wtorek, 18 września 2018

Aleksander R. Michalak "Denar dla szczurołapa"



Wydawnictwo Replika
data wydania wrzesień 2018
stron 432
ISBN 978-83-7674-703-3

Fleciście zawsze należy zapłacić

Zaczynając czytać powieść napisaną przez Aleksandra Michalaka wiedziałam, że jej przedpremierowe recenzję są bardzo pozytywne, a blogerzy i vlogerzy gorąco zachęcają do poznania tej historii. Spodziewałam się więc książki bardzo dobrej, która powali mnie na kolana. Czy tak się stało? Czy polski Autor może dorównać komuś tak popularnemu jak Dan Brown? 
Jesteście ciekawi mojego zdania? I czy aby ten tytuł nie jest przereklamowany? 

Nie będę Was zbyt długo trzymać w napięciu. Jeśli planujecie go kupić to się pośpieszcie, bo nakład może się wyczerpać. To rewelacyjna książka, która zapewni Wam naprawdę świetną przygodę. To doskonałe połączenie sensacji, tajemnic i religijnych sekretów. 

Fabuła książki opiera się na dość popularnej legendzie sprzed wielu lat, która mówi o szczurołapie z Hameln. Przed wieloma wiekami to miasto nawiedziła inwazja szczurów. Straty spowodowane ich bytnością były olbrzymie. Ludzie zrozpaczeni stadami gryzoni szukali ratunku by się ich pozbyć. Na pomoc przybył szczurołap z fletem. Zaoferował swoje usługi za pewną opłatę. Zadanie wykonał, ale zapłaty mu poskąpiono. Zły postanowił się zemścić. Uwodząc grą na flecie wyprowadził z miasta dzieci i zawiódł je na pobliską kalwarię. Co było dalej? Zapraszam do lektury, której główną postacią jest węgierski uczony Gabor Horthy, który rozpoczyna badania nad dokonaniami pewnego teologa, który żył w XIX wieku. August Erdmann interesował się wcześniej przypomnianą legendą. Okazało się, że szczurołap pojawił się na kartach kronik historycznych nie jeden raz i nie tylko w jednym miejscu...

"Denar dla szczurołapa" to fascynująca proza, którą czyta się szybko i z wypiekami na twarzy. Łączy ona w sobie elementy kilku gatunków literackich. Jest sensacja, jest zbrodnia, jest przygoda. Nie brakuje emocji, jest tajemniczo i mrocznie chwilami. Jest wątek romansowy, jest szybka akcja. Akcja rozgrywa się w wielu miejscach, a sama treść przykuwa uwagę i zwalnia reakcje czytającego na otaczający go świat realny. Tak, ta powieść uwodzi i z pewnością niejedna osoba zarwie dla niej noc. Warto, bo książka ma bardzo wiele plusów. Za największy uważam zakończenie, które ma moc wrzenia i jest mocne jak spirytus. Aleksander Michalak znalazł nie tylko ciekawy pomysł na fabułę, ale do tego bardzo dobrze go ujął i zrealizował. Bo poruszając tyle wątków i sekretów trzeba talentu by je sprytnie poplątać, zamotać i ułożyć z nich interesujący gobelin, który ma czytelnika zachwycić i oczarować. Pisarz zrobił to na medal. Choć początek może wydać się niektórym nieco chaotyczny to w miarę czytania jest tylko lepiej i lepiej. Ciekawiej i ciekawiej. Ta trzymająca w napięciu książka absolutnie nie jest przereklamowana. Ba, powinna trafić w ręce tych, których zachwycił "Kod da Vinci" i książki jemu podobne. Polski Autor świetnie wkroczył w świat literatury do tej pory zarezerwowany dla zagranicznych twórców. Nie pozostaje mi nic innego jak gorąco polecić Wam "Denar dla szczurołapa" i czekać na kolejną lekturę tegoż Pisarza. Brawa dla Wydawnictwa Replika za wydanie takiej Perełki. 

wtorek, 11 września 2018

Jerzy Andrzejczak "Spowiedź polskiego kata"


Wydawnictwo Aktywa 
data II wydania 2018
stron 272
ISBN 978-83-946528--3-8

Wyznania legalnego zabójcy i nie tylko 

Nie byłoby tej profesji, gdyby w katalogu kar ustawodawca nie godził się na zabijanie. Na legalnie zabijanie zgodnie z literą prawa i orzeczone prawomocnym wyrokiem sądu z odmową prawa łaski. A tak było przez wiele lat w Polsce i nie tylko, a w wielu miejscach na świecie nadal jest. O jakim zawodzie mowa? 

O profesji kata czyli ręce sprawiedliwości trzymającej narzędzie śmierci. O mężczyznach, którzy pozbawiają życia. Robią to w różny, ustalony przepisami sposób.  Kaci nie cieszyli i nie cieszą się szacunkiem, poważaniem a wręcz odwrotnie. Dotyczy ich raczej ostracyzm i pogarda, osamotnienie i wykluczenie ze społeczności. Kim są panowie parający się tym zajęciem? Co ich do tego zmusza czy zachęca? Czy można mieć spokojnie sumienie i być normalnym człowiekiem wieszając skazanych na "kaes"? 
Macie tyle sił i  odwagi by poznać katów? Wysłuchać ich spowiedzi? Bałam się, że nie będę w stanie temu sprostać, ale jak się okazało pochłonęłam tę publikację szybko i zachłannie z wypiekami na twarzy. I okazała się ona o wiele bardziej bogata w treść niż sugeruje to tytuł. 

To drugie wydanie tej książki w której Autor po części oddaje głos katu, a także sam opisuje najgłośniejsze sprawy w których zapadł najsurowszy z wyroków, przybliża sylwetki najokrutniejszych morderców, gwałcicieli i sprawców napadów. Przybliża historię katowskiej profesji w Polsce i na świecie na przestrzeni wielu wieków. Porównuje wczoraj i dziś, a także pozwala wypowiedzieć się zwolennikom i przeciwnikom kary śmierci. 

To nie jest łatwa lektura aczkolwiek niezwykle ciekawa. Przypomniała mi wykłady na studiach z prawa karnego. Autor napisał ją równie ciekawie jak wykładał karnista - teoretyk i praktyk z którym miałam styczność. Nie polecam jednak czytać tego tytułu przed snem osobom wrażliwym, bo może zakłócić spokój nocnego odpoczynku. Książka zawiera multum informacji, lawinę ciekawostek, wiele przykładów i opinii. Nie ma w niej nudnych fragmentów, nie ma rozwlekłych opisów. Jest ciekawy przekaz podany w atrakcyjnej formie. 

Czytając dowiemy się jak wyglądały cele śmierci, jak spędzał ostatnie godziny skazany przed wykonaniem wyroku, jakie były przedśmiertne życzenia i jak wyglądała ostatnia droga. Jak zachowywali się ci, którzy mieli odejść za kilka chwil. W lekturze nie brakuje mocnych scen, grozy, mrocznego klimatu. Czuć, że świat osób skazanych to świat w którym nie jest normalnie, a do głosu dochodzą negatywne instynkty i zło, które drzemie gdzieś w piekle i nagle ogarnia ludzkie dusze. 
To mocna lektura oparta niestety na prawdziwych faktach ukazująca rzeczywistość, która z jednej strony przeraża, ale i budzi ciekawość. Bo egzekucje kiedyś były publiczne i przyciągały tłumy. 
Książka - co może w tym przypadku zabrzmi dziwnie - spodobała mi się i będę Was zachęcała do jej lektury. Dobre ujęcie jednego z najbardziej kontrowersyjnych tematów zasługuje na uznanie. Polecam, choć to szokująca i wymagająca lektura. 


wtorek, 4 września 2018

Anna Brzezińska "Woda na sicie"



Wydawnictwo Literackie
data wydania 5 września 2018
stron 352
ISBN 978-83-0806-549-5

Rzecz o czarownicy

Jeśli jako dzieci uwielbialiście bajki to mieliście styczność z czarownicami. Były to złe postacie, czarne charaktery, kobiety, które miały styczność z magią i nieczystymi siłami. Ale czarownice ponoć istniały naprawdę. Bynajmniej skazywano je w procesach za uprawianie czarów w minionych wiekach, palono na stosach, topiono w imię oczyszczania świata z sił zła. Dziś to wszystko wydaje się przerysowane, ale kiedyś... No właśnie, gdybyście drogie Czytelniczki zostały skazane za uprawianie czarów to mina by Wam bardzo zrzedła. 

Rok temu pewna zdolna polska pisarka zabrała mnie na Wawel - mowa o Annie Brzezińskiej i jej powieści "Córki Wawelu" - jej recenzję znajdziecie pod linkiem https://cudownyswiatksiazek3.blogspot.com/2017/09/anna-brzezinska-corki-wawelu.html
A dziś w dniu premiery chciałabym opowiedzieć o najnowszej książce Pani Anny. Jej główną bohaterką jest nikt inny jak właśnie czarownica. I to ona w pierwszoosobowej narracji snuje w trakcie kolejnych przesłuchań przez Święte Oficjum opowieść o swoim życiu. Było ono bardzo barwne i obfitowało w wiele zdarzeń.

La Vecchia żyła w czasach kiedy za uprawianie czarów wyrzucano za nawias społeczeństwa i surowo karano. Powieść przenosi nas do krainy stylizowanej na średniowieczną czy wczesnorenesansową Italię. Główna bohaterka jest bękartem urodzonym przez kobietę upadłą i nie wie, kto jest jej ojcem. Ma rodzeństwo i wychowuje się w biedzie. Opowieść o życiu snuta przez La Vecchię jest kręta i niespójna. Wynika z niej, że wcześnie straciła matkę, została zgwałcona i wygnana z rodzinnych stron. Przyszło jej podróżować i jeść chleb z niejednego pieca. Żyła raz w dostatku, a raz w biedzie. Miała różnych kochanków i była utrzymanką wielu mężczyzn. Jej życie erotyczne było burzliwe. Nie raz miała kłopoty z prawem. Ponoć widziała smoka. 

Snuty przez oskarżoną o czary kobietę monolog jest bardzo mozaikowy i niespójny. By zachować życie kluczy ona w swoich zeznaniach i wciąż je ubarwia. Kim tak naprawdę jest? Czy aby nie kobietą przytłoczoną przez męski świat, która ma jednak odwagę mówić mocno i wyraziście? Tej odwagi zabrakłoby większości białogłów żyjących w tamtych czasach. 
Czy chcecie poznać jej losy? 

"Woda na sicie" to książka wyjątkowa i niełatwa, ale taka, która ma w sobie coś magicznego, co przykuło moją uwagę od początku lektury do jej końca. Nie mogłam oprzeć się opowieści, która ma w sobie tyle interesujących elementów. Sama powieść przekracza wszelkie ramy i jest moim zdaniem porywająca i poruszająca. Robi wrażenie ze względu na treść, formę i tematykę którą w niej podjęto. Procesy czarownic zawsze chyba przyciągały uwagę ogółu. Ludzie tak kiedyś, jak i dziś byli ciekawi kobiet, które ponoć miały układy z diabłem. Dziś wydaje się to nieco infantylne, ale kiedyś ludzie wierzyli przecież w tyle zabobonów, czarów i mitów, a Kościół tylko umacniał w swoich wyznawcach istnienie osób nawiedzonych i złych które należało usunąć. 
Zeznania starszej kobiety wydają się być na pograniczu prawdy i fikcji, realnego życia i fantasy. Dopatrzyłam się w nich elementów i bajkowych i kryminalnych. Gości w nich i przygoda i historia. Czyta się je wspaniale, choć brak dialogów dla niektórych może być pewnym utrudnieniem. Osładza je treść, która wywołuje niekiedy uśmiech, ale i wzruszenie czy emocje. Bywa mrocznie, bywa strasznie, bywa groźnie, bywa nieco bajkowo. 
Reasumując jeśli urzekły Was "Córki Wawelu" to ta powieść również podbije Wasze serca. Jeśli nie znacie pióra Anny Brzezińskiej to macie okazję to zmienić. Atutami tytułu jest styl w jakim napisano tę książkę, jej klimat i ciekawa fabuła, która zaprowadzi Was do wyjątkowego świata, w którym moralność jest nieco inna niż dziś. Gorąco polecam i zapraszam do świata La Vecchi. 

poniedziałek, 3 września 2018

Ewa Formella "Listy do Duszki"


Wydawnictwo Replika
data wydania 2018
stron 304
ISBN978-83-7674-717-0

O miłości, której na drodze stanęła wojna, polityka i źli ludzie

Miłość rodzi się kiedy chce. Miłość jest jak kwiat, który nie zawsze ma szansę rozkwitnąć. Niekiedy miłości stają na drodze poważne przeszkody, które powodują, że dwoje zakochanych ludzi nie może cieszyć się szczęściem. Taką właśnie historią, niezwykle wzruszająca i mocno chwytającą za serce, opowiedziała w swojej najnowszej książce Ewa Formella. Podświadomie czułam zaczynając czytanie, że powieść wyryje w mojej duszy mocny ślad. Tak się stało, a tę opowieść pokochałam bezgranicznie. W lekturze zachwycił mnie nie tylko pomysł na fabułę, ale i język, styl, konstrukcja książki i umiejętne operowanie słowem, delikatność i ujęcie uczucia, które nie miało szczęścia trwać wiele lat. 

Latem 1938 roku w Wolnym Mieście Gdańsk wybuchło gorące uczucie. Stefania mająca jedynie 16 lat pokochała Heinricha - Niemca, syna znanego lekarza. Ich niewinna, ale prawdziwa miłość niestety nie mogła znaleźć spełnienia przed ołtarzem. Barierą nie do pokonania był nie młody wiek dziewczyny, ale czasy w jakich przyszło im żyć. Nienawiść Niemców do Polaków i zbliżająca się wojna uniemożliwiły randki i wymianę pocałunków. Przed wyjazdem Heinricha na ćwiczenia wojskowe młoda para skosztowała słodyczy seksu, a owocem tych chwil były narodziny malutkiej dziewczynki wiosną 1939 roku. Dziecko zabrano matce, której oświadczono, że niemowlę zmarło przy porodzie. Kruszynkę wychowywała babka dziecka ze strony ojca, a malutka Hedwig wojnę spędziła w bezpiecznej Ameryce. Jak potoczyły się losy jej rodziców? Czy przeżyli? Czy spotkali się kiedy wojenna burza ucichła i nastał pokój? Czy ich uczucie zmarło z biegiem czasu? 

Gdyby ktoś z Was miał ochotę na zagłębienie się w przepięknym tytule o miłość wybór tejże książki będzie idealny. Oprócz wspaniałej opowieści czeka Was jeszcze wycieczka po Gdańsku. Tym współczesnym i tym przedwojennym. Zawsze uroczym, zawsze dostojnym, a także pobyt w czasie II wojny światowej na Kaszubach. Czytelnik ma okazje doświadczyć wojennego piekła wraz z główną bohaterką, która po stracie rodziców i opiekunów musi szybko dorosnąć i przetrwać za wszelką cenę. To ogromne wyzwanie dla młodej kobiety, której serce już nie raz poraniono. Niezwykle poruszająca sceną jest powrót do wyzwolonego Gdańska i spotkanie samotnego mężczyzny z małym synkiem. W tym miejscu pozwoliłam sobie na długi płacz. Ta scena jest symbolem, który ma uświadomić jak bardzo wojna krzywdziła, jak głęboko raniła i pozostawiała długo gojące się blizny. 

"Listy do Duszki" to powieść pełna emocji, gwarantująca wzruszenie i łzy, ale i poświadczająca siłę uczucia. Czyta się ją zachłannie i przyjemnie. Prawdziwe życie, historia, chwile szczęścia i ludzkie dramaty mieszają się w niej niczym elementy wielobarwnej mozaiki. Ci, którzy kochają powieści obyczajowe po przeczytaniu tej publikacji będą z pewnością zadowoleni. Książka ma wiele atutów, a jej niebanalna konstrukcja gwarantuje urozmaicenie i przykuwa uwagę czytelnika. Autorka udowadnia, że historia i polityka mogą mocno namieszać w życiu zwyczajnych ludzi. Miłość bywa spełniona, ale niekiedy żyje krótko. 
Gorąco polecam tę propozycję Wydawnictwa Replika osobom, którzy lubią literaturę z wojną w tle i książki, których fabuły oprócz pisarzy pisze samo życie. To prawdziwa perełka. Życzę miłej lektury. 


piątek, 31 sierpnia 2018

Kuba Wojtaszczyk "Słońce narodu"



Wydawnictwo  Świat Książki 
data wydania 2018
stron 384
ISBN 978-83-8031-770-3

Dwa słońca na niebie to czasem za dużo

Pod koniec lat 70. w Polsce powiało nadzieją. Wprawdzie panował jeszcze komunizm i socjalizm, ale powoli w powietrzu czuć było ich schyłek i zbliżającą się klęskę. W ponurym świecie, w którym królował kryzys i szarość nagle coś się zmieniło. W dalekim Watykanie ogłoszono, iż kolejnym papieżem będzie kardynał z Polski. Duchowny z dalekiego kraju, kapłan zza Żelaznej Kurtyny. Polaków opanowała euforia i radość. Nominacja kardynała z Krakowa dawała moc i siłę. Ale czy rzeczywiście było bardzo radośnie dla wszystkich? Czy może to mit i uogólniona prawda? Ci, którzy tego nie zobaczyli na własne oczy mogą mieć wątpliwości i być ciekawi faktów.
Właśnie w tamtym czasie rozgrywa się akcja książki Kuby Wojtaszczyka. „Słońce narodu” to lektura bardzo nietypowa i nietuzinkowa. Panuje w niej specyficzny klimat, który wcale nie jest zbudowany na fundamencie szczęścia i rozpromienienia. Jest raczej buro i ponuro, a każdy z głównych bohaterów żyje w swoim świecie i nie jest zbytnio cały w skowronkach. Jeśli sięgniecie po tę powieść myślę, że odczujecie to samo co ja. To nie jest bowiem książka taka jakiej się spodziewacie i zaczyna się dość drastyczną sceną.
W blasku reflektorów na pierwszym planie stoi rodzina Małeckich. Mąż, żona i ich dorosły syn Paweł. Gustaw – pracownik Instytutu Wzornictwa Przemysłowego traci matkę, która popełnia samobójstwo. Syn czuje się temu winny. Szuka przyczyn tragicznego zdarzenia w sobie. Tym samym wraca do lat dzieciństwa i młodości. Szuka własnego ja i samego siebie. Odsuwa się od syna i żony. Zatraca we własnym świecie. Renata – pracownica Biblioteki Narodowej zmienia się po wyborze Polaka na Głowę Kościoła. Najpierw podchodzi do tej nowiny bardzo nieufnie, ale z czasem jej uwielbienie przekracza granice rozsądku.
Paweł Małecki – syn Gustawa i Renaty nie ma szczęścia w miłości, rzuca studia i podejmuje pracę. Ma wiele kompleksów i problemów. Męczy go wieczna trema i nieśmiałość. Paweł nie potrafi odnaleźć się w dorosłym życiu. Czuje się bezwartościowy i brak mu energii do życia, które bardzo utrudnia mu zazdrość. Czy opisani bohaterowie mogą poczuć się szczęśliwi i spełnieni? Czy zmiany w życiu mogą poprawić ich komfort egzystencji? Czy każdy z nich jest w stanie skutecznie zawalczyć z własnymi kompleksami i odmienić swoje życie na lepsze? Zapraszam do lektury.
Od razu przestrzegam, że nie jest to powieść lekka i łatwa. Nie jest to książka dla każdego, ale tylko dla tych, którzy lubią niestandardowe rozwiązania literackie. Geneza jej powstania jest niezwykle ciekawa. Autor pewnego razu odwiedził pchli targ, a jego wzrok przyciągnęła brązowa okładka. Był to dziennik anonimowej kobiety, który stał się inspiracją do napisania tego tytułu i kreacji jego bohaterów. Sądzę, że dlatego w tej lekturze czuć autentyczność, realność i dokładne odwzorowanie świata, który już przeszedł do przeszłości. Jego bohaterowie są inni niż dzisiejsze społeczeństwo. Mniej pewni siebie i wolni. Skrępowani opinią innych i więzami systemu w którym żyją. Ich życie jest pełne negatywnych zachowań, emocji i przeżyć. Czuć jak rodzina, która powinna być jednym rozpada się na części. Każdy zaczyna żyć w swoim, nie do końca normalnym, a w pewnym sensie patologicznym świecie, który wpływa destrukcyjnie. Ta powieść to zarazem krytyka ludzkich zachowań, jak i systemu w którym ci ludzie żyją. Wymagającą prozę polecam tym, którzy mają siłę i cierpliwość zmierzenia się z trudną tematyką i zawiłościami ludzkiej duszy. Czy książka mnie się podobała? Zaintrygowała mnie i mocno zaskoczyła. Wprawiła w konsternację, lekkie zgorszenie i zachwyt spowodowany dobrym operowaniem piórem. Czytałam ją kilka dni, a lekturze towarzyszyło morze refleksji. Płynie z nich wiele myśli, a główny morał jest taki, że każde smutne czy radosne wydarzenie każdy z nas może przeżyć na swój sposób. Każdy człowiek jest bowiem swoim własnym słońcem i światem.

czwartek, 30 sierpnia 2018

Sofia Lundberg "Czerwony notes"



Wydawnictwo WAB
data premiery 5 września 2018
stron 336
ISBN 978-83-2805-831-6

Stara miłość nie rdzewieje. Naprawdę!!!

Wybitna, genialna, wspaniała i wprawiająca w zachwyt. Taka, której nie zapomnę. Te słowa nasuwają mi się jako pierwsze odnośnie książki, która wprawiła mnie w niekłamany zachwyt i rzuciła na kolana. Gdyby wszystkie książki były tak rewelacyjne jak "Czerwony notes" czytanie byłoby pasją ogółu społeczeństwa, przed księgarniami stałby kolejki, a książki rozchodziłby się jak świeże bułeczki. Dlaczego tak mocno pokochałam tę powieść? Już wyjaśniam, ale najpierw pozwolę sobie wprowadzić Was w fabułę tego tytułu.

Dorris ma 96 lat, jest Szwedką i mieszka w Sztokholmie. Jest u kresu życia, które było barwne i przyniosło jej trochę szczęścia, masę różnych doświadczeń i przeżyć oraz sporo łez. Jej jedyną krewną jest cioteczna wnuczka, która mieszka w Stanach. Staruszka rozmawia z nią przez skype'a. 
Gdy Doris była mała otrzymała od ojca pewien prezent. Był to czerwony notes pięknie oprawiony w skórę. Na jego kartach zapisywała imiona i nazwiska, adresy i telefony osób, które odegrały w jej życiu ważną rolę. Gdy Doris czuje, że jej ziemska droga kończy się chce by ów notes znalazł się w posiadaniu Jenny, by ta poznała pewne rodzinne sekrety i losy swojej ciotecznej babci...

"Czerwony notes" to powieść, która od pierwszych stron pobiła moje serce. Znalazłam w niej historię, która mnie mocno wzruszyła i wycisnęła z oczu łzy. Losy Doris są bardzo burzliwe i smutne. Wcześnie osierocona w wieku 13 lat żegna dzieciństwo. Bieda wypędza ją z domu do pracy w charakterze służącej. Świat do którego trafia jest wymagający i bezlitosny. Pracodawczyni wymaga dokładności, pracowitości i miewa humory. Mimo tego jest osobą, która otwiera nastolatce drzwi do wielkiego świata. To dzięki niej Doris zamieszkuje w Paryżu i staje się modelką. Los tuła ją po świecie i daje poznać smak goryczy, odrzucenia, porażki. Miłość nie okazuje się szczęśliwą, a spotkani ludzie niekiedy mocno i skutecznie ją ranią. Dzięki czerwonemu notesowi poznajemy świat sprzed wielu lat, ludzi, którzy już prawie wszyscy odeszli do wieczności i wydarzenia historyczne oczami kobiety, która jest niczym łupina na oceanie, niczym liść niesiony przez wiatr. 
Czytałam tę powieść mimo zmęczenia, mimo tego, że znużony organizm domagał się snu. Fabuła i losy głównej bohaterki były najważniejsze.

"Czerwony notes" to książka skłaniająca do refleksji nad życiem i przemijaniem, ale też na tym, co po nas pozostaje gdy odejdziemy. Autorka umiejętnie podejmuje trudne tematy i pisze o nich z wyczuciem oraz szacunkiem. Ocierałam łzy i uczyłam się, że w życiu ważna jest każda chwila. Bo to właśnie z nich składa się życie, które jest podróżą niezwykłą, czasem trudną, ale zawsze jedyną i niepowtarzalną. Gorąco polecam przeczytanie tej wybitnej lektury. To książka, którą musicie poznać. Jest tego warta. Gwarantuję, że ten tytuł Was nie zawiedzie. 

środa, 29 sierpnia 2018

Uwaga! Elektryzująca i mrożąca krew w żyłach zapowiedź


Dla ludzi o mocnych nerwach to dobra propozycja. 27 sierpnia ta książka trafiła do polskich księgarń.

"Czy swoje białe rękawiczki, w których pan zabijał, wrzucił pan do trumny na piersi ofiary?
Tak pada potwierdzenie. To niepisana tradycja...
Kto by pomyślał, że kat do egzekucji zakłada białe rękawiczki? A jednak rytuały tego typu mają dać ułudę pomagającą uporać się z emocjami oczywiście symboliczną, zakopywaną w trumnie wraz ze zwłokami. Wspomnień tego typu nie da się jednak zupełnie pogrzebać i podobnie jak autor, i czytelnik poznający kata stale się z tą prawdą konfrontuje.
Tło książki Jerzego Andrzejczaka stanowi stosunek każdego z nas do kary śmierci. Poznajemy w niej bowiem nie tylko kata, ale też skazanych oczekujących na kostuchę. Książka wymusza przez to zadawanie sobie wielu pytań i bezpośrednio konfrontuje czytelnika z własnym stosunkiem do zabijania, robi to jednak w sposób uczciwy, acz atypowy. Niejako jak w sądzie, pozwala wysłuchać obu stron kogoś, jak się zdaje beznamiętnie i na zimno odbierającego życie oraz wielu sprawców zabójstw, którzy stracili panowanie nad sobą i rzeczywiście żałują swoich czynów. Czy można ich ze sobą porównywać? Czy uzasadnione zabijanie jest mniej amoralne niż przypadkowe, nieplanowane? Czy większość ma prawo decydować o życiu jednostki? Czy zabijając zabójców nie dajemy mimowolnie przyzwolenia na zabijanie, nie uczymy go młodego pokolenia? - Jarosław Stukan"

Macie ochotę na tak mocną książkę? Ja tak! 
A więc 272 strony treści. Wydawnictwo Aktywa

poniedziałek, 27 sierpnia 2018

Agata Jakóbczak "Transformersi. Superbohaterowie polskiej reklamy 80.-90."



Wydawnictwo Znak litera nova 
data wydania 2018
stron 288
ISBN 978-83-240-4704-8

Jak rodziła się reklama w Polsce i czy można było na niej zarobić?


Dziś jest z nami od rana do nocy. Niewykluczone też, że się nam śni. Ale przeważnie jej nie zauważamy, bo ona jest czymś tak bardzo oczywistym jak powietrze. Mowa o reklamie, którą nawet starsze pokolenia w pełni zaakceptowały. Ale były czasy, że jej nie było! No ba! Aż się wierzyć nie chce, że kiedyś nie emitowano jej w tv, nie było jej w radio ani na bilbordach. Kiedy się narodziła? 

Dawno temu, gdzieś w latach 80-tych zaczęła pojawiać się okazjonalnie. Była tak skuteczna, że łatwo i dość szybko opanowała media. Była inna niż dziś. Mniej elegancka, mniej wyrafinowana, mniej dopracowana technicznie, a jednak była lubiana i oglądana. Ba, odbiorcy ją chłonęli. I nikt wtedy nie robił herbaty w czasie bloku reklamowego. Minęło wiele lat. Zmienił się rynek. Powstały liczne agencje, a ludzie dziś od reklamy już stronią. Nie wierzą zbytnio jej. Co się zmieniło?  Jak wyglądały początki rynku reklamowego? Jak ułożyło się życie zawodowe jej prekursorów? Jak  zmienił się ten biznes na przestrzeni lat? Te wszystkie kwestie są bardzo szczegółowo wyczerpane w książce  napisanej przez Agatę Jakóbczak dla której świat mediów i reklamy jest pasją. Trafiła do niego na początku lat 90-tych i została na długo. 

Publikację czyta się jednym tchem. Osobiście pochłonęłam ją w dwa dni i była ona dla mnie sentymentalną podróżą do lat dzieciństwa i młodości. Moje pokolenie chłonęło reklamę jak gąbka. Posiadanie reklamowanego produktu - soczku i chipsów - było powodem do dumy i zadzierania głowy. Hasła reklamowe młodym ludziom przewracały w głowach. A słowo zagraniczny działało jak magiczny. Jednak żyjąc wtedy jak większość ludzi nie miałam wiedzy jak wielkie kokosy ta branża przynosiła. A wtedy rodziły się ogromne fortuny. Wystarczyło mieć troszkę układów, dobre pomysły i obrobinę znajomości języków obcych. Do świata reklamy trafiali różni ludzie - byli tam przedstawiciele świata filmu, kultury, ale i młodzi kreatywni - niczym "Młode wilki". Wszystko działało na prawdziwym spontanie, na wariackich papierach. Improwizacjom nie było końca, a branża, która dynamicznie się rozwijała musiała na początku radzić sobie bez telefonów mobilnych i internetu. Mimo to spełniał się biznesowy americam dream i portfele pęczniały. 

"Z pewną dozą nieśmiałości" na nieboskłon wchodziły nowe gwiazdy, które po nagraniu reklam stawały się sławne, bogate i otwierały drzwi do kariery. A płacono w tym świecie bardzo hojnie. 
Dziś czyta się te informacje z uśmiechem i przymrużeniem oka, ale i z nostalgią i sentymentem. Prześledzenie rozwoju tej branży pokazuje jak zmieniła się po transformacji Polska, jak zmieniła się nasza świadomość, preferencje, gust. Dziś jesteśmy bardziej światowi, bardziej wymagający, mniej odbiegamy od Zachodu. Dogoniliśmy nieco świat, nabraliśmy dystansu do informacji zawartych w reklamach. 

Lekturę polecam i młodszym i starszym czytelnikom. Czyta się ją przyjemnie i z ciekawością. Temat ujęty jest zgrabnie i dogłębnie. Nie brak anegdot i humoru. Świetnie oddany jest klimat i tamta rzeczywistość, która już przeszła do lamusa. Te czasy jakże barwne i kolorowe, pełne nadziei i spełnionych marzeń nie wrócą. Dzięki książce możemy je powspominać i przeżyć jeszcze raz. To był cudownie spędzony czas. To jak, przeczytacie jak powstała polska reklama? Wrażenia gwarantowane!!!

wtorek, 21 sierpnia 2018

Paweł Reszka "Mali bogowie. O znieczulicy polskich lekarzy"


Wydawnictwo Czerwone i Czarne 
data wydania 2017
stron 336
ISBN 978-83-7700-282-7

Chorować nie warto! 

Był zamglony sierpniowy ranek. Święto, więc taka cisza za oknem. A ja czując, że szybko się rozpada - tak rozlało się okropnie - miałam ochotę na dobrą i mocną książkę. Z racji postanowienia by czytać więcej literatury faktu pomyślałam, że zabiorę się za coś z tego gatunku. Wybrałam książkę Pawła Reszki. Miałam ochotę na lekturę niczym papryczka chili. Chciałam by poraził mnie literacki prąd tak mocno jak piorun. I poraził, ba prawie zabił. Trafiłam z wyborem w dziesiątkę. I kto wie, czy moje włosy pod farbą nie osiwiały. Po lekturze jedna myśl - byle dalej od lekarzy. Bo rzadko trafia się taki wspaniały jak mój neurochirurg, który operował mój kręgosłup. Bo więcej jest takich jak pewna lekarka do której chodziłam kilka lat i której nie lubiłam. Dlaczego? Dokładnie wiem po lekturze tej książki. 

Głos w niej mają medycy na różnych etapach kariery. Od studiów po specjalistów z robiącym wrażenie stażem. I co? Mówią o tym co ich boli, co jest złe. Ich wypowiedzi są niczym spowiedź. Tylko ja nie bardzo nadaję się na spowiednika który ma słyszeć takie szokujące rzeczy. 
System jest okrutny. Nie daje od razu godziwie zarobić i zmusza do pracy na wielu frontach przez wiele godzin. A potem jak już specjalizacja w kieszeni trzeba zarobić więcej i więcej. Bo jak to …? Lekarz ma być biedny...? Ma zarobić tyle co przeciętny Kowalski po studiach? No nie, to nie pasuje. Bo trzeba mieć wypchany portfel nawet kosztem zdrowia i rodziny. Bo trzeba mieć coraz to nowszą furę w leasingu, bo trzeba wyjechać na Dominikanę …. Powodów jest wiele. A cena? Jest wielka, jednak medyków to nie przeraża. Co tam, że na dyżurze oczy same się zamykają, co tam, że pacjent nie zawsze jest dobrze obsłużony i zaopatrzony....
Nóż się w kieszeni otwiera jak się czyta jak funkcjonuje system opieki zdrowotnej w naszym kraju. A na to wszystko jest przyzwolenie, bo jest za mało lekarzy. Kierowca na elektroniczną kartę pomiaru pracy, a lekarz może do oporu. Oboje odpowiadają za życie i zdrowie. 
Szok, niedowierzanie, znieczulica czymś oczywistym. Doktorów Judymów brak. Bo lekarze często nie wybierają zawodu by pomagać, ale by być niczym bóg, które może wydłużyć życie, odegnać śmierć. No tak, może tylko czy ma siłę pracować na sto procent swoich możliwości? 

Gdy przeczytamy ten tytuł nie mamy wątpliwości, że jest źle i nie kroi się na bycie lepiej. Bo my pacjenci mamy prawo do godziwego traktowania, bo placówki ochrony zdrowia nie powinny być jak banki i służyć zarobkowi tym, co tam pracują. Bo zdrowie to nie biznes, no w każdym razie nie powinno nim być, ale chyba jest. Nie polecam czytać tej książki chorym, bo załamią się tym jak jest. Bo jak chorujemy to możemy nie do końca wszystko zobaczyć. A czytając mamy cały obraz jak na dłoni. No sielski obrazek to nie jest, raczej horror i dramat w jednym. Tytuł denerwuje, ale i w pełni obrazuje jak jest. A co jest? Tak krótko w pełni oddaje to jedno słowo: patologia. 
Publikację pochłonęłam w jeden dzień. I powiem, ze jest świetna, do bólu prawdziwa, niestety i smutna. Moi Kochani życzę Wam w tym miejscu tylko jednego ZDROWIA!!!

piątek, 17 sierpnia 2018

Krystyna Mirek "Obca w świecie singli"



Wydawnictwo Edipresse 
data wydania 2018
stron 352
ISBN 978-83-8117-524-1

Historia mocno osadzona w realiach życia

Bezdyskusyjnym jest to, że w obecnych czasach mamy wiele możliwości. Znikła presja społeczna co do konieczności zawarcia związku małżeńskiego. Wiele młodych osób wybiera świadomie życie w pojedynkę. Jednym z tym dobrze i zadomawiają się w świecie singli na stałe, ale są tacy, którzy czują się źle i chcą dzielić życie z drugą osobą. Każdy z nas ma prawo wyboru. Gdy się pomylimy mamy prawo do zmiany. Co jest lepsze - życie w parze czy samotna wędrówka przez świat? Odpowiedzi można szukać w najnowszej powieści jednej z moich ulubionych pisarek Krystyny Mirek. Książka jest bardzo przyjemna i nie odbiega od otaczającej nas realnej rzeczywistości. A takie historie najmocniej podbijają moje serce. 

Karolina odziedziczyła po babci lokal w Krakowie. Postanowiła w nim otworzyć restaurację. Jej prowadzeniem miał się zająć jej partner i ojciec jej córeczki. Patryk rzucił się w wir pracy, która stała się dla niego pretekstem by nie bywać w domu i zacząć podwójne życie. Przyłapany na zdradzie zostawił Karolinę i córkę z długami i odszedł w ramiona innej. Zraniona kobieta mimo bólu musiała wziąć się z życiem za bary i znaleźć sposób na wyjście na prostą. 

Jakub przez przyszłego teścia był coraz bardziej wykorzystywany. Znany restaurator kazał mu się zapracowywać na śmierć i obiecywał przejęcie lokalu oraz ślub z córką. Nie zważał na to, że Kuba nie bywa w domu, traci kontakt z ukochaną kobietą i dzieckiem. Gdy zapracowany mężczyzna myli daty i nie zjawia się na urodzinach córeczki Agnieszka zabiera dziecko i znika z Krakowa. Chce zakończyć związek i zacząć nowe życie. Jakub jest załamany i oszukany, zraniony i bezzasadnie ukarany. 
Jakub i Karolina chcąc nie chcąc lądują na planecie singli. W obcej im cywilizacji do której kompletnie nie pasują. Czy zagoszczą mimo wszystko tam na dobre, czy może opuszczą tą rzeczywistość? Czy zranione serca i dusze będą gotowe na nowe związki, a może wrócą do tych, którzy ich zostawili? 

Krystyna Mirek znów pokazała, że doskonale potrafi pisać o zwyczajnej codzienności. Stworzona przez nią historia jest bliska realnemu życiu i nie ma w niej taniego sentymentalizmu czy sztucznej słodkości. Jest prawdziwy świat w którym życiowa droga ma wyboje, bywa kręta i czasem wiedzie ostro pod górę. Są na niej przystanki rozczarowania i zawodu. Bywa smutno i samotnie. Autorka ciekawie wykreowała dwoje głównych bohaterów. Na ich przykładzie pokazała pułapki jakie czyhają w dorosłym życiu i zaskakują bez litości. Czytając łatwo wywnioskować co tak naprawdę w życiu jest najważniejsze. Dobra materialne bywają złudą, która tylko pozornie błyszczy. Samotność jest czymś trudnym, dla wielu ciężkim doświadczeniem. 
Książka choć napisana lekko porusza wiele trudnych tematów. Potwierdza, że życie zaskakuje, rani ale i daje kolejne szanse. 
Trudno było mi się oderwać od tej historii. W trakcie lektury byłam zaskakiwana, a fabuła obfitowała w niespodzianki i ciekawe sceny. Namacalnie czuć, że Krystyna Mirek ma talent do tworzenia, ma pomysły i potrafi z łatwością oczarować czytelników. 
Lektura jest ciepła, wzrusza, daje rady i dodaje sił, gdy niebo nad głową zasnuwają chmury kłopotów. Czyta się ją bardzo przyjemnie. To idealna propozycja dla kobiet, która dodaje optymizmu i nadziei na dobre zakończenia trudnych życiowych spraw. Kolejna powieść którą pokochałam od pierwszego rozdziału. Polecam i z serca rekomendują.


czwartek, 16 sierpnia 2018

Denis Urubko "Skazany na góry"


Wydawnictwo Agora
data wydania 2018
stron 320
ISBN 978-83-2682-657-3

Każdą chwilę życia trzeba smakować

O Denisie Urubko było głośno tej zimy za sprawą dwóch zdarzeń. Stał się bohaterem po wspaniałej akcji ratunkowej na zboczu Nanga Parbat, kiedy wraz z Adamem Bieleckim uratował Elizabeth Revol. Krytykowano go, gdy samotnie bez zgody Krzysztofa Wielickiego - kierownika wyprawy na K2 wyruszył w ścianę po zimowe zdobycie drugiej góry świata określanej mianej Morderczej. Kim tak naprawdę jest Denis Urubko? Ryzykantem zdolnym w imię wyczynu narazić swoje życie, czy może najlepszym obecnie na świecie himalaistą, który nie ma sobie równych i może więcej od innych?
By bardziej poznać tego wspinacza sięgnęłam po jego książkę, która po raz drugi trafiła na księgarskie półki. Jest to lektura opowiadająca o drodze, jaką pokonał wybitny sportowiec i były żołnierz kazachskiej armii, która doprowadziła go do światowej elity pogromców najwyższych szczytów. Publikacja składa się z kilkunastu części, które zostały napisane w różnych latach. Każda z nich jest zapisem ważnych kroków, który nadały szlif górskiej karierze mężczyzny, który ma specyficzną mentalność i osobowość. Z tekstów wyłania się człowiek twardy i pracowity. Doskonale wiedzący, że za sukcesem stoi ciężka, czasem monotonna i systematyczna praca. W górach nic nie przychodzi łatwo, a do sukcesu niezbędny jest łut szczęścia. Urubko jest himalaistą, ale przede wszystkim sportowcem. Dla niego liczy się głównie to, co nowe, pionierskie i nieodkryte. Nowe drogi, nowe wyczyny czasowe czyli coś, czego nikt przed nim nie dokonał. Z lektury nie wyłania się mężczyzna, który traktuje góry niczym sanktuarium, ale twardziel dla którego strome szlaki są sportową areną. W relacjach Denisa próżno szukać duchowości i metafizyki. Jest za to sporo rywalizacji i wyczynu, dążenia do wymagania od siebie coraz więcej i przełamywania kolejnych barier.
Z zapisanych słów poznajemy człowieka, który dotarł w góry z inną mentalnością niż polscy wspinacze. Od którego wymagano wyników, a dla którego góry nie były romantyczną krainą pełną przygód. Denis Urubko lubi balansować na granicy, lubi wystawiać się na próby. Interesują go cele niezdobyte, a drogi klasyczne traktuje jak ostatnią deskę ratunku. Ten himalaista ma swój dekalog, ma swoje credo, któremu jest wierny. Gdy skończy się czytać ten tytuł o wiele łatwiej zrozumieć jego zachowanie powyżej 5000 metrów. Urubko to typ niepokorny, który w górach czuje się jak ryba w wodzie, któremu góry są do szczęścia potrzebne i niezbędne.
Teksty są naszpikowane emocjami. Radością pojedynków z górami, uśmiechem po osiągnięciu celu i zawodem po porażce. Autor dzieli się pięknem swojej pasji, a relacjami zachęca, by stawiać sobie cele i dążyć do ich spełnienia. Z tekstów bije radość z bycia w górach, pokonywania własnych słabości. Dzięki lekturze tej publikacji mamy okazję poznać inną – odmienną od polskiej – szkołę wspinaczki, w której aspekt duchowości i mistycyzmu przesłania sport.
Książkę czyta się przyjemnie i ciekawie, choć jest ona napisana w innym stylu i innym duchu niż publikacje polskich himalaistów. Tekst uzupełniają liczne zdjęcia, a całość robi spore wrażenia. Polecam ten tytuł przekonana, że o tym wspinaczu będzie jeszcze nie raz głośno, a lista jego niewiarygodnych sukcesów wydłuży się o wiele pozycji.


niedziela, 12 sierpnia 2018

Barry Gifford "Dzikość serca"



Wydawnictwo Replika
data wydania 2018
stron 192
ISBN 978-83-7674-710-1

Miłość wszystko wybacza

Książka, którą chcę Wam dziś przybliżyć jest podstawą scenariusza słynnego, uważanego za kultowy filmu Davida Lyncha. Tej produkcji nie widziałam, dlatego nie porównam książki do filmu, ale opowiem Wam o lekturze, którą można uznać za współczesną kultową historię miłosną. Bo miłość tu rządzi, choć zakochanym nie jest łatwo. 

Sailor i Lula są młodzi. Bardzo młodzi i zakochani w sobie. On właśnie wychodzi z więzienia, był skazany za morderstwo. Ona jest bardzo zapatrzona w swojego wybranka i świata poza nim nie widzi. Jest głucha na argumenty matki, że to nie jest partia dla niej. Lulę nie obchodzi co ma na sumieniu jej ukochany, chce tylko z nim być nieważne gdzie i nieważne w jakich warunkach. Para decyduje się na ucieczkę na południe Stanów by być ze sobą, by nikt ich nie rozdzielił. Romantyczne? Pozornie tak, ale … w podróży wiele się dzieje, a pewne zdarzenia mają zmienić cały świat zakochanych.

To nie jest gruba książka, to bardzo cienki tytuł, który można uznać za powieść drogi, za książkę o miłości. Na jej kartach poznajemy historię dość prostą, nieskomplikowaną, ale też taką, która skłania do refleksji i zastanowienia się nad tym jak chwile, ułamki sekund mogą zmienić i zagmatwać życie. Każdy krok poczyniony na naszej ścieżce jest bardzo ważny. Najdrobniejsze zdarzenie może nas diametralnie zmienić. Lula kocha bezwarunkowo. Kocha mocno, nie ocenia, nie narzeka. Kocha i czeka.
 Zakończenie mocno mną wstrząsnęło. Nie tak spodziewałam się końca tej historii. Byłam zaskoczona, odrobinę zszokowana. Oprócz głównych bohaterów w lekturze opisane są bardzo krótko aczkolwiek ciekawie inne osoby i ich życiowe historie. Powieść przesycona jest amerykańskim klimatem i tamtejszą mentalnością. Dialogi są pełne humoru, a treść romantyczna, ale i nie pozbawiona samego życia. Nie trzeba dużo czasu by przeczytać dzieło Gifforda, ale potem długo się nad jego treścią myśli. Ciekawy obraz zakochanych, Ameryki i traktowania życia, które bywa niekiedy zaskakujące. 

środa, 8 sierpnia 2018

Magdalena Knedler "Twarz Grety di Biase "



Wydawnictwo Novae Res
data wydania 2018
stron 396
ISBN 978-83-8083-867-3

Opowieść o uczuciu, które narodziło się z patrzenia na obrazy

O prozie Magdaleny Knedler słyszałam bardzo dużo. Były to same pozytywy, słowa uznania i doskonałe recenzje. Moje pierwsze spotkanie z powieścią tej Autorki okazało się prawdziwą czytelniczą ucztą, która zostanie w moim umyśle na długo. Lektura po którą sięgnęłam okazała się genialną, doskonałą, perfekcyjną i w tym miejscu pochwałom nie byłoby końca. Zostałam oczarowana, pochłonięta przez fabułę i oderwana od tu i teraz. Para głównych bohaterów - ludzi o dość nietuzinkowej osobowości, wrażliwych ponad miarę wciągnęła mnie do swojego świata i życia. Przez czas czytania żyłam w ich rzeczywistości i wcale nie miałam ochoty z niej wracać.

Spodobał mi się okładkowy opis, wzrok uwiodła przepiękna okładka. Przeżyłam wspaniałe chwile z powieścią, ale i nauczyłam się odkrywać piękno sztuki zawarte w obrazach, freskach i rzeźbach. Ta lektura otworzyła mi oczy na świat zaszyfrowany w dziełach twórców, które do tej postrzegałam zbyt pobieżnie, za mało uważnie.

Wrocław. Na rynku tego miasta istnieje niewielka galeria sztuki. Próżno szukać w niej drogich obrazów i unikatów. Prowadzi ją absolwent historii sztuki Adam Dancer. Jego życie zmienia kupno od pośrednika z Italii obrazów pędzla nieznanej malarki Grety di Biase.  Patrząc na dwa portrety tej samej kobiety utrzymane w dwóch różnych klimatach  Dacer traci dla nich głowę. Nawiązuje korespondencję mailową z ich autorką i zaczyna nowy etap życia. Z wymienionych słów rodzi się zauroczenie, zawiązuje się bardzo bliska i intymna relacja, która przewraca życia Adama do góry nogami. Za jej sprawą Dancer przestaje korzystać z usług dziewczyny z agencji towarzyskiej i traci głowę dla twarzy sportretowanej kobiety. Kim ona jest? Czemu jest raz smutna a raz szczęśliwa? Czy jest nią malarka, która namalowała owe płótna?

To wyjątkowa powieść, subtelna i delikatna, ale nie brak w niej i drastycznych scen oraz przemocy. Czyta się ją z niemym zachwytem i atencją. Autorka stopniowo zaznajamia nas z dziejami Grety i Adama, którzy jak się okazuje wiele przeszli, a to co przeżyli dotknęło ich wyjątkowo mocno z racji tego, że są osobami bardzo wrażliwymi. Otwartymi na sztukę i bardzo podatnymi na ciosy od losu. Ich obojga życie nie oszczędzało, a oni sami chwilami byli bezbronni niczym pisklęta w gnieździe świeżo wyklute z jajek. Z każdym wymienionym mailem każde z nich odkrywa swoją przeszłość i tajemnice, a to czyni lekturę wyjątkowo ciekawą i nie daje się oderwać od treści. Książka ma wiele atutów, ale za największy z nich uważam zakończenie. Ostatnim stronom towarzyszył potok łez i mocne bicie serca. Na usta nasuwało się pytanie o okrutność losu - dlaczego tak mocno dotknęła tych życiowych rozbitków?

"Twarz Grety di Biase" to opowieść o miłości, sztuce, Włoszech i wielkiej pasji, która nadała rytm życiu. Na pochwałę zasługuje warsztat Autorki, jej styl i ujęcie tematu, pomysł na fabułę i jego realizacja. Dopracowanie najmniejszych szczegółów, umiejętne operowanie słowami i elegancja którą łatwo dostrzec w każdej scenie. Tę powieść czyta się z przyjemnością. Trudno się z nią rozstać, bo mocno chwyta za duszę i podkreśla, że są na świecie jeszcze ludzie, których sztuka uwrażliwia i zmienia na lepsze. To jedna z najlepszych książek jakie przeczytałam w tym roku. Ta lektura absolutnie nie może Was ominąć. Gorąco rekomenduję. 

poniedziałek, 6 sierpnia 2018

Anna Nowacka, Dorota Majkowska-Szajer "Bolek i Lolek na szlaku polskich kultur"



Wydawnictwo Znak emoticon
data wydania 2018
stron 64
ISBN 978-83-2405-052-9

Odkrywcza podróż po polskiej krainie 

Bolek i Lolek to duet, który poznałam jako mała dziewczynka. Uwielbiałam oglądać na ekranie telewizora ich przygody. Minęło wiele lat, a ja wciąż przepadam za bajkami i często tęsknię za dzieciństwem. Dlatego bez namysłu zabrałam się za lekturę książki dla dzieci opowiadającej o podróży Bolka i Lolka szlakiem kultur. Ta wycieczka trwała rok, a para sympatycznych bohaterów podróżowała po Polsce. Ich przewodnikiem była znaleziona w szufladzie mapa. Zaczęło się od tajemniczego numeru telefonu i podróżnicza machina ruszyła. Chłopcy nie wiedzieli jakie będą kolejne miejsca, które odwiedzą. Dowiadywali się o nich stopniowo.

A podróż to nowe miejsca. Kolejne etapy to nowi ludzie i nowe skarby kultury. Z Bolkiem i Lolkiem zwiedzamy całą Polskę - od morza po góry, a każdy przystanek to odkrycie jakiegoś skarbu kultury. Miłą dla mnie niespodzianką była wizyta w moim rodzinnym mieście i pokazanie procesji z okazji święta Jordan jakie odchodzą grekokatolicy.

Trzydzieści miejsc to trzydzieści lekcji geografii i historii powiązanych informacjami z kręgu kultury i etnografii. To okazja by pokazać najmłodszym czytelnikom polskie tradycje, zwyczaje, obrzędy i święta. To też pomysł by zainteresować dzieci odkrywaniem własnych korzeni i ludowych obyczajów. Ta lektura to doskonała droga, która zaprowadzi do muzeów i skansenów. Dzięki niej będziemy uczestniczyć w balu tatarskim, zobaczymy zalipskie malowane chaty, skosztujemy śląskich specjałów i poznamy gwarę kaszubską. Dowiemy się jak robić pisanki i jak powstają koniakowskie koronki. Każda z opowieści zawiera wiele ciekawostek i ubogaca wiedzę dziecka, a więc ma wartości edukacyjne.
Publikacja jest pięknie wydana. Twarda oprawa, piękne ilustracje, ciekawy wybór tematów to jej atuty. Idealna na prezent, pożyteczna i pełna wiedzy. Z pewnością zainteresuje wiele młodych osób. 

piątek, 3 sierpnia 2018

Piotr Podgórski "Trzy razy miłość"



Wydawnictwo Lira
data wydania 2018
stron 304
ISBN 978-83-6583-835-3

Szczęście jest ukryte w małych okruchach codzienności

Autorami książek obyczajowych są zwykle kobiety. Rzadziej zdarza się by literaturę obyczajową, tworzyło męskie pióro. Od tej reguły są jednak wyjątki. Niedawno na księgarskiej półce wypatrzyłam powieść pochodzącego z Podkarpacia Piotra Podgórskiego, która nosi tytuł „Trzy razy miłość”. Zaintrygował mnie opis, wzrok przykuła okładka i odezwał się we mnie lokalny patriotyzm, gdyż mieszkam w tym regionie. Zabrałam się za lekturę książki, która migiem podbiła moje serce i sprawiła, że deszczowy wieczór stał się całkiem miły.

Głównymi bohaterkami są trzy kobiety. Każda z nich żyje w innym świecie i otacza je zupełnie inna rzeczywistość. Nieoczekiwanie los postanawia spleść ich ścieżki i złączyć je na dłużej.

Ewelina jest dziennikarką śledczą, a prywatnie rozwiedzioną kobietą, której małżeństwo okazało się pomyłką. Żyje pracą i zawodowymi sukcesami. Ma ambicje i plany, ale jej sercu dokucza samotność.

Marta walczy z chłoniakiem. Gdy po raz kolejny przekracza próg lekarskiego gabinetu, doznaje szoku. Wyniki badań są prawidłowe, a prowadzący onkolog mocno zaskoczony. Choroba bez powodu zaczyna się cofać. Radość Marty zostaje zmącona przyłapaniem męża w ramionach tej trzeciej. Marta błyskawicznie podejmuje decyzję i wyprowadza się z domu do rodziców. Chce ułożyć sobie życie od nowa i zapomnieć o małżonku tyranie. Choć nie ma sprecyzowanych planów na dalsze życie decyduje się zacząć je od podróży do malutkiej wioski Kotań niedaleko Jasła. Tam chce spotkać się ze starszą zielarką, którą odwiedziła w czasie swojej choroby.

Maria żyje skromnie w swojej drewnianej chatce. Zbiera zioła i przygotowuje z nich mieszanki dla osób, które zastukają do jej drzwi po pomoc. Jak potoczą się jej losy, gdy w jej drzwiach pojawi się Ewelina, która ma udowodnić, że kobieta jest oszustką i naciągaczką?
Jak potoczą się losy bohaterek? Czy każda z nich znajdzie szczęście i spokój ducha? Czy los się do nich uśmiechnie?

Książka okazała się całkiem miłą niespodzianką. Jej fabuła zabrała mnie w miejsca, które kiedyś odwiedziłam z plecakiem i namiotem. Te piękne, mało ucywilizowane tereny, mają swój urok i czar. Tło dodaje powieści atrakcyjności, a autor udowadnia, że nawet na zapadłej prowincji można znaleźć sens życia i prawdziwą miłość. Piotr Podgórski stworzył ciepłą, pełną prawdziwego życia historię, którą dodatkowo zabarwia wątek sensacyjny. Czyta się ją szybko, a tytuł robi miłe wrażenie. Atutem powieści są sylwetki głównych bohaterek, które są nakreślone wyraziście i klarownie. Każda z tych kobiet została skrzywdzona i dostała cios od losu. Ale choć tak bardzo się od siebie różnią, wszystkie marzą o miłości. Ich dotychczasowe życie ulega znaczącej przemianie. Każda jest dowodem, że nigdy nie wiadomo co nam los przyniesie i trzeba być czujnym, bowiem nic w życiu nie zdarza się dwa razy. Plusem powieści jest fascynujący i specyficzny klimat właściwy tylko magicznym miejscom, w których jesteśmy w stanie dostrzec, co w życiu jest naprawdę ważne i cenne. Zakończenie powieści jest dość przewidywalne i nieco infantylne, ale to nie umniejsza wartości tytułu, który idealnie uprzyjemni urlop, poprawi humor i oderwie od nudnej i szarej rzeczywistości.

środa, 1 sierpnia 2018

Anna Klejzerowicz "List z powstania"



Wydawnictwo Replika
data wydania 2018
stron 352
ISBN 978-83-7674-713-2

Przeszłość może być niczym arszenik!


Najnowsza powieść Anny Klejzerowicz bardzo mnie zaskoczyła. Po tytule sądziłam, że będzie to książka z fabułą rozgrywającą się w czasie II wojny światowej, kiedy stolicę Polski ogarnął powstańczy zryw. I tu się rozczarowałam, bo tak naprawdę w tym okresie ma miejsce tylko prolog lektury, który jest bardzo króciutki. Akcja rozgrywa się na przestrzeni kilkudziesięciu lat od wojny po czasy współczesne. Pierwszoplanowe postacie są dwie - matka i córka. Dwie kobiety wywodzące się z rodziny, która wskutek działań wojennych bardzo ucierpiała, właściwie rozpadła się w pył. Przed wojną na Żoliborzu w pięknej willi zamieszkiwali doktorostwo Bańkowscy. On był szanowanym chirurgiem, ona wzorową żoną. Mieli dwie córki – starszą Hanię i młodszą Julię. Wojna zburzyła ich rodzinne szczęście podobnie jak i wielu setek polskich rodzin. Julia tuż przed wybuchem sierpniowego zrywu została wywieziona na wieś. Ktoś z rodziców miał się po nią zgłosić po wyzwoleniu. Niestety wojna się skończyła, a mała zrozpaczona dziewczynka została odwieziona do sierocińca. Po pewnym czasie trafiła pod opiekuńcze skrzydła ciotki. Jak się dowiedziała jej rodzice zginęli, a o siostrze walczącej o wolność ojczyzny ślad zaginął. Wieloletnie poszukiwania położyły się cieniem na życiu Julii i jej córki Marianny. Dążenie do odkrycia prawdy sprowadziło na kobiety tylko cierpienie, stało się złym, okrutnym fatum...

„List z powstania” to książka obyczajowo-sensacyjna z XX-wieczną historią Polski w tle. Nie jest to jednak lektura, przy której odpoczęłam, zrelaksowałam się czy odprężyłam. To raczej książka skłaniająca do refleksji. Dwie główne bohaterki mają pewną - można rzec - narodową cechę Polaków. Żyją bardziej przeszłością niż tym, co jest tu i teraz, niż tym, co czeka je jutro. Julia swoją obsesją zaraża córkę, a tym samym naznacza jej życie bólem, lękami, smutkiem. Owszem nie twierdzę, że nie spotkało ją wiele zła. Kobieta miała prawo poczuć się obolała. Ale czy na cmentarzu przeszłości warto zakopać swoje całe życie? Byłam wściekła i zła na Julię, że tak łatwo potrafiła dać ogarnąć się obsesji i pogrążyć w niej swoją rodzinę. Żal mi było Marianny, która zapłaciła ogromną cenę za nie swoje błędy. Los tak bardzo był wobec niej okrutny!
Anna Klejzerowicz urzekła mnie misternie pomyślanym wątkiem sensacyjnym, ale i tym, że nie skusiła się w powieści na politykowanie. Nie oceniła słuszności czy jej braku wobec wybuchu powstania i ukazała bardzo realnie epokę komunistyczną w Polsce. Wyraziście nakreśliła sytuację pokolenia młodych ludzi, którzy stawili się do walki o godzinie „W”. Za swój patriotyzm tak wiele wycierpieli. Zostali ukarani przez okupanta (co jeszcze można zrozumieć), ale i potępiła ich nowa władza. Skazała na więzienia i emigrację, na przesłuchania i oceniła jako „wrogie elementy”. Ich życie stało się w „wolnym” kraju pasmem udręk. Nie wszyscy doczekali obalenia ustroju i wyjścia całej prawdy na jaw.

Książka jest napisana starannie i wręcz elegancko. Jest dopracowana w szczegółach. Wydaje się jakby każde słowo miało swoją rolę i sens. Lektura wciąga, bywa mroczna, smutna, ale jest i bardzo prawdziwa, nakreślona bez wyolbrzymiania, upiększania, bez zbędnej liryczności. Nie ma tu gloryfikacji pod niebiosa, ale jest realizm dramatu pewnej zwyczajnej rodziny. Na uznanie zasługuje autentyczność przekazu, ale i świetnie ukazany ogrom tragedii osobistej dwóch kobiet, które muszą zmagać się z bolesną przeszłością, która kładzie się cieniem na ich życiu.
 Powieść budzi emocje, odkrywa prawdę o bolesnych kartach historii. Książka jest tajemnicza, zagadkowa i ma bardzo wyrazisty klimat. Myślę, że znajdzie uznanie i w oczach miłośników sensacji, i tych którzy lubią lektury z wątkiem kryminalnym.

piątek, 27 lipca 2018

Rafał Fronia "Anatomia góry"



Wydawnictwo SQN
data wydania 2018
stron 384
ISBN 978-83-8129-194-1

Nic tak nie zmienia ludzi, jak zdobywanie górskich szczytów


Każdego dnia tysiące ludzi na całym globie wybierają się w góry. Dla jednych jest to forma relaksu, dla drugich sport i możliwość sprawdzenia swojej kondycji oraz umiejętności. Jedni wybierają niewysokie wierzchołki, inni – nieliczni chcą poskromić ogromne kilkutysięczne kolosy. Nie wszyscy zdają sobie sprawę, że wybierając drogę pod górę wkraczamy do magicznego, specyficznego i jedynego w swoim rodzaju świata. Góry to skały, śnieg i lód. Góry to świat, który ma dla eksplorujących go ludzi wiele do zaoferowania. Góry ćwiczą nasze ciała, ale i szlifują ludzkie dusze. Zmieniają nas i zawsze jest to przemiana na lepsze. Będąc daleko od betonu i zdobyczy cywilizacji jesteśmy w stanie docenić co jest tak naprawdę dla nas ważne, czego potrzebujemy, a co jest zbędne w naszym życiowym bagażu. Górskie wycieczki są niczym olimpiada dla ciała i rekolekcje dla duszy.
Te wszystkie refleksje wyrosły w moim umyśle niczym grzyby po deszczu po lekturze rewelacyjnej książki Rafała Froni „Anatomia góry”. Autor nie tylko zabiera nas w górski świat, ale i odkrywa przed nami swoje wnętrze i spisuje osobiste przeżycia, jakich doznaje w tamtym świecie, a także zwierza się jak górskie życie zmienia go i kształtuje.
Twórca „Anatomii góry” był członkiem zimowej wyprawy na K2, organizowanej w ramach programu Polski Himalaizm Zimowy. Publikowane w internecie przez niego dzienniki zdobyły ogromną popularność. Czytały je tysiące osób. To było podwaliną do napisania książki, która zabiera czytelnika w góry i ukazuje jak spełniają się górskie marzenia. Ta publikacja jest jednak nieco inna niż standardowe tytuły z tego kręgu. Jest bardzo osobista, autentyczna i intymna. Ze szczegółami pokazuje związek gór i ich pasjonata, który nie ubiera się w strój bohatera czy śmiałka. Jest pokornym człowiekiem, który z pietyzmem i szacunkiem obcuje z naturą, która w tamtej rzeczywistości wyjątkowo mocno podkreśla swoją przewagę. Rafał Fronia poza opisaniem swoich górskich, nie tylko himalajskich przygód próbuje dociec co dają ludziom góry, czym kuszą by je zdobyć a przy okazji postawić na szali swoje życie. Pomiędzy relacje z baz i obozów autor wplata wiele refleksji, myśli i rozważań. Pokazuje swoje osobiste związki z górami, które niekiedy przyjęły go z otwartymi ramionami, a innym razem pokazały swoje najgroźniejsze oblicze.
Publikacja doskonale oddaje specyfikę górskiego świata. Jego prawa i grozę. Jego piękno i wszelkie niebezpieczeństwa, które w nim funkcjonują. Słabość człowieka i wartości jakie możemy z niego czerpać. W trakcie czytania czytelniczy umysł z łatwością odrywa się od szarej rzeczywistości i towarzyszy Froni w Himalajach, Andach, Karakorum czy Pamirze. Gdy zagłębiamy się w zapisane słowa czujemy zimno, strach, radość z sukcesu i trudy życia w nieprzyjaznym klimacie. Dotykamy mistyki gór i ich specyfiki. Czerpiemy z górskiego źródła emocje i wrażenia niedostępne poza tą rzeczywistością. Mamy okazję zrozumieć tych, dla których góry są jak narkotyk, który nie ma zamiennika.
Lektura tej książki to niesamowita i niepowtarzalna podróż. Wrócicie z niej bogatsi o nieprawdopodobne wrażenia i rozważania. Inaczej spojrzycie na życie i codzienne sprawy. Autor daje nam bowiem zasmakować gór, a one przeobrażają mocno i dogłębnie. By tego doświadczyć trzeba spędzić kilka godzin z książką, która zawiera nie tylko słowa, ale i przepiękne zdjęcia. Dzięki nim nagle usłyszycie muzykę huraganowego wiatru, odczujecie szczypanie mrozu w policzki i poczujecie oddech ogromnej lawiny na plecach. Zapewniam, że będą to niezapomniane chwile spędzone w doborowym towarzystwie człowieka, który kocha góry całym sercem i duszą.