piątek, 31 lipca 2015

"Łapacz snów. Relaksująca kolorowanka dla dorosłych."

 
 
 Wydawnictwo Pascal
data wydania 2015
stron 104
ISBN 978-83-7642-555-9

Już się nie stresuję, bo koloruję. 

Tak jak w dzieciństwie, tak jak wtedy, gdy nosiłam kucyki. Tak samo koloruję, choć mam dużo więcej lat. I przynosi mi to taką samą radość jak kiedyś. Ale i coś jeszcze - zapominam o Bożym świecie, o stresie, o wszystkim dookoła. Liczą się tylko kredki i obrazek, a oto moje efekty:


A to już efekt finałowy! Wow to były piękne chwile, przede mną kolejne obrazki!


czwartek, 30 lipca 2015

Mila Rudnik "Miłość przychodzi z deszczem"


Wydawnictwo Prószyński i S-ka
data wydania 2015
stron 280
ISBN 978-83-8069-036-3

W labiryncie kłamstw łatwo zbłądzić

Kłamstwo ponoć ma krótkie nogi. Kłamstwo jest jak narkotyk. Najtrudniej kłamać pierwszy raz. Pierwsze kłamstwo jest jak mały kamyczek. O ile pójdziemy jego drogą okaże się, że ten kamyczek ma potężną moc i ruszy prawdziwą lawinę. I z każdą chwilą będzie coraz trudniej wrócić na drogę prawdy, aż wreszcie stanie się to niemożliwe. Czy zatem warto kłamać? Ponoć czasem to wyższa konieczność, a my kłamiemy dla dobra ważnej sprawy i łatwo zaczynamy się przed sobą usprawiedliwiać. Ale czy są rzeczy, w imię których można dopuścić się łgania i całkowicie się rozgrzeszyć? A może jednak najgorsza prawda jest lepsza niż najlepsze kłamstwo?
W fabułę debiutanckiej powieści Mili Rudnik wplecione jest kłamstwo. Ono jest siłą napędową całej książki, ono jest przyczyną, która burzy spokój i niszczy rodzinę. Czy było warto posuwać się do tego zabiegu w imię wyższej konieczności? Marcin i Marek to bracia. Jednojajowi bliźniacy. Identyczni w każdym calu. Niesamowicie podobni do siebie. Mający identyczne rysy twarzy, sylwetki, ba nawet te same blizny. Marcin jest żonaty, Marek wolny. Marcin pragnie zostać ojcem, ale okazuje się to niemożliwe. W głowie zrozpaczonego mężczyzny rodzi się pewien pomysł. Idea z piekła rodem, szalona myśl, która go opętuje i ma zarazem rozwiązać jego małżeńskie problemy oraz dać życie dziecku. By spełnić swoje marzenie Marcin posuwa się do szantażu, aż w końcu dopina swego. Jednak w tym miejscu, gdzie miała rozpocząć się bajka jest początek koszmaru. Na niebo rodziny Marka i Marcina nadciągają gęste, czarne chmury. Kroi się potężna burza, długa i brzemienna w skutkach nawałnica...
Ta opowieść to nie słodka książka o kochającej się i zgodnej rodzinie. To historia bardzo dramatyczna, pełna wielu zwrotów akcji, które mocno zaskakują, a bohaterom coraz bardziej komplikują życie. Słodko i ckliwie jest tylko na początku, po kilku stronach bracia rozpętują piekło na własne życzenie. Wydaje się, że oboje chcą dobrze, ale szybko wszystko wymyka się spod kontroli i jest zdecydowanie inne niż miało być. Chcieli dobrze, ale w kręgosłupie moralnym jak się okazuje nie ma dróg na skróty. Lepiej jest się zmierzyć z brutalną prawdą niż kombinować jak oszukać los, jak z niego zakpić. Cena jaką płaci cała rodzina Marka i Marcina jest okrutna. Każdego boli, choć nie wszyscy mają pojęcie o tym, co spowodowało lawinę nieszczęść. Można gdybać, można roztrząsać co by się stało a co nie, gdyby Marek spełnił prośbę brata i miał siłę unieść całe brzemię swoich czynów, ale ja jestem pewna, że jednak ten krzyż przekroczyłby ludzkie możliwości. Książka robi olbrzymie wrażenie i przez całą lekturę towarzyszą czytelnikom bardzo spore emocje. Aż kusi, by raz po raz osądzać bohaterów, być bogiem i ciskać gromy, upominać, ganić. Nie brak również momentów, gdy wprost namacalnie się czuje, że postacie z powieści zabrnęły w ślepy zaułek, z którego już nie ma wyjścia i możliwości wyprowadzenia spraw na prostą.
„Miłość przychodzi z deszczem” to wspaniały, dojrzały i dopracowany debiut, godny uznania i docenienia. Akcja toczy się w dwóch przestrzeniach czasowych, jest dynamiczna i pełna wielu niespodzianek. Fabuła jest nieprzewidywalna, zagmatwana i świetnie nakreślona. A wymyślone w głowie pisarki postacie są niezwykle realne, niekiedy zagubione i bezbronne, postawione przez los pod ścianą.
Ta lektura to dzieło pełne tajemnic, które doskonale pokazuje zawiłości ludzkiej duszy, niedoskonałości naszej psychiki, która w imię spełnienia marzeń stających się obsesją prowadzi nas ku destrukcji i zgubie. Książka uczy pokory i niesie przesłanie, by niekiedy mocno zastanowić się na podejmowanymi przez nas decyzjami, bo błędy mogą nas kosztować fortunę i być nieodwracalne. Gorąco polecam nawet najwybredniejszym miłośnikom gatunku książek obyczajowych pełnych rodzinnych tajemnic i sekretów.

poniedziałek, 27 lipca 2015

Paulina Wnuk-Crepy "Mój Paryż moja miłość"


Wydawnictwo Pascal
data wydania 2015
stron 304
ISBN 979-83-7642-544-3

Blaski i odblaski paryskiego życia

Paryż - miasto legenda. Ma tak wiele symboli, że gdy zacznę je wyliczać zrobi się wręcz litania. Paryż - miasto słynne z zabytków, muzeów, dzieł sztuki, pewnych pól i pewnej wieży, pewnej katedry i Sekwany. To tu pracuje niezliczona ilość kawiarenek, barów, restauracji serwując przepyszne dania kuchni francuskiej, ale i nie będzie trudnością znalezienie lokalu serwującego kuchnię regionalną innego kraju położonego gdziekolwiek na świecie. Paryż to wreszcie stolica mody, pokazy, wybiegi, słynni projektanci i topowe modelki. Wystarczy, bo i tak nie wyliczę wszystkiego, co Paryżowi bliskie. 

O tym mieście wydano wiele książek. Tu rozgrywa się ich fabuła, nie brak także przewodników opisujących paryskie atrakcje. Ale tym razem zaproponuję Wam publikacje całkiem inną. Jedyną w swoim rodzaju. Paryż oczami Polki, która stała się Paryżanką. Do stolicy Francji przyjechała jako nastolatka, mając niewiele w portfelu, wielkie marzenia i śliczną buzię oraz piękną figurę. Została modelką i zrobiła karierę w modelingu. W Paryżu odnalazła też miłość swojego życia. Mężczyznę, którego poślubiła i z którym zamieszkała pod paryskim niebem, gdzie została mamą. 
Zatem Paryż opisuje oczami osoby, która nie jest turystką, a musi w tym mieście żyć, pracować, odpoczywać, robić zakupy, mieszkać. Ta lektura to zatem i przewodnik i poradnik w jednym. Subiektywny, obfitujący w moc paryskich sekretów i tajemnic, odsłaniający prawdziwe oblicze miasta, które składając się z dwudziestu dzielnic niejedno ma imię. Bo Paryż to nie tylko te widoki, które znajdziemy na pocztówkach.

Życie w Paryżu jest specyficzne, ma swoje plusy i minusy. Francja, choć zbyt mocno nie różni się od innych państw Europy kulturowo jest wyjątkowa i czasem bardzo zaskakuje. A jednak jak Paulina Wnuk-Crepy można się w Paryżu zakochać, przeżyć nim fascynację, a potem potraktować jak miejsce gdzie zapuściły się nasze korzenie. 
Pani Paulina kreśli słowa lekko, ciekawie i z humorem. W zabawnej formie pisze o bardzo różnych sprawach: i tych poważnych i tych zwyczajnych. Pokazuje paryskie codzienne życie, jego plusy i minusy. Pisze o modzie, charakteryzuje zalety i przywary Paryżan, ciekawych aczkolwiek mało znanych miejscach w stolicy nad Sekwaną. Opisuje paryskie macierzyństwo i to, co z dziećmi związane, pokazuje mroczne i niezbyt przyjazne zakątki miasta. I robi to z urokiem, czarem i powabem. Lekturę czyta się przyjemnie a temat jest pokazany w niej w sposób wyczerpujący i przejrzysty. Zatem w towarzystwie Pani Pauliny zapraszam do Paryża.

niedziela, 26 lipca 2015

Natasza Socha "Rosół z kury domowej"


Wydawnictwo Pascal
data wydania 2015
stron 320
ISBN 978-83-7642-558-0

I kury mogą latać, nawet te domowe!

 Kura domowa to określenie dla mnie niestety lekko obraźliwe. Bo przyrównuje kobietę do istoty cechującej się małą inteligencją. Kurą domową nie zawsze zostaje się z wyboru, czasem jest to życiowa konieczność, czasem przymus. 

Książka o której Wam dziś napiszę opowiada o kobiecie, która nie pracowała, choć zdobyła ciekawy zawód i zajmowała się tylko i wyłącznie domem. W tym, co z domowym ogniskiem związane stała się perfekcjonistką. Była znakomitą kucharką, sprzątaczką, organizatorką, praczką, ogrodniczką itd. , itp. A mąż po wielu latach związku choć obiecywał  miłość i wierność po grób odpłacił jej zdradą. Zafascynował się inną kobietą i zażądał rozwodu. Viktora załamana zdecydowała, że wyjeżdża do rodziny poza granice Polski i tam może jakoś dojdzie do siebie, weźmie się w garść i ułoży sobie byt od nowa. Uda się jej? To właśnie istota tej powieści, to główny temat, który przedstawiony jest w sposób bardzo oryginalny, nietuzinkowy, nieco przerysowany, nieco prowokujący, ale i nie pozbawiony realności.

Nie policzę ile razy, ale z pewnością było ich bardzo wiele w trakcie lektury sobie pod nosem gaworzyłam, dopowiadałam, bulwersowałam się, ale i śmiałam się czy odczuwałam coś, co niektórzy określają mianem solidarności jajników. Bo miałam okazję być i kurą domową i kobietą pracującą, ale tak brzydko to aż mi w życiu nie było. Viktora w Niemczech poznaje inne kobiety będące w podobnej jak ona sytuacji. Zaprzyjaźnia się i nagle rośnie w siłę. Kobieca przyjaźń dodaje skrzydeł i potwierdza się maksyma, że razem lepiej i raźniej, ale czy każda kura domowa musi być partnerką nieszczęśliwą? Czy zajmowanie się domem od razu przekreśla nas stuprocentowo w oczach małżonka? Te właśnie myśli krążyły w mojej głowie i w trakcie czytania i po lekturze. Bo przecież są panie domu szczęśliwe i spełnione! I tu doszłam do wniosku, że kobiety po części są same sobie winne. Bo niekiedy dają  się zepchnąć na margines, postawić do kąta i cichutko, dla świętego spokoju sobie wegetują. A to już nasz, babski błąd. 

Szczerze biorąc się za czytanie liczyłam na lekką i przyjemną lekturę, dostałam książkę która mnie pogrążyła w myślach nad istotą prowadzenia domu, poświęcenia się na rzecz rodziny, a wreszcie istotą związku z mężczyzną. Długo biłam się z myślami, analizowałam co ja zrobiłabym na miejscu Viktori czy Leii czy Mary. Refleksji nie brakowało, myśli nachodziły różne i wzajem się sobie przeciwstawiały. W końcu po kilku dniach doszłam do wniosku, że autorka proponuje świetną receptę na udany związek i to bez względu na to, czy siedzimy w domowych pieleszach czy pracujemy zawodowo i opiekujemy się domem. Każda z nas, choćby zakochana po uszy musi mieć własne życie, zainteresowania, sprawy, krąg przyjaciół, hobby. Nie można żyć życiem i pracą męża, bo prędzej czy później jego cień nas przysłoni. Nie możemy dać wejść naszej rodzinie na głowę i sprowadzić się do roli służącej. Trzeba umieć walczyć o swoje i być asertywną. Przykład kobiet opisanych w książce niech będzie dla nas ostrzeżeniem, że w pewien sposób dążymy do własnego unicestwienia same. Bardzo podobała mi się przemiana bohaterek, ich odżywanie, ich odkrywanie własnego ja, odszukiwanie samej siebie. I byłam dumna ze zmiany ich światopoglądu, z odkrywania własnych potrzeb i marzeń. Natasza Socha świetnie pokazuje jak wspólnie możemy dodać sobie odwagi, wiary w siebie, siły do zmagań z życiowymi przeszkodami. Nigdy nie jest za późno! Pamiętajcie nigdy! 

To inna książka niż "Macocha", którą kiedyś czytałam. To powieść odważna, z przesłaniem i puentą. To nie tylko czytadło do poduszki, na wakacje czy podróż. To lektura do przemyślenia, zmuszająca do zastanowienia się nad swoim życiem. Owszem, nie raz szokuje, ale dopiero po przeczytaniu ostatniego zdania radzę ją oceniać. Wtedy dopiero widać cały jej kunszt, mocniejsze i słabsze strony. Ciekawe ujęcie tematu, dobry warsztat pisarski. To książka warta poznania, choć ma i pewne usterki. Bo nie wszystkie kury domowe są zdradzane i niekochane przez ich drugie połowy, bo nie zawsze jest tak źle i smutno!

środa, 22 lipca 2015

Igor Sokołowski "Spokojnie. To tylko Rosja"


Wydawnictwo MG
data wydania 2015
stron 288
ISBN 978-83-7779-276-6

Rosja to nie jest zwykły kraj!

Jeśli Rosja nie jest zwykłym krajem, to czym jest?

 Według Autorka "Rosja to żywioł, stan umysłu i ducha, olbrzymia potęga pełna słabości, przekleństwo historyczne i szaleństwo w jednym" (str. 284). I w tym momencie, po jednym zdaniu, które pada pod sam koniec książki już widać jej geniusz. Bo to naprawdę genialna książka którą w skali portalu Lubimy Czytać oceniłam najwyżej jak mogłam. 10/10 i ta ocena jest w pełni zasłużona. Dałam się uwieść tej rosyjskiej podróży w towarzystwie Pana Igora - duszy mi bardzo bratniej, bo ja też kocham kraj carów. Moja miłość narodziła się, gdy miałam 12 lat i zaczęłam obowiązkową naukę języka rosyjskiego, a że moja Pani nauczycielka umiała pokazać czar Kraju Rad uczucie fascynacji wybuchło gwałtownie i trwa do dziś. Dlatego obraz Rosji ukazany w publikacji chłonęłam z zachwytem i uwielbieniem dla pióra Sokołowskiego. Aby napisać dobry reportaż trzeba nie tylko mieć talent i odpowiednie pióro, ale trzeba w pisane słowa włożyć serce a temat potraktować z pasją. Tenże temat musi Autora omamić, zauroczyć, by czytelnik mógł orzec doskonałe dzieło. I to wszystko miało miejsce w trakcie czytania tej wspaniałej książki, która traktuje o Rosji.

 Rosji, która wciąż się zmienia, wciąż ewoluuje, wciąż przeżywa wzloty i upadki. Niewątpliwie jest mocarstwem i jej politycy podejmują nietuzinkowe działania. Ale przecież Rosja to ludzie, to miejsca, to zabytki, to historia - to też kultura i sztuka. I to wszystko ma swoje miejsce w reportażach Sokołowskiego. On nie szuka tylko tych słynnych miejsc, ale podróżuje i do zakątków, gdzie diabeł mówi dobranoc, gdzie żyją ludzie zwyczajni. Gdzie jest bieda, bezrobocie, patologie, gdzie toczy się rosyjskie vita, które wcale nie jest dolce. Pan Igor ma wybitne oko i dostrzega wszystko, co warte uwagi. Obserwuje, degustuje, smakuje, dotyka a potem dzieli się swoimi wrażeniami. Bywa zachwycony, ale i krytyczny. Chwali i gani. Chce za wszelką cenę pokazać prawdziwe oblicze kraju Putina, nie tylko to jakie próbują lansować ichnie media. Ale i też nie to, które obrośnięte gąszczem stereotypów funkcjonuje w Zachodniej Europie. Rosja ma tak wiele twarzy, że gdy nałożą się one na siebie obraz staje się nieczytelny, a rysy zatarte. Sokołowski jeździ i czyni wszystko, by ten obraz wyostrzyć i pokazać. Spotyka na swojej drodze przeróżnych ludzi, mniej lub bardziej życzliwych. Chętnie wchodzi z nimi w pogawędki, rozmawia, zaciekawiony pyta choć czasem nie uzyskuje odpowiedzi. A wszystko opisuje w rewelacyjny, w mistrzowski sposób. Efekt to książka idealna, wybitna, wspaniała, arcydzieło w swoim gatunku. Książka po którą sięgnęłam zachłannie i którą czytałam wolno i długo. Po co? By się nią delektować, by przeżyć ją, by raczyć się jej geniuszem. Niestety, nadszedł jej koniec, a ja chciałabym by ona końca nie miała. By wciąż był środek i kolejne miejsca do odkrycia, kolejni ludzie do poznania, kolejne ciekawostki do przyswojenia.
Nie pozostaje mi nic innego jak zachęcać, by ta lektura Was nie ominęła zwłaszcza, gdy doceniacie reportaże i interesujecie się Rosją.

piątek, 17 lipca 2015

Katarzyna Michalak "Nie oddam dzieci"


Wydawnictwo Literackie
data wydania 2015
stron  250
ISBN 978-83-0805-529-8

Tato, walcz o nas!

Katarzyna Michalak to znana i lubiana pisarka, która gdy chwyci za pióro potrafi stworzyć i świetną książkę obyczajową, i doskonały romans lub erotyk, mocny dramat lub coś w gatunku fantasy. Jej najnowsza powieść to książka, którą mnie osobiście autorka bardzo mocno zachwyciła. „Nie oddam dzieci” wydawca rekomenduje jako najmocniejszą w dorobku Michalak. Zgodzę się z tym zdaniem, bo zostałam poruszona do głębi, płakałam jak bóbr, spadł na mnie deszcz emocji i była to bardzo mocna ulewa. A książki tej nie zapomnę do końca życia, bo takich historii się nigdy nie zapomina.
Wystarczy chwila, by zniszczyć rodzinę, by zburzyć szczęście kilku osób, by posłać je na dno rozpaczy. Wystarczy wsiąść za kierownicę pod wpływem i totalnie zgłupieć. A potem nie można cofnąć czasu, naprawić błędów, zostaje tylko zmarnowane życie, a los choć nierychliwy potrafi być sprawiedliwy.
Michał Sokołowski ma żonę i troje dzieci. Wkrótce narodzi się czwarte. Rodzina może nie jest idealna, ale w dzisiejszych czasach mężczyzna chcąc zarobić na godziwe życie musi sporo pracować. I tak pewnego dnia Michał zgadza się na dyżur kosztem wieczoru na łonie rodziny, kosztem spóźnienia się na urodziny synka. Jego żona Marta wszystko bierze na swoje barki. Kobieta nie przewiduje, że jadąc do domu spotka na drodze zabójcę za kółkiem i umrze wraz ze swoim dzieckiem. Wypadek jest początkiem tragedii, która rozbija rodzinę, czyni dzieci sierotami, męża oszalałym z rozpaczy wdowcem. I nic potem już nie jest takie jak przed tragiczną kraksą. A wszystko przez ludzką głupotę, brak odpowiedzialności i używki...
Michał Sokołowski znany i szanowany lekarz, kochający tata, dobry syn za sprawą nieszczęścia zmienia się nie do poznania. Staje się współczesnym Hiobem. Spada na niego istna lawina nieszczęść. Nie dość że musi pogodzić się ze stratą musi walczyć. Niestety mężczyzna nie potrafi się podnieść po ciosie, szaleje z rozpaczy, chwyta po alkohol, staje się agresywny. Na swoje usprawiedliwienie może mieć prawdziwy dopust boży i brak odpowiedniej reakcji osób ze swojego otoczenia. Zrozpaczona teściowa wini za dramat jego, w porę nie pomaga mu psycholog, a on sam obarcza się odpowiedzialnością za nieszczęście. Gdy przyjrzeć się jego postaci łatwo dojść do wniosku, że człowiek nawet najbardziej szlachetny i prawy pod brzemieniem bólu może zmienić się nie do poznania. Pisarka rysuje sylwetkę Sokołowskiego mocno i tragicznie aż do bólu. Być może przerysowuje ją nieco, ale bardzo wyraziście odsłania wrażliwość ludzkiej duszy, słabość wobec wyroków losu, który w tym wypadku był wyjątkowo okrutny. Postać Michała wzbudziła we mnie wyłącznie ciepłe uczucia. Współczułam mu i usprawiedliwiałam go. Zastanawiałam się dlaczego najbliższa rodzina nie zrozumiała jego szaleńczej rozpaczy. Czytając wręcz głośno dopingowałam by jak najszybciej otrząsnął się i walczył.
„Ne oddam dzieci” to książka, która nie pozostawi Was obojętnymi wobec opisanej historii, która Wami wstrząśnie i porazi Was niczym prąd. Wyciśnie łzy, wywoła rumieńce, wzbudzi pytanie za co i dlaczego? Są tacy, którzy mówią, że to przewidywalna lektura. W żadnym momencie czytania nie zastanawiałam się co stanie się dalej, bo przeżywałam każde słowo, każde zdanie i każdą scenę tak mocno, że nie starczyło myśli które dotyczyłyby zakończenia.
Tę historię gorąco polecam i rekomenduję, zachwalam jak tylko mogę, bo choć otrzymuje ona niekiedy skrajne oceny to jest warta przeczytania. Być może dzięki tej lekturze świadomiej docenicie to, czym obdarował Was los i odkryjecie smak codziennego szczęścia, który czasem trudno poznać.


poniedziałek, 13 lipca 2015

Krystyna Mirek "Francuska opowieść"


Wydawnictwo Filia
data wydania 2015
stron 348
ISBN 978-83-8075-002-9

Wszystko w życiu ma swoją cenę

Najnowsza powieść Krystyny Mirek to kontynuacja wcześniejszego „Szczęście all inclusive”. We „Francuskiej opowieści” mamy okazję ponownie spotkać się z Beatą, Oliwą, Jakubem i Kacprem – i śledzić ich dalsze losy. Akcja książki również rozgrywa się w pięknym zakątku Europy. Tym razem jest to francuskie południe, gdzie królują słońce, wino i winnice. Celem podróży Beaty oraz jej nowego narzeczonego jest jedna z przepięknych winnic, gdzie Kuba ma podjąć pracę. Do tej pary wskutek dość niezwyczajnych negocjacji dołącza była szefowa Jakuba i jej nowy asystent, a były chłopak Beaty - Kacper. Na pierwszy rzut oka widać, że towarzystwo jest niczym wybuchowa mieszanka i sporo będzie się działo, będzie iskrzyło i fajerwerków nie zabraknie. Dodam, że fabułę urozmaici też historia właściciela winnicy – tajemniczego hrabiego oraz skomplikowana przeszłość jego zarządcy Aleksa pochodzącego z Polski.
Ta powieść to idealna lektura na lato nawet, gdy nie lubicie upałów i skwaru właściwego południu naszego kontynentu. Malownicza kraina tworzy świetne tło do fabuły opowiadającej losy kilku osób. Żadna z nich nie czuje się szczęśliwa i zadowolona z życia. Każdą trapią kłopoty, rozterki i dylematy. Każda musi podjąć ważne decyzje, ustalić plany na przyszłość, niekiedy nawet przewartościować swoje życie i zmienić wyznawaną filozofię. Beata musi odważyć się kochać, akceptować wady partnera, zaufać i uwierzyć w miłość, ale i zaakceptować fakt, że idealny związek nie istnieje. Aleks musi dojrzeć do roli ojca, do pełnienia obowiązków rodzica, a Oliwia musi zacząć żyć tak naprawdę. Praca nie może być przecież jedynym sensem egzystencji, a samotność choć wygodna, bywa nie do wytrzymania. Autorka bardzo ciekawie i w przemyślany sposów wykreowała każdą z tych postaci. Nadała jej ludzkie cechy, uczyniła nieidealną, by uwiarygodnić opisaną historię a zarazem zaintrygować i zaciekawić czytelnika. To ciepła i przyjemna, pełna humoru i zabawnych scen książka, ale i mądra, która niesie w sobie wiele cennych treści. Nie brak tajemnic, sekretów z przeszłości, ale i niespodzianek, które niesie los.
W tle opowieści jest winnica, rytm jej pracy, arkana wyrobu szlachetnego trunku, ale i przepiękne krajobrazy oraz poruszające zmysły i wyobraźnię czytelnika opisy. Czuć smak dojrzałych winogron, zapach ziół, śpiew ptaków i granie cykad. Nie sposób nie docenić też klimatu starego zamku, jego przeszłości i śladów jego byłych mieszkańców, którzy kiedyś tu rezydowali. Szeleściły długie suknie, urządzano z pewnością bale i inne huczne uroczystości rodzinne. Tętniło życie, a winorośl niezmiennie rodziła słodkie grona, z których produkowano wyborne trunki.
Gorąco polecam przeczytanie tej opowieści, zachęcam do towarzyszenia bohaterom w ich francuskich perypetiach. Niech w klimat wprowadzi prześliczna okładka. Poczujcie smak życia pod lazurowym niebem, usłyszcie szum winorośli, doznajcie magii bycia i pracy w wyjątkowo pięknym miejscu, gdzie jednak życie toczy się tak samo, jak gdzie indziej i czasem ma gorzki, a czasem słodki jak wino smak.

wtorek, 7 lipca 2015

Marlena de Blasi "Wieczory w Umbrii"


Wydawnictwo Muza
data wydania 2015
stron 416
ISBN 978-83-2870-003-1

Czar umbryjskich kolacji

W XXI wieku żyjemy w pędzie i pośpiechu. Jemy w biegu, nie mamy zbyt dużo czasu na wspólne rodzinne posiłki i tak umyka nam w życiu coś bezcennego. Skąd nagle taki wniosek? Narodził się on w moim umyśle po lekturze najnowszej powieści Marleny de Blasi z pochodzenia Amerykanki, która od pewnego czasu mieszka we Włoszech. W swoich książkach opiewa wszystko, co włoskie - tym samym popularyzując ten kraj, jego zwyczaje, kulturę, piękno, czar i urok. Tym razem wraz z pisarką gościmy w Umbrii, a więc w samym sercu Italii. W regionie znanym ze święta ceri, w miejscu górzystym i pagórkowatym, a konkretnie w górach nad Orvieto. To tu mieszkają cztery przyjaciółki, które spotykają się ze sobą systematycznie co tydzień w każdy czwartek. Wspólnie zasiadają przy stole i jedzą wcześniej przygotowaną wspólnymi siłami kolację, którą popijają wybornym winem. I jak to kobiety rozmawiają na tematy lekkie i poważne, raczą się nie tylko przepysznym jadłem ale i lokalnymi ploteczkami. Do ich grona dołączą Chou, która jest nowym przybyszem. Poznaje uczestniczki czwartkowych kolacji i umbryjskie zwyczaje. A my czytelnicy wkraczamy w tę lokalną społeczność wraz z nią.
„Wieczory w Umbrii” to idealna powieść dla miłośników de Blasi. Utrzymana jest w podobnym klimacie jak jej poprzedniczki i opiewa uroki umbryjskiego życia. Autorka w czterech częściach opowiada życiorysy sympatycznych Włoszek, które sporo już przeżyły, bo dotarły do jesieni życia. Los ich nie rozpieszczał. Nie zrobiły kariery, nie były bogate, znosiły w życiu wiele trudności, dotykały je kłopoty, zawirowania i przeróżne niespodzianki. Zwykle ich życiowe ścieżki pięły się od górę, a droga nie była usłana różami. Dlatego na starość potrafią docenić proste radości dnia codziennego, wspólne posiłki, przyjaźń, radość z gremialnego przygotowywania dań kuchni włoskiej, prostej aczkolwiek pysznej, zdrowej i wybornej. Zespołowa praca i kilkugodzinne posiłki dodają im sił, sprawiają ogromną radość, nie pozwalają zgnuśnieć w czterech ścianach własnego domu, dodają wigoru, ba! odmładzają. I dają okazję do wspomnień. Każda z kobiet jest zwyczajna, co nie oznacza, że miała nudne życie. Każda jest inna, ma odmienną osobowość. W swoim gronie świetnie się czują, żartują, przekomarzają się i przeżywają chwile radości. I tym zarażają Chou, która bardzo szybko aklimatyzuje się w tym gronie.
Ta książka to doskonała propozycja dla miłośników Włoch, smakoszy tamtejszej kuchni. Na końcu lektury lubiący gotować znajdą przepisy na potrawy, o których mowa w treści. Czytając nie sposób nie poczuć biesiadnej atmosfery, zapachu gotowanych specjałów, aromatu ziół. Przed oczy nasuwają się obrazy wspaniałych krajobrazów, które są malownicze niczym z obrazka. Malkontenci mogą zarzuć autorce wolne tempo akcji, czy to, że ta książka jest podobna do innych dzieł autorki. Owszem, jest utrzymana w tym samym klimacie, ale ja, jak i z pewnością wielu czytelników, już zdążyło go pokochać i chętnie do niego wraca.
Tę książkę czytałam z przyjemnością i smakiem. Czułam się uczestniczką babskiej wspólnoty. Czułam się jak na wycieczce po regionie świętej Rity, było kameralnie, smacznie, rodzinnie, klimatycznie – po prostu wspaniale.


poniedziałek, 6 lipca 2015

Filmik lipcowy TBR - czyli co będę czytała w tym miesiącu

Czy macie podobne plany jak ja? Coś Was szczególnie interesuje?

Rozwiązanie konkursu z książką "Cudowna dziewczynka" wyniki

Witam Was w niezwykle upalny dzionek. Upał leje się z nieba, a Wy sprawiliście mi niezłą zagwozdkę. Trudno naprawdę, bardzo, bardzo trudno było mi wybrać jedną osobę, którą nagrodzę. Chciałabym każdemu dać tę książkę, bo napisaliście bardzo ciekawie i ambitnie.
Szczęśliwym zwycięzcą ogłaszam osobę, która kryje się pod nickiem
Szczęśliwa Mama. 
Proszę o dane do wysyłki nagrody na maila malineczka74@op.pl
Serdecznie gratuluję, Wszystkim dziękuję za udział w konkursie. Miłego dnia życzę!

sobota, 4 lipca 2015

Videorecenzja "Kochaj i jedz, Brazyliszku" Michalina Kłosińska-Moeda

Kochani udało się, rusza mój kanał, rusza vlog, nie jest perfekcyjnie, wiem, ale... Nowe wyzwanie, nowe doświadczenia. Będą tagi, będą podsumowania, będą bookhaule - proszę o komentarze, uwagi, też krytyczne.

piątek, 3 lipca 2015

Monika Witkowska "Góry z duszą"


Wydawnictwo Burda NG
data wydania 2015
stron 400
ISBN 978-83-7596-610-7

Góry to nie tylko skały!

Góry można poskramiać na kilka sposób. Są tacy, którzy zdobywanie szczytów traktują jako sport ekstremalny. Dla nich liczy się tylko wynik, cyfry, statystyki. To oni właśnie biją rekordy, wytyczają nowe drogi, poprawiają osiągnięcia ich poprzedników. Ale według osób takich jak Monika Witkowska góry to nie tylko szczyt do zdobycia, to nie tylko wysokość, to nie tylko skały. Góry to też pewna otoczka, którą tworzą ludzie, przyroda, legendy z nimi związane. I to właśnie składa się na duszę gór, której poznanie może stać się czymś niesamowitym i nieporównywalnym do niczego innego. Witkowska, z zawodu dziennikarka, z zamiłowania podróżniczka zaprasza nas do wejścia na kilka szczytów w jej towarzystwie w książce „Góry z duszą”. Czytając znajdziemy się w Alpach, gorącej Afryce, w niesamowitych Himalajach, ale i swojskich Tatrach. Zagłębiając się w lekturze mamy okazję zasmakować w górskiej wspinaczce i spojrzeć na nią może nieco inaczej niż patrzyliśmy do tej pory.
Pięknie wydana książka dzieli się na siedem rozdziałów. Każdy z nich poświęcony jest innemu szczytowi. Każdy napisany jest w sposób dla mnie bardzo ciekawy według jednakowego schematu. Składa się na niego część blogowa będąca relacją autorki z jej zdobywania danej góry. Spisywane przez Monikę Witkowską relacje różnią się jednak od siebie. Wolno im, bo są relacjami na gorąco, czasem pisanymi w trudnych, wręcz ekstremalnych warunkach, gdy dokucza zmęczenie wysiłkiem fizycznym, gdy „dotyka” spora wysokość lub ma miejsce załamanie pogody. Ale w każdym napisanym niczym w dzienniku zdaniu czuje się emocje, radość, ekscytację, pasję. Relacje autorki uzupełniają zamieszczone w ramkach ciekawostki, które niekiedy wprawiają w osłupienie, zawsze czyniąc lekturę ciekawszą. Jest w nich miejsce na anegdoty, legendy, dane statystyczne, wydarzenia zapisane w górskich kronikach. Każdy z rozdziałów kończą praktyczne rady bezcenne dla tych, którzy planują wybranie się w dany zakątek świata. Witkowska pisze więc jak można w określony rejon najłatwiej i najtaniej dojechać, jaki sprzęt będzie niezbędny, podaje przykładowy cennik, określa najkorzystniejszą porę na wyjazd, wskazuje na bazę noclegową.
Tę książkę można czytać od deski do deski jednym tchem, ale i można ją chłonąć na wyrywki. W każdym przypadku będzie to niesamowita lektura zabierająca do magicznego świata gór, który w 95 procentach jest dostępny dla przeciętnej sprawności człowieka. Niejako w prologu tej książki Witkowska opisuje swoją górską drogę – przedstawia swoją osobę, pisze o swoich osiągnięciach i doświadczeniach ogólnie. Następnie przytacza na kilku stronach opinie o górach sławnych zdobywców i podróżników. A potem to już tylko góry, wspomnienia, wrażenia, emocje, adrenalina. Ta publikacja dokładnie odkrywa górskie dusze siedmiu znanych szczytów na Ziemi. Pokazuje jak można nie tylko stanąć na ich wierzchołkach, ale i zasmakować w ich duszy. Zobaczyć w różnej perspektywie, poznać dogłębnie i dokładnie. Taki sposób łojenia gór jest naprawdę warty rekomendacji. Książka to także mnóstwo pięknych zdjęć, których obejrzenie, którymi nacieszenie oka zajęło mi tyle czasu co lektura. Ta publikacja zdecydowanie zachęca do górskich eskapad, więc jeśli czytacie ją przed urlopem czy wakacji to może pokrzyżować Wasze plany. Świetna, pięknie wydana, ciekawa pozycja – lektura obowiązkowa dla tych, co góry kochają.

czwartek, 2 lipca 2015

Tanya Valko "Miłość na Bali"


Wydawnictwo Prószyński i S-ka
data wydania 2015
stron 688
ISBN 978-83-8069-018-9

Druga twarz raju

Za mną literacki pobyt na Bali za sprawą kolejnej książki Pani Valko będącej drugą częścią Azjatyckiej Sagi. Tom pierwszy czytałam 11 miesięcy temu, a jego recenzję znajdziecie na blogu. Akcja książki toczy się w Indonezji do której tłumnie ciągną resze turystów. Bali w ich oczach to rajska wyspa. miejsce idealne na urlop, wypoczynek. Wielu marzy, by tam zamieszkać. Ale czy ten eden jest dokładnie taki jak pokazują zdjęcia w folderach biur podróży? Lektura "Miłości na Bali" pokazała prawdę o pięknej wyspie, o egzotycznej dla Europejczyka Indonezji. Mnie osobiście totalnie zniechęciła do podróży w ten rejon Azji. Ale sama książka podobała mi się bardzo i czytanie było samą przyjemnością.

Dorota znana z Arabskiej Sagi i jej córka Marysia zamieszkują w Indonezji. Ta druga poślubia Karima, który wraca do ojczyzny swojej matki. Dora zaś po rozstaniu z polskim mężem podejmuje pracę w kompleksie hotelowym teściowej swojej córki  - Meili jako menadżerka. Obie liczą, że tu odnajdą spokój i niezmącone niczym szczęście, ale jak się okazuje pech nadal ich nie opuszcza, a przeszłość powraca. Lektura pozwala nam śledzić skomplikowane życie obu kobiet, ukazuje ich dramaty i radości, sukcesy i porażki, rozterki i wahania, porywy serca, życiowe błędy...
 
Kolejna książka Valko zrobiła na mnie spore wrażenie. Autorka zachwyciła mnie doskonałym połączeniem książki obyczajowej i lektury ukazującej ciekawy zakątek świata od kuchni. Bali bez osłonek wcale już nie jest cukierkowe i kolorowe, bezpieczne i zapewniające tylko miłe wrażenia. Prawdziwe Bali bywa niczym krwiożercza modliszka, która poluje nieprzerwanie na swoje ofiary. Bali czyha na naiwniaków szukających wrażeń erotycznych, Bali kusi imprezami które niekiedy kończą się śmiertelnym zatruciem arakiem. Bali nie zapewnia w razie choroby należytego standardu leczenia, a posiadane polisy bywają nic nie wartym świstkiem papieru. Bali jest całkowicie skorumpowane, a łapówka jest czymś tak oczywistym jak tlen. Wielu mieszkańców rajskiej wyspy trudni się ciemnymi interesami, łamie prawo, oszukuje turystów jak tylko może. 
A nasze bohaterki? Jak one radzą sobie na pięknej dla oka wyspie? 
Dorota wielokrotnie doprowadzała mnie swoim zachowaniem do białej gorączki, do szaleństwa. Miałam ochotę nią potrząsnąć, zmusić do opamiętania, do rozwagi i rozsądku. Bo mając ponad czterdziestkę zachowywała się jak nastolatka. Pakowała się w kolejne kłopoty, naiwnie dawała się ciągać za nos, bezmyślnie wierzyła w każde słowo, byleby było takie jakie chciała usłyszeć. Doigrała się za swoje błędy i wcale nie zrobiło mi się jej żal. 
 
W fabułę książki pisarka idealnie moim zdaniem wplotła prawdziwe wydarzenia, które miały miejsce w Indonezji i doskonale pokazała realia życia w tym kraju. Codzienne życie zwykłych Balijczyków, zagranicznych rezydentów i turystów. Brudny świat narkotykowego biznesu, warunki odbywania kar w indonezyjskich więzieniach, seksturystykę, terroryzm. Książkę czyta się dość szybko dzięki dynamicznej akcji, dobrym dialogom i ciekawym opisom. Nie ma w niej nudnych momentów, nie ma stron, które miałam ochotę opuścić czy przekartkować. I choć lektura liczy aż blisko 700 stron czyta się ją lekko i szybko. Tanya Valko nie pisze w sposób delikatny, elegancki czy subtelny. Za to pisze prawdziwie, bez osłonek, bez zasłon dymnych. Nie unika trudnych i wstydliwych tematów. Pokazuje to, o czym nie mówi się klientom szukającym ciekawego miejsca na wakacje. Po przeczytaniu tej powieści nie mam ochoty zobaczyć Bali na żywo. Ale jestem ciekawa dalszych losów Doroty. I czekam na kolejny tom, bo zakończenie jest tak ekscytujące, że aż ciarki przechodzą. 
Gorąco polecam osobom lubiącym lektury dynamiczne, realne i niesłodkie, ale prawdziwe, z życia wzięte i do bólu realne. Ogrom emocji gwarantowany w 100 procentach!

środa, 1 lipca 2015

Grażyna Jeromin- Gałuszka "Złoty sen"


Wydawnictwo Prószyński i S-ka
data wydania 2015
stron 440
ISBN 978-83-8069-001-1

Wspomnienia w kolorze złota

Co jest dla nas najważniejsze – to, co jest tu i teraz, to, co nas dopiero spotka czy to, co już przeżyliśmy? Myślę, że odpowiedź na to pytanie zależy od wieku. Ludzie młodzi patrzą zwykle w przyszłość, planują i stawiają sobie cele, a osoby starsze zdecydowanie żyją wspomnieniami, tym, co już za nimi, tym, co stało się w przeszłości. Właśnie minione lata są najważniejsze dla głównych bohaterek najnowszej powieści Grażyny Jeromin-Gałuszki pod tytułem „Złoty sen”. To kobiety w dojrzałym wieku, przeżywające jesień życia, a akcja książki rozgrywa się w sennym uzdrowisku, które jest idealnym miejscem na rekonwalescencję osób z chorym sercem. Na jednej z bocznych uliczek tej miejscowości leżącej w bliżej nieokreślonym miejscu stoją naprzeciw siebie dwa domy. Mieszkają w nich dwie starsze kobiety, które kiedyś dawno temu były serdecznymi przyjaciółkami. Razem brały udział w powstaniu warszawskim i walczyły jako nastolatki z okupantem. Wtedy i tam właśnie poznały mężczyznę starszego od nich, który je poróżnił. Obie się w nim zakochały, ale tylko jedna z nich kilka lat później została jego żoną. Panie z tego względu nie rozmawiały ze sobą kilkadziesiąt lat. Lili prowadziła dom z gościnnymi pokojami, a Arleta cieszyła się rodzinnym szczęściem. Mijały lata i nadeszła starość, czas, kiedy trzeba rozliczyć się z życia...
„Złoty sen” to książka bardzo specyficzna, nostalgiczna i klimatyczna. To lektura zdecydowanie o kobietach i dla kobiet. Jej bohaterki wiele już w życiu przeżyły i doświadczyły. Za nimi młodość i lata świetności, przyszedł czas, gdy siły i zdrowie już nie to. Jedne z nich poukładały sobie życie, innym to życie bardzo się poplątało. I nagle za sprawą losu doszło do ich ponownego spotkania, do kolejnego zobaczenia się po latach. Nie wszystkie z nich go dożyły. Wiele się zmieniło, nic już nie jest takie samo. I właśnie dlatego słusznym jest stwierdzenie, że to powieść o przemijaniu ze specyficzną atmosferą, z tęsknotą za tym, co uleciało w dal.
Książka wydała mi się bardzo smutna, bo uświadomiła mi prawdę o życiu, które mimo że trwa zwykle kilkadziesiąt lat jest jednak bardzo krótkie i szybko mija. Ulatuje jak sen. Starość - chcemy czy nie - nadciąga nieubłaganie jak nieproszony gość i wcale nie jest przyjemna. Zwykle coś boli, ciało i siły już nie te. Ale nawet gdy nie jest najłatwiej można wziąć się z życiem za bary jak stara Józefa. Znaleźć jakiś promyk radości, jakieś hobby. Starość to także czas na naprawę tego, co w życiu się poplątało. Czasem trzeba do tego sporo pokory, ale warto przyznać się do pomyłek i zachować się jak Lili.
„Złoty sen” to książka dość trudna i przygnębiająca, to powieść utrzymana w realiach późnej jesieni, mroczna jak listopadowy, mglisty dzień. Zdecydowanie nie polecam jej do przeczytania osobom młodym, bo nie jestem pewna czy będą one w stanie odkryć jej sens i przekaz. To zarazem idealna lektura dla starszych czytelników, którzy dorównują wiekowo bohaterkom. Z pewnością dla nich okaże się strzałem w dziesiątkę. Książka skonstruowana nieco podobnie jak „Magnolia” jest lekturą niekiedy nużącą i refleksyjną. To idealna propozycja dla wymagającego czytelnika, który doceni skomplikowane kreacje postaci, warsztat pisarki, jej styl i elegancki język.

poniedziałek, 29 czerwca 2015

Dziś premiera - gorąco polecam!

Dziś ma premierę ciekawa książka, której recenzję będziecie mogli przeczytać niedługo na moim blogu. Mowa o książce "Tuż za rogiem" napisanej przez Magdalenę Kawkę i Roberta Ziółkowskiego.

Opis książki - źródło Wydawca
Czy to jest jeszcze miłość? Tomek, odnoszący sukcesy biznesmen. Monika, niespełniona malarka. Dawna miłość i fascynacja innością odleciały w siną dal. Rozczarowani małżeństwem, oddalili się od siebie i wygląda na to, że nie ma szans na porozumienie. Skupieni na sobie,  nie zwracają uwagi na to, co dzieje się tuż za rogiem. Dopiero pojawienie się tajemniczego mężczyzny, w długim płaszczu z wyszytą na plecach klepsydrą, uruchomi ciąg dramatycznych zdarzeń. Lawina toczy się coraz szybciej - morderstwo, wypadek, zdrada i utrata pracy. Monika i Tomek muszą się z tym zmierzyć i odnaleźć swoją miłość.
Czy ktoś z Was ma ochotę przeczytać?

sobota, 27 czerwca 2015

BookAThon - małe podsumowanie

Wiem, jutro się kończy, ale ja już dziś podsumuję mój maraton. Mea culpa. Nie dałam rady wszystkim wyzwaniom. Trudno, bywa i tak. W końcu najważniejsza miała być zabawa. Może gdybym się zaparła i czytała bez ustanku? Ja tak jednak nie umiem. Ale i tu największa zasługa tego maratonu z książką w ręku - ODKRYŁAM PEWNE PRAWDY O SOBIE, KTÓRYCH DO TEJ PORY NIE WIEDZIAŁAM.  I choćby dlatego warto było wziąć udział!
Po pierwsze i najważniejsze odkryłam, że nie lubię czytać na przymus, pod statystykę itd. Kocham jednak wolność i nie lubię gdy jakiś bat nade mną wisi. Być może wychodzi tu moja kocia ( zodiakalny Lew) natura, że wolność i niezależność nad wyraz kocham i miłuję. Ale... i tak przeczytałam jak do tej pory, a jest sobota 14:22, cztery i pół książki, co wcale mało nie jest. Recenzje dwóch z nich przygotowałam dla portalu Lubimy Czytać, więc z publikacją muszę dać portalowi prymat i poczekam z ich zamieszczeniem na blogu. Recenzję "Wybranych" możecie już przeczytać, recenzję "Kochaj i jedz, Brazyliszku" zamieszczę jutro.
Liczba stron:
- Wybrani - 440
- Złoty sen - 440
- Nie oddam dzieci - 256
- Kochaj i jedz, Brazyliszku - 232
- Francuska opowieść - 38 z 342  -
Razem daje 1406 stron - do jutra do 1500 doczytam! Jedno z wyzwań więc spełnię!

Przeczytałam:
- książkę, którą zaczęłam i odłożyłam - "Złoty sen"
- bestseller, który nie czytałam - "Nie oddam dzieci"
- książkę, która czeka na mnie kilka lat - "Kochaj i jedz, Brazyliszku"
- książkę z gatunku po który rzadko sięgam - "Wybrani"
- czytam książkę, którą ktoś dla mnie wybrał " Francuska opowieść"
Poczułam wspólnotę z innymi czytaczami. Może nie jestem z siebie dumna, ale coś z wyzwań mi się udało. Cóż, idę sobie czytać o pięknej Francji, a Was gorąco pozdrawiam

piątek, 26 czerwca 2015

Konkurs na początek wakacji! Do wygrania książka!

Witajcie Kochani. Dziś zapraszam na konkurs, tak na dobry początek wakacji. Nagrodą jest jeden egzemplarz książki
której recenzję możecie przeczytać na moim blogu - oto link http://cudownyswiatksiazek3.blogspot.com/2015/06/andrew-roe-cudowna-dziewczynka.html


Oto regulamin:
1 - konkurs organizuję na moim blogu i do wzięcia udziału zapraszam osoby mające adres do wysyłki w Polsce
2 - sponsorami nagrody są Wydawca i ja  (ponoszę koszty przesyłki)
3- nagrodę przyznam jednej osobie , która odpowie na konkursowe pytanie najciekawiej moim zdaniem i zostawi swój adres mailowy
4- pytanie jest dość proste - wystarczy na nie odpowiedzieć w kilku-kilkunastu zdaniach i polubić fun page mojego bloga na Facebooku https://www.facebook.com/pages/Cudownyswiatksiazek3blogspotcom-blog/1445518105731287?ref=hl

5 - pytanie brzmi: UZASADNIJ DLACZEGO KSIĄŻKA BĘDĄCA NAGRODĄ MA TRAFIĆ WŁAŚNIE DO CIEBIE

 6 - na odpowiedzi czekam od dziś tj. 26 CZERWCA 2015 do 5 LIPCA 2015 włącznie.
7 - zwycięzcę ogłoszę 6 lipca w poście na blogu i powiadomię ich mailowo.
8 - Zgłoszenia bez adresu mailowego nie będą brane pod uwagę.
9- będę wdzięczna za udostępnienie info o konkursie na Waszych blogach czy profilach FB
Zapraszam do zabawy.



czwartek, 25 czerwca 2015

C.D. Daugherty "Wybrani"


Wydawnictwo Otwarte
data wydania 2013
stron 440
ISBN 978-83-7515-220-3
Cykl Nocna Szkoła tom I

Szkoła, w której nie gości nuda

Szkoła zwykle bywa nudna, chodzi się do niej bo musi. Od tej reguły są jednak wyjątki. Bywają bowiem takie placówki jak ta do której trafia Allie - szesnastoletnia główna bohaterka książki, która od razu dodam należy do gatunku po który rzadko sięgam. A to, po przeczytaniu tej lektury, spory błąd. Bo powieści dla młodzieży mogą podobać się i osobom dorosłym. I to bardzo, bardzo!

Allie to dziewczyna, która ma na swoim sumieniu to i owo. Aresztowania, malowanie graffiti, sięganie po alkohol są reakcją na nieszczęście jakie spotyka ją i jej rodzinę - Sheridanów. Ich świat rozsypuje się w kawałki po zaginięciu bez śladu brata dziewczyny. Sama Allie w ramach nastoletniego buntu pakuje się w kłopoty i konflikty z prawem. By temu zaradzić jej rodzice decydują się umieścić ją w szkole z internatem położonej gdzieś na prowincji daleko od Londynu. Ta placówka jest wyjątkowa. Położona z dala od ludzkich siedzib, otoczona lasem. Na jej terenie nie ma możliwości korzystania ze zdobyczy XX-wiecznej techniki - internetu, komputera czy telewizji. Tu są książki, nauczyciele, spora biblioteka. Nauka stoi na wysokim poziomie, a wbrew przewidywaniom uczniowie wcale się nie nudzą. I jest coś jeszcze. Ta szkoła jest również wyjątkowa dlatego, że to miejsce, gdzie "nie wszystko jest tym, na co wygląda, a ludzie nie zawsze są tymi, za których się podają." (str 185 wersji ebook)
Jeśli zatem macie ochotę poznać Akademię Cimmeria pozostaje Wam zabrać się za czytanie powieści "Wybrani", która otwiera cykl Nocna Szkoła.

Allie Sheridan to bohaterka wyjątkowo ciekawa. Jest w wieku kiedy stoi się na granicy młodości i dorosłości. Gubi się w życiu po zaginięciu brata i sprawia wychowawcze kłopoty. Buntuje się na cały świat czym przysparza rodzicom sporo zmartwień. Wydaje się, że ma silny charakter. Ale to tylko pozory. W środku drzemie w niej wrażliwa dziewczyna, która w obliczu traumy gra twardzielkę. Ale Allie to tak naprawdę nastolatka szukająca akceptacji, miłości i przyjaźni. Czy będzie potrafiła się odnaleźć w nowej szkole? Zdradzę mało, by recenzja nie była spoilerem. W Cimmerii czeka ją wiele przygód, pojawią się dwaj przystojni młodzieńcy, którzy będą  nieustanie zabiegać o jej względy i rywalizować ze sobą. Ale nie braknie też fałszywych przyjaciół, intryg, plotek. Na dodatek będą miały miejsce przeróżne wydarzenia od tych miłych po tragiczne. Ktoś będzie jej zagrażał, ktoś stanie się jej aniołem stróżem, a ktoś prawdziwą i fałszywą przyjaciółką. 
 
Nie wiem czemu, chyba ze względu na miejsce rozgrywania się akcji ta powieść szybko skojarzyła mi się z cyklem o pewnym Harrym. Nie ma w niej jednak magii, latania na miotłach, cudownych eliksirów czy czarownic. I to akurat nie przeszkadza, by książka pochłonęła Was bez reszty tak jak mnie. Czytałam ją jednym tchem, a z każdą połkniętą kartką byłam nią coraz bardziej oczarowana i zafascynowana. Autorka ujęła mnie mocno zgrabną fabułą, idealną mieszanką grozy, sensacji, atmosfery właściwej światu nastolatek, ale i klimatem wykreowanej w literackiej wyobraźni szkoły, tajemnicami, no i wątkiem miłosnym, który urozmaica nie tylko rozkwitające uczucie, ale i pojawienie się konkurenta. Ta powieść po prostu sama się czyta i trudno ją odłożyć na półkę choćby morzył sen a powieki opadały same. Chce się przeczytać więcej i więcej, chce się poznać zakończenie, które ogromnie zachęca do zagłębienia się w kolejne tomy tego znakomitego cyklu. Jak już wspomniałam mimo wieku dojrzałego powieść młodzieżowa wcale mnie nie znużyła. Czytałam z ekscytacją i smakiem. Nie wypada nie dodać, że ta lektura skradła moje serce i opanowała mój umysł. Gdybym miała w zasięgu ręki kolejny tom serii już bym go czytała. 
Książka gwarantuje emocje i to spore emocje. Nie znalazłam w niej schematyzmu, nie odszukałam nudnych czy słabszych momentów. Czytając miałam wrażenie, że układam ciekawą układankę złożoną z setek elementów i przeżywam wydarzenia tak, jakbym sama stała się uczennicą Cimmerii. Podsumuję krótko - chcę więcej książek tej serii i niedługo spodziewajcie się ich recenzji. Bo znajdę je choćbym miała wyciągać te tomy spod ziemi.
Moja ocena 7/10.

piątek, 19 czerwca 2015

BookAThon - czyli biorę udział w super wydarzeniu 21-28 czerwiec

Kochani niniejszym ogłaszam gotowość do wzięcia udziału w wydarzeniu idealnym dla moli książkowych. Chcecie dołączyć - możecie również się świetnie bawić. Wystarczy kochać czytać, szczegóły znajdziecie
 - https://www.youtube.com/watch?v=Yxk7jcQP9-E
lub
- https://www.youtube.com/watch?v=21SI9YxwwqE
Zapraszam też do https://www.facebook.com/events/973834939323505/
Moje lektury to:
 - na czytniku "Wybrani" C.D. Dugherty jako książka z gatunku, który raczej omijam
- książka, którą zaczęłam a nie skończyłam Grażyna Jeromin-Gałuszka "Złoty sen"
- książka, która czekała na ciebie kilka lat "Nie kłam kochanie" Ilona Łepkowska, Maja Kotarska
- książka, którą wybrała dla Ciebie inna osoba Krystyna Mirek "Francuska opowieść"
- Bestseller, którego jeszcze nie przeczytałaś Cooleen Hoover "Maybe someday"
- w sumie te książki mają 1550 stron więc kolejne wyzwanie spełnione

Zapraszam, kto odważny?

Magdalena Witkiewicz "Moralność Pani Piontek"


Wydawnictwo Filia
data wydania 2015
stron 296
ISBN 78-83-7988-494-0

Mamuśka z piekła rodem

Macie ochotę na komedię? Chcecie się zdrowo pośmiać, tak mocno do łez? Wcale nie musicie iść do kina. Świetne komedie istnieją także w wersji książkowej i wcale nie są gorsze od tych, które przyciągają tłumy przed duże ekrany. Nie wierzycie? Zatem sięgnijcie po najnowszą powieść popularnej pisarki Magdaleny Witkiewicz, a z pewnością możecie liczyć na salwy śmiechu i doskonałą zabawę od pierwszej do ostatniej strony.
Gertruda Poniatowska z domu Piontek to kobieta w mocno dojrzałym wieku, matka, żona i lekarka. Osóbka apodyktyczna, z charakterkiem nie do pozazdroszczenia. Demon i harpia w jednym. Godna następczyni Pani Dulskiej z którą ma wiele wspólnego. Otóż Trudzia nie może pogodzić się z tym iż, jej trzydziestopięcioletni syn dorósł i dojrzał. Nie chce wierzyć, że jej Gucio ma dość opiekuńczych matczynych skrzydeł i chce mieszkać oddzielnie. A przypadek sprawia, że trafia mu się wynajem z nieznajomą studentką, którą jego matka od razu ochrzciła mianem lafiryndy. Gertruda robi wszystko, by synuś wrócił do rodzinnego domu, a przyjaciel Augustyna Cyryl marzy by obecne status quo trwało wiecznie, bo współlokatorka najlepszego kumpla wpadła mu w oko. Czyja racja wygra i jak skończy się przypadkowe mieszkanie z Anulą dla jej nowych znajomych? Zapraszam do lektury.
Od razu dodam, że książka jest doskonale skrojoną komedią pomyłek z romantycznym zabarwieniem. Najmocniejszym atutem tej powieści są niezwykle doskonale skonstruowane postacie, a zwłaszcza osoba Gertrudy i jej syna Augustyna. Trudzia to istna baba z piekła rodem. Ma swoje chimery i nałogi. Kocha szpilki i ma ich mnóstwo. Lubuje się tylko w markowych butach znanych projektantów. Pochodząca z wioski zdolna kobieta osiąga wszystko o czym marzyła, a czego jej brakuje nadrabia miną. Maskuje swoje pochodzenie, puszy się niczym paw z nazwiska i jest święcie przekonana o koligacjach jej rodziny z ostatnim królem Polski. Ma swoje zdanie, jest uparta, nieustępliwa, a w swoim małżeństwie jest i głową i szyją. Jej mąż siedzi cicho jak mysz pod miotłą i jest totalnym pantoflarzem. Za to syn mówi matce twardo „nie”! I to doprowadza ją do rozpaczy. Gucio jest inny niż jego ojciec. Późno dojrzewa, ale nie daje się matce poskromić. I ta ich „walka” najczęściej przyprawia czytelników o salwy gromkiego śmiechu. To właśnie najbardziej w tej książce bawi. Jednakże nie można powiedzieć o tej lekturze samych słodkości. Bo autorka porusza też sprawy ważne i trudne. Są momenty, które wprawiają w zadumę, a główna bohaterka zaskakuje swoimi decyzjami.
Powieść bawi i uczy. Czyta się ją szybciutko i lekko. To przyjemna lektura, w której Magdalena Witkiewicz ukazuje całkiem inne oblicze swojego warsztatu niż w „Pierwszej na liście”. To książka o miłości i próbie zagłaskania na śmierć. To czytadło pełne humoru niosące ważne przesłanie, by cieszyć się każdą chwilą i nie być nadopiekuńczym. Bo autentycznie można zagłaskać kota na śmierć mając jak najlepsze intencje.

czwartek, 18 czerwca 2015

Melissa Moretti "Kochanek z Malty"



Wydawnictwo Feeria
data wydania 2015
stron 280
ISBN 978-83-7229-478-4

Miłość odnaleziona pod rzymskim niebem

Lato czytelniczo mnie rozleniwia. Sprawia, że tak jak mam wyjątkową ochotę na owoce i młodziutkie warzywa tak chętnie sięgam po książki lekkie, przyjemne, łatwe w odbiorze. Takie, przy których bez problemu można zapomnieć o stresie, codzienności życiowej i stagnacji. To często lektury o miłości, których akcja rozgrywa się w miejscach atrakcyjnych turystycznie. Do tego opisu idealnie pasuje powieść autorstwa Melissy Moretti "Kochanek z Malty". Akcja tejże książki rozgrywa się we Włoszech, a konkretnie w cudownym Rzymie latem. Tu posadę znajduje przystojny Maltańczyk o imieniu Paul. Trafia mu się nie lada stanowisko. Ma być osobistym kierowcą arystokratycznego włoskiego klanu - rodziny Agostinich. Czeka go zamieszkanie we wspaniałej rezydencji i bycie na usługi seniorki rodu Signory Luciany i jej dzieci. W rezydencji pracuje wiele osób, którzy tworzą idealny personel. Służącą nestorki rodu jest sympatyczna dziewczyna o imieniu Anna pochodząca ze szwajcarskiej wioski, na której nowy szofer robi piorunujące wrażenie. Paul wpada w oko nie tylko jej, ale i Robercie oraz Stelli - córkom Luciany Agostini. Która z kobiet go zdobędzie, która go uwiedzie i czy będzie to romans na krótko czy związek na dłużej odkryjecie dzięki lekturze powieści, która nie do końca jest taka, jak się na pierwszy rzut oka wydaje.
Jeśli sądzicie, że powieść Moretti to jedynie słodki, cukierkowy, lukrowy romans osadzony w Wiecznym Mieście to się mylicie. Owszem, w fabule pojawia się i miłość i zauroczenie i chęć na romans, ale ta książka to też opowieść o bogatej arystokratycznej rodzinie, która ma olbrzymi majątek, sławne nazwisko wywodzące się ponoć od cesarza Augusta, ale i swoje sekrety, grzeszki i tajemnice. Pieniądze tak do końca szczęścia nie dają i nie sprawiają, że życie staje się bezstresowym dolce vita. Patrząc na bohaterów śmiało można dojść do wniosku, że fortuna manieruje. Bogactwo przewraca w głowie, odbiera zdrowy rozsądek i wpakowuje często w kłopoty. Życie z pękatym kontem wcale nie bywa ekscytujące - może być nudne, szare i monotonne. Drętwe, toczące się od zakupów do wakacji, od balu po raut. Ich choć ma wygląd idealnej potrawy, to już smakuje jak wióry. Moretti ciekawie podgląda życie krezusów, którzy mają mnóstwo wad, żyją przestrzegając sztywnej etykiety. Ukazane postacie są czasami przedstawione wręcz groteskowo. I nic dziwnego, że Paula pociąga skromna dziewczyna, która starannie pracuje, spełnia swoje zadania i obowiązki. Ta książka jak już wspomniałam to coś jeszcze. To wiele tajemnic, sensacji i kapitalne, rewelacyjne  zakończenie, które moim zdaniem jest największym atutem. Powieść czyta się lekko i przyjemnie, a smaku lekturze dodaje szczypta sensacji. "Kochanek z Malty" to idealna lektura na lato, na urlop, na wakacje, na podróż. Jej przeczytanie gwarantuje dobrą czytelniczą rozrywkę, świetną zabawę i miłe chwile w książkowym świecie.

poniedziałek, 15 czerwca 2015

Krzysztof Potaczała "Bieszczady w PRL-u 3"


Wydawnictwo Bosz
data wydania 2015
stron 128
ISBN 978-83-7576-248-8

Podróż w Bieszczady, których już nie ma

Pokój i spokój po II wojnie światowej zapanował w Bieszczadach później niż w innych częściach kraju. Na początku lat 50. XX wieku ta kraina była dzika, pusta i wyludniona. Zniszczyły ją bandy UPA, odmieniła Akcja Wisła. Na szczęście życie w ten rejon zaczęło szybko powracać. Podjęto decyzję o budowie dróg, mostów, elektryfikacji, odtworzeniu ludzkich osad. W Bieszczady zaczęli przyjeżdżać ludzie z całej Polski. Do pracy z woli własnej i z przymusu jak więźniowie, w poszukiwaniu przygód i swego miejsca na ziemi. Wracali też niektórzy wysiedleni. W te tereny kierowano do pracy żołnierzy i studentów. W Bieszczadach wypoczywali harcerze i młodzież, powoli powstawała infrastruktura turystyczna, wytyczano szlaki a chętnych do spędzenia tu wakacji czy urlopu było coraz więcej. Rozwijała się gospodarka leśna i rolna. Przez kilka dekad Bieszczady odradzały się, by wraz z przemianami ustrojowymi znów zmienić swoje oblicze. Dziś Bieszczad w odsłonie „jak za komuny” już nie ma. Polski Dziki Zachód znów się zmienił, ale przeszłość zapisała się w ludziach. Dziś wielu wspomina te dawne czasy z nostalgią i łezką w oku. Klimat komunistycznych Bieszczad idealnie zapisał się w reportażach Krzysztofa Potaczały. Drukarnie opuściła trzecia i niestety ostatnia książka zawierająca kilkanaście reportaży z tamtych lat wydana w cyklu „Bieszczady w PRL-u”. Lektura równie ciekawa jak jej poprzedniczki, zabierająca w świat, którego już nie ma, wspominająca ludzi i miejsca, osobliwości Bieszczad, które bezpowrotnie odeszły do lamusa.
Dwanaście reportaży pokazuje krainę Biesów i Czadów z lat 60., 70. ale i z lat 90. kiedy nagle wszystko zaczęło się zmieniać, znikać, ewoluować. Upadek systemu bowiem okazał się w tym rejonie wyjątkowo wyrazisty i przeszedł niczym rewolucja. Zniknęły bowiem prawie wszystkie zakłady pracy, zlikwidowano je bądź same upadły. Ludzie przestali dobrze zarabiać, stracili miejsca pracy, a w mediach zaczęto zbiórki darów dla biednych bieszczadzkich dzieci. A wydawało się, że W PRL-u było tam ubogo!
Ta książka, jak i cały cykl, jest bezcenna i zawiera historie, które przeszły już do przeszłości. Zapisały się jedynie w pamięci osób, które były ich naocznymi świadkami. Wyciągnięte na światło dzienne, opisane po latach stanowią pamiątkę tamtego czasu, który był mimo wszystko dla Bieszczad szczęśliwy i łaskawy. Nierozsądnie, niezgodnie z ekonomią, bezmyślnie ale jednak te tereny zagospodarowano. Pewnie i trochę zniszczono, ale i trafiło tu wielu miłośników dziewiczości, wolności oraz tych, którzy lubią życie blisko natury daleko od miejskiego zgiełku. O czym mówią reportaże z tego tomu?
O kreowanych na wzór kowbojskich ranczach, w których wypasem bydła zajmowali się młodzi ochotnicy, o wypadach do tzw. Bieszczadzkiego Worka i nielegalnych polowaniach na jego terenie, o świadomym igraniu z czujnością radzieckich służ chroniących granicę, o budowie dróg przez wojsko i pracy więźniów w półotwartych zakładach karnych, a wreszcie o zwierzętach związanych ze schroniskiem Chatka Puchatka i zlocie Rainbow Family w Tworylnem oraz o towarzyskim żubrze noszącym imię Pulpit.
Z tekstów bije klimat tamtego okresu. Czuć ten wiatr co hula beztrosko na połoninach, czuć radość z obcowania z przepiękną naturą, ale i słychać odgłos niemogących się wygrzebać z błota pojazdów mechanicznych, rozlega się muczenie stad krów, brzmią też w uszach bębny uczestników zlotu Tęczowych Rodzin. Całą książkę od przysłowiowej deski do deski przeczytałam z ogromnym zaciekawieniem i rumieńcami na policzkach. Odkrywałam to, co uleciało z czasem, patrzyłam na krainę, którą świetnie znam i bardzo kocham z innej perspektywy. Bo choć minęło w sumie niewiele lat to Bieszczady zmieniły się diametralnie. Reportaże pokazują prawdziwe życie w dzikich ostępach, przedstawiają ciekawych ludzi, którzy tu zawitali. W te Bieszczady już nikt nie pojedzie, bo ich nie ma. Wspaniale, że Autor w swoich tekstach ocalił je od zapomnienia i pokazał młodemu pokoleniu. A starszym czytelnikom pozwolił na wspomnienia i sentymentalną podróż.

Andrew Roe "Cudowna dziewczynka"


Wydawnictwo Prószyński i S-ka
data wydania czerwiec 2015
stron 392
ISBN 978-83-8069-015-8

Cud czy mistyfikacja?

Cuda - jedni w nie wierzą, inni nie! Jednym się zdarzają, inni uznają za ułudę. Marzymy by się stały, gdy jesteśmy bezsilni wobec sytuacji, gdy ta wymyka się nam spod kontroli, gdy dotyka nas choroba nieszczęście. O cudach donosi prasa, media, a wreszcie i Kościół. Zawsze towarzyszy im medialna wrzawa, sensacja i zwyczajna ludzka ciekawość. A my sami chcąc nie chcąc mamy w sobie coś z niewiernego Tomasza... Zawsze!

Do przeczytania powieści, którą napisał Andrew Roe nie skusiła mnie jednak wcale ciekawość. Absolutnie nie uległam jej, czym się sobie trochę dziwię. Co zatem? Okładka! Jak bardzo rzadko w moich wyborach. Spojrzałam i zakochałam się w niej. Spojrzała na mnie urocza dziewczynka, zahipnotyzowały mnie jej oczy - jakbym w nich odczytała treść: "Musisz poznać moją historię i mnie samą". Przepadłam bez reszty i książka znalazła się w moich rękach. Czego się spodziewałam? Tu przyznam się, że zdecydowanie oczekiwałam książki a'la proza Picoult czy Chamberlain. I cóż, to nie było to. To nie była książka, w której autor zaserwował czytelnikom moc emocji, zbudował napięcie itd. Nie czytałam z wypiekami na twarzy, ale raczej studiowałam dusze opisanych postaci - i tych pierwszo i drugoplanowych - niczym psycholog analizujący pacjenta na kozetce. Bo według mnie ta lektura jest analizą reakcji na nie do końca zrozumiałe, dające się wyjaśnić zdarzenia, które miały miejsce w Stanach Zjednoczonych.
Karen i John to małżeństwo. Niezbyt zgrane i dobrane, które pragnie dziecka. Gdy na świat przychodzi ich córeczka okazuje się, że bycie rodzicem to nie taka łatwa sprawa. Zwłaszcza jak nie ma się pękatego konta w banku i doświadczenia w opiece nad maleństwem, które często płacze i grymasi. Anabelle rośnie i gdy ma siedem lat wybiera się z tatą na zakupy. Potrzebny jest nowy magnetowid i w tym celu dziewczynka z ojcem jadą do centrum handlowego. Po drodze pijany kierowca powoduje wypadek. John wychodzi z niego prawie nietknięty, za to jego córeczka jest w fatalnym stanie. Walczy o życie, konieczna jest operacja, a rokowania są niepewne i przerażające. Dziecku udaje się przeżyć, ale nie wyzdrowieć. Anabelle wpada coś w rodzaju śpiączki co medycyna określa jako mutyzm akinetyczny. Dziewczynka zostaje przykuta do łóżka. Lekarze bezradnie rozkładają ręce i proponują rodzicom specjalistyczny ośrodek opiekujący się obłożnie chorymi. Nikt nie mówi czy stan dziecka się kiedykolwiek poprawi. Nikt nie mówi ile mała pożyje. Karen decyduje, że nie odda dziecka mimo wszystko. Sama podejmuje się opieki nad córeczką. Nie wie czy podoła temu wyzwaniu, ale tylko tak potrafi postąpić. Mąż po trzech miesiącach ją zostawia. W liście pisze, że nie da rady dłużej z nimi być. Będzie przesyłał pieniądze. Jak tchórz.
Karen pomagają dobre dusze zwane Aniołami Anabelle. Pewnego dnia dochodzi do cudu. W pokoju zamienionym na szpitalną separatkę pachną róże, a figurka Matki Bożej w obecności dziecka płacze. Wieść się rozchodzi i wkrótce dochodzi do fali pielgrzymek do łóżka dziewczynki...

To książka, która w zasadzie częściej przypominała mi reportaż niż powieść. To trudna lektura, która zapada w serce. To opowieść o chorobie, wierze, nadziei, walce o każdy oddech. To książka, która niesie przesłanie dla rodziców, by ci docenili każdą chwilę ze swoimi pociechami. Zdrowymi i pełnymi sił. Bo los potrafi być okrutny. Choroba dziecka, a zwłaszcza tak ciężka jak ta, która dotknęła Anabelle to trudne doświadczenie. To rodzące się w duszy rodzica pytania o jej sens, o sens cierpienia niewinnego dziecka.
W trakcie lektury często miałam w oczach łzy. I sama starałam się zrozumieć istotę cierpienia, jego wartość czy bezsens. Współczułam Karen, jej córce, obserwowałam przemianę Johna. Zakończenie tej historii okazało się ogromną niespodzianką. Kompletnie się nie spodziewałam takiego obrotu spraw. Książkę gorąco polecam, zwłaszcza rodzicom. Wspaniała historia którą nie sposób zapomnieć.