wtorek, 30 czerwca 2020

Paola Calvetti "Elżbieta II. Portret królowej"


Wydawnictwo Zysk i S-ka
data wydania 2020
stron 320
ISBN 978-83-8116-853-3

O królowej, która czuje się na tronie jak ryba w wodzie


Gdyby jej wuj nie abdykował, stawiając wyżej miłość niż koronę, nigdy nie byłaby królową. Gdy jednak z poczuciem obowiązku wygrało uczucie, na tronie zasiadł jej ojciec, a rodzina Elżbiety musiała się przeprowadzić i zacząć żyć całkiem inaczej. Ona sama musiała pogodzić się z rolą przyszłej monarchini. Czy się tego bała? Czy była z tego powodu zła, czy może zadowolona?
Jej wizerunek znają wszyscy. Może dlatego, że panuje bardzo długo, a może dlatego, że jest najbardziej rozpoznawaną koronowaną głową współcześnie na świecie.
Postać Elżbiety II będącej symbolem brytyjskiej monarchii jest naprawdę wyjątkowa. Niezwykła i tajemnicza. Jej długie życie można opisywać i komentować patrząc na nią jako osobę prywatną lub monarchinię. Oba oblicza są bardzo ciekawe i nietuzinkowe. Nic dziwnego, że Jej Królewskiej Wysokości poświęcono wiele artykułów, filmów i książek. Ostatnio przeczytałam jedną z nich. Choć doskonale znam sylwetkę Elżbiety II, publikacja Paoli Calvetti bardzo mnie wciągnęła i zainteresowała. Z pewnością stało się to za przyczyną niezwykłego życia głównej bohaterki, ale i sposobu jej przedstawienia przez pryzmat wyjątkowych zdjęć i ich autorów, którzy przewinęli się przez życie brytyjskiej królowej.
Elżbieta II okazała się nietuzinkową kobietą od wczesnej młodości po późną starość. Przyszło jej żyć w burzliwych czasach, kiedy świat jakby przyśpieszył w kręceniu się. W tym czasie bardzo szybko nastawały różne zmiany. Nie ominęło to też i brytyjskiej monarchii. By być blisko kraju i poddanych, monarchini musiała nadążać za tym, co się dzieje i przystosowywać się do nowych warunków. Było to dodatkowo trudne z racji konieczności godzenia wielowiekowej tradycji i reguł, jakie obowiązywały od lat. Elżbieta II poradziła sobie z tym bardzo dobrze, choć nie obyło się bez wpadek, potknięć, plotek i skandali. Ona jednak z każdej, nawet najtrudniejszej sytuacji umiała wyjść z podniesioną głową.
W swoim tytule Paola Calvetti kreśli bardzo konkretny portret kobiety, która nosi koronę od wielu lat. W trakcie panowania doświadczyła chwil splendoru i goryczy klęsk. Uczyła się dzień po dniu jak godnie reprezentować kraj i dotrzymać kroku w byciu władczynią swoim największym przodkom, jak odnaleźć się w zmieniającym się świecie i podołać przeróżnym wyzwaniom. Jej życie jest jak wieloodcinkowy serial z ciągle zmieniającym się tłem i rozszerzającą się obsadą postaci. W jej stronę nieustannie kierują się flesze aparatów i kamer. Jej każdy ruch śledzi cały świat. Każdy szczegół, każdy gest, każde zachowanie czy wypowiedź, wybór, kreacja, wywiad mogą być źródłem plotek, pochwał lub rozpętać gigantyczny skandal. Ona jest tylko człowiekiem i ma prawo tak jak każdy z nas popełniać błędy. Jednak jej one nie są wybaczane, a rozpamiętywane i wytykane. Elżbieta II od początku panowania do dziś przeszła niejedną metamorfozę, znalazła się w centrum plotkarskich afer. Na jej wizerunek ma też wpływ zachowanie jej rodziny.
Nie można zapomnieć, że królowa bywa też żoną męża, któremu daleko do ideału, matką dzieci, które mają burzliwe życie uczuciowe, babcią i prababcią, której młode pokolenie daje do wiwatu.
Czytając książkę Calvetti, byłam pełna podziwu dla jej tytułowej bohaterki. Nie sposób wątpić, że zrobiła ona w swoim życiu milowe kroki: od nieśmiałej, młodej dziewczyny po kobietę, którą odarto z prywatności i która doszła do kultowego wizerunku. Jest on bardzo bliski ideałowi, ale i można doszukać się w życiu królowej wielu błędów.
Książka jest doskonale napisana. W jej treści mieści się bardzo wiele informacji. Autorka świetnie wybrała z życia swojej bohaterki to, co najbardziej istotne, ciekawe i błyskotliwe. Postarała się być bezstronna w ocenie. Ukazała i lepsze i gorsze chwile panowania. Opisując życie wybitnej jednostki, stworzyła zarazem portret całej epoki, w której żonie księcia Filipa przyszło panować.
Publikacja warta jest polecenia i tym, którzy o Elżbiecie II wiedzą niewiele i tym, którzy znają jej sylwetkę. Tekst zachęca, by wyszukać opisane i wyróżnione fotografie, by zgłębić wiedzę poprzez śledzenie wizerunków i zmian. Podzielona na rozdziały książka jest naprawdę świetną biografią, która jest starannie przygotowana. Tytuł bardzo mi się podobał i z pewnością, gdy po niego sięgniecie, rozbudzi on Wasze zainteresowanie życiem Windsorów. Jestem nim oczarowana i bardzo polecam.

wtorek, 16 czerwca 2020

Jolanta Naklicka-Klesser "Zupa dobra na wszystko"



Dom Wydawniczy Rebis
data wydania 2020
stron 244
ISBN 978-83-8188-007-7


Dobra zupka zawsze jest mniam mniam


Tak, tym razem jestem statystyczną Polką i ... lubię jeść zupy. Czy lato czy zima rozkoszuję się tym typem dania. Ba, co może kogoś zdziwić lubię jeść zupy nie tylko na obiad. Bywa, że zupy jadam na śniadanie z dodatkiem chleba czy na kolację. Lubię różne rodzaje zup, choć nie przepadam za zblendowanymi całkowicie papkami. Inne zupy jadam gdy jest zimno - wtedy lubię te gęste i rozgrzewające, inne lubię gdy mocno grzeje słońce - wtedy królują chłodniki. 

Jak wiecie bardzo lubię gotować i ciągle coś w kuchni eksperymentuję. Szukam nowych receptur i inspiracji. Dlatego śledzę rynek książek kulinarnych nie chcąc przegapić ciekawych pozycji, które ukazują się niekiedy w bardzo atrakcyjnej formie. 
Jeśli chodzi o tematykę zup właśnie znalazłam taką książkę z ogromnie nietypowymi przepisami. Dziś chcę Wam ją przybliżyć. 

Autorką jest Jolanta Naklicka-Klesser doskonale znana widzom programu "Pytanie na śniadanie". W jej tytule znajdziemy sto autorskich przepisów na różne zupy. Zawarte receptury są bardzo, bardzo różne. Jedne z nich idealnie nadają się na rozgrzewkę w chłodne popołudnie, inne mogą zrobić furorę jako wykwintne danie nawet na najbardziej eleganckiej imprezie. 

Nim zagłębimy się w przepisy polecam lekturę wstępu i wprowadzenia w tematykę zupną. Znajdziecie też tam wiele cennych porad odnośnie dodatków do zup i sposobu ich przygotowania. I tu się szybko okaże, że gotowanie, czynność jakże powszechna i codzienna może być sztuką i mieć w sobie naprawdę skomplikowane rytuały, ale satysfakcji z przygotowania własnego talerza z daniem przecież nic nie zastąpi. 



Tytuł jest przepięknie i starannie wydany. Elegancki papier, doskonałej jakości kolorowe zdjęcia tylko pobudzają apetyt i chęć czarowania w kuchni. Przyjemny format i czcionka dodają publikacji uroku. Wygodny rozkład graficzny receptur ułatwia pracę. Na uznanie zasługuje przejrzystość. 


Jeśli chodzi o same receptury są one naprawdę nietypowe i niestandardowe. Tu na scenie króluje egzotyka, ciekawostki kulinarne z różnych stron świata i bogactwo smaku. 


W treści znajdziecie też nowe wersje najbardziej popularnych zup, które pokażą, że np. standardowa i lubiana pomidorówka niejedno ma imię i oblicze.



Gotowanie może być wspaniałą przygodą. Ta publikacja to udowadnia. 


Jestem na "tak" odnośnie tej książki. Polecam ją do kupna na własny użytek. Doskonale sprawdzi się też ona na prezent nawet dla osób, które doskonale gotują. 
Stawiam wysoką ocenę i polecam spróbować podane przepisy. Cztery zupy, które już ugotowałam były przepyszne. 



poniedziałek, 15 czerwca 2020

Stefan Darda "Jedna krew"


Wydawnictwo Videograf
data wydania 2020 
stron 416
ISBN 978-83-7835-741-4

W krainie biesów, czadów i upiorów

Stali czytelnicy mojego bloga wiedzą, że rzadko sięgam po grozę. To nie znaczy, że omijam ten gatunek szerokim łukiem i go nie lubię. Dziś będę się zachwycać najnowszą powieścią niekwestionowanego mistrza z rodzimego podwórka jakim jest Stefan Darda. "Jedna krew" to książka, którą z pełnym przekonaniem ocenię w każdej skali najwyższą notą i będę Was gorąco namawiać do jej lektury. 
Tytuł ma tak wiele atutów, że recenzja okaże się może jedną długą laurką, ale by być szczerą muszę tylko i wyłącznie w ten sposób napisać. 

Zatem przenosimy się do lat 80-tych XX, a konkretnie do roku 1984 i do miejsca, które wtedy było dzikie i tajemnicze. Mała bieszczadzka wioska kryje swoje tajemnice. Otóż w tej okolicy od lat miały miejsce pewne obyczaje, kultywowano pewne tradycje nawet za aprobatą osób duchownych.  Osobom zmarłym przed pogrzebem wbijano w serce ząb z brony i odcinano szpadlem głowę. Cały ten mrożący krew w żyłach rytuał był po to, by zapobiec tzw. klątwie jednej krwi. By osoba zmarła nie błąkała się jako upiór po ziemskim łez padole i nie była żądna ludzkiej krwi osób żyjących. By nie przekazała przeklętego dziedzictwa. Po wielu latach tych czynności zaniechano, ale ... niestety pewnego dnia powtórka ceremonii okazała się konieczna. 

Wieńczysław Pskit miał wtedy tylko jedenaście lat i mieszkał z rodzicami w Ustrzykach Dolnych. Pewnego dnia ich telefon rozdzwonił się i przekazał tragiczną wiadomość. Kuzynka Wieńczysława, nastolatka o imieniu Monika zwana przez wszystkich Niką zginęła w sposób tragiczny na bieszczadzkiej drodze wracając od koleżanki. 
Chłopiec przyjechał z rodzicami na pogrzeb i zrozpaczony położył się obok ukochanej kuzynki w trumnie. Wtedy szybka reakcja rodziny doprowadziła do powtórki zapomnianych nieco czynności. Wydawałoby się, że koszmary uśpiono i wszystko potoczy się już dobrze, że nieszczęściu zdołano zapobiec. Jednak to była tylko fikcja i ułuda.
Koszmar wrócił po wielu latach, bo w 2011 roku. Wtedy wszystko potoczyło się inaczej, a wydarzenia wymknęły się spod kontroli...

Jeśli chcecie być ich świadkiem polecam, gorąco i z całego serca zatopienie się w fabule genialnej powieści, która bardzo mocno mnie zafrapowała. Czytałam jak nawiedzona i nie mogłam się oderwać. 
Co mnie tak rozpaliło do czerwoności? 

Po pierwsze wspaniała, dopracowana w aptekarskich szczegółach fabuła. Świetny pomysł, kapitalna kombinacja zdarzeń, ciekawych postaci umieszczona w idealnie dobranym miejscu. I tu się zatrzymajmy na odrobinę prywaty: Bieszczady znam doskonale, byłam w nich bardzo wiele razy na przestrzeni ponad trzydziestu lat. Były to wypady turystyczne - łażenie po górach, połoninach, odkrywanie piękna przyrody i wędrówki śladami historii, którą ten teren ma wybitną i naprawdę jedyną w swoim rodzaju aczkolwiek trudną. Bieszczady są bardzo tajemnicze i swoją aurą idealnie nadają się na scenę powieści grozy. Tę dzikie tereny, cmentarze małe i niekiedy zapomniane, odludzia pełne ruin dawnych wsi, wysiedlonych i spalonych, lasy pełne ostoi dzikiej zwierzyny, gdzie ludzka noga rzadko zachodzi nadają się idealnie na terytoria, gdzie mogą grasować upiory.

Postaci w tej historii są takie naprawdę bieszczadzkie. Jedyne w swoim rodzaju, z prostą, ale tajemniczą osobowością i sekretami. Są oryginalne i niesztampowe, idealnie wykrojone i wpasowane klimat książki. 
Wielki plus także należy się powieści za styl, język i warsztat pisarski Mistrza, bo na taki tytuł Stefan Darda zasłużył swoim talentem i pomysłowością. Nastrój w książce przyprawia o gęsią skórkę i dreszcze. Emocje są stopniowo i systematycznie podkręcane. U mnie zaowocowało to obojętnością na to, co wokół mnie, na głód i pragnienie. W trakcie lektury liczyła się tylko ta historia. Czytając ma się wrażenie, że ta książka jest niczym pająk, sprytny zabójca, który idealnie potrafi omotać swoją pajęczyną wybraną ofiarę. 
Zagadki, tajemnice i sekrety są w tej lekturze normalnością. Ich odkrywanie powoduje zarazem pojawianie się nowych niespodzianek i nagle wraz z bohaterami mamy wrażenie jakbyśmy znaleźli się w bagnie bez możliwości ratunku i pomocy skądkolwiek. 
W fabule wiele się dzieje. To, co łatwo na początku określimy jako w pełni realne szybko miesza się z tym, co już tak oczywiste co do realności nie jest. Szybko budzimy się w książkowej rzeczywistości w której realizm tak bardzo miesza się ze światem nadprzyrodzonym, że tracimy kontrolę, a to skutkuje tym jednym. Prawdziwym oceanem emocji i naprawdę świetnych doznań czytelniczych. 
Wtedy dochodzimy do momentu mocnego czytelniczego zawrotu głowy o wywołaniu którego marzy niejeden Autor. 
Akcja książki nie toczy się jednym rytmem i jest zmienna. W średnim tempie na początku zagłębiamy się w przeszłość, potem zwalniamy pośrodku by w ostatniej części książki wsiąść na bardzo szybko kręcącą się karuzelę. Jest niepowtarzalnie i wyjątkowo. 
I tak pisać pozytywy mogłabym bez końca. Chwaliłabym oddanie aury miejsc, które tak dobrze znam i kocham, biłabym brawo za konstrukcję wątku głównego, delektowałbym się faktem, że ta książka rozgrywa się w miejscach tak bardzo dla mnie namacalnych - w Bieszczadach, gdzie marzę zamieszkać i Przemyślu, w którym mieszkam od urodzenia. Stefan Darda opisał je lepiej niżby dokonał tego fotograf najlepszym sprzętem jakim można obecnie dysponować. Oddał ich specyfikę, nastrojowość, urok i charakter w sposób doskonały. 

Kochani, jeśli lubicie ten gatunek nie omijacie tego tytułu, jeśli macie ochotę na bardzo nietypową wycieczkę w Bieszczady przeczytajcie, jeśli dawno nie sięgaliście po gatunek grozy skuście się, jeśli go jeszcze nie odkryliście, to idealny tytuł, by to zrobić. 
Genialna historia, świetna książka, ba to arcydzieło, które polecam. 

wtorek, 2 czerwca 2020

Katarzyna Grabowska "Obca miłość"



Wydawnictwo Videograf
data wydania 2020
stron 512
ISBN 978-83-7835-770-4

Nikt nie ma dla nas tak niesamowitych niespodzianek jak życie

Swoje życie każdy z nas chce sobie ułożyć po swojemu. Jedni wolą żyć spokojnie, mieć wszystko poukładane i sprawować pełną kontrolę nad tym, co się wokół dzieje. Inni lubią życie na "petardzie", chcą by ciągle coś się działo, a los non stop przynosił jakieś niespodzianki i ekstremalne przeżycia. 
W życiu bywa też tak, że nieważne czy tego chcemy czy nie, zostajemy posadzeni na karuzeli którą steruje ktoś szalony. Ta zaczyna się kręcić i nie możemy z niej wysiąść, nie możemy powiedzieć wolniej, nie możemy powiedzieć stop. Oszołomieni utratą kontroli musimy się pozbierać z kolan i połapać wszelki sznureczki, pozbierać naszą rzeczywistość od nowa i nie dać się zwariować. 

W taką życiową pętlę niekontrolowanych zdarzeń zostaje wciągnięta główna bohaterki książki Katarzyny Grabowskiej "Obca miłość" Weronika Skarbierska.
 Weronika, która po śmierci rodziców wychowywana jest przez dziadka dorasta i wyjeżdża do dużego miasta na studia. Oszołomiona życiem ogranicza kontakty z jedynym krewnym i rodzinną miejscowością. Po zawodzie miłosnym stara się żyć szczęśliwie jako singielka. Z współlokatorką Mileną Bielską łączą ją zażyłe relacje. Nagle, pewnego zwyczajnego dnia na Weronikę spada jak grom z nieba smutna i tragiczna wiadomość. Nie żyje jej dziadek. Do dziewczyny to nie może dotrzeć, a ona sama czuje się niczym żywy trup. Pomoc oferuje Milena, która zawozi koleżankę do domu i organizuje pogrzeb. Szlachetny gest? Dobre chęci? Cóż, to właśnie nimi okazuje się piekło wybrukowane. Nagle też wszystko okazuje się nie tak proste jak się wydawało. Śmierć dziadka nie do końca jest przypadkowa, Milena pokazuje swoje drugie oblicze a pomocna dłoń zostaje wyciągnięta przez dotychczas kompletnie nieznaną osobę. Syryjski uchodźca deklaruje pomoc i otwiera Weronice na pewne sprawy oczy...

"Obca miłość" to pierwszy tom trzytomowego cyklu "Wszystkie nasze chwile". Od pierwszej strony czytało mi się go znakomicie. Bardzo szybko skupiłam się na lekturze, choć często zdarza mi się mieć trudności z wtopieniem się w nową fabułę zwłaszcza wtedy, gdy uprzednio czytam doskonałą książkę (a szybciej skupiłam się na lekturze najnowszej książki Joanny Jax, która jest arcydziełem).
Autorka trzyma pióro bardzo lekko, z lektury czuć, że pisanie tej historii sprawiło jej prawdziwą przyjemność. Akcja książki biegnie warto i dynamicznie. W fabule czekają nas liczne niespodzianki. Cała opowieść tchnie świeżością, spontanicznością i tajemniczością. Główna bohaterka budzi sympatię i jest taka bliska sercu. Łatwo się z nią zaprzyjaźnić, łatwo w niej odkryć pokrewną duszę. 

W ciekawej i przyjemnej dla oka historii Katarzyna Grabowska porusza bardzo ważny problem jakim jest traktowanie uchodźców. Jusuf wystawiony jest na złe spojrzenia, bezpodstawną krytykę, ostracyzm, niesłuszne oskarżenia. Zostaje błyskawicznie zaszufladkowany, zaszczuty i poniżony. Nikt z nas nie ma prawa tak traktować kogokolwiek. Autorka słusznie pokazuje naszą ogromną wadę, którą należy piętnować.
Powieść to połączenie literatury kobiecej i kryminału, romansu i sensacji. Wszystko w niej jest niezwykle dynamiczne, zaciekawiające, pociągające i wręcz mówiące - czytaj mnie. Trudno się od książki oderwać, a numery stronnic szybko migają oraz odkrywają perypetie Weroniki, która musi zdać trudny życiowy egzamin. Wszystko w jej życiu bowiem przewraca się do góry nogami, wszystko zmienia kolory. Tajemnice i sekrety związane z dziadkiem, jego tajemniczy list znacząco podkręcają emocje i dodają lekturze niesamowitego uroku oraz smaczku. 

Książka zrobiła na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Mile zaskoczyła i okazała się świetną propozycją na zły humor czy paskudną pogodę. Jej czytanie gwarantuje emocje, niekłamaną przyjemność z rozwiązywania zagadek i odkrywania rodzinnych sekretów. Nie wieje z jej treści ani nudą, ani schematycznością. Mówiąc krótko spodobała mi się i będę wypatrywać kolejnego tomu serii pod tytułem "Zagubieni w kłamstwie".


wtorek, 26 maja 2020

Andrzej G. Kruszewicz "Sekretne życie zwierząt"



Wydawnictwo Rebis
data wydania 3 czerwiec 2020
stron 240
ISBN 978-83-8062-624-9

Nic, co zwierzęce nie jest nam obce!

Lubice zwierzęta? Interesuje Was świat fauny? To polecę Wam gorąco lekturę pewnej publikacji, której premiera będzie miała miejsce na początku czerwca. Od razu dodam, że książka jest przepięknie wydana i ogromnie ciekawa. Idealna dla każdego bez względu na wiek, płeć i miejsce zamieszkania. Doskonale nadająca się na prezent ofiarowany z różnej okazji. To tytuł ponadczasowy, napisany w niezwykle przystępny sposób przez zawodowca, który jest wybitnym zoologiem. 

Jej Autor, Andrzej G. Kruszewicz z wykształcenia jest lekarzem weterynarii. Pełni od 2009 roku funkcję dyrektora Azylu dla Ptaków w Miejskim Ogrodzie Zoologicznym w Warszawie. Jego pasją jest ornitologia i świat zwierząt. Jest też Autorem wielu książek o tematyce zwierzęcej. Z jego publikacji bije wielka pasja i miłość do świata fauny, który jak się okazuje jest naprawdę niezwykle fascynujący, tajemniczy i zagadkowy. Ma swoje sekrety, a zwierzęta są do nas ludzi niekiedy bardzo, bardzo podobne. Jeśli zaintryguje Was to stwierdzenie to znak, że polecaną przeze mnie dziś książkę po prostu musicie poznać. Ma ona wiele atutów. Dwa z nich są moim zdaniem kluczowe. Chodzi mi o sposób przekazania rzetelnych informacji i prostą formę czyli porzucenie fachowego "bełkotu" na rzecz prostego stylu i języka, a wszystko dla dobra czytelników, którzy przecież są w większości amatorami i laikami. Nie sztuka bowiem napisać kolejny fachowy podręcznik. Sztuką, która się Autorowi udała jest dotrzeć do zwyczajnego zjadacza chleba, pokazać mu fenomen świata zwierzęcego, zwrócić jego uwagę, zachęcić do eksploracji, pogłębiania wiedzy i obserwacji stworzeń, które nas otaczają. 

Andrzej Kruszewicz idealnie wybrał treść do swojego tytułu. Świetnie przefiltrował najciekawsze informacje i pogrupował je w dziesięć rozdziałów. Poszczególne z nich dotyczą władzy wśród zwierzaków, dominacji samic, dominacji samców, życia rodzinnego i wierności. Prokreacji i zwyczajów związanych z rozrodem. W każdym rozdziale po krótkim wstępie Autor skupia się na przykładach wziętych z życia konkretnych gatunków. By oddać prawdę trzeba przyznać, że pisze nad wyraz ciekawie, błyskotliwie i zajmująco. Doskonale trzyma pióro, ciekawie oprowadza nas po krainie, którą jak się okazuje znamy tylko pozornie dobrze. Bardziej błądzimy wśród mitów i mamy niekiedy mylne pojęcie. A zwierzaki naprawdę prowadzą ciekawe życie osobiste i "zawodowe". Mają swoje wytyczne, zwyczaje i przyzwyczajenia. I kto tu kogo naśladuje? My ich czy one nas? 

Z ręką na sercu piszę, że nie, podkreślam jeszcze raz nie czytałam lepszej książki przyrodniczej. Nikt, tak jak Andrzej Kruszewicz nie zainteresował mnie przyrodniczym tematem. Bez przymusu i z pełną świadomością stwierdzam, że tytuł porywa i sprawia, że inaczej patrzymy na zwierzaki. Treść jest pełna ciekawostek. 
Napisana z humorem książka jest warta rekomendacji. Polecam, naprawdę świetna propozycja. 

środa, 20 maja 2020

Marcin Margielewski "Zaginione arabskie księżniczki"



Wydawnictwo Prószyński i S-ka
data wydania 2020
stron 320
ISBN 978-83-8169-235-9

O księżniczkach, które tak naprawdę są tylko niewolnicami

Szacuje się, że jest ich kilka – kilkanaście tysięcy. Przychodzą na świat jako córki królewskich rodów. Od pierwszych chwil życia otacza je materialny luksus i dostatek. Pod tym względem niczego im nie brakuje. Niestety od pierwszego oddechu otacza je złota klatka, a ich los w dorosłym życiu już dawno został przesądzony. Nie jest im dane studiować, choć ich rodziny stać na opłacenie czesnego na każdym uniwersytecie świata. Nie mogą samodzielnie wybrać swojej drogi w dorosłym życiu, bo celem ich istnienia jest małżeństwo i urodzenie dzieci, a konkretnie synów. Nie mogą się zakochać, bo przeznaczonego mężczyznę wybierze im ojciec, bracia lub inni męscy członkowie rodu. Od pierwszej miesiączki muszą skrywać swoje oblicze. Nigdy nie będzie wolno im prowadzić samochodu, ich los zawsze będzie spoczywał w męskich rękach. Kim tak naprawdę są arabskie księżniczki? Czy te kobiety to bardziej niewolnice, czy wysokourodzone członkinie królewskich rodów?
Prawie każda mała dziewczynka marzy, by zostać księżniczką. To dobre marzenie, o ile nie chce ona być arabską księżniczką. Bo te mają w życiu naprawdę źle, ich codzienność zależna jest od męskich kaprysów, a ich dni czasem zamieniają się w piekło, w istny horror, który czasem kończy się śmiercią.
W swojej najnowszej książce Marcin Margielewski opisuje życie arabskich księżniczek. Jego przewodnikiem na saudyjskim dworze jest mężczyzna pochodzący z ubogiej egipskiej rodziny, który przez wiele lat pracował jako służący, opiekun i sekretarz na dworach saudyjskich władców. To, co widział i czego się dowiedział, z pewnością wielu z Was potężnie zszokuje. Jego relacje są pełne dramatycznych scen, mrożących krew w żyłach opisów, które niestety są prawdą. Relacja Talala Hassaniego jest wyrazistym aktem oskarżenia wobec konkretnych mężczyzn, interpretacji religii, systemu władzy i prawa, jaki panuje na nieszczęście saudyjskich kobiet, które są traktowane jako istoty niewiele warte, jako te, które zawsze są winne i zasługują na karę.
Doceniam pióro Marcina Margielewskiego i jestem jego wierną czytelniczką. Mam dość rozległą wiedzę na temat Bliskiego Wschodu. Przeczytałam wiele książek poruszających tematykę islamu i życia arabskich kobiet. Byłam przygotowana na trudną i bolesną lekturę. Spersonalizowanie i pokazanie faktów na konkretnych przypadkach żyjących tam kobiet jednak bardzo mocno mnie poruszyło. Ścisnęło za serce, zabolało i doprowadziło do łez. Tak, długo płakałam nad losem istot, które nic nie zawiniły. Chciały być szczęśliwe i cieszyć się normalnym życiem, wychowywać dzieci, być dobrymi matkami, kształcić się, kochać i być kochanymi. Jednak w tamtym systemie normalność nie istnieje, a prawo i religię można, będąc mężczyzną, nagiąć na własny użytek dowolnie i bezkarnie. Wystarczy tylko kiwnąć palcem, wypowiedzieć rozkaz, skorzystać z nieograniczonej władzy.
Ta lektura jest wyjątkowa i autentyczna. Pełna emocji i smutnej prawdy. Pełna dramatów i popełnionych zbrodni, które uszły winnym na sucho. Opisane w tytule księżniczki nie tylko skrzywdzono, nie tylko podeptano, nie tylko je zabito, ale i skazano na zapomnienie. Tak, jakby nigdy nie istniały. Tak, jakby nigdy się nie urodziły.
Mamy XXI wiek, mamy media, mamy rozwiniętą cywilizację. Mamy też na świecie trudne problemy, które lepiej zamieść pod przysłowiowy dywan. Świat, choć wiele wie, choć słyszy wołanie o pomoc, często milczy i udaje, że nic złego się nie dzieje. A ma miejsce dramat, który jak na razie nie ma końca. Czy kiedyś uda się arabskim kobietom poprawić swój los?
Czytałam i żyłam tą książką. Czytałam przed snem i śniłam o losach opisanych kobiet. Budziłam się niespokojna, spocona i niewyspana. Marcin Margielewski bez osłonek pokazuje prawdę o saudyjskim piekle. Nakreśla prawdziwe oblicze bogatych dworów, opisuje system wychowania i traktowania dzieci oraz kobiet. Ta prawda jest potworna.
O tym tytule długo nie zapomnicie. Mistrzowsko napisana literatura, która otwiera oczy na straszny obraz piekła, które dzieje się we współczesnych czasach na naszej planecie. Gorąco rekomenduję i zalecam tę lekturę.


poniedziałek, 18 maja 2020

Janusz L. Wiśniewski "Nazwijmy to miłość"


Wydawnictwo Literackie
data wydania 2020
stron 168
ISBN 978-83-08-07040-6

Miłość niejedno ma imię i oblicze

- I jak tam nowa książka Wiśniewskiego? - zapytała mnie mama widząc co czytam piątkowego popołudnia.
- A jak myślisz? - odpowiedziałam.
- Z Twojej miny wynika, że jak zwykle. Czyli rewelacja. 
- A zgadza się mamo. Autor trzyma fason i zachwyca. 

Taki dialog miał miejsce w ostatni piątek. Choć tytuł nie jest zbyt obszerny nie myślcie, że szybko go przeczytacie i szybko sięgnięcie po kolejną książkę. 
Bo te niewiele ponad 160 stron będzie Was frapowało dłużej niż niejedno grube tomiszcze, niż kilkutomowa historia. Możecie oczywiście zapytać, no ale jak to? 
Ano tak to, bo Janusz Wiśniewski jest oszczędny w słowach, stosuje pisarskie, jakże właściwe mu skróty. Czego jak czego, ale treści nie można mu odmówić. Wystarczą trzy lub cztery strony, a naprawdę będzie co czytać, co rozważać, nad czym się zastanawiać, nad czym rozmyślać. 

Czym tak właściwie jest najnowsza książka Autora "Samotności w sieci?"
To zbór opowiadań, których tematem przewodnim jest miłość. Miłość jako uczucie, które ma bardzo różne imiona i oblicza. Nie jest słodka i romantyczna. Ma fundamenty sensu stricte naukowe o zabarwieniu chemicznym. Rodzi się wskutek procesów chemicznych, a nie romantycznych porywów serca. A może jednak chemia łączy się z rytmem serca? I tu zaczyna się burza myśli, a czytanie przerywa maraton kwestii, które samoistnie rodzą się w głowie czytelnika. 
Wiśniewski patrzy na miłość jako człowiek, jako naukowiec, jako ten, który bardzo lubi poznawać ludzkie historie, ludzkie perypetie, kroniki uczuć innych, które nie zawsze, a właściwie wcale nie pasują do powszechnego wzorca. 
Bohaterami poszczególnych części książki są bardzo różni ludzie. Ich przypadki mienią się różnymi kolorami tęczy niczym bardzo barwny kobierzec. Wynika z nich, że opracowanie jednolitej definicji uczucia jest niemożliwe, nierealne. Gdyby ktoś jednak tego dokonał byłby daleki od prawdy. Niemniej jednak nie sposób nie zgodzić się z opinią, że kto szuka miłości szuka zarazem szczęścia, szuka idylli. 

Miłość jest nam do życia niezbędna. To mądra teza, która pada w lekturze wielokrotnie. Bo nasze życie bez tego uczucia podpada jedynie pod egzystencję, ale i miłość dąży do przetrwania gatunku. To dzięki niej, lub stanom z nią mylonym rodzą się kolejne pokolenia. 

Książka składa się czterech części. Każda z nich jest ogromnie wymowna. Każdą z nich pochłonęłam z ogromną uwagą i uznaniem dla geniuszu Autora. Potrafi on dostrzec to, co wielu nie zauważy. Wyodrębnić to, co ważne, ale przysłonięte pędem życia i świata. Lektura jest naprawdę niezwykle osobista. Przemawia i zmusza to myślenia nad jej treścią. Treścią, która moim zdaniem ociera się o filozofię. Można z nią polemizować, można z nią dyskutować, można z nią się zgodzić lub nie. 

Janusz Leon Wiśniewski po raz kolejny napisał genialnie i wyjątkowo. To nie jest jednak łatwa książka dla każdego. Owszem można ją przeczytać, ale by w pełni zrozumieć jej przesłanie trzeba pewnego wysiłku. Nie każdy będzie może miał na to ochotę. 

Po raz kolejny stwierdzę, że książka Wiśniewskiego mną zawładnęła, zaczarowała mnie, wprowadziła na pewne metafizyczne ścieżki. Jak zawsze pochwalę styl i język, celność poglądów, wybitnie trzymane pióro. Czytelnik musi być przygotowany na to, że zatapiając się w lekturze przekroczy pewne granice, wejdzie z opisanymi osobami w bardzo intymne relacje. Śmiało można powiedzieć, że wejdzie w ich życie z przysłowiowymi butami. Taka jest proza Janusza Wiśniewskiego i za to ją bardzo cenię. 

Reasumując "Nazwijmy to miłość" to "kawał" znakomitej polskiej prozy, to solidny warsztat, to książka napisana w ogromnym talentem. Namawiam do jej poznania, do jej nie tylko przeczytania, ale i przestudiowania. Naprawdę warto. 

środa, 13 maja 2020

Mario Escobar "Dzieci żółtej gwiazdy"


Wydawnictwo Kobiece
data premiery 20 maja 2020
stron 408
ISBN 978-83-66520-45-5

Dom jest tam, gdzie rodzina

Są książki, które na zawsze zostają w pamięci czytelników. Są Autorzy, którzy do mistrzostwa opanowali granie na najczulszych strunach duszy swoich odbiorców. Dla mnie takim twórcą jest znany i popularny pisarz, autor "Kołysanki z Auschwitz" Mario Escobar. Jego proza łączy w sobie prostotę ubrania w słowa brutalnej prawdy, perfekcyjne opowiedzenie słowami o wstrząsającej przeszłości i wyjątkowe ukazanie historycznych wydarzeń na przykładzie losów zwykłych ludzi, którym przyszło żyć w potwornych czasach. 
Najnowsza powieść Escobara będzie miała w naszym kraju premierę 20 maja. Mogłam ją przeczytać szybciej i już teraz, gdy do pojawienia się jej w księgarniach zostało kilka dni pragnę Was namówić na jej lekturę, na jej przeczytanie, na poznanie historii dwóch braci, którym wojna i szaleństwo Hitlera zrujnowały szczęśliwy świat. Skróciły dzieciństwo, zabrały różowe okulary przez jakie patrzą i poznają świat dzieci. 

Rok 1942. Europą targa najstraszliwsza z wojen. Szczęśliwy świat tysięcy rodzin rozpadł się na drobne kawałki. Wśród nich jest żydowska rodzina Steinów. Bracia Jakob i Moise znajdują się w Paryżu pod opieką ciotki. Rodzice chłopców ze względu na swoją narodowość muszą się ukrywać i szukają dla siebie bezpiecznego gniazda. Tam, gdzie żyli do tej pory grozi im zagłada, śmierć, wywózka do obozu koncentracyjnego i trafienie do krematorium. 
Jeden dzień, jedna godzina, jedna obława zmienia życie braci. Aresztowani trafiają na velodrom wraz z setkami francuskich Żydów. By przeżyć muszą uciekać z tego miejsca, muszą być o krok przed obławą, muszą odszukać rodziców. A wokół trwa wojna, chaos, eksterminacja ich rodaków. Wokół trwa nieustanna walka o każdy dzień życia. Czy uda im się przetrwać? Czy odnajdą mamę i tatę? Czy łut szczęścia pozwoli im wyrwać się z piekła? 

"Na szczęście składają się małe decyzje, które zbliżają nas do spełnienia marzeń" (str. 223)
Powyższa teza jest niczym motto przepięknie utkanej i nakreślonej za pomocą słów fabuły. Dałam się jej ponieść i przenieść do okupowanej przez nazistów Francji, która stała się sceną wielu dramatów. Ze łzami w oczach śledziłam losy dwójki małych chłopców, którzy pozostawieni sami sobie i opiece ludzi dobrej woli musieli wydostać się z otchłani piekła. W tym czasie dorośli w ekspresowym tempie, ograbiono ich z niewinności i tego, co dzieciom właściwe. Na ich drodze los postawił różnych ludzi, którzy poświecili wiele by ich ratować. 

Tę powieść czytało mi się bardzo szybko. Emocjom nie było końca. Wzruszeniom także. 
Treść tej książki wyryła w moim sercu znamię. Uwrażliwiła mnie na krzywdę tysięcy dzieci podobnych głównym bohaterom. Uzmysłowiła na jak wiele stać bezbronne dzieci, jak wielka drzemie w nich siła, na jak ogromne bohaterstwo są gotowe. Dziś żyjąc w pokoju nie doceniamy jak wiele mamy. Historia Jakoba i Moisa bardzo wiele mi uświadomiła. 
Mario Escobar napisał genialnie. Główne postaci książki są fikcyjne, ale inspiracją do ich wykreowania są doświadczenia wielu dzieci, które w tamtym okresie przemierzały świat uciekając od śmierci i zagłady. Sylwetki braci Stein są więc symbolem, któremu pisarz oddaje hołd. Wiele wydarzeń opisanych w fabule wydarzyło się naprawdę. Wiele zdarzeń na zawsze zmieniło życie milionów ludzi, którzy stracili to, co najcenniejsze - życie, zdrowie czy rodzinę przez szaleństwo nazistów. 

Gdybym chciała opisać wszystkie walory tej lektury obawiam się, że stworzyłabym całkiem spore opowiadanie. Z treści czuć, że Autor tworzył ją sercem, że w pracę literacką włożył nie tylko duszę, ale i talent oraz swoje umiejętności. Nie ukrywam, że płakałam w trakcie lektury, że z niecierpliwością odwracałam strony ciekawa co dalej, czy się uda, czy rodzeństwo dotrze na bezpieczny ląd. 
To był wybitny tytuł, który ogromnie doceniam i polecam. To była praktyczna lekcja historii opowiedziana w przemawiający sposób. To była możliwość spojrzenia na historyczne wydarzenia opowiedziane na konkretnym przykładzie. 

Ta powieść ma wiele walorów i na zawsze zostanie w moim sercu. Jestem przekonana, że będzie miało to miejsce w przypadku każdego, kto zatopi się w jej treści. Polecam i rekomenduję przekonana, że czeka Was czytelnicza uczta. 

poniedziałek, 11 maja 2020

Anna Ficner-Ogonowska "Zanim zatęsknię"


Wydawnictwo Znak
data wydania 2020
stron 656
ISBN 978-83-2406-012-2

Gdy zamykają się jedne drzwi, zawsze otwierają się drugie

Życie jest niesamowite i całkowicie nieprzewidywalne. Los cały czas nam coś daje i coś zabiera. Nie zawsze po naszej myśli. Często zabranie czegoś boli nas i wydaje się nam, że jesteśmy poturbowani, stratni i niesprawiedliwie skrzywdzeni. Spojrzenie na takie zdarzenie z perspektywy czasu może być całkowicie odmiennie. Utrata bliskiej osoby może z biegiem czasu okazać się dla nas błogosławieństwem i początkiem czegoś nowego. Czegoś lepszego i cenniejszego. Czegoś, dzięki czemu znów złapiemy wiatr w żagle, zaczniemy oddychać pełną piersią i zasmakujemy prawdziwego szczęścia.

Anka nie jest już podlotkiem. Ma za sobą czterdzieste urodziny i właśnie rzucił ją facet. Jej związek z Arturem nie należał do typowych. On miał żonę i prowadził podwójne życie. Anna marzyła, by się rozwiódł. Nie chciała na zawsze pozostać tą drugą. Pewnego dnia jej ukochany postanowił wrócić do swojej ślubnej wybranki, która zobaczyła dwie kreseczki na teście ciążowym. Anna została sama, tonąc w potokach łez i otchłani rozpaczy. Mańka, jej wieloletnia koleżanka wręcz siłą porwała ją na zaplanowane wcześniej chorwackie wakacje. W sprawdzonym towarzystwie Anna miała zapomnieć o byłym partnerze i zacząć żyć na nowo. W gronie, w którym przyszło jej spędzać urlop, pojawił się ktoś nowy. Kolega kolegi, facet z Bieszczad, który od razu zwrócił uwagę na smutną Anię. Czy to tylko wakacyjne zauroczenie, czy może początek czegoś wyjątkowego?

Anna Ficner-Ogonowska jest doskonale znana czytelniczkom rozkoszującym się powieściami obyczajowymi. Jej książki to grube tomiszcza, które zbierają świetne oceny. „Jeśli zostanę” to pierwsza pozycja tej autorki, po którą sięgnęłam. Czy mi się spodobała? Tak, i to bardzo. Pozycja ma bardzo wiele atutów, które postaram się wymienić, byście przypadkiem nie ominęli tej lektury.
Pani Anna jest mistrzynią dialogów. Pisze je w sposób bardzo naturalny, żywy i dynamiczny. Dzięki nim tempo jest szybkie, a tekst dosłownie sam się czyta. Fabuła jest lekka i łatwa w odbiorze, a książka ciepła, autentyczna i przyjemna. Wykreowane postaci budzą sympatię i łatwo się z nimi zaprzyjaźnić.
Anka to kobieta, która może budzić nieco kontrowersji, bo jest w niej wiele sprzeczności. Z jednej strony wydaje się osobą dobrą, serdeczną, prostolinijną i życzliwą. Z drugiej jednak jest w świadomym związku z żonatym mężczyzną. Osobiście lubię takie rozwiązania w kreacji bohaterów, gdy nie są oni jednoznaczni, idealni, a tym samym sztuczni.

Kolejnym plusem tej powieści są miejsca, w których rozgrywa się akcja: Chorwacja, ukazana jako wakacyjny raj i Bieszczady – miejsce idealne do życia i wypoczynku, gdzie świat jest piękniejszy i prostszy, gdzie przyroda koi serce, choć życie bywa nieco inne niż w miejskiej dżungli. Autorka idealnie oddała ich klimat i walory.
Lekka z pozoru książka ma swoje drugie oblicze i oczywiście ważne przesłanie. Nie warto w życiu się załamywać, nie warto rozczulać się nad tym, co już za nami. Warto żyć tym, co teraz i tym, co jutro. Warto dostrzegać kolejne szanse, kolejne podarunki od losu, które nie zawsze są czytelnie opakowane w atrakcyjne pudełko i przewiązane kokardką.
Trzeba patrzeć w przyszłość z optymizmem i czasem pozwolić sobie iść za głosem serca nawet wtedy, gdy rozum protestuje.

„Jeśli zatęsknię” to książka o miłości – tej prawdziwej i tej mylonej z zauroczeniem. To powieść o bezcennej kobiecej przyjaźni, która jest niczym pewne koło ratunkowe w trudnych sytuacjach. To tytuł, który idealnie sprawdzi się jako lektura na urlop, na weekend, na czas relaksu. W tej książce wszystko jest jak w życiu. I to jest jej ogromnym walorem. Zakochałam się w piórze Anny Ficner-Ogonowskiej. Myślę, że tak postąpi wiele z Was, jeśli tylko zatopi się w fabule tej lektury. Miłe chwile gwarantowane.


niedziela, 3 maja 2020

Katarzyna Mak "Dotyk anioła"



Wydawnictwo Videograf
data wydania 2020
stron 384
ISBN 978-83-7835-775-9

Ogień i woda w szponach pożądania

Literatura erotyczna na dobre rozgościła się na księgarskich półkach. Polki chętnie po nią sięgają. Wśród tego typu książek pojawiły się już hity, których wyniki sprzedaży imponują, ale i niektóre  tytuły zbierają mierne recenzje. Ostatnio sięgam dość systematycznie po takie propozycje, ale zawsze mam obawę czy poza seksem znajdę w nich coś jeszcze, co doda blasku i kolorytu fabule. 
Powieść Katarzyny Mak okazała się taką powieścią, która bez trudu całkowicie mnie wciągnęła i pokazała, że erotyk nie musi być mdły i monotonny, ale może mieć w sobie coś podobnego do dobrej sensacji. 
Historia oparta jest na schemacie bieli i czerni, dobra i zła, przeciwieństw, które się przyciągają.

Angel i Brad pochodzą z dwóch różnych światów. Spotykają się czystym przypadkiem i stają się dla siebie mężem i żoną. Nie łączy ich jakiekolwiek - długie czy krótkie narzeczeństwo. Biorą ślub pod wpływem alkoholu i impulsu w Las Vegas. Ich decyzją nie kieruje ani rozsądek ani uczucie. Poranek, kiedy budzą się związani węzłem małżeńskim jest dla Angel - Zuzanny Lewandowskiej ogromnym zaskoczeniem i szokiem. Kobieta chce unieważnić jak najszybciej zawarte małżeństwo, ale to okazuje się chwilo niemożliwe. Czy taki związek jest zgodnie z logiką skazany na rozpad czy może wbrew logice ma szansę na przetrwanie? Czy Angel i Brad skoro świetnie pasują jako kochankowie mogą odnaleźć u swego boku  szczęście? 

Pozornie, ale tylko pozornie ta lektura może wydawać się przewidywalna i schematyczna. Tak nie jest. Owszem jej fabuła jest oderwana od rzeczywistości i realnego życia, ale czyta się ją naprawdę dobrze. 
Angel jest postacią tylko fikcyjnie jednoznaczną. Tak naprawdę jej życie zostaje wywrócone do góry nogami, a ona musi radzić sobie z wieloma niespodziankami. Nowe otoczenie, mężczyzna u boku, czar życia erotycznego oszałamiają, ale i pokazują jakie może być życie. Małżeństwo Angel jest inne niż te typowe. Ona po powiedzeniu sakramentalnego "tak"  dopiero zaczyna odkrywać charakter, osobowość i to, kim jest jej mąż. 
Brad to też dynamicznie nakreślona postać, która nie ma tylko jednej twarzy. Para i jej perypetie tworzy wybuchową mieszankę, która jest magnesem przyciągającym czytelniczki do książki. 
Akcja lektury jest kreatywna i energiczna. Chwilami jej tempo jest bardzo aktywne, a w miarę czytania odkrywane są kolejne sekrety i pojawiają się pewne fabułowe niespodzianki. 
Czytelnik nie może narzekać na monotonię i nudę. Odnośnie scen erotycznych - są one napisane ze smakiem, nakreślone subtelnie, ale i odważnie. 
Język książki jest prosty i nie ma w nim wulgaryzmów. 
Ten tytuł mnie zaskoczył, a było to dość spore zaskoczenie. Powieść okazała się dużo lepsza niż się spodziewałam. Z żalem się z nią rozstałam i czekam na ciąg dalszy, który będzie miał miejsce w kolejnej książce Autorki - "Sen o aniele". 
Czy polecam? Tak, polecam i to nawet tym, którzy nie są zdeklarowanymi fanami tego gatunku literatury. To coś więcej niż książka okraszona pikantnymi scenami dla dorosłych. To ciekawa historia, która ma doskonały potencjał, która elektryzuje i przykuwa uwagę. Naprawdę trudno odłożyć tę powieść nawet jak po całym dniu jesteśmy zmęczeni. Ta lektura kusi jak zakazany owoc. Czekam na jej kontynuację i zachęcam do poznania Angel i Brada. 

czwartek, 30 kwietnia 2020

Iwona Wilmowska "Zostawić ślad"



Wydawnictwo Axis Mundi
data wydania marzec 2020
stron 240
ISBN 978-83-66451-02-5

Stara miłość nie rdzewieje, ale stare rany też często nie pokrywają się patyną

Czytanie kryminału to u mnie jak powrót do przeszłości. Ten gatunek zaczęłam namiętnie poznawać w zdecydowanie nieodpowiednim wieku. Miałam zaledwie 12 lat i zamiast czytać książki dla nastolatek to ja rozczytywałam się w sensacji polskich pisarzy. Seria ze srebrnym kluczykiem, Ewa wzywa 07, Seria z jamnikiem.... Ach, co to były za książki. Miały swój klimat i urok. To, że pisali je rodzimi Autorzy było dla mnie atutem. Miłość do polskich kryminałów mi została. I znów odnalazłam jej smak w książce Iwony Wilmowskiej. Spodobała mi się od samego początku. Urzekł mnie jej klimat. Kto lubi prowincję, dreszcz emocji, ciekawą fabułę, która mimo, że nie jest skomplikowana to ma w sobie to "coś" ten powinien przeczytać "Zostawić ślad".

Główną bohaterką jest dziennikarka Paulina Gudejko, która właśnie straciła posadę w miejskiej gazecie. Paulina jest ambitna i nie chce przyjąć byle jakiej pracy, marzy o ambitnym dziennikarstwie. By poprawić stan swoich finansów postanawia napisać książkę. Wynajmuje domek w cichej i pozornie spokojnej miejscowości Mory. Planuje odpocząć od miasta, rzucić się w wir pisania, spędzić czas ze swoim psem Rumcajsem. 
Liczy na ciszę, jesienny relaks w otoczonej lasami przystani, ale czeka ją coś zgoła innego. Los szykuje bowiem spore niespodzianki. Niedaleko domku letniskowego, nad leśnym jeziorem znalezione zostają zwłoki miejscowego mężczyzny. Nie jest to nie jedyny trup, jaki się pojawi.  Paulina przyjmuje rolę lokalnej dziennikarki i relacjonuje swoimi artykułami przebieg wydarzeń, które wstrząsają lokalną społecznością. 
Kto jest zabójcą? Jakie ma motywy? Co łączy ofiary?

Tak, wybór tej lektury był strzałem w dziesiątkę. Okazała się ona książką, która pochłonęła mnie bez reszty. Czułam ją moimi zmysłami, wyobraźnia pracowała na wysokich obrotach, były emocje, były dreszcze, było zgadywanie kto jest winny i zagadka pozostała aktywna do samego końca książki. Za nic nie udało mi się odgadnąć motywu zabójcy. A to oznacza, że świetnie się bawiłam i to była idealna lektura na dwa wieczory. 
Autorka stworzyła ciekawą fabułę, świetnie oddała prowincjonalny klimat i meandry życia małej, lokalnej społeczności w której z jednej strony wszyscy o sobie wszystko wiedzą, a z drugiej istnieją pewne nieodkryte tajemnice, a każdy ma swoje sekrety. W miejscowości, gdzie pozornie mało co się dzieje i panuje względny spokój zło jednak nie śpi i zbiera swoje żniwo. A zemsta bywa słodka. 
W tytule urzekł mnie klimat. Miejsce akcji, pora roku, okolica i ciekawie wykreowane postaci sumują się na atuty powieści, która bez wahania podbiła moje serce. 
Czytałam oderwana i zatopiona w opisany świat. Chłonęłam go, bo prowincjonalne klimaty pociągają mnie od dawna. Sprawdza się w tym tytule reguła, że zło czai się zawsze i wszędzie, a oczywisty podejrzany to nie zawsze sprawca zabójstw. 
Polskie kryminały mają inny klimat niż skandynawskie. Są mroczne inaczej, smakują inaczej, ale są równie dobre, równie ciekawe, równie zatrzymujące oddech i wywołujące szybsze bicie serca. 
Jak najbardziej polecam tę lekturę. Dobra proza, solidny warsztat, idealne tempo akcji, ciekawa zagadka kryminalna, fabuła z pomysłem. Brawa dla Autorki. 

czwartek, 23 kwietnia 2020

Magdalena Krauze "Zdradzona"


Wydawnictwo Jaguar
data wydania 2020
stron 347
ISBN 978-83-7686-890-5

Zdradzona nie znaczy gorsza


Zdrada dotyka par z różnym stażem, a złamanie obietnicy wierności rodzi się z różnych powodów. Jednym zdarza się chwila zapomnienia i jednorazowy skok w bok, inni znudzeni wiernością szukają odmiany, chcą się dowartościować, przeżyć czysto zmysłową przygodę i szukają kogoś nowego na jakiś czas. Są też i tacy, którzy wikłają się w podwójne życie, którego mają po pewnym czasie dość, a nie zawsze mają możliwość powrotu do poprzedniego status quo. Odkryta zdrada zawsze, o ile dowie się o niej strona zdradzana, boli. Zawsze jest mniej lub bardziej mocnym ciosem w serce. Zawsze godzi w dobro związku i rozbija czasowo lub na zawsze rodzinę. Cierpią na niej również dzieci, które nie zawsze są w stanie zrozumieć postępowanie dorosłych.
Jak czuje się zdradzona kobieta? Na pewno nie jest to dla niej komfortowa sytuacja. Czy to oznacza, że jest gorsza od swojej konkurentki, od tej drugiej? Absolutnie nie. Dowodzi tego życie i najnowsza powieść Magdaleny Krauze, która zaciekawiła mnie w trzech różnych aspektach: tytułem, opisem i wyjątkowo miłą dla oka okładką. Gdy zaczęłam ją czytać, szybko wraz z główną bohaterką znalazłam się w małżeństwie, które miało solidne fundamenty, które zawarto z miłości, a w którym zabrakło wierności ze strony męża.
Joanna przekroczyła czterdziestkę, ma męża, dwoje dzieci, ciekawą pracę, w której osiąga świetne wyniki i dom na kredyt. Robert po kilkunastu latach bycia dobrym i czułym mężem zmienia się. Nagle spędza więcej czasu w pracy, częściej wyjeżdża w delegacje i nie rozstaje się z telefonem. Dane od serca rady, by sprawdzić, czy nie ma kochanki, niestety pomagają odkryć brutalną prawdę. Odczytane po kryjomu SMS-y potwierdzają, że mąż Joasi spotyka się z inną kobietą, którą, jak się okazuje, Joanna doskonale zna…
Co zrobi zraniona kobieta? Wybaczy, spróbuje zapomnieć i być z wiarołomnym partnerem dla dobra dzieci? Czy stać ją może na spakowanie mężowi walizek i wystawienie ich za drzwi? Decyzja nie jest łatwa. Mimo wszystko zdradzający małżonek wciąż ma miejsce w sercu Asi.
To moje pierwsze spotkanie z prozą Magdaleny Krauze. Po lekturze „Zdradzonej” nie mam żadnych wątpliwości, że musicie przeczytać choćby jedną z jej książek. Jeśli szukacie dobrze napisanej powieści obyczajowej, to zdecydowanie będzie strzał w dziesiątkę. W tytule autorka podjęła może temat, który często jest fundamentem fabuł. Pisząc powieść, ukazała swoim czytelniczkom drogę, na jaką może wejść zdradzona żona. Czy jest słuszna? Moim zdaniem tak, choć, jak widać jest to droga trudna, wyboista i wymaga zaciętości oraz bycia twardą. Zdrada nie zamyka drzwi do szczęścia, zdrada odsłania jedynie prawdę o nas samych i tym, ile jesteśmy warci.
Joanna to bardzo ciekawa postać. To dojrzała kobieta, którą cios mocno zranił, ale, i która szybko podnosi się z kolan. Tym samym udowadnia, że zdrada to nie koniec świata, to nie jest nieodwracalna i druzgocąca diagnoza, to nie wyrok śmierci. To trudna chwila w życiu, po której można jak najbardziej wrócić do równowagi, stabilizacji i szczęścia.
Czytając nieustannie polemizowałam czy miałabym tyle odwagi co główna bohaterka, czy byłoby mnie stać na tak radykalne kroki. Szybko doszłam do wniosku, że mimo wszystko to najlepsza z decyzji, jaką może podjąć osoba, której zaufanie zostało zdeptane.
Magdalena Krauze napisała świetną powieść, która z pewnością będzie idealną lekturą na pokrzepienie zdradzonych, kobiecych serc. Czyta się ją lekko i z wypiekami na twarzy. Jej treść mocno wciąga. Z tekstu bije dojrzałość warsztatu. Wybitna o tej powieści, to idealnie powiedziane. Jest ona też przemyślana, dojrzała, doskonale wyważona i w szczegółach dopracowana. Warta poznania i przemyślenia. Polecam życząc, by mężowi żadnej z nas nie zdarzył się głupi skok w bok, by żadna z nas nie musiała znaleźć się w sytuacji identycznej jak Asia.
Z serca rekomenduję tę książkę i zachęcam do jej lektury.

poniedziałek, 20 kwietnia 2020

Magdalena Niedźwiedzka "Anna Jagiellonka"



Wydawnictwo Prószyński i S-ka
data wydania 2019
stron 400
ISBN 978-83-8169-143-7
Trylogia Zmierzch Jagiellonów tom III

Opowieść o nieszczęśliwej królewnie i smutnej królowej

W bajkach piękne królewny zakochują się z wzajemnością w urodziwych królewiczach i żyją długo oraz szczęśliwie. W realnym świecie na przestrzeni wieków los dla królewien pochodzących z najbardziej znaczących rodów nie był tak łaskawy. Ich małżeństwa były aranżowane w myśl polityki i interesów państwa, ich uczucia miano za nic, obowiązki często je przytłaczały, a okazywanie uczuć było wręcz zakazane. O losie królewien decydowali rodzice i krewni, możni panowie i duchowni. One miały być religijne, wykształcone, skromne i potulne, miały znać etykietę i języki. Ich rolą było zwykle małżeństwo i macierzyństwo rozumiane jako wydanie na świat męskich potomków i zapewnienie ciągłości dynastii.

Anna Jagiellonka urodziła się jako córka potężnego władcy i wybitnej królowej. Zygmunt Stary i Bona mieli jeszcze trzy córki i dwóch synów, z których jeden zmarł tuż po przedwczesnych narodzinach. Zygmunt August został po ojcu królem Polski, siostry Anny powychodziły za mąż, a ona jako panna żyła u boku matki i brata, w ich cieniu. Mijały lata, Anna stawała się coraz starsza, jej matka wyjechała do Bari po śmierci męża, August zmarł bezpotomnie mimo posiadania aż trzech żon. Wtedy, w 1572 roku oczy wszystkich skierowały się na ostatnią z rodu Jagiellonów. Zaczęto myśleć o wolnej elekcji i wydaniu Anny za nowego króla. Niezbyt młoda już królewna wyszła z cienia i znalazła się w centrum uwagi. Nie była na to przygotowana, a w jej sercu pojawiła się nadzieja na matrymonium i podążenie śladami rodzicielki czy sióstr. Jej szanse na zostanie matką były praktycznie żadne, ale na włożenie korony już bardzo duże... Jak potoczyły się losy ostatniej Jagiellonki, możemy odkryć dzięki lekturze ostatniego tomu trylogii Magdaleny Niedźwiedzkiej „Zmierzch Jagiellonów”, która jest po prostu genialna.

Akcja książki toczy się pomiędzy 1572 a 1576 rokiem i pokazuje bardzo burzliwe dzieje Polski w okresie bezkrólewia oraz rządów dwóch elekcyjnych władców, z których jedne były delikatnie mówiąc wielką farsą. Anna znalazła się wtedy w trudnej sytuacji. Chciano ją bezprawnie pozbawić spadku, wydać za mąż a właściwie przehandlować wraz z koroną, aby tylko zapewnić sobie mocną pozycję u boku nowego władcy.
Autorka wyjątkowo miarodajnie, dokładnie i plastycznie pokazuje owe lata. Głównymi bohaterami obok tytułowej królewny są dwie pierwszoplanowe postacie z areny politycznej Rzeczypospolitej – Piotr Zborowski i Jan Sariusz Zamojski, którzy są bardziej wrogami niż przyjaciółmi. Z ich perspektywy poznajemy życie i obyczaje, jakie panowały na dworze, podczas obrad sejmu oraz elekcji i z ich kuluarów.
Opis postaci Infantki zachwyca. Królewna zostaje pokazana jako kobieta zagubiona, bogata, choć ograbiona, żyjąca na kredyt, otoczona dworem, na którym roi się od intrygantów i fałszywych sług, marząca o normalnej rodzinie, wykształcona, z której zdaniem nikt się nie liczy i mało kto oddaje należny szacunek. Jej charakter jest skomplikowany, a osobowość pełna skrajności. Czuje się wodzona za nos, pomiatana i oszukiwana. Nietrudno ocenić, że nie była szczęśliwa ani jako dziecko, ani jako dorosła kobieta. Jej marzenia są deptane, a los okazuje się dla niej mało łaskawy. Życie Anny jest podobne do losu jej ojczyzny, która pogrąża się chaosie, wielu ją ograbia, a inni kosztem dobra kraju chcą poprawić swoją pozycję i polityczne notowania.
Magdalena Niedźwiecka napisała rewelacyjną książkę i przepiękną trylogię. Wspaniale ukazała losy królewskich postaci na tle wydarzeń historycznych i politycznych. Stworzyła ciekawe biografie nie ujmując koronowanym głowom ludzkiego oblicza i pokazując je od strony prywatnej. Lekturę czytało mi się bardzo przyjemnie. Jej treść zrobiła na mnie szczególne wrażenie, a oceniałam ją jako miłośniczka czasów panowania jagiellońskiej dynastii. Jeśli lubicie dobrej jakości historyczną beletrystykę i dobre biografie śmiało możecie zagłębić się w cyklu opowiadającym o losie Anny, jej matki Bony i szwagierki Barbary. Naprawdę warto! Polecam.

wtorek, 7 kwietnia 2020

Jolanta Kosowska "Wielkie włoskie wakacje"



Wydawnictwo Novae Res 
data wydania 2020
stron 294
ISBN 978-83-8147-735-2

Życie jest za krótkie by przejść obojętnie wobec miłości

Włochy to jeden z dwóch oprócz Nepalu krajów na świecie w którym chciałabym zamieszkać na dłużej. Italia zachwyca mnie od wielu lat. Na moim blogu znajdziecie wiele książek we włoskich klimatach, których akcja rozgrywa się w kraju z rzymską stolicą. Do ich grona dziś dołącza najnowsza powieść Jolanty Kosowskiej, której już kilka książek mnie zachwyciło. Ich recenzje łatwo znajdziecie korzystając z blogowej wyszukiwarki. 

Zabierając się za lekturę "Wielkich włoskich wakacji" miałam świadomość jednego - że połączenie pióra Pani Jolanty i kraju Nerona da ekscytującą i fenomenalną mieszankę. Było jednak jeszcze o wiele lepiej. W moje ręce trafiło arcydzieło literatury obyczajowej. I piszę to z pełnym przekonaniem i odpowiedzialnością. 

Jestem tą historią totalnie zauroczona, nadal chodzę z głową w jej fabule, czuję namacalnie ten wyjątkowy klimat, a gdy zamknę oczy widzę przed oczami opisane obrazy, romantyczne i urokliwe zakątki, czuję aromat ziół i potraw, odgłosy dobiegające z zabytków, dźwięk dzwonów i gwar turystów. Uroku książce dodała naprawdę mocno urzekająca historia młodej dziewczyny i mężczyzny, który przypadkowo znajduje jej pamiętnik. Przypadkowe zdarzenie staje się początkiem czegoś, co przekracza wyobrażenia dwojga bohaterów, których urzekły italskie klimaty i nie tylko. 

Ona studiuje, a kierunkiem jej studiów jest historia sztuki. Nic dziwnego, że podróż do włoskich perełek turystycznych jest dla niej wielką przygodą. On pracuje jako dziennikarz w gazecie. Jest byłym policjantem i na prawdziwego nosa do odkrywania wyjątkowych historii. 
Los splata ich życiowe ścieżki, a to staje się dla nich nowym początkiem...
Każde z nich jest po przejściach, każde ma swoje doświadczenia, ale i w każdym drzemie wiele marzeń i pragnień...

Pokochanie tej powieści zajęło mi mgnienie oka. Złożyło się na to wiele jej atutów. Miałam szczęście w dobie pandemii na odbycie wyjątkowej podróży. Nie ruszając się z wygodnego fotela na skrzydłach wyobraźni momentalnie wtopiłam się w tę opowieść, stałam się cieniem jej bohaterów. Odkrywałam sekrety niczym karty w układanym pasjansie, czułam niesamowite emocje, ekscytację i dreszcze. 
"Wielkie włoskie wakacje" to połączenie powieści obyczajowej, romansu, lektury pełnej sekretów i fascynacji Italią, ale i rodzimymi Bieszczadami. Tak się składa, że te dwa miejsca ubóstwiam, więc niespełna 300 stron przeczytałam bardzo szybko. To była wyjątkowo przyjemna lektura z którą naprawdę trudno było mi się rozstać. Do końca trzymała mnie w napięciu, do końca czarowała i otulała swoją magią. 
Opisy przepięknych miejsc są namalowane słowami wyjątkowo pięknie. Czytając mamy wrażenie jakbyśmy sami wędrowali uliczkami Asyżu czy bieszczadzkimi połoninami w siodle. 
Główni bohaterowie budzą sympatię i są wyraziści. 
Dla mnie to tytuł niczym narkotyk, któremu uległam bez reszty. Bardzo chciałabym by powstała kontynuacja tej powieści, by jeszcze raz pobyć z jej bohaterami pod włoskim niebem, posmakować limoncello, spojrzeć na weneckie gondole i zachwycić się zapachem włoskich ziół. 
Trudno znaleźć mi słowo w pełni wyrażające fenomen tej książki. Genialna to jednak za mało. Z serca polecam.