego cień nas przysłoni. Nie możemy dać wejść naszej rodzinie na głowę i sprowadzić się do roli służącej. Trzeba umieć walczyć o swoje i być asertywną. Przykład kobiet opisanych w książce niech będzie dla nas ostrzeżeniem, że w pewien sposób dążymy do własnego unicestwienia same. Bardzo podobała mi się przemiana bohaterek, ich odżywanie, ich odkrywanie własnego ja, odszukiwanie samej siebie. I byłam dumna ze zmiany ich światopoglądu, z odkrywania własnych potrzeb i marzeń. Natasza Socha świetnie pokazuje jak wspólnie możemy dodać sobie odwagi, wiary w siebie, siły do zmagań z życiowymi przeszkodami. Nigdy nie jest za późno! Pamiętajcie nigdy! 

To inna książka niż "Macocha", którą kiedyś czytałam. To powieść odważna, z przesłaniem i puentą. To nie tylko czytadło do poduszki, na wakacje czy podróż. To lektura do przemyślenia, zmuszająca do zastanowienia się nad swoim życiem. Owszem, nie raz szokuje, ale dopiero po przeczytaniu ostatniego zdania radzę ją oceniać. Wtedy dopiero widać cały jej kunszt, mocniejsze i słabsze strony. Ciekawe ujęcie tematu, dobry warsztat pisarski. To książka warta poznania, choć ma i pewne usterki. Bo nie wszystkie kury domowe są zdradzane i niekochane przez ich drugie połowy, bo nie zawsze jest tak źle i smutno!

środa, 22 lipca 2015

Igor Sokołowski "Spokojnie. To tylko Rosja"


Wydawnictwo MG
data wydania 2015
stron 288
ISBN 978-83-7779-276-6

Rosja to nie jest zwykły kraj!

Jeśli Rosja nie jest zwykłym krajem, to czym jest?

 Według Autorka "Rosja to żywioł, stan umysłu i ducha, olbrzymia potęga pełna słabości, przekleństwo historyczne i szaleństwo w jednym" (str. 284). I w tym momencie, po jednym zdaniu, które pada pod sam koniec książki już widać jej geniusz. Bo to naprawdę genialna książka którą w skali portalu Lubimy Czytać oceniłam najwyżej jak mogłam. 10/10 i ta ocena jest w pełni zasłużona. Dałam się uwieść tej rosyjskiej podróży w towarzystwie Pana Igora - duszy mi bardzo bratniej, bo ja też kocham kraj carów. Moja miłość narodziła się, gdy miałam 12 lat i zaczęłam obowiązkową naukę języka rosyjskiego, a że moja Pani nauczycielka umiała pokazać czar Kraju Rad uczucie fascynacji wybuchło gwałtownie i trwa do dziś. Dlatego obraz Rosji ukazany w publikacji chłonęłam z zachwytem i uwielbieniem dla pióra Sokołowskiego. Aby napisać dobry reportaż trzeba nie tylko mieć talent i odpowiednie pióro, ale trzeba w pisane słowa włożyć serce a temat potraktować z pasją. Tenże temat musi Autora omamić, zauroczyć, by czytelnik mógł orzec doskonałe dzieło. I to wszystko miało miejsce w trakcie czytania tej wspaniałej książki, która traktuje o Rosji.

 Rosji, która wciąż się zmienia, wciąż ewoluuje, wciąż przeżywa wzloty i upadki. Niewątpliwie jest mocarstwem i jej politycy podejmują nietuzinkowe działania. Ale przecież Rosja to ludzie, to miejsca, to zabytki, to historia - to też kultura i sztuka. I to wszystko ma swoje miejsce w reportażach Sokołowskiego. On nie szuka tylko tych słynnych miejsc, ale podróżuje i do zakątków, gdzie diabeł mówi dobranoc, gdzie żyją ludzie zwyczajni. Gdzie jest bieda, bezrobocie, patologie, gdzie toczy się rosyjskie vita, które wcale nie jest dolce. Pan Igor ma wybitne oko i dostrzega wszystko, co warte uwagi. Obserwuje, degustuje, smakuje, dotyka a potem dzieli się swoimi wrażeniami. Bywa zachwycony, ale i krytyczny. Chwali i gani. Chce za wszelką cenę pokazać prawdziwe oblicze kraju Putina, nie tylko to jakie próbują lansować ichnie media. Ale i też nie to, które obrośnięte gąszczem stereotypów funkcjonuje w Zachodniej Europie. Rosja ma tak wiele twarzy, że gdy nałożą się one na siebie obraz staje się nieczytelny, a rysy zatarte. Sokołowski jeździ i czyni wszystko, by ten obraz wyostrzyć i pokazać. Spotyka na swojej drodze przeróżnych ludzi, mniej lub bardziej życzliwych. Chętnie wchodzi z nimi w pogawędki, rozmawia, zaciekawiony pyta choć czasem nie uzyskuje odpowiedzi. A wszystko opisuje w rewelacyjny, w mistrzowski sposób. Efekt to książka idealna, wybitna, wspaniała, arcydzieło w swoim gatunku. Książka po którą sięgnęłam zachłannie i którą czytałam wolno i długo. Po co? By się nią delektować, by przeżyć ją, by raczyć się jej geniuszem. Niestety, nadszedł jej koniec, a ja chciałabym by ona końca nie miała. By wciąż był środek i kolejne miejsca do odkrycia, kolejni ludzie do poznania, kolejne ciekawostki do przyswojenia.
Nie pozostaje mi nic innego jak zachęcać, by ta lektura Was nie ominęła zwłaszcza, gdy doceniacie reportaże i interesujecie się Rosją.

piątek, 17 lipca 2015

Katarzyna Michalak "Nie oddam dzieci"


Wydawnictwo Literackie
data wydania 2015
stron  250
ISBN 978-83-0805-529-8

Tato, walcz o nas!

Katarzyna Michalak to znana i lubiana pisarka, która gdy chwyci za pióro potrafi stworzyć i świetną książkę obyczajową, i doskonały romans lub erotyk, mocny dramat lub coś w gatunku fantasy. Jej najnowsza powieść to książka, którą mnie osobiście autorka bardzo mocno zachwyciła. „Nie oddam dzieci” wydawca rekomenduje jako najmocniejszą w dorobku Michalak. Zgodzę się z tym zdaniem, bo zostałam poruszona do głębi, płakałam jak bóbr, spadł na mnie deszcz emocji i była to bardzo mocna ulewa. A książki tej nie zapomnę do końca życia, bo takich historii się nigdy nie zapomina.
Wystarczy chwila, by zniszczyć rodzinę, by zburzyć szczęście kilku osób, by posłać je na dno rozpaczy. Wystarczy wsiąść za kierownicę pod wpływem i totalnie zgłupieć. A potem nie można cofnąć czasu, naprawić błędów, zostaje tylko zmarnowane życie, a los choć nierychliwy potrafi być sprawiedliwy.
Michał Sokołowski ma żonę i troje dzieci. Wkrótce narodzi się czwarte. Rodzina może nie jest idealna, ale w dzisiejszych czasach mężczyzna chcąc zarobić na godziwe życie musi sporo pracować. I tak pewnego dnia Michał zgadza się na dyżur kosztem wieczoru na łonie rodziny, kosztem spóźnienia się na urodziny synka. Jego żona Marta wszystko bierze na swoje barki. Kobieta nie przewiduje, że jadąc do domu spotka na drodze zabójcę za kółkiem i umrze wraz ze swoim dzieckiem. Wypadek jest początkiem tragedii, która rozbija rodzinę, czyni dzieci sierotami, męża oszalałym z rozpaczy wdowcem. I nic potem już nie jest takie jak przed tragiczną kraksą. A wszystko przez ludzką głupotę, brak odpowiedzialności i używki...
Michał Sokołowski znany i szanowany lekarz, kochający tata, dobry syn za sprawą nieszczęścia zmienia się nie do poznania. Staje się współczesnym Hiobem. Spada na niego istna lawina nieszczęść. Nie dość że musi pogodzić się ze stratą musi walczyć. Niestety mężczyzna nie potrafi się podnieść po ciosie, szaleje z rozpaczy, chwyta po alkohol, staje się agresywny. Na swoje usprawiedliwienie może mieć prawdziwy dopust boży i brak odpowiedniej reakcji osób ze swojego otoczenia. Zrozpaczona teściowa wini za dramat jego, w porę nie pomaga mu psycholog, a on sam obarcza się odpowiedzialnością za nieszczęście. Gdy przyjrzeć się jego postaci łatwo dojść do wniosku, że człowiek nawet najbardziej szlachetny i prawy pod brzemieniem bólu może zmienić się nie do poznania. Pisarka rysuje sylwetkę Sokołowskiego mocno i tragicznie aż do bólu. Być może przerysowuje ją nieco, ale bardzo wyraziście odsłania wrażliwość ludzkiej duszy, słabość wobec wyroków losu, który w tym wypadku był wyjątkowo okrutny. Postać Michała wzbudziła we mnie wyłącznie ciepłe uczucia. Współczułam mu i usprawiedliwiałam go. Zastanawiałam się dlaczego najbliższa rodzina nie zrozumiała jego szaleńczej rozpaczy. Czytając wręcz głośno dopingowałam by jak najszybciej otrząsnął się i walczył.
„Ne oddam dzieci” to książka, która nie pozostawi Was obojętnymi wobec opisanej historii, która Wami wstrząśnie i porazi Was niczym prąd. Wyciśnie łzy, wywoła rumieńce, wzbudzi pytanie za co i dlaczego? Są tacy, którzy mówią, że to przewidywalna lektura. W żadnym momencie czytania nie zastanawiałam się co stanie się dalej, bo przeżywałam każde słowo, każde zdanie i każdą scenę tak mocno, że nie starczyło myśli które dotyczyłyby zakończenia.
Tę historię gorąco polecam i rekomenduję, zachwalam jak tylko mogę, bo choć otrzymuje ona niekiedy skrajne oceny to jest warta przeczytania. Być może dzięki tej lekturze świadomiej docenicie to, czym obdarował Was los i odkryjecie smak codziennego szczęścia, który czasem trudno poznać.


poniedziałek, 13 lipca 2015

Krystyna Mirek "Francuska opowieść"


Wydawnictwo Filia
data wydania 2015
stron 348
ISBN 978-83-8075-002-9

Wszystko w życiu ma swoją cenę

Najnowsza powieść Krystyny Mirek to kontynuacja wcześniejszego „Szczęście all inclusive”. We „Francuskiej opowieści” mamy okazję ponownie spotkać się z Beatą, Oliwą, Jakubem i Kacprem – i śledzić ich dalsze losy. Akcja książki również rozgrywa się w pięknym zakątku Europy. Tym razem jest to francuskie południe, gdzie królują słońce, wino i winnice. Celem podróży Beaty oraz jej nowego narzeczonego jest jedna z przepięknych winnic, gdzie Kuba ma podjąć pracę. Do tej pary wskutek dość niezwyczajnych negocjacji dołącza była szefowa Jakuba i jej nowy asystent, a były chłopak Beaty - Kacper. Na pierwszy rzut oka widać, że towarzystwo jest niczym wybuchowa mieszanka i sporo będzie się działo, będzie iskrzyło i fajerwerków nie zabraknie. Dodam, że fabułę urozmaici też historia właściciela winnicy – tajemniczego hrabiego oraz skomplikowana przeszłość jego zarządcy Aleksa pochodzącego z Polski.
Ta powieść to idealna lektura na lato nawet, gdy nie lubicie upałów i skwaru właściwego południu naszego kontynentu. Malownicza kraina tworzy świetne tło do fabuły opowiadającej losy kilku osób. Żadna z nich nie czuje się szczęśliwa i zadowolona z życia. Każdą trapią kłopoty, rozterki i dylematy. Każda musi podjąć ważne decyzje, ustalić plany na przyszłość, niekiedy nawet przewartościować swoje życie i zmienić wyznawaną filozofię. Beata musi odważyć się kochać, akceptować wady partnera, zaufać i uwierzyć w miłość, ale i zaakceptować fakt, że idealny związek nie istnieje. Aleks musi dojrzeć do roli ojca, do pełnienia obowiązków rodzica, a Oliwia musi zacząć żyć tak naprawdę. Praca nie może być przecież jedynym sensem egzystencji, a samotność choć wygodna, bywa nie do wytrzymania. Autorka bardzo ciekawie i w przemyślany sposów wykreowała każdą z tych postaci. Nadała jej ludzkie cechy, uczyniła nieidealną, by uwiarygodnić opisaną historię a zarazem zaintrygować i zaciekawić czytelnika. To ciepła i przyjemna, pełna humoru i zabawnych scen książka, ale i mądra, która niesie w sobie wiele cennych treści. Nie brak tajemnic, sekretów z przeszłości, ale i niespodzianek, które niesie los.
W tle opowieści jest winnica, rytm jej pracy, arkana wyrobu szlachetnego trunku, ale i przepiękne krajobrazy oraz poruszające zmysły i wyobraźnię czytelnika opisy. Czuć smak dojrzałych winogron, zapach ziół, śpiew ptaków i granie cykad. Nie sposób nie docenić też klimatu starego zamku, jego przeszłości i śladów jego byłych mieszkańców, którzy kiedyś tu rezydowali. Szeleściły długie suknie, urządzano z pewnością bale i inne huczne uroczystości rodzinne. Tętniło życie, a winorośl niezmiennie rodziła słodkie grona, z których produkowano wyborne trunki.
Gorąco polecam przeczytanie tej opowieści, zachęcam do towarzyszenia bohaterom w ich francuskich perypetiach. Niech w klimat wprowadzi prześliczna okładka. Poczujcie smak życia pod lazurowym niebem, usłyszcie szum winorośli, doznajcie magii bycia i pracy w wyjątkowo pięknym miejscu, gdzie jednak życie toczy się tak samo, jak gdzie indziej i czasem ma gorzki, a czasem słodki jak wino smak.

wtorek, 7 lipca 2015

Marlena de Blasi "Wieczory w Umbrii"


Wydawnictwo Muza
data wydania 2015
stron 416
ISBN 978-83-2870-003-1

Czar umbryjskich kolacji

W XXI wieku żyjemy w pędzie i pośpiechu. Jemy w biegu, nie mamy zbyt dużo czasu na wspólne rodzinne posiłki i tak umyka nam w życiu coś bezcennego. Skąd nagle taki wniosek? Narodził się on w moim umyśle po lekturze najnowszej powieści Marleny de Blasi z pochodzenia Amerykanki, która od pewnego czasu mieszka we Włoszech. W swoich książkach opiewa wszystko, co włoskie - tym samym popularyzując ten kraj, jego zwyczaje, kulturę, piękno, czar i urok. Tym razem wraz z pisarką gościmy w Umbrii, a więc w samym sercu Italii. W regionie znanym ze święta ceri, w miejscu górzystym i pagórkowatym, a konkretnie w górach nad Orvieto. To tu mieszkają cztery przyjaciółki, które spotykają się ze sobą systematycznie co tydzień w każdy czwartek. Wspólnie zasiadają przy stole i jedzą wcześniej przygotowaną wspólnymi siłami kolację, którą popijają wybornym winem. I jak to kobiety rozmawiają na tematy lekkie i poważne, raczą się nie tylko przepysznym jadłem ale i lokalnymi ploteczkami. Do ich grona dołączą Chou, która jest nowym przybyszem. Poznaje uczestniczki czwartkowych kolacji i umbryjskie zwyczaje. A my czytelnicy wkraczamy w tę lokalną społeczność wraz z nią.
„Wieczory w Umbrii” to idealna powieść dla miłośników de Blasi. Utrzymana jest w podobnym klimacie jak jej poprzedniczki i opiewa uroki umbryjskiego życia. Autorka w czterech częściach opowiada życiorysy sympatycznych Włoszek, które sporo już przeżyły, bo dotarły do jesieni życia. Los ich nie rozpieszczał. Nie zrobiły kariery, nie były bogate, znosiły w życiu wiele trudności, dotykały je kłopoty, zawirowania i przeróżne niespodzianki. Zwykle ich życiowe ścieżki pięły się od górę, a droga nie była usłana różami. Dlatego na starość potrafią docenić proste radości dnia codziennego, wspólne posiłki, przyjaźń, radość z gremialnego przygotowywania dań kuchni włoskiej, prostej aczkolwiek pysznej, zdrowej i wybornej. Zespołowa praca i kilkugodzinne posiłki dodają im sił, sprawiają ogromną radość, nie pozwalają zgnuśnieć w czterech ścianach własnego domu, dodają wigoru, ba! odmładzają. I dają okazję do wspomnień. Każda z kobiet jest zwyczajna, co nie oznacza, że miała nudne życie. Każda jest inna, ma odmienną osobowość. W swoim gronie świetnie się czują, żartują, przekomarzają się i przeżywają chwile radości. I tym zarażają Chou, która bardzo szybko aklimatyzuje się w tym gronie.
Ta książka to doskonała propozycja dla miłośników Włoch, smakoszy tamtejszej kuchni. Na końcu lektury lubiący gotować znajdą przepisy na potrawy, o których mowa w treści. Czytając nie sposób nie poczuć biesiadnej atmosfery, zapachu gotowanych specjałów, aromatu ziół. Przed oczy nasuwają się obrazy wspaniałych krajobrazów, które są malownicze niczym z obrazka. Malkontenci mogą zarzuć autorce wolne tempo akcji, czy to, że ta książka jest podobna do innych dzieł autorki. Owszem, jest utrzymana w tym samym klimacie, ale ja, jak i z pewnością wielu czytelników, już zdążyło go pokochać i chętnie do niego wraca.
Tę książkę czytałam z przyjemnością i smakiem. Czułam się uczestniczką babskiej wspólnoty. Czułam się jak na wycieczce po regionie świętej Rity, było kameralnie, smacznie, rodzinnie, klimatycznie – po prostu wspaniale.


poniedziałek, 6 lipca 2015

Filmik lipcowy TBR - czyli co będę czytała w tym miesiącu

Czy macie podobne plany jak ja? Coś Was szczególnie interesuje?

Rozwiązanie konkursu z książką "Cudowna dziewczynka" wyniki

Witam Was w niezwykle upalny dzionek. Upał leje się z nieba, a Wy sprawiliście mi niezłą zagwozdkę. Trudno naprawdę, bardzo, bardzo trudno było mi wybrać jedną osobę, którą nagrodzę. Chciałabym każdemu dać tę książkę, bo napisaliście bardzo ciekawie i ambitnie.
Szczęśliwym zwycięzcą ogłaszam osobę, która kryje się pod nickiem
Szczęśliwa Mama. 
Proszę o dane do wysyłki nagrody na maila malineczka74@op.pl
Serdecznie gratuluję, Wszystkim dziękuję za udział w konkursie. Miłego dnia życzę!

sobota, 4 lipca 2015

Videorecenzja "Kochaj i jedz, Brazyliszku" Michalina Kłosińska-Moeda

Kochani udało się, rusza mój kanał, rusza vlog, nie jest perfekcyjnie, wiem, ale... Nowe wyzwanie, nowe doświadczenia. Będą tagi, będą podsumowania, będą bookhaule - proszę o komentarze, uwagi, też krytyczne.

piątek, 3 lipca 2015

Monika Witkowska "Góry z duszą"


Wydawnictwo Burda NG
data wydania 2015
stron 400
ISBN 978-83-7596-610-7

Góry to nie tylko skały!

Góry można poskramiać na kilka sposób. Są tacy, którzy zdobywanie szczytów traktują jako sport ekstremalny. Dla nich liczy się tylko wynik, cyfry, statystyki. To oni właśnie biją rekordy, wytyczają nowe drogi, poprawiają osiągnięcia ich poprzedników. Ale według osób takich jak Monika Witkowska góry to nie tylko szczyt do zdobycia, to nie tylko wysokość, to nie tylko skały. Góry to też pewna otoczka, którą tworzą ludzie, przyroda, legendy z nimi związane. I to właśnie składa się na duszę gór, której poznanie może stać się czymś niesamowitym i nieporównywalnym do niczego innego. Witkowska, z zawodu dziennikarka, z zamiłowania podróżniczka zaprasza nas do wejścia na kilka szczytów w jej towarzystwie w książce „Góry z duszą”. Czytając znajdziemy się w Alpach, gorącej Afryce, w niesamowitych Himalajach, ale i swojskich Tatrach. Zagłębiając się w lekturze mamy okazję zasmakować w górskiej wspinaczce i spojrzeć na nią może nieco inaczej niż patrzyliśmy do tej pory.
Pięknie wydana książka dzieli się na siedem rozdziałów. Każdy z nich poświęcony jest innemu szczytowi. Każdy napisany jest w sposób dla mnie bardzo ciekawy według jednakowego schematu. Składa się na niego część blogowa będąca relacją autorki z jej zdobywania danej góry. Spisywane przez Monikę Witkowską relacje różnią się jednak od siebie. Wolno im, bo są relacjami na gorąco, czasem pisanymi w trudnych, wręcz ekstremalnych warunkach, gdy dokucza zmęczenie wysiłkiem fizycznym, gdy „dotyka” spora wysokość lub ma miejsce załamanie pogody. Ale w każdym napisanym niczym w dzienniku zdaniu czuje się emocje, radość, ekscytację, pasję. Relacje autorki uzupełniają zamieszczone w ramkach ciekawostki, które niekiedy wprawiają w osłupienie, zawsze czyniąc lekturę ciekawszą. Jest w nich miejsce na anegdoty, legendy, dane statystyczne, wydarzenia zapisane w górskich kronikach. Każdy z rozdziałów kończą praktyczne rady bezcenne dla tych, którzy planują wybranie się w dany zakątek świata. Witkowska pisze więc jak można w określony rejon najłatwiej i najtaniej dojechać, jaki sprzęt będzie niezbędny, podaje przykładowy cennik, określa najkorzystniejszą porę na wyjazd, wskazuje na bazę noclegową.
Tę książkę można czytać od deski do deski jednym tchem, ale i można ją chłonąć na wyrywki. W każdym przypadku będzie to niesamowita lektura zabierająca do magicznego świata gór, który w 95 procentach jest dostępny dla przeciętnej sprawności człowieka. Niejako w prologu tej książki Witkowska opisuje swoją górską drogę – przedstawia swoją osobę, pisze o swoich osiągnięciach i doświadczeniach ogólnie. Następnie przytacza na kilku stronach opinie o górach sławnych zdobywców i podróżników. A potem to już tylko góry, wspomnienia, wrażenia, emocje, adrenalina. Ta publikacja dokładnie odkrywa górskie dusze siedmiu znanych szczytów na Ziemi. Pokazuje jak można nie tylko stanąć na ich wierzchołkach, ale i zasmakować w ich duszy. Zobaczyć w różnej perspektywie, poznać dogłębnie i dokładnie. Taki sposób łojenia gór jest naprawdę warty rekomendacji. Książka to także mnóstwo pięknych zdjęć, których obejrzenie, którymi nacieszenie oka zajęło mi tyle czasu co lektura. Ta publikacja zdecydowanie zachęca do górskich eskapad, więc jeśli czytacie ją przed urlopem czy wakacji to może pokrzyżować Wasze plany. Świetna, pięknie wydana, ciekawa pozycja – lektura obowiązkowa dla tych, co góry kochają.

czwartek, 2 lipca 2015

Tanya Valko "Miłość na Bali"


Wydawnictwo Prószyński i S-ka
data wydania 2015
stron 688
ISBN 978-83-8069-018-9

Druga twarz raju

Za mną literacki pobyt na Bali za sprawą kolejnej książki Pani Valko będącej drugą częścią Azjatyckiej Sagi. Tom pierwszy czytałam 11 miesięcy temu, a jego recenzję znajdziecie na blogu. Akcja książki toczy się w Indonezji do której tłumnie ciągną resze turystów. Bali w ich oczach to rajska wyspa. miejsce idealne na urlop, wypoczynek. Wielu marzy, by tam zamieszkać. Ale czy ten eden jest dokładnie taki jak pokazują zdjęcia w folderach biur podróży? Lektura "Miłości na Bali" pokazała prawdę o pięknej wyspie, o egzotycznej dla Europejczyka Indonezji. Mnie osobiście totalnie zniechęciła do podróży w ten rejon Azji. Ale sama książka podobała mi się bardzo i czytanie było samą przyjemnością.

Dorota znana z Arabskiej Sagi i jej córka Marysia zamieszkują w Indonezji. Ta druga poślubia Karima, który wraca do ojczyzny swojej matki. Dora zaś po rozstaniu z polskim mężem podejmuje pracę w kompleksie hotelowym teściowej swojej córki  - Meili jako menadżerka. Obie liczą, że tu odnajdą spokój i niezmącone niczym szczęście, ale jak się okazuje pech nadal ich nie opuszcza, a przeszłość powraca. Lektura pozwala nam śledzić skomplikowane życie obu kobiet, ukazuje ich dramaty i radości, sukcesy i porażki, rozterki i wahania, porywy serca, życiowe błędy...
 
Kolejna książka Valko zrobiła na mnie spore wrażenie. Autorka zachwyciła mnie doskonałym połączeniem książki obyczajowej i lektury ukazującej ciekawy zakątek świata od kuchni. Bali bez osłonek wcale już nie jest cukierkowe i kolorowe, bezpieczne i zapewniające tylko miłe wrażenia. Prawdziwe Bali bywa niczym krwiożercza modliszka, która poluje nieprzerwanie na swoje ofiary. Bali czyha na naiwniaków szukających wrażeń erotycznych, Bali kusi imprezami które niekiedy kończą się śmiertelnym zatruciem arakiem. Bali nie zapewnia w razie choroby należytego standardu leczenia, a posiadane polisy bywają nic nie wartym świstkiem papieru. Bali jest całkowicie skorumpowane, a łapówka jest czymś tak oczywistym jak tlen. Wielu mieszkańców rajskiej wyspy trudni się ciemnymi interesami, łamie prawo, oszukuje turystów jak tylko może. 
A nasze bohaterki? Jak one radzą sobie na pięknej dla oka wyspie? 
Dorota wielokrotnie doprowadzała mnie swoim zachowaniem do białej gorączki, do szaleństwa. Miałam ochotę nią potrząsnąć, zmusić do opamiętania, do rozwagi i rozsądku. Bo mając ponad czterdziestkę zachowywała się jak nastolatka. Pakowała się w kolejne kłopoty, naiwnie dawała się ciągać za nos, bezmyślnie wierzyła w każde słowo, byleby było takie jakie chciała usłyszeć. Doigrała się za swoje błędy i wcale nie zrobiło mi się jej żal. 
 
W fabułę książki pisarka idealnie moim zdaniem wplotła prawdziwe wydarzenia, które miały miejsce w Indonezji i doskonale pokazała realia życia w tym kraju. Codzienne życie zwykłych Balijczyków, zagranicznych rezydentów i turystów. Brudny świat narkotykowego biznesu, warunki odbywania kar w indonezyjskich więzieniach, seksturystykę, terroryzm. Książkę czyta się dość szybko dzięki dynamicznej akcji, dobrym dialogom i ciekawym opisom. Nie ma w niej nudnych momentów, nie ma stron, które miałam ochotę opuścić czy przekartkować. I choć lektura liczy aż blisko 700 stron czyta się ją lekko i szybko. Tanya Valko nie pisze w sposób delikatny, elegancki czy subtelny. Za to pisze prawdziwie, bez osłonek, bez zasłon dymnych. Nie unika trudnych i wstydliwych tematów. Pokazuje to, o czym nie mówi się klientom szukającym ciekawego miejsca na wakacje. Po przeczytaniu tej powieści nie mam ochoty zobaczyć Bali na żywo. Ale jestem ciekawa dalszych losów Doroty. I czekam na kolejny tom, bo zakończenie jest tak ekscytujące, że aż ciarki przechodzą. 
Gorąco polecam osobom lubiącym lektury dynamiczne, realne i niesłodkie, ale prawdziwe, z życia wzięte i do bólu realne. Ogrom emocji gwarantowany w 100 procentach!

środa, 1 lipca 2015

Grażyna Jeromin- Gałuszka "Złoty sen"


Wydawnictwo Prószyński i S-ka
data wydania 2015
stron 440
ISBN 978-83-8069-001-1

Wspomnienia w kolorze złota

Co jest dla nas najważniejsze – to, co jest tu i teraz, to, co nas dopiero spotka czy to, co już przeżyliśmy? Myślę, że odpowiedź na to pytanie zależy od wieku. Ludzie młodzi patrzą zwykle w przyszłość, planują i stawiają sobie cele, a osoby starsze zdecydowanie żyją wspomnieniami, tym, co już za nimi, tym, co stało się w przeszłości. Właśnie minione lata są najważniejsze dla głównych bohaterek najnowszej powieści Grażyny Jeromin-Gałuszki pod tytułem „Złoty sen”. To kobiety w dojrzałym wieku, przeżywające jesień życia, a akcja książki rozgrywa się w sennym uzdrowisku, które jest idealnym miejscem na rekonwalescencję osób z chorym sercem. Na jednej z bocznych uliczek tej miejscowości leżącej w bliżej nieokreślonym miejscu stoją naprzeciw siebie dwa domy. Mieszkają w nich dwie starsze kobiety, które kiedyś dawno temu były serdecznymi przyjaciółkami. Razem brały udział w powstaniu warszawskim i walczyły jako nastolatki z okupantem. Wtedy i tam właśnie poznały mężczyznę starszego od nich, który je poróżnił. Obie się w nim zakochały, ale tylko jedna z nich kilka lat później została jego żoną. Panie z tego względu nie rozmawiały ze sobą kilkadziesiąt lat. Lili prowadziła dom z gościnnymi pokojami, a Arleta cieszyła się rodzinnym szczęściem. Mijały lata i nadeszła starość, czas, kiedy trzeba rozliczyć się z życia...
„Złoty sen” to książka bardzo specyficzna, nostalgiczna i klimatyczna. To lektura zdecydowanie o kobietach i dla kobiet. Jej bohaterki wiele już w życiu przeżyły i doświadczyły. Za nimi młodość i lata świetności, przyszedł czas, gdy siły i zdrowie już nie to. Jedne z nich poukładały sobie życie, innym to życie bardzo się poplątało. I nagle za sprawą losu doszło do ich ponownego spotkania, do kolejnego zobaczenia się po latach. Nie wszystkie z nich go dożyły. Wiele się zmieniło, nic już nie jest takie samo. I właśnie dlatego słusznym jest stwierdzenie, że to powieść o przemijaniu ze specyficzną atmosferą, z tęsknotą za tym, co uleciało w dal.
Książka wydała mi się bardzo smutna, bo uświadomiła mi prawdę o życiu, które mimo że trwa zwykle kilkadziesiąt lat jest jednak bardzo krótkie i szybko mija. Ulatuje jak sen. Starość - chcemy czy nie - nadciąga nieubłaganie jak nieproszony gość i wcale nie jest przyjemna. Zwykle coś boli, ciało i siły już nie te. Ale nawet gdy nie jest najłatwiej można wziąć się z życiem za bary jak stara Józefa. Znaleźć jakiś promyk radości, jakieś hobby. Starość to także czas na naprawę tego, co w życiu się poplątało. Czasem trzeba do tego sporo pokory, ale warto przyznać się do pomyłek i zachować się jak Lili.
„Złoty sen” to książka dość trudna i przygnębiająca, to powieść utrzymana w realiach późnej jesieni, mroczna jak listopadowy, mglisty dzień. Zdecydowanie nie polecam jej do przeczytania osobom młodym, bo nie jestem pewna czy będą one w stanie odkryć jej sens i przekaz. To zarazem idealna lektura dla starszych czytelników, którzy dorównują wiekowo bohaterkom. Z pewnością dla nich okaże się strzałem w dziesiątkę. Książka skonstruowana nieco podobnie jak „Magnolia” jest lekturą niekiedy nużącą i refleksyjną. To idealna propozycja dla wymagającego czytelnika, który doceni skomplikowane kreacje postaci, warsztat pisarki, jej styl i elegancki język.