Pokazywanie postów oznaczonych etykietą receznyjnie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą receznyjnie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 6 września 2020

Zadie Smith "Przebyłyski"



Wydawnictwo Znak
data wydania 2020
stron 128
ISBN 978-83-240-6127-3

Nastał inny świat, nastała inna rzeczywistość...

Możemy negować istnienie koronowirusa, możemy mówić, że on jest rzeczywiście, lub że jest tylko wykreowany, ale świat wokół nas zmienił się w ciągu kilku ostatnich miesięcy diametralnie. Do powszechnego użycia weszły słowa kwarantanna, izolacja, lockdown, maseczki ochronne itd. Świat działający na znanych zasadach uległ zmianom. Gdyby rok temu, ktoś powiedział ludziom, że za dwanaście miesięcy będzie tak, a nie inaczej to posądzilibyśmy go o opowiadanie fabuły książki grozy lub filmu fantastycznego. 

Nigdy w historii ludzkości nie miała miejsce taka sytuacja, zatem nic dziwnego, że odbiła się ona na ludziach. Każdy przeżył ją inaczej, każdy ma prawo mieć swoje zdanie. To, co się dzieje dotyka szczególnie osoby wrażliwe, artystów, więc także i pisarzy. Niektórzy swoje myśli, swoje odczucia i przeżycia przelewają na papier. 
Zadie Smith to nazwisko sławne i uznane w literackim świecie. Ta uwielbiana przez rzesze czytelników brytyjska pisarka w związku z istniejącą sytuacją napisała książkę, na którą składa się 12 esejów. Wszystkie są niezwykle osobiste, a słowa z których się składają płyną niewątpliwe z wnętrza jej duszy. Tytuł oddaje klimat tego, co dziś rozgrywa się na naszych oczach. Widziany oczami pisarki świat nabiera plastycznego obrazu, w którym króluje chaos. My ludzie, nie wiemy jak się zachować, czujemy się zagubieni, samotni, zdezorientowani, bo niewidoczny gołym okiem wirus zrobił nam ogólnoświatową rewolucję. Nasze zasady nagle straciły na wartości, na aktualności, pozostały puste i bezwartościowe. W obliczu niebezpieczeństwa nastąpił kryzys nie tylko uderzający w gospodarkę, firmy, wartość pieniądza, rynek pracy, ale i w naszą ludzką tożsamość. 

Każdego ten wirus dotknął, choć większość z nas na niego nie zachorowała. Zadie Smith opisuje trudne tematy, ale nie boi się podsumować jak wpłynęła na nas izolacja, jak zaczęliśmy podchodzić do życia, jak zmieniły się nasze wartości i priorytety. Na pewno świat się zatrzymał i zwolnił. Wielu z nas miało czas, by spojrzeć na swoje życie. 
Autorka dostrzega, że na tą nienormalną rzeczywistość nie ma recepty. Nie ma wzorców postępowania. Naszym towarzyszem stała się niepewność, brak fundamentów do oparcia. To nie jest łatwa lektura. To nie jest książka idealna do relaksu. To literatura górnych lotów, którą trzeba oswoić, przemyśleć. Analogicznie jak sytuację, która nas otacza. Jest ona swoistym egzaminem dla człowieczeństwa, jak go zdamy oceni przyszłość.
Odnośnie tytułu to wyrafinowana proza dla ambitnego czytelnika, który jest w stanie spojrzeć w oczy szaleństwu jakie dotknęło cały glob. 

wtorek, 25 sierpnia 2020

Marcin Wilk "Tyle słońca. Anna Jantar. Biografia"



Wydawnictwo Znak
data wydania 2020
stron 400
ISBN 978-83-2405-995-9

Dziewczyna utkana z paradoksów

Pojawiła się na polskiej scenie muzycznej niczym promień słońca. Była radosna, ambitna, uzdolniona i pracowita. Te cechy wydały swoje owoce w postaci ogromnej popularności i sławy. Uznania i nagród. Niezliczonych godzin braw w Polsce, Europie i za Oceanem. Miała i nadal ma swoich wiernych fanów, a jej piosenki wciąż są śpiewane przez innych wykonawców. Przebojów, które nuciła cała Polska byłoby więcej gdyby Anna Jantar nie wracała z amerykańskiego tournée feralnym lotem, gdyby nie wsiadła do samolotu, który nie wylądował na Okęciu a rozbił się niecały kilometr od pasa, na którym miał się bezpiecznie zatrzymać. Jaka tak naprawdę była Anna Jantar? Odpowiedzi na to pytanie szukałam w książce Marcina Wilka, który podjął się próby napisania opowieści o wyjątkowej piosenkarce, matce, żonie i córce. Jak mu wyszło to zadanie? W miarę dobrze, ale po lekturze czuję lekki niedosyt.
Książka jest dość obszerna, opatrzona wieloma czarno-białymi fotografiami z życia mamy Natalii Kukulskiej. Są fotki z lat dzieciństwa i z młodości oraz życia dorosłego i zawodowego. Autor snuje opowieść rozpoczynając ją od przybliżenia przodków swojej bohaterki. Przez całą książkę skupia się jednak głównie na życiu zawodowym. Pokazuje sympatyczną młodą dziewczynę i kobietę przez jej wyjątkowy głos i talent. Snuje wspomnienia opierając się na słowach wypowiedzianych o Jantar przez jej bliskich, znajomych i kolegów po fachu. Bardzo często, moim zdaniem odrobinę za często, przytacza fragmenty wcześniej wydanych publikacji o tej gwieździe. Ze słów, ze wspomnień, z przywołanych pamięcią zdarzeń wyłania się portret kobiety, która była niezwykła, pełna przeciwstawności, która miała niejedno oblicze. Była bardzo utalentowana, miała wyjątkowy i ciepły głos, który jest niczym miód. Mimo talentu nie spoczęła na laurach, chciała dalej się rozwijać, doskonalić, smakować czegoś nowego, rozszerzać swój repertuar. Była wspaniałą mamą, a żoną? Tu już autor pisze oszczędnie, z dystansem. Jakby za woalem. Jakby bał się zbyt mono wejść w prywatność Anny Jantar. Szczegółowo przedstawia osiągnięcia zawodowe, kolejne krążki, występy estradowe, festiwalowe. Uchyla rąbka tajemnicy jak wyglądało życie muzycznych sław w okresie lat 60. i 70.
Marcin Wilk pisze o Jantar w samych superlatywach. Z jego słów wyłania się istota perfekcyjna, kryształowa, bez żadnych wad, a tym samym nierealna, bo takich ludzi nie ma. W polskiej świadomości funkcjonuje zwyczaj, że o zmarłych źle wypowiadać się nie wypada. Czyżby tym właśnie pokierował się autor i nie chciał niczym zbrukać wizerunku wokalistki? Dokładnie to mnie w książce nieco rozczarowało, a tym samym zbudowało mur niewiary w nakreślony piórem portret piosenkarki, którą bardzo lubiłam od dziecka i nadal doceniam jako dorosła kobieta. Po lekturze wiem o wiele więcej niż przed przeczytaniem tej publikacji, ale czuję, że to za mało, że temat nie został do końca wyczerpany, że brakuje autentycznego przekazu, na jaki się nastawiłam.
Książka jest napisana sprawnie, czytelnym językiem, z zachowaniem chronologii i proporcji właściwej temu gatunkowi. Ale brakuje się tego czegoś, czym w potrawach są przyprawy. Brakuje jej soli życia, anegdotek, ciekawostek. Reasumując nie jest to zła lektura aczkolwiek ma pewne niedociągnięcia. Mimo to miłośnikom talentu wykonawczyni „Nic nie może przecież wiecznie trwać”, fanom polskiej piosenki i ciekawym życia w PRL-u polecam i rekomenduję.

niedziela, 15 listopada 2015

Jan Grzegorczyk, Tadeusz Zysk "Wiejskie gryzmołki Pana Pierdziołki"


Wydawnictwo Zysk i S-ka
data wydania 2015
stron 56
ISBN 978-83-7785-712-0

Gdy chcesz się pośmiać - przeczytaj!

Za oknem druga połowa jesieni. Ta brzydsza połowa. Deszczowo, wieje, dzień krótki, mgły - po prostu nostalgicznie, smutno, depresyjnie. Z racji, że jestem osobą która goni smutki z życia ciągle szukam skutecznych sposobów na poprawę nastroju. Z wypróbowanych metod polecam lekturę, oczywiście odpowiednią do tego by nas rozweselić. W tym miesiącu z tego gatunku proponuję książkę w której tytułową postacią jest Pan Pierdziołka. Ów jegomość o którym wydano już czwartą książkę postanowił wyjechać ze swoimi pociechami na wieś i tam je wychowywać. A wieś jak wiadomo jest inna od miasta i ma wiele interesujących ciekawostek zwłaszcza dla dzieci. Jako dorosła przez czas lektury też chyba wymłodniałam, śmiałam się po uszy i doskonale bawiłam. A wszystko to za sprawą rewelacyjnych wierszyków- rymowanek oraz doskonałych ilustracji autorstwa Kasi Cerazy. 
 
Już sama okładka okazała się rozbrajająca, a co dopiero środek!
Co czeka nas w lekturze? Zajrzenie do wiejskiej zagrody, gdzie pełno zwierząt niespotykanych w miejskiej dżungli, pobyt na polu, w sadzie, poznanie wiejskiej społeczności i wszelkich uroków życia na prowincji. Jednym słowem coś egzotycznego dla mieszczucha. Tak sobie siedziałam, czytałam, śmiałam się i zrobiło mi się naprawdę wesoło. Bo przy wierszykach coś odkryłam. Doszłam do wniosku, że na życie można sobie patrzeć mocno na poważnie, ale i z humorem. Często łatwiej w ten drugi sposób. Bo tak przyjemniej i mniej boleśnie, bo czasem trzeba mieć odrobinę dystansu. Humor i jego poczucie w życiu pomaga. 
Zatem dzięki Panu Pierdziołce spędziłam w doskonałym nastroju szarą i deszczową niedzielę. Niektóre wierszyki wręcz weszły mi w pamięć. I z pewnością będę do nich jeszcze zaglądać, bo dobrego nastroju w życiu nigdy nie za wiele. 
Polecam książeczkę - pięknie i starannie wydaną - każdemu. To doskonały pomysł na prezent na każdą okazję.


poniedziałek, 20 kwietnia 2015

Zdzisław Brałkowski "Syberia. Inny świat"


Wydawnictwo Novae Res
data wydania 2015
stron 236
ISBN 978-83-7942-670-6

Syberyjskie wspomnienia 

O Syberii i z Syberią w tle przeczytałam już całkiem sporo książek. Były to albo książki podróżnicze, albo wspomnienia zesłańców, którzy na syberyjskie bezdroża trafili przymusowo. Tym razem zagłębiłam się w lekturę zdecydowanie inną. Na Syberię trafiła grupa młodych Polaków wraz opiekunem i tłumaczką . Była druga połowa lat osiemdziesiątych. Komunizm upadał, pierestrojka się zaczynała, a polska młodzież wyjechała w ramach wymiany rówieśników do pracy. Jak to dziś dziwnie brzmi! Książka o której pisze jest autorstwa opiekuna grupy, który z młodymi ludźmi w ochotniczym hufcu pracy przepracował prawie dwadzieścia lat. Reasumując Pan Brałkowski napisał lekturę jedyną w swoim rodzaju w której dzień po dniu opisuje perypetie swoje i swoich podopiecznych. Ta relacja jest naprawdę ciekawa, autentyczna i pełna niespodzianek. Pokazuje realia na samym początku transformacji i przed czytelnikiem odkrywa Syberię jako bardzo egzotyczne miejsce do życia. Choć już rządzi Gorbaczow i rozpoczęły się przemiany w Związku Radzieckim to w owym sowchozie kobiety uważają podpaski czy watę za ogromny luksus, jada się inaczej niż w Polsce, a do jajecznicy dodaje się kaszy. Praca w polu jest ciężka, a ciepła woda dla wszystkich to coś, o co trzeba się kłócić. 
Na Syberię trafia młodzież z dobrych domów, starannie wyselekcjonowana, w wielu przypadkach nienawykła do żadnej pracy. A tu trzeba zakasać rękawy, zmagać się z upałem i słońcem, no i wykorzystać siły fizyczne. Jedni grymaszą, inni się buntują, Autor moim zdaniem świetnie sobie z grupą radzi. No cóż, dziś taki wyjazd rekomendowany byłby jako szkoła przetrwania. 
Książka napisana jest bardzo przyjemnie i lekko. Czyta się ją z przyjemnością. Ukazuje ona oblicze komunistycznego kraju, jego absurdy, jego minusy, ale i plusy, choć tych mniej. Autor jest w swojej relacji bardzo wnikliwym obserwatorem tego, co się wokół niego dzieje. I o tym pisze z pewną dozą dystansu i dużą dawką humoru co odbija się pozytywnie na jakości książki.
Relacja z Syberii, oraz z podróży jest pełna przygód, zabawnych sytuacji, młodzieńczego śmiechu i beztroski. Umożliwia poznanie innej części świata, może dla nas zacofanej i niepostępowej, ale jakby nie patrząc intrygującej. Były takie czasy, które ja znam z podręczników do języka rosyjskiego pełne obozów pionierów - Artek, zmian warty, odznaczeń. Dzięki książce je sobie przypomniałam, a ci, co ich nie znali mogą je odkryć. 
Lektura bardzo mi się spodobała, miło zapisała mi się w pamięci dlatego ją polecam. Autor potrafi zaciekawić, skupić uwagę na swojej relacji. Świetny pomysł na książkę, doskonała podróż w czasie i przestrzeni.

środa, 8 kwietnia 2015

Wioletta Sawicka "Będzie dobrze, kotku"


Wydawnictwo Prószyński i S-ka
data wydania 2015
stron 440
ISBN 978-83-7961-181-2

Z życia Anny wzięte

Jestem właśnie po lekturze drugiej w dorobku powieści Wioletty Sawickiej, która jest kontynuacją jej debiutu o którym pisałam niedawno na moim blogu. Zastanawiałam się, czy ta powieść będzie równie świetna jak pierwsza, czy Autorka napisze równie ekscytująco i świeżo. Moje obawy były na zapas i niepotrzebne. Pani Wioletta stworzyła kapitalną kontynuację i zachwyciła mnie ponownie. Ba, zauroczyła mnie, a przed chwilą dowiedziałam się, że jej kolejna książka ukaże się niebawem, więc z niecierpliwością na nią czekam.

"Będzie dobrze, kotku" to kontynuacja losów Anny i jej rodziny. Na kartach książki pojawiły się więc postacie mi już dobrze znane i lubiane, ale i poznałam nowego bohaterka, który pojawił się z przytupem i bardzo, ale to bardzo namieszał w życiu Terlińskich i nie tylko. Tajemniczego kowboja z Kanady nie sposób nie zauważyć. 

O czym jest książka? Nie chcąc zbyt wiele zdradzić z jej treści napiszę, że to samo życie plus rodzinne tajemnice. W fabule wiele się dzieje. Anna chce odnaleźć ojca i czyni ku temu kolejne kroki. Nie jest jej łatwo, ale i los czasem się uśmiecha i nieco pomaga w tym zadaniu. Kto nm jest odgadłam dość szybko, ale mimo to wiele szczegółów z książki bardzo mnie zaskoczyło i wywołało rumieńce na policzkach. 
Ta powieść to historia o zwyczajnej, bardzo sympatycznej kobiecie, która musi radzić sobie w życiu z rolą żony, matki, pani domu i osoby pracującej zawodowo. Nie jest to łatwe zadanie, a jakby było mało to jeszcze pojawiają się różne kłopoty, niespodzianki, ale i miłe chwile. Anna może być wzorem dla wielu czytelniczek. Przez pewne rozdziały widziałam w niej anioła cierpliwości. Dla dobra rodziny, w imię stygnącej miłości znosiła bardzo wiele nieprzyjemności. Los w sumie przez całą książkę jej nie oszczędzał. Ciągle jakieś chmury zasnuwały jej prywatne niebo. I tak z każdą przeczytaną strona lubiłam Annę coraz bardziej i bardziej. Stawała mi się bardzo bliska, a moja sympatia wzrastała do miary pomnikowej. 
To powieść o życiu pewnej rodziny, o trudach bycia małżeństwem, o wymaganiach życiowej drogi we dwoje. To książka ciepła, mądra i napisana z wyczuciem i sercem. To godna polecenia lektura dla kobiet, która nie jest czytadełkiem dobrym na jedno popołudnie w podróży i zostawienie w pociągowym przedziale. To książka, którą się zapamiętuje i do której ja z pewnością wrócę.

sobota, 28 marca 2015

Izabella Frączyk "Siostra mojej siostry"


Wydawnictwo Prószyński i S-ka
data wydania 2015
stron 352
ISBN 978-83-7961-182-9

Raz na wozie a raz pod nim

W życiu jest dokładnie tak, jak w dobrze znanym przysłowiu - raz szczęście nam sprzyja, raz mamy pecha. I z tym trzeba nauczyć się żyć. Trzeba mimo wszystko z uśmiechem i dystansem podchodzić do codzienności, nie tracić nadziei na lepsze jutro i rozchmurzenie prywatnego nieba. Osobą stosującą praktycznie taką filozofię jest główna bohaterka najnowszej powieści Izabelli Frączyk, którą właśnie skończyłam czytać. Książka okazała się miłą lekturą, idealną propozycją ku pokrzepieniu kobiecych serc. Powieścią naładowaną pozytywną energią, dobrymi fluidami, nadzieją na to, że nawet jak jest źle, to wkrótce będzie lepiej. Książkę przeczytałam w kilka godzin i idealnie wpasowała się klimatem w nadchodzącą coraz mocniej wiosnę. Świetnie się zrelaksowałam, odpoczęłam z lekturą w ręce i nabrałam chęci na podejmowanie nowych wyzwań. Hanka swoim postępowaniem mnie zmotywowała, by iść przez życie z głową uniesiona do góry nawet jak wiatr przeciwności wieje w oczy.
Kim jest owa Hanka? 
Kobietą mieszkającą na bieszczadzkiej prowincji w starej chatce nieopodal zalewu (domyślam się, że Soliny). Więc nasza Hania sobie tu mieszka, skromnie żyje, ledwo co wiąże koniec z końcem, oszczędza na czym może. Gdy ją poznajemy jest paskudne deszczowe lato. Pada non stop, turystów jak na lekarstwo, a Hania prowadzi małą gastronomię i wskutek złej aury nie zarabia. Jej życie zmienia się w jednej chwili. Zwyczajna dziewczyna z prowincji, owoc romansu jej matki i żonatego mężczyzny z wielkiego miasta dowiaduje się że ma siostrę. Przyrodnią, ale zawsze! I jest ona nie byle kim! Znaną celebrytką z telewizji. A więc mimo, że łączą je więzy krwi obie panie żyją w dwóch różnych światach, mają odmienne charaktery i podejście do życia. Wskutek wielu zdarzeń, a nie będę ich zdradzała, poczytacie, Hania przeprowadza się do stolicy...
Na tym zakończę wprowadzanie Was w fabułę, a skupię się na moich wrażeniach. Są jak najbardziej pozytywne. Książkę czytało mi się lekko i przyjemnie. Była nieco nieprzewidywalna, a zakończenie okazało się bardzo trafne, choć zaskoczyło mnie. Akcja powieści dzieje się pomiędzy bieszczadzką głuszą a wielkomiejską dżunglą. Pomiędzy prowincjonalnym światkiem a światem celebrytów i vipów z telewizji. Czytając mamy okazję poznać obie rzeczywistości. Świat afer, skandali, zdrad i romansów rodem z plotkarskich portali i zapadłą prowincję, gdzie mieszkają jednak o wiele życzliwsi ludzie. Fabuła jest wartka, chwilami zabawna. Perypetie sióstr są dość zawiłe, a każda ma ciekawy charakter. Są niczym ogień i woda. Lektura przez to bywa zabawna, ale chwilami poczułam delikatną schematyczność. Nie wpłynęło to jednak na przyjemność czytania. "Siostra mojej siostry" to powieść o siostrzanych relacjach, o miłości, o współczesnym świecie ludzi pędzących po szczeblach kariery i biorących udział w wyścigu po popularność.

Tę książkę polecam tym czytelniczkom, które pragną relaksu i odpoczynku, które chcą ochłonąć od codziennych obowiązków i szarej rzeczywistości. Z tą powieścią na pewno miło spędzicie czas na parkowej ławce czy działkowym leżaku. Dobre babskie czytadło idealne na wiosnę.

Timothee De Fombelle "Tobi. Życie w zawieszeniu"


Wydawnictwo Znak emotikon
data wydania 2015 - wydanie II
stron 368
ISBN 978-83-240-3311-9

W drzewnym świcie Tobiego

Media grzmią, że Polacy czytają zbyt mało. Zewsząd słychać głosy, że nasza młodzież stroni od książek. Cóż, niestety tak jest. Myśląc, co jest tego przyczyną szybko nasunął mi się wniosek, że nastolatki często patrzą na świat książek przez pryzmat szkolnych lektur. Pewnie nie wypada dyskutować nad ich listą mnie, skromnej blogerce, ale jest ona jaka jest i niestety! - wieje z niej nudą. Co zatem można zrobić, by osoby w wieku szkolnym miały więcej książek w ręce? Trzeba im je podsuwać! Podawać te, które okażą się dla nich ciekawe i porywające. Mniej klasyki, a więcej literatury, która im się spodoba. Tak jak Harry Potter, który okazał się światowym hitem. Pisząc ten blog chcę również rekomendować warte uwagi książki dla tej grupy wiekowej. Zatem dziś coś extra dla młodzieży. Książka warta poznania i przeczytania nie tylko dla nastolatków, ale głównie dla nich. 
Powieść francuskiego pisarza i autora sztuk teatralnych dotąd mi nie znanego. Książka, która mnie oczarowała i porwała w wir przygód głównego bohatera.
A kto nim jest? Ma na imię Tobi. Jest nastolatkiem, który liczy tylko półtora milimetra wzrostu i mieszka sobie na drzewie. Drzewo jest jego całym światem. Tobi i jego rodzina, przyjaciele i znajomi oraz inni mieszkańcy tego świata mieszkają w dziuplach i szczelinach. Ich świat jest bardzo oryginalny. Bo wyobraźcie sobie rzeczywistość, w której zamiast samochodów jeździ się na mrówkach, zamiast krów czy koni hoduje się chrząszcze, a śmiertelnymi wrogami są pająki, biedronki i ważki! W owym świecie jest oczywiście i dobro i zło. To drugie reprezentuje niejaki Jo Mitch który stoi na czele własnej bandy. To z nią i nim przychodzi zmagać się Tobiemu, który musi wykonać ważne zadanie. Oswobodzić porwanych rodziców. Sam przeciw wielu musi działać szybko, skutecznie i pomysłowo by jego misja mogła zakończyć się sukcesem. Czekają go trudne i niebezpieczne chwile, masa przygód i ciekawe spotkania. A wszystko to na kartach wspaniałej powieści przygodowej, której w tym roku ukazało się drugie wydanie.

Lektura charakteryzuje się wartką, dynamiczną akcją. Pokazuje świat który tylko pozornie wygląda jak z bajki. W nim już nie jest bajkowo. Toczy się twarda gra, ma miejsce walka dobra ze złem. Są białe i czarne charaktery. To książka bardzo dojrzała, mądra i gloryfikująca takie wartości jak przyjaźń, pomoc, solidarność, lojalność. To lektura podkreślająca rodzinne więzi.
Od samego początku polubiłam jej sympatycznego bohatera, który dzielnie radzi sobie z przeciwnościami losu, walczy o swoje słuszne racje. Wiele razy bywa w sporych opałach. Jest postacią, której z łatwością się kibicuje. A sama lektura to książka tylko z pozoru dla starszych dzieci i młodzieży. Warto się w nią zagłębić i prześledzić jej treść. Nie jest ona dziecinna, a o powieści można stwierdzić, że ma w sobie drugie dno, że uświadamia co w życiu ważne i istotne. O co warto walczyć, troszczyć się i co warto pielęgnować. Czytałam z zachwytem, z rumieńcami emocji na twarzy. Przyjemnie było zagłębić się w książkę piękną, ale i wspaniale wydaną. Trudno odmówić Wydawcy staranności, zachwycają też oryginalne ilustracje.
Reasumując doskonała powieść przygodowa. Warta poznania. A ja już czytam kontynuację tej powieści czyli książkę "Tobi. Oczy Eliszy". Jej recenzja już niebawem.

poniedziałek, 23 marca 2015

Wioletta Sawicka "Wyjdziesz za mnie, kotku?"


Wydawnictwo Prószyński i S-ka
data wydania 2014
stron 528
ISBN 978-83-7839-773-1

Miłość to nie taka prosta sprawa

Zakochać się jest łatwo. Ot wystarczy chwila, jeden celny strzał Amora i jesteśmy ugotowani. Być z kimś w długotrwałym związku, przeżywać dni i te dobre i te gorsze, złożyć komuś przysięgę przed ołtarzem to już całkiem inne wyzwanie. To już trudna sztuka, świetna szkoła kompromisu, akademia cierpliwości. Bycie drugą połową wymaga sporego wysiłku i zmiany światopoglądu z "ja" na "my". Oddanie komuś swojej wolności bywa bardzo trudne. Bo nawet gdy, to się zdarzy to może pojawić się po krótkim czasie bunt i sprzeciw.  Próba ucieczki od ukochanej osoby.
Anna - bohaterka książki Wioletty Sawickiej - jest młodą i zdolną kobietą, absolwentką anglistyki i dziennikarką radiową. Kocha Patryka i jest z nim w wolnym związku. Partner Anny jest tradycjonalistą, człowiekiem nieco zaborczym i apodyktycznym. Marzy o tradycyjnej stabilizacji, domu, żonie, która poświęca się tylko rodzinie, dzieciach. Uważa, iż sam jest w stanie zarobić na familię jako wzięty chirurg, a jego połowica nie musi udzielać się zawodowo. Anna jednak nie jest potulną owieczką i ma inne zdanie. Rodzą się konflikty, sprzeczki, drobne kłótnie. Anna chce większego marginesu wolności, chce sama po części decydować o sobie. Patryk się oświadcza, ale nie zostaje przyjęty. Para omal się nie rozstaje, ale czy w takiej sytuacji to nie jest najlepsze wyjście? Czy tak odmienne charaktery trafią wreszcie przed oblicze kapłana i powiedzą sakramentalne "tak"? 
Jeśli macie ochotę na poznanie perypetii miłosnych dwojga kochających a zarazem czubiących się ludzi, jeśli chcecie zatopić się w doskonałej powieści obyczajowej, jeśli pragniecie przeczytać babskie czytadło na najwyższym poziomie to zachęcam do lektury właśnie tej książki. 
Gwarantuję, że czeka Was kilka godzin czytania o miłości, ale nie będzie to powieść słodziutka, polukrowana, mdła i bez charakteru. 
Może tytuł jest utrzymamy w takim właśnie stylu słodkiego romansidła, ale fabuła już nie. Okładka pasuje do infantylnej i przewidywalnej treści, ale tego tu nie znajdziecie. Co zatem prezentuje ta powieść? To bardzo mądra, lekko napisana historia dojrzewania kobiety i mężczyzny do roli odpowiedzialnego partnera. To powieść o wewnętrznej przemianie, o nauce życiowej mądrości. Bo nikt nie jest lepszym nauczycielem niż życie, które zwykle nie rozpieszcza tylko rzuca kłody pod nogi, które stawia różne przeszkody, które wymaga czasami więcej niż nam się wydaje że możemy zdziałać. 
Anna jest zdolna i wykształcona, ale w jej wnętrzu na początku lektury drzemie słodka, mała dziewczynka, nieco rozkapryszona, nieco infantylna, nieco zbyt zapatrzona w czubek własnego noska. Pobyt poza Polską, praca w Szwecji, mieszkanie u koleżanki, która ma liczną i tradycyjną rodzinę uświadamia naszej bohaterce co ważne. Gdy już wie, czego chce spada na nią lawina niespodzianek. Dzięki niej Anna smakuje prawdziwego stadła rodzinnego. Piszę o tym, gdyż chcę podkreślić charakter tej książki, którą w zapowiedziach Wydawcy pominęłam. I zrobiłam błąd oceniając tę powieść zbyt pochopnie po okładce i tytule. Lektura okazała się wyśmienita, pochłonęłam ją w dwa dni, które spędziłam z nosem w książce prawie non stop i myślami w książce  już bez przerw. Wielką frajdę sprawiło mi czytanie o przeistoczeniu się Anny w inną, lepszą kobietę. Tej początkowej Ani nie polubiłam. Miałam ochotę wyłożyć jej kawę na ławę o jej postępowaniu, o jej bezmyślności i głupocie. Swoją drogą pozwolę sobie tutaj na małą dygresję. Wiele współczesnych portali, mediów, gazet kreuje właśnie taki, jak piszą i mówią trendy portret kobiety. Niezależnej i ... próżnej. Tak można postępować tylko wtedy jak się jest singielką. Związek wymaga nauki sztuki kompromisu, oddania części swojej niezależności, patrzenia na świat przez pryzmat drugiej osoby. Inaczej się z kimś być tak naprawdę nie da. Inaczej można być tylko obok kogoś a nie z nim. 
"Wyjdziesz za mnie, kotku?" to lektura przy której można się odprężyć, odstresować, ale nie nudzić. Nie jest to książka płytka, pretensjonalna i przewidywalna. Dla mnie to naprawdę miłe zaskoczenie. 
To historia o miłości, o tym, że życie we dwoje bywa i łatwe i trudne. Bo z jednej strony można się na kimś oprzeć, ale z drugiej trzeba samemu czasem być podporą. Dodam również, że to debiut, który oceniam doskonale. W trakcie czytania szykujcie się na mnóstwo zwrotów akcji, na szereg niespodzianek, na intrygi, romanse i zdrady. Nie zabraknie emocji, uczuć, ludzkich błędów, porażek i sukcesów. Jeśli spodoba się Wam się ta powieść, o czym jestem w pełni przekonana, to jest możliwość kolejnego spotkania z poznanymi bohaterami w najnowszej książce Pani Wioletty, która jest kontynuacją tej publikacji. Jej tytuł to "Będzie dobrze, kotku". Ta książka w formie elektronicznej drzemie już w moim czytniku. Niedługo ją również przeczytam i podzielę się z Wami moją opinią.

niedziela, 22 marca 2015

Łucja Gorzkiewicz "Perełka"


Wydawnictwo Novae Res
data wydania 2015 - premiera wkrótce
stron 28
ISBN 978-83-7942-632-4
W bajkowym klimacie dzieciństwa
W bajkowym klimacie dzieciństwa zawsze się odnajdę. Nie ma znaczenia ile będę miała wiosen. I zawsze z łezką w oku będę wspominać bajki czytane mi w pierwszych latach życia, kiedy jeszcze sama nie potrafiłam zagłębiać się w lekturze, bo nie znałam liter. Jedno z tego czasu utkwiło mi w pamięci - zawsze dobierano mi lektury pogodne, w których nie było zbyt wiele przemocy. Był bajowy klimat - księżniczki, wróżki, czarownice, dobro zwyciężające zło. Uważam, że właśnie takie książki są najlepsze dla najmłodszych. Dzieci w takim wieku nie trzeba karmić przemocą, monstrami, potworami jak robią to niektóre kreskówki. 
Właśnie w tak przyjaznym dzieciom klimacie utrzymana jest książeczka "Perełka" autorstwa Łucji Gorzkowicz. Opowiada ona historyjkę krótką, ale bardzo ciekawą. Mała dziewczynka mieszka blisko morza. Pewnego dnia wybiera się na spacer na łąkę pełną różnokolorowych kwiatów. Chce uzbierać barwny i pachnący bukiet dla mamy. Chwile sielanki przerywa zła czarownica. Jest ona wściekła, że dziewczynka weszła na jej teren. Ze złości, jak to czarownica, wymawia zaklęcie i zamienia naszą bohaterkę w piękną perłę. Jak dalej potoczą się jej losy opowiada bajka. 
Książeczka jest ładnie wydana, ma śliczne ilustracje i bardzo oryginalny atut. Składa się z dwóch części - tekstu z ilustracjami autorstwa Agnieszki Drabik oraz kolorowanki, którą maluchy mogą pokolorować. Uważam, że to świetny pomysł. Publikacja rozwija różne zmysły dziecka oraz dba o jego zdolności manualne. Książeczka idealnie nadaje się na wieczorne czytanie przed snem. Bajeczka ma piękną treść. Niesie w sobie walory edukacyjne i poznawcze. Kształtuje wyobraźnię, rozbudza ją i rozwija. Uważam, że jeśli dziecku w najmłodszym wieku będą czytane opowiastki takie jak ta z pewnością pokocha ono świat książek i w przyszłości będzie zakochanym w lekturach czytelnikiem. Tak właśnie, bajki są doskonałą drogą do świata książek. Uważam, że czytania nie zastąpią ani kreskówki ani gry multimedialne. Zachęcam do poznania tej książeczki. Jako osobie dorosłej jej przeczytanie też sprawiło mi wielką przyjemność.

środa, 11 marca 2015

TadeuszWodzicki "Brudna wolność"


Wydawnictwo Novae Res
data wydania 2015
stron 130
ISBN 978-83-7942-562-4

Sentymentalna podróż z posmakiem goryczki

Kilka minut temu skończyłam lekturę książki, która nie jest grubym tomem, ale która jeszcze długo będzie w mojej pamięci. To powieść obyczajowa z najnowszą historią Polski w tle, która rozgrywała się na moich oczach. Byłam mała, młoda ale patrzyłam na to co działo się na przełomie lat 70- tych i 80-tych. Główny bohater brał czynny udział w tych wydarzeniach. Na początku lat 90- tych po upadku rządu Olszewskiego wyjechał do Szwecji. Sam, bo rozpadło się jego małżeństwo. Urządził się na obczyźnie. Znalazł pracę w swoim zawodzie. Po latach wraca do Polski. Jego była żona już nie żyje. Wraca na zaproszenie ośmioletniego wnuka, którego nigdy osobiście nie poznał. Wraca na jego I Komunię Świętą. Jest to zarazem sentymentalna podróż do miejsc z młodości. 

Książka porwała mnie bez reszty. Ba, zaczęłam przeżywać dzieje bohatera jakbym sama była w jego skórze. Bardzo utożsamiłam się z Romanem. Polubiłam go i stał mi się bardzo, bardzo bliski. Wspomnienia Romana z dawnych lat chłonęłam. Odczuwałam jak on sentyment do starego. Bo wiele się podczas nieobecności Romana zmieniło. Zmieniła się Warszawa pod względem architektury, zmienił się ustrój i nastały nowe czasy. I w tym miejscu dodam, że nasz bohater je ocenia. Niestety krytycznie, bardzo krytycznie. I od razu dodaje, że nie o taką rzeczywistość walczył jako członek największego związku zawodowego jakim była kiedyś Solidarność. Nie o taki kraj walczyli jego towarzysze. Niestety ideały poszły w kąt, do śmieci. Do władzy doszli ludzie którzy walczyli o własne korzyści, a nie o idee. Oni tylko się nimi podparli niczym laską by wejść na szczyty władzy. I jest jak jest. A rzeczywistość współczesna zarówno Romanowi jak i mnie się nie podoba. Nic z haseł nie wcielono w życie. A solidarność ludzka staje się rzadkością. Bo zastąpił ją wyścig szczurów, pęd po innych oby do mety. A to co po drodze się nie liczy. Smutna prawda, ale prawda. Romana wiele we współczesnej ojczyźnie razi. Razi komercja, razi przebieg uroczystości komunijnych, razi pogoń za kasą. Razi zniszczenie byłego zakładu pracy, wzrusza los jego kolegów, którzy nie zostali docenieni. Smutna konkluzja wprowadza raczej w ponury nastrój. A miało być tak pięknie i sprawiedliwie po upadku komuny. Niestety wyszło inaczej niż w zamysłach uczestników strajku okupacyjnego, którym autor swoją książkę dedykuje. 
 
Książka bardzo mną poruszyła, skłoniła do wspomnień, do refleksji nad przyszłością Polski. Nie jest to lektura idealna do tego by się przy niej zrelaksować, ale warto znaleźć dla niej czas. Książka ma ciekawą okładkę, której projekt przypadł mi również do gustu. Na jej kartach przeczytacie o sławnych postaciach tamtych dni jak ksiądz Jerzy Popiełuszko czy Prymas Wyszyński, a i o zwykłych towarzyszach doli głównego bohatera, którzy podjęli kroki by nam żyło się lepiej. Trudno podsumować, że ich trud poszedł w dużym stopniu na marne, ale nie sposób uciekać od prawdy, że po raz kolejny nie wyciągnęliśmy wniosków ze wiktorii. Nie pierwszy to w historii już raz.

poniedziałek, 9 marca 2015

Dorota Gąsiorowska "Obietnica Łucji"

Wydawnictwo Między Słowami
data wydania 2015
stron 432
ISBN 978-83-240-2660-9

Odnaleźć prawdziwe szczęście zawsze można!

Z ręką na sercu przyznaję, że nie miałam tej powieści w planach czytelniczych. Przeczytałam ją w drodze przypadku. Dodam szczęśliwego przypadku. Bo lektura od samego początku bardzo mnie zauroczyła. Wpadłam jak śliwka w kompot. Żyłam tylko nią i potraktowałam ulgowo nawet ważne obowiązki. Wszystko po to, by czytać o losach kobiety z pewnym życiowym bagażem, która zamyka za sobą pewne drzwi. Zamyka za sobą niezbyt udane małżeństwo, rozstaje się po latach z mężem z którym już nic ją nie łączy i chce zacząć żyć od nowa. Zburzyć stary porządek i poszukać szczęścia. Tego prawdziwego, bo smak tego pozornego już poznała. Łucja dochodzi do czterdziestki. Nie ma dzieci, porzuca prowadzenie biura podróży i wraca do zawodu wyuczonego. Zostaje nauczycielką historii w małej wiosce, która ma piękną nazwę. Różany Gaj leży daleko od zgiełku miasta. Tu życie biegnie wolniej i inaczej, ale nie nudno. Łucja zamieszkuje w domku emerytowanej nauczycielki i poznaje wyjątkową dziewczynkę Anię z której mamą też się zaprzyjaźnia. Ta przyjaźń otwiera w jej życiu nową brzemienną w różne skutki kartę. 
 
Chociaż książkowy opis zdradza nieco więcej ja świadomie na temat treści umilknę. Zostawię Wam odrobinę tajemnicy i równocześnie zachęcę byście chwycili po tę lekturę bez zastanowienia. Wydawca o jej Autorce mówi "Nowa Mistrzyni literatury obyczajowej". Umieszczenie takiej opinii na okładce może być marketingowym chwytem na pierwszy rzut oka. Otóż nie! Dorota Gąsiorowska naprawdę zasługuje na takie pochwały i brawa. Udało jej się stworzyć powieść która ma wiele zalet. 
To książka odrobinę polukrowana, w której panuje dobro, a ludzie ku niemu zmierzają. To lektura z pozytywnym przekazem, która pokazuje, że warto powalczyć o szczęście, o uczucia, o miłość. Warto być dobrym, bo los odpłaca. Dobro wraca do nas niczym bumerang. 
Lektura wzrusza, chwilami nawet do łez. Opowiada historię która mogła zdarzyć się w realnym życiu. Ileż to dzieci traci zbyt szybko mamę. Ileż okrutna choroba powoduje zła. Tak los doświadcza Łucję. Po co? Otóż chyba po to, by mogła pomóc Ani przejść przez trudne chwile. 
Książka ta to lektura bardzo ciepła, rodzinna, opiewająca dobro, prawdę. Nie brak w niej odrobiny historii, tajemnic sprzed lat, romantycznych sekretów z życia osób, które już dawno temu odeszły. 
Ta powieść to historia skłaniająca do refleksji nad tym, co w życiu najważniejsze. Bardzo lubię gdy czytanie opowieści wykreowanych w głowie Autorki do tego prowadzi. Dzięki temu wiem, że czytanie coś wnosi do mojego wnętrza, ubogaca mnie i uczy. Bo w wirze życia łatwo się zapomnieć. 
Wspaniała lektura dla każdej kobiety i nie tylko. Po jej przeczytaniu czekam na kolejne książki tej Pisarki. Talentu jej pióru nie można odmówić!

niedziela, 8 marca 2015

Bolesław Dziewięcki "Z dna piekła"


Wydawnictwo Novae Res
data wydania 2015
stron 160
ISBN 978-83-7942-588-4

Obozowa rzeczywistość 

Jestem osobą, której młodość i początek edukacji przypadły na czasy PRL-u. Wtedy o II wojnie światowej mówiono więcej i inaczej niż dziś. Bardziej pamiętano o okrucieństwo Niemców niż Związku Radzieckiego. Nie chcę tego tutaj oceniać. Jako dziewczynkę na lekcjach historii uczono mnie o piekle obozów koncentracyjnych. Wiele o nich mówiono, przytaczano wspomnienia ich więźniów. Po literaturę obozową sięgnęłam bardzo wcześnie. Miałam zaledwie 12 lat, a porwałam się na lekturę naprawdę ciężkiego kalibru. Na "Pięć lat kacetu" http://lubimyczytac.pl/ksiazka/237681/piec-lat-kacetu
Książka ta zrobiła na mnie kolosalne wrażenie. I po niej już wielokrotnie czytałam obozowe wspomnienia. Po co? By docenić pokój, by poznać historię, by nie zapomnieć o dla mnie anonimowych ofiarach faszystowskiego piekła. Nikt z mojej rodziny nie poznał smaku życia za drutami. Całe szczęście. Ale tym, którzy tam trafili, zginęli czy przeżyli należy się pamięć i hołd. 
Ostatnio przeczytałam kolejne zapiski obozowego więźnia. Człowieka, który przeżył piekło, który jak sam mówi trafił na jego dno. Nie jest to książka gruba, ale bogactwa treści nie można jej zarzucić.
Jak podaje okładka autor to " Bolesław Dziewięcki był żołnierzem AK, pseudonim „Koraban”. Brał udział w pierwszym zamachu na gestapowca Helmuta Kappa wraz ze swoim kolegą z seminarium Hieronimem Piaseckim, pseudonim „Zola”.
Został aresztowany 13 czerwca 1943 roku podczas akcji AK.
Bity i torturowany przez Niemców, nie wydał nikogo, choć żona i jednomiesięczna córeczka Marysia również znajdowały się w rękach gestapo.
"
Ten człowiek przeżył piekło aż 4 obozów koncentracyjnych na terenie Polski i Niemiec oraz pobyt w obozie pracy Dora. Nie raz wydawało mu się, że to już jego koniec, że nadchodzi kres życia, że dalej nie da rady być wśród żywych. A jednak doczekał wyzwolenia i wrócił do rodziny. Dwa lata wyryły jednak swoje. Ból, głód, tęsknota, choroby - towarzyszyły mu wiernie dzień po dniu. Nie raz brakło sił, nadeszło zwątpienie. Lekarstwem była pomoc współwięźniów i modlitwa. Wiara w Boga i nadzieja na lepsze jutro. Na koniec koszmaru.
Nie jest to lektura łatwa, nie czyta się ją lekko i przyjemnie. Ba, czasami trzeba przerwać by otrzeć łzy. Nie brak tragicznych momentów, współczucia i litości. Znając z lektur obozowe realia najbardziej wzruszyły mnie sceny po wyzwoleniu. Co robić? Wracać do rodziny, kraju rządzonego przez Sowietów? Zostać na Zachodzie? Opis tułaczki po wyzwoleniu był równie dramatyczny jak dni wojny. Ta publikacja, te wspomnienia to historyczny świadek. To pomnik ofiar żywych i zmarłych. To obraz piekła które ludzie ludziom zgotowali. To potrzebne światu świadectwo, aby nie wywoływać konfliktów zbrojnych, by cenić pokój na świecie.

sobota, 7 marca 2015

Wojciech Mróz "Zakopane - miasto cudów"


Wydawnictwo Novae Res
data wydania wkrótce premiera 
stron 316
ISBN 978-83-7942-552-5

Co tam Panie w Zakopanem?

Felietony czytać uwielbiam. Pod jednym warunkiem. Otóż muszą być ciekawie, dobrze, interesująco i dowcipnie napisane. Musi pisać je osoba, która ma talent do pisania krótko aczkolwiek treściwie. I błyskotliwie, bo właśnie wtedy czyta się te teksty najprzyjemniej. Gdybym miała wręczyć felietonowego Nobla, Oskara, Złotą Palmę czy co tam jeszcze już wiem komu bym ją przyznała. Bez najmniejszych skrupułów i wahania. Z pełnym przekonaniem, że nagroda wędruje we właściwe ręce. Dostałby ją Wojciech Mróz mieszkający w Zakopanem dziennikarz, współzałożyciel i pierwszy redaktor naczelny "Tygodnika Podhalańskiego". Jego stały felietonista. Człowiek, który wspaniale pisze i ma wielki talent. Jest świetnym obserwatorem i doskonale to co widzi opisuje opatrując dowcipnym, trafnym komentarzem. 
Powyższy tytuł jest zbiorem felietonów, a ich tematem jest Zakopane. Góry, miasto, górale. Na pierwszym planie jest wyjątkowa miejscowość w Polsce jedyna w swoim rodzaju. Stolica sportów zimowych, Podhala, mekka turystów i narciarzy. Kurort, który wciąż zmienia swoje oblicze, który dryfuje w kierunku nowego. Stare odchodzi w przeszłość. Czy nowe jest lepsze? Odpowiedzi na pytania szukajcie w książce, która mówi o współczesnym, ale i historycznym Zakopanem. A to dwa różne oblicza. Które lepsze? Moim zdaniem to dawniejsze. Jednak zmian zatrzymać nie sposób. One się dzieją, a autor o nich wspaniale pisze. Obserwuje, podgląda, ocenia zarazem uczestnicząc w życiu miejscowości jedynej w swoim rodzaju. Teksty są okraszone ocenami, poglądami i komentarzami ich autora, który nie stracił w szalonej dzisiejszej rzeczywistości zdrowego rozsądku. Wciąż jeszcze ma dystans do paranoi, która często otacza nas w różnych dziedzinach życia. Z tekstów wyłania się turystyczna mekka, która skupia przeróżnych turystów. Jednych bawią górskie wędrówki, drugich białe szaleństwo na stokach, nie brak i takich, którzy kochają zwiedzanie Krupówek. O nich pisze Wojciech Mróz, ale i o zwyczajnych góralach, władzach miasta, sławnych osobistościach, słynnych zakopiańskich miejscach, instytucjach, zabytkach, osobliwościach. Zakopiańskie wczoraj i dziś różni się. Ja osobiście poznałam urok tego cudu w okresie PRL-u. I takie Zakopane odnalazłam w tekstach, i to współczesne komercyjnie, które zapomina o cudzie sztuki ludowej na rzecz chińskiej tandety. Autor pisze o bolączkach, wstydliwych sprawach, jak również o sukcesach zakopiańskich realiów. Nie szczędzi pochwał, ale i nagan. Krytykuje, ale i chwali. Pokazuje zakopiańskie plusy i minusy. Pokazuje pozytywy i negatywy. Pisze z dużą dozą humoru. Ma czasami bardzo ostre i drapieżne pióro, odważne. Nie brak tym felietonom ironii, nie brak celnych puent, trafnych porównań. Nie brak i refleksji bo obiekt jest wyjątkowy. Książkę czytałam na jednym wdechu. Chłonęłam jej atmosferę. Miałam wrażenie jakbym była w tym miejscu, widziała wszystko własnymi oczami. Jakby to o czym traktują felietony działo się tuż przed moim nosem. Jaki wniosek bije z lektury? Zakopane jest niepowtarzalne, jedyne w swoim rodzaju, wyjątkowe i bardzo ... mimo wszystko kochane. I nic go nie zastąpi! 
Ta książka trafiła w moje ręce dzięki rekomendacji Kingi z bloga  http://esaczyta.blogspot.com/
Tę lekturę wypatrzyłam w jednym z Jej filmików. Jestem wdzięczna, że przeczytanie tej książki mnie nie ominęło. Bo wielu dobrych czytelniczych wrażeń i emocji bym nie doznała. Cieszę się, że jako fanka Tatr mogłam poczytać o ich stolicy. Posmakować góralskiego klimatu i garści absurdów jakie niesie życie nawet tam pod Tatrami i halami. Gorąco polecam tę publikację. Jest wyjątkowa i świetna. Gratuluję Autorowi kapitalnego pióra ! Brawo Panie Wojciechu! Jest Pan Mistrzem Felietonu.


niedziela, 1 marca 2015

Sophia Loren "Wczoraj, dziś, jutro. Moje życie"


Wydawnictwo Literackie
data wydania 2015
stron 406
ISBN 978-83-08-05498-7
Gwiazda kina o sobie
Od wielu lat sięgam po biografie. Ale czynię to pod jednym warunkiem. Książka musi dotyczyć osoby która mnie inspiruje, interesuje, którą podziwiam. Inaczej za nic nie sięgnę po książkę tego typu. Czytałam już sporo biografii przeróżnych osób: gwiazd kina, sportu, muzyki, pisarzy, świętych itd. Ostatnio miałam okazję dzięki uprzejmości Wydawcy jeszcze przed premierą poznać życie Sophii Loren - niekwestionowanej gwiazdy kina nie tylko włoskiego. Ba jest coś jeszcze! To autobiografia napisana przez samą aktorkę! 
Z okładki spogląda roześmiana i piękna kobieta. Jak się okazuje życie tej gwiazdy nie było zawsze szczęśliwe i beztroskie. Poznała ona smak bólu, porażki, biedy by potem z brzydkiego kaczątka stać się ikoną kina. Tak, w życiu możliwe są i takie scenariusze. Sophia pierworodna córka nie miała szczęśliwego dzieciństwa i pełnej rodziny. Matka urodziła ją w bardzo młodym wieku, ojciec nie interesował się dzieckiem. A życie było w owych latach ciężkie. Rodzina Sophii nie była bogata, w czasie wojny żyli chłodno, głodno i biednie. Przepustką do lepszego świata okazał się talent, upór i niebanalna uroda, która nie bardzo pasowała do kanonów piękna młodych lat tej kobiety. Mimo to udało się jej wejść na szczyt. Udało się osiągnąć wszystko o czym marzyła w młodości, o czym marzą podobne jej dziewczyny. 
W swojej książce Pani Loren bez ogródek opowiada  o swoim życiu. Pierwsze wrażenie jej słów - ogromna szczerość i prostota z jaką pisze. Nie czyni siebie niedostępną królową na tronie. Jest bezpośrednia do bólu. I pisze po imieniu o tym, co ją spotkało, uradowało, dotknęło. Nie upiększa, nie jest samolubna czy zapatrzona w siebie. Wydaje się być zarazem kimś wyjątkowym i kimś bardzo zwyczajnym. Od początku lektury ma się wrażenie, że aktorka chce by ludzie poznali ją taką jaka jest, bez osłonek, ozdobników czy tiuli. Bez sztuczności i fałszywego makijażu. Sophia ma odwagę stanąć w świetle słów i tą publikacją prześwietlić swoje życie. Opowiedzieć o sobie każdemu, kto sięgnie po tę książkę. I tym samym ujęła mnie niesamowicie. Sprawiła, że polubiłam ją jeszcze bardziej. Książka traktuje i o życiu prywatnym i o zawodowym. Czyta się ją na jednym wdechu. Opowiada o osobie, ale i czasach w jakich przyszło jej żyć, o kinie, o filmach w których brała udział oraz o innych, którzy wraz z nią je tworzyli. To ciepła opowieść, pełna wyjątkowych opisów, zwierzeń, wspomnień. Zaczytałam się w niej i zapatrzyłam na zawarte tam fotografie. Przeżyłam życie Sophii jeszcze raz. Napiszę tak: wspaniale podsumowane dotychczasowe życie wyjątkowej osoby. Warto poświęcić jej swój czas, nawet gdy nie jesteście zagorzałymi fanami kina sprzed lat.