Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzyjnie.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzyjnie.. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 25 listopada 2019

Maria Epoleika "Psie sucharki"


Wydawnictwo Znak
data wydania 2019
stron 320
ISBN 978-83-240-5949-2

Idealny poradnik 

Poradniki to typ książek po które sięgam będąc bardzo sceptycznie nastawiona. Spowodowane to jest tym ,że wielokrotnie po ich lekturze bywałam mocno rozczarowana. Szukając informacji, chcąc pogłębić wiedzę na jakiś konkretny temat często byłam przez Autora poradnika zbywana, karmiona szczątkami nowinek, zasypywana niekoniecznie prawdziwymi mitami, obdarowywana kolorowymi fotkami i stekiem słów, które były ogólnikowe. Jednym słowem zdarzało mi się trafiać na książki napisane "sztuka dla sztuki", idealnymi na niezbyt trafiony prezent i mającymi dać zysk z wydania. Tylko zysk a nie wiedzę. 

Jestem psiarą. Od 28 lat dzielę dom z psami. Było ich kilka lub tylko jeden. Były psy, teraz są suczki. Kundelki i rasowe. Średnie i większe. Różne. Mozaika charakterów i psychik. Kalejdoskop psich osobowości. Jako miłośniczka psów przez ten szmat czasu nabyłam sporą wiedzę i praktyczną i teoretyczną. Przyznaję, że pomógł mi internet, kontakt z lekarzami weterynarii, hodowcami, grupy i fora internetowe. Może to nieskromne, ale czułam się na siłach rzetelnie ocenić poradnik o psach. 
Zatem rozpoczęłam lekturę "Psich sucharków" czujna i skupiona. Ciekawa treści. 

Z każdą przeczytaną stroną byłam coraz bardziej zachwycona. Zachwycona spisaną treścią, konkretnym i fachowym podejściem do tematu przedstawionym w sposób pełen humoru, w formie lekkiej aczkolwiek zawierającej całą prawdę, która nie zawsze jest słodka. 
Wszystko w życiu ma plusy i minusy. Kto twierdzi inaczej koloryzuje. Posiadanie psa również ma swoje blaski i cienie. Może to kogoś zdziwić, że zagorzała miłośniczka psiaków tak pisze. Ale to prawda od której uciec się nie da. I nie ucieka od niej również Autorka książki, która idealna będzie szczególnie dla tych, którzy marzą o psie, pierwszym psie. Dla mnie plusy oczywiście przeważają, ale minusy też są. Bo np. mnie nic tak nie wpędza w stres jak choroba pupila. I nic tak nie boli jak odejście psa. Bo te żyją za krótko, a ich śmierć trzeba przeboleć. 
I może od tego zacznę, od tej smutnej strony. Moje psy nigdy nie odchodziły same. Byłam przy uspaniu moich pupili. Gdy rak zaatakował i nie było już ratunku. To mega trudne i bolesne przeżycie. Tak pisze o tym Autorka, by mieć odwagę i zostać z psem do końca. By go nie porzucać. Trzymać za łapkę. Poryczałam się, bo wspomnienia wróciły. 

Idźmy dalej. Książka to połącznie komiksu i poradnika trafiające w punkt. Obalające mity np. ten o tym, że pies musi mieć ogród do biegania. Pokazujący blaski i cienie codzienności z psem. Pies to ogromny obowiązek, to wielka odpowiedzialność i także wielka nagroda za nasze serce i czas poświęcone zwierzęciu. 

Czytałam z uwagą i tylko z przekonaniem często kiwałam głową. Nie znalazłam w tekście żadnego zdania z którym bym się nie zgodziła. Ba, miałam wrażenie jakbym sama pisała tę książkę. 
To tytuł mądry w każdym zdaniu, przemyślanie i z logiką napisany, pełen humoru i rzetelnych informacji, świetnie wyczerpujący temat, bez lania wody i koloryzowania, konkretny. Daje rzeczywisty obraz życia z psem. Nie mam do tekstu najmniejszego zastrzeżenia, żadnej uwagi. Jestem zachwycona i pod wrażeniem, dlatego gorąco polecam lekturę. Po jej przeczytaniu z łatwością ocenicie czy egzystencja z psem to coś dla Was. 
Idealny poradnik. Bije solidne brawo. 

niedziela, 31 marca 2013

Katarzyna Grochola "Houston, mamy problem"


Wydawnictwo Literackie
data wydania 2012
stron 608
ISBN 978-83-08-05000-2
 
Z żywota Jeremiasza
 
 
Czytając książki poznałam mnóstwo interesujących męskich postaci. Byli wśród nich dzielni rycerze, krwawi mordercy, szaleńczy psychopaci i romantyczni amanci. Ostatnio, dzięki lekturze najnowszej powieści pióra Katarzyny Grocholi poznałam kogoś wyjątkowego, który przyciągnął moją uwagę i od samego początku lektury zdobył moją sympatię. Kogoś niepospolitego i nietuzinkowego. O kim mowa? O Jeremiaszu, głównym bohaterze powieści „Houston, mamy problem”. Kim jest ten facet? Kimś bardzo zwyczajnym. Skończył 32 lata, z wykształecenia jest operatorem filmowym, aczkolwiek wskutek pewnego spięcia z postawionymi wyżej w filmowym światku nie pracuje w swoim zawodzie. Postawił na ambicję i dzięki takiemu zagraniu musi inaczej zarabiać na życie. By spłacać kredyt mieszkaniowy para się montażem telewizji kablowej, sygnału internetowego, naprawia odbiorniki radiowe i telewizyjne, reanimuje piloty. Jego czteroletni związek z Martą, w której był dość mocno zakochany właśnie się zakończył, nad czym Jeremiasz wciąż ubolewa.
Ten przesympatyczny bohater ma sprawdzione grono przyjaciół, nadopiekuńczą matkę, serdeczną koleżankę Alinę. Życie Jeremiasza nie jest nudne. Ciągle spotyka go coś niespodziewanego, codzienność przynosi mniejsze i większe problemy, z którymi nasz bohater musi sobie radzić. A jak sobie radzi? O tym już w książce, która należy do grona tych grubszych lektur zwanych „cegiełkami”. Dla mnie jednak skończyła się zbyt szybko, bo tak pokochałam Jeremiaszka siostrzaną miłością, że smutno mi teraz bez niego. Zaczęłam go traktować chyba zbyt osobiście, jakby był z realnego świata, żył gdzieś za ścianą i był po prostu pod ręką. A czym mnie tak zachwycił? Tym, że jest taki normalny i naturalny.
Grochola stworzyła rewelacyjną postać, która jest symbolem współczesnego faceta. Ktoś taki jak Jeremiasz powinien już być dojrzały, zaradny i zorganizowany. A on? Powiedzmy szczerze jest skrzyżowaniem małego chłopca ze zrzędliwym dziadkiem. Czy to tylko literacka fikcja? Nie do końca. Bo faceci mają w sobie bardzo wiele z Jeremiasza. Marudzą na wszystko, wiele rzeczy, które są za trudne czy nie po ich myśli odkładają na potem, szczera rozmowa to dla nich coś abstrakcyjnego, idą drogą najprostszych schematów myślowych i ani myślą przyjmować, że są w błędzie. Chwilami, jak Jeremiasz mają, ochotę uciec na koniec świata i pozamiatać co złe pod dywan. Udawać, że tego nie ma i już. Tak, tacy są właśnie bardzo często mężczyźni. Tacy jak nasz ananasek. Brawo dla Grocholi za stworzenie kapitalnej książki, która może być określona instrukcją obsługi współczesnego mężczyzny, a z pewnością pozwoli płci pięknej, zwłaszcza tej niedoświadczonej i młodej poznać jak działa facet. Bo z pewnością dzieli go od kobiet przepaść. Inne myślenie, inne zachowanie. A jednak mimo wad my panie takich gagatków jak Jeremiasz kochamy. I choć mamy dziecko i męża czy chłopaka w jednym to wybaczamy mu błędy. Jeremiasz jest taki ludzki, prostolinijny, bywa uparty, lekkomyślny, ale serducho ma dobre. Często w życiu się gubi, miota. Szczególnie wtedy, gdy pojawia się masa kłopotów i schodów pod górę. A jednak stara się sobie poradzić i za to tak go polubiłam.
Książkę mimo sporej objętości czytało mi się bardzo miło. Uśmiałam się po pachy. Mnóstwo zabawnych sytuacji, współczesny, oryginalny język, wartka akcja, doskonałe dialogi sprawiły, że powieść mnie rozbawiła, a rzadko mi się zdarza bym czytając wybuchała śmiechem i po dwa razy czytała najlepsze fragmenty. Polubiłam Jeremiasza, sympatycznego pieska Heraklesa i jak powiedziałby główny bohater kompletnie nie miałam ochoty się z tej książki „wymiksować”. Myślę, że wrócę do tej powieści jeszcze nie raz i ustawiam ją na półce tych najbardziej ulubionych lektur. Autorkę mocno chwalę za perfekcyjne wejście w osobę faceta. Nie każdej pisarce się to udało, choć kilka jak choćby Małogorzata Kalicińska w „Zwyczajnym facecie” próbowało. Spójrzcie na okładkę. Jeremiasz drzemie z paluchem w buzi. Ma prawo, bo sporo w nim dziecka. Jest taki bezbronny i słodki. Poznajcie go, a dobra zabawa gwarantowana. Gorąco polecam.
Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Literackiemu i portalowi Lubimy Czytać.

wtorek, 19 lutego 2013

Anna Czerwińska "GórFanka na himalajskiej ścieżce"


Wydawnictwo Annapurna
data wydania grudzień 2012
stron 256
ISBN 978-83-61968-15-3
 
Dama polskiego himalaizmu wspomina
 
Nazwisko Anny Czerwińskiej na stałe zapisało się w kronikach polskiego alpinizmu i himalaizmu. Ona sama jest ikoną, a jej przygoda z górami wysokimi trwa ponad 30 lat. W tym czasie zmierzyła się z wieloma szczytami, odniosła znaczące sukcesy i zdobyła uznanie kolegów po fachu. O swojej pasji i wspinaczkowej karierze ta wspaniała gawędziarka opowiada w serii pięciu książek „GórFanka”. Na księgarskie półki właśnie trafiła ostatnia publikacja tego cyklu, która jest dość wyjątkowa, bo w niej autorka jakby podsumowuje swoje najbardziej spektakularne górskie perypetie.
Książka mnie zaczarowała. Z nią spędziłam sylwestrową noc i za sprawą tejże lektury były to chwile wyjątkowe, które na długo zapadną mi w pamięć. W trakcie czytania wkroczyłam bowiem do świata wyjątkowego, środowiska pasjonatów gór, ludzi odważnych, którzy kochają wspinaczkę, kochają zdobywanie kolejnych metrów i wierzchołków. Ale oprócz sukcesów przeżywają porażki, smutne chwile, gdy ktoś ginie pokonany przez siły natury lub w wyniku błędu. Anna Czerwińska wspaniale opowiada o wyprawach na siedem himalajskich szczytów. Nie zawsze kończyły się one zdobyciem góry. Często trzeba było uznać własną słabość, dominację przyrody, która nie zawsze pozwala człowiekowi poczuć się panem świata. Czerwińska opowiada również o swoich kolegach i koleżankach po fachu, Polakach i obcokrajowcach, którzy towarzyszyli jej na himalajskich ścieżkach. W książce nie brak i wzmianki o Nepalu – tym „starym”, gdy był monarchią i tym „nowym” jaki istnieje po przewrocie.
Opowieść himalaistki jest wspaniała. Szybko przenosi nas do innej krainy, która zaczyna się w Katmandu. Tam rządzą nieco inne prawa, tam człowiek musie znieść często lekcję pokory i przekonać się o własnej słabości. Ale tam, jak wspomniała w jednym z radiowych wywiadów autorka, kształtuje się ludzki charkater, ujawniają się cechy, które gdzie indziej byłyby gdzieś w tłumie innych składników naszej osobowości. Świat gór rodzi bohaterów, kreuje legendy. Jednak ci co po nich chodzą czasem zbyt się puszą. Czerwińska tego nie robi. Pisze o sobie bardzo, ale to bardzo szczerze, nie buduje sztucznego mitu wokół swojej osoby, choć jej dokonania są olbrzymie. I za to, oprócz sukcesów, bardzo ją cenię.
Książka to spora garść wspomnień o chwilach przeżytych z dala od ludzkiej cywilizacji. To piękny, ale i bardzo surowy świat. Niekórzy by w nim nie wytrzymali ani minuty. Bo zimno, bo brak dachu nad głową, bo wieje mocno. Czerwińska kocha góry. Ta miłość bije z każdej strony tejże publikacji. To miłość czasem odwzajemniona, bardzo zaborcza i wymagająca. To często igranie z losem, walka o życie, to droga po bardzo stromej i wąskiej krawędzi. To olbrzymie dawki adrenaliny i zachwytu. To także piękne widoki zapierające dech w piersiach, to budzące grozę lawiny, niebezpieczne lodowe szczeliny. Cudnie i fascynująco pisze autorka o tym, co przeżyła. Nie ukrywa chwil, gdy góry jej nieco obrzydły i miała chwilowo ich dość. Ale po pewnym czasie pasja bierze górę i nastepuje powrót. Po przeczytaniu tej książki jeszcze bardziej chylę czoła przed GórFanką. Przed kobietą upartą i zdeterminowaną. Wspaniałą piewczynią piękna najwyższego masywu na ziemskim globie.
Lektura opowieści o himalajskiech ścieżkach sprawiła, że jeszcze bardziej marzę o podóży do Nepalu. O zobaczeniu na własne oczy cudu natury za jaki uważam Himalaje. Autorkę po tej lekturze uważam za honorową ambasadorkę Nepalu. Kraju jakże innego o Polski. Czerwińska pisze niezwykle szczerze, czasem z nutką humoru, czasem ze szczyptą nostalgii. Jej opowieść ubarwiają prześliczne fotografie z miejsc, w których dane było autorce być. Ich piękno porywa, zachwyca, zaurocza. Dzięki zdjęciom lektura staje się dla osób lubiących góry istną czytelniczą ucztą. Szkoda, bardzo szkoda było rozstawać mi się z tą książką będacą uwieńczeniem wyjątkowej serii. Cóż mi więc pozostaje? Po prostu zaprosić Was wraz z autorką do niesamowitego świata gór, gdzie ponoć Yeti mieszka, gdzie buzia rozdziawia się z zachwytu nad pięknem natury, ale i gdzie śmierć cześciej pojawia się obok nas. Życzę Wam tak wyjątkowych wrażeń w czasie czytania, jakie ja przeżyłam.
Za egzemplarz do recenzji dziękuję portalowi Lubimy Czytać i Wydawnictwu Annapurna.

niedziela, 7 października 2012

Magdalena Kordel "Wino z Malwiną"


Wydawnictwo Sol
data wydania 2012
stron 352
ISBN 978-83-62405-26-8
 
Malownicze - odsłona czwarta
 
Kochani najnowszą powieścią Magdaleny Kordel jestem zachwycona i to po same uszy. Zaczytałam się, nazachwycałam, nawzruszałam co nie miara. Przy lekturze oczywiście nie zabrakło uśmiechu i dobrego humoru. Jednym słowem - wspaniała powieść, którą nie można ominąć. I tutaj jestem pełna podziwu dla Autorki, która wydała już czwartą ksiażkę o tym samym miejscu i tych samych bohaterach, oczywiście pojawiają się też i nowe postacie, ale zrobiła to Pani Magda tak świetnie, że nie można mówić w trakcie lektury ani chwilę o nudzie i że wciąż to samo. Książka jest rewelacyjna i mnie podobała się jeszcze bardziej niż wydane rok wcześniej "Okno z widokiem". A co dzieje się w Malowniczym, pięknym miasteczku położonym gdzieś w Sudetach ?
Majka, kobieta dojrzała ciałem, ale młoda duchem przeżywa wiele. Najpierw udziela gościnę pewnej niby-Niemce co to w te strony przyjechała odzyskać majątek. Gospodyni Uroczyska daje szansę opowiedzieć Malwinie co ją tak naprawdę sprowadza w te strony. Ten gest sprawia, że fakty kładą kres niesmacznym plotkom wyssanym z palca, a Majka zyskuje przyjaciółkę i wspólniczkę. Do pensjonatu przyjeżdża również tajemnicza krewna- urocza starsza dama, która okaże się niezwykle barwną postacią. W szkole, w której uczy Majka pojawia się zaś szalona polonistka, która potrafi w jednej chwili przewrócić świat do góry nogami i podnieść ciśnienie o 1000 %. Do tego Autorka dołożyła perypetie miłosne i wyszła powieść, którą nie można przeczytać inaczej niż jednym tchem.
W książce nie zabraknie też słodkich zwierzaków i całej gamy uczuć jakie będą targać główną bohaterką.
Po lekturze nachodzi myśl, że Malownicze jest nie tylko pięknie położone, ale to i miejsce niezwykle wesołe, pełne oryginalnych mieszkańców i ciekawych przybyszy. To osada, która nie ma nic wspólnego z nudną, słodką prowincją. Tu życie bywa bardzo ciekawe, zaskakujące i nieprzewidzialne. Bo dla przykładu miast sędziwego staruszka jako gość pojawia się przystojne ciacho na które maślanym wzrokiem patrzą jak jeden mąż panie. W bardzo dynamiczną i pełną spontaniczności akcję Pani Magda wplotła też skomplikowaną historię rodzinną sięgającą czasów II wojny światowej i miejscową legendę związaną z cudownymi źródłami.
Efektem pracy pisarki okazała się wyśmienita moim zdaniem książka, która idealnie nadaje się na poprawę humoru, długi jesienny wieczór czy popołudnie na parkowej ławce. Majka przeżywa zabawne perypetie, śmieje się do łez, płacze, ratuje od zagłady 11 wspaniałych stworzonek, przeżywa gehennę z potencjalną następczynią i podejmuje nowe wyzwanie, o którym do tej pory nie miała zielonego pojęcia. Ale taka właśnie jest ta sympatyczna kobieta, która potrafi zjednać sobie ludzi, ma czułe serce dla wszystkich czworonogów i chce być w życiu szczęśliwa. Zakończenie książki jest bardzo intrygujące i przyznaje szczerze, że takiego zwrotu fabuły się kompletnie nie spodziewałam. Wszystko się komplikuje, ale w takim układzie musi powstać kolejna książka o Malowniczym i będę na nią z niecierpliwością czekała.
 Do Malowniczego zapraszam szczególnie tych, którzy tam jeszcze nie byli. Z pewnością wizyta u gospodyni Uroczyska będzie niezapomnianym wrażeniem, a z tego co wiem od kilku osób jak się raz tam zajrzy, to po prostu musi się wrócić. Pani Magdo gratuluję świetnej powieści i czekam na dalsze książki z Majką w roli głównej.
Za egzemplarz do recenzji dziękuję pięknie Wydawnictwu Sol. 

piątek, 4 maja 2012

Marcia Willett "Tydzień w zimie"


Wydawnictwo Replika
data wydania marzec 2012
stron 464
ISBN 978-83-76741-63-5

Dom wśród wrzosowisk

Po prozę Marcii Wilett sięgnęłam zachęcona mnóstwem pozytywnych recenzji, jakie otrzymują książki tejże pisarki od licznego grona czytelników.Uległam urokowi po przeczytaniu zaledwie 1/3 książki „Tydzień w zimie”. Porwała mnie ciekawa fabuła, skomplikowane losy oryginalnie wykreowanych postaci i piękne opisy. Ta lektura, to kolejna z powieści, które tak bardzo lubię, powieści, których akcja rozgrywa się na prowincji. Tym razem zachwyciłam się urokami przeuroczej Kornwalii.
Maudie przez wiele lat była żoną Hektora, który poślubił ją po śmierci Hildy - swojej pierwszej żony i matki ich dwóch córek. Mimo iż charaktery obu kobiet różniły się między sobą diametralnie, to oba związki były dość udane i szczęśliwe. Hektor znalazł w Maudie partnerkę i towarzyszkę życia, ale macochy nie polubiły pasierbice. O ile Patricia z czasem pogodziła się z ponownym ożenkiem taty, o tyle Selina od samego początku ( a miała wtedy 13 lat) darła koty z Maudie. Nawet jako dorosła kobieta, żona i mama nie doszła z macochą do porozumienia i zgody. Ich konflikt znacznie pogłębił się po śmierci Hectora. Każdy ze spadkobierców otrzymał swoją część, ale Selinie nie spodobały się decyzje Maudie odnośnie tego, co przypadło jej po mężu. Wdowa odziedziczyła Moorgate – piękny domek położony w malowniczej Kornwalii, który pełnił dla rodziny funkcję letniej posiadłości, ale zmuszona względami finansowymi, postanawia go wystawić na sprzedaż. Z renty nie jest w stanie zatroszczyć się o posiadłość, w której mieszka w Devon i utrzymać Moorgate. Oba domy wymagają sporych nakładów i remontu. Za namową agenta nieruchomości, przed wystawieniem na sprzedaż Moorgate przechodzi remont i staje się uroczym miejscem do zamieszkania.
Decyzję przyszywanej babci popiera i rozumie córka Seliny, Posie. Natomiast sama Selina jest wściekła i usiłuje namówić męża do kupna Moorgate. Patrick jednak wie, że nie stać ich na tak duży wydatek. Stara się odwieźć żonę od tego pomysłu, będąc pewny, że nie kierują nią, jak ona sama deklaruje rodzinne sentymenty, a jedynie chęć zrobienia na złość Maudie.
Oferta z ogłoszeniem sprzedaży kornwalijskiego domku trafia przypadkowo w ręce śmiertelnie chorej na nowotwór Melissy, byłej prawniczki, której po bolesnej diagnozie i przerwaniu uporczywej, lecz nie dającej efektów chemioterapii, zostało zaledwie kilka miesięcy życia. Młodej kobiecie trudno żyć z takim ciężkim brzemieniem. Ale mimo to, postanawia się cieszyć każdą daną jej od losu chwilą życia. Zamieszkuje u brata - pisarza w Oxfordzie i pomaga mu w opiece nad małym synkiem.
Melissa jest przekonana do kupna tej uroczej posiadłości położonej wśród wrzosowisk. Swoim pomysłem dzieli się z bratem i postanawia pojechać obejrzeć dom osobiście. Czy stanie się on ich wspólnym domem ?
„Tydzień w zimie” to pierwsza przeczytana przeze mnie powieść Willet. Książka bardzo mi się spodobała i idealnie trafiła w mój gust, bardzo bowiem lubię sięgnąć po lekturę napisaną w sposób dopracowany i staranny. Przemyślana w najdrobniejszych szczegółach fabuła wciąga i trzyma w lekkim napięciu. Styl jest prosty i łatwy w odbiorze. Autorce świetnie udało połączyć doskonałe dialogi z niezbyt długimi, ale pięknymi opisami krajobrazów kornwalijskich. Willett zasługuje na medal za niesamowicie interesująco wykreowane postacie, z których każdą charakteryzuje wyrazisty charakter i osobowość. Maudie to urocza starsza pani o dobrym sercu, rozsądna, mądra i cierpliwa. Selina to powieściowy czarny charakter – znudzona, kapryśna żona, która uwielbia kłótnie i spory, kocha skrajne emocje, jest uparta i złośliwa. Posy to znów zagubiona nieco w życiu młoda dama, której nie łatwo wkroczyć w dorosłość i pojąć dziwne zachowanie ojca.
„Tydzień w zimie” to książka mądra i poruszająca, ucząca doceniać to, co daje nam los każdego dnia, w każdej chwili. Z kolejną przeczytaną stroną zagłębiamy się w dość skomplikowane życie jej bohaterów, poznajemy nie tylko ich obecne perypetie, ale i przeszłość, sekrety i tajemnice. To lektura o miłości i zdradzie, o sile przyjaźni, rodzinnych sporach, które rodzą niepotrzebne emocje. Spełniła moje oczekiwania i mogę ją polecić miłośnikom powieści obyczajowych z prowincją w tle. Uwierzcie, że Moorgate to naprawdę magiczne miejsce, odkryjecie to w trakcie czytania. Mnie zachwyciło na tyle, że chętnie spędziłabym tam weekend, a kto wie może i chciałabym zamieszkać na stałe...

Za egzemplarz do recenzji dziękuję portalowi Lubimy Czytać i Wydawnictwu Replika.

piątek, 13 stycznia 2012

Aleksander Sowa "Umrzeć w deszczu"

Wydawnictwo Poligraf
data wydania II 2009
stron 144
ISBN 978-83-88330-38-4
Opowieść o Hiobie z XX wieku.
Kiedy skończyłam czytać ostatnie zdanie zamknęłam książkę i moje oczy. Długo jeszcze siedziałam w fotelu, choć zapadł już zmrok i czas był zapalić światło. Ale ja chciałam zatrzymać czas. I jeszcze nie odrywać się od przeczytanej lektury, jeszcze choćby przez chwilę być w pięknej i wzruszającej książce, śledzić losy sympatycznego bohatera ......... ale to już było przeszłością. Ciężko mi się było rozstać z tą niewielką objętościowo powieścią, bo ta książka wryła się we mnie i zapadnie mi na długie czas w pamięć. Urzeczona losami faceta po 40-stce długo jeszcze targałam się z całą masą emocji. Czego jak czego, ale emocji bowiem przy tej opowieści miałam całą gamę. A górę na nią wzięło wzruszenie i pytanie, które pewnie często sobie zadajemy : Czemu jedni mają w życiu szczęście, a innym ciągle jest pod górę ? Czemu jedni ciągle mają przysłowiowego fuksa, a inni nie mogą pogonić pecha ?
"Umrzeć w deszczu" to powieść o losach sympatycznego (bo ja go bardzo polubiłam) i zdolnego fotografa i radiowca. Artur Sadowski jest z pochodzenia Czechem i Polakiem. To bardzo wrażliwy, zdolny facet. Jego talent do uwieczniania rzeczywistości na kliszy fotograficznej odkrywa i pobudza do życia dziadek. Zdolny fotograf szybko osiąga sukces. W dodatku zostaje radiowcem, dobrze zarabia, zdobywa nagrody. Ale szczęście w życiu zawodowym nie idzie w parze z pomyślnością w życiu osobistym.  Co los podaruje mu miłość to mu ją odbiera. Jego dziewczyny mimo, że je kocha nie są szczęśliwe. Mało tego, Adam uważa, że ciąży nad nim jakieś fatum, które zabiera mu bliskich których kocha. Nie tylko kobiety, ale i przyjaciół i rodzinę. Oj dostaje nasz bohater w życiu po nosie, przeżywa wiele trudnych chwil, jak choćby te podczas pobytu na Bałkanach w czasie trwania tam wojny. Kolejne ciosy spadają mu na głowę, niczym kasztany w jesiennym parku. Wreszcie ten w Holandii okazuje się ponad siły..........
Ta książka to bardzo piękna, ale smutna opowieść o mądrym i dobrym człowieku, który umie kochać. Mimo to jest samotny. "Umrzeć w deszczu " to powieść psychologiczno-obyczajowa z wieloma wątkami dramatycznymi. Nie sposób jej nie ulec. Pan Aleksander okazał się nie tylko dobrym Autorem kryminału (recenzje "Ery wodnika " znajdziecie również na tym blogu), ale i mistrzem w pisaniu książki o uczuciach, emocjach, przeżyciach, o życiu pechowca, który sobie wcale na taki los nie zasłużył. W książce znajdziecie wstrząsające opisy wojny bałkańskiej, tragedii jaka rozegrała się na oczach wielu z nas, ale i przepiękne wysmakowane sceny erotyczne, napisane z olbrzymim wyczuciem i smakiem. Poznacie bohatera, który jest człowiek z dobrym sercem w piersi. Niezwykle samotnym i pokopanym przez życie. Jego losy powaliły mnie na kolana. Ja nie płakałam, ja ryczałam jak bóbr. Bo Artur to współczesny Hiob. Obarczony bagażem nieszczęść, potargany przez los romantyk, który zalicza upadki. Jego losy zmusiły mnie do refleksji nad sensem życia, kochania, walki o szczytne cele. Z tej książki bije smutek, wór nieszczęść jest niezwykle bogaty. Chwile, które spędziłam z prozą Pana Sowy pozostaną niezapomniane. Takich opowieści nie czyta się często. Ale to taka książka, dla której kiedyś nauczyłam się czytać. To powieść, która mnie niezwykle ubogaciła. Wzruszyła i zafascynowała. I z przyjemnością i całkowitą pewnością oceniłam ją na portalu Lubimy Czytać na notę "10" - najwyższą, nadając jej miarę arcydzieła. Wspaniała lektura !!!!!!!!!!!!
Za egzemplarz do recenzji dziękuję serdecznie Autorowi.