środa, 30 września 2015

Gorąca zapowiedź - czyli ciąg dalszy wspaniałej serii

Już niedługo, a konkretnie 19 października ukaże się nakładem Wydawnictwa Zysk i Spółka wspaniała książka opowiadająca dalsze losy niezwykle wyjątkowych bohaterów:


Opis Wydawcy:
"Mroczny sekret, od lat skrywany przez Kaydena w końcu wyszedł na jaw. Co gorsza, chłopak stoi w obliczu groźby oskarżenia przed sądem o pobicie. Jedynym sposobem, by mógł oczyścić swoje imię jest zdradzenie przez Callie jej tajemnicy. Ale Kayden nigdy jej o to nie poprosi. Zamiast tego zrobi wszystko, co w jego mocy, by ją chronić. Nawet jeśli oznacza to opuszczenie przez niego jedynej dziewczyny, którą kiedykolwiek pokochał.
 
Callie wie, że Kayden pogrąża się w ciemności i rozpaczliwie pragnie go ocalić. Lecz uda jej się to jedynie wtedy, gdy stawi czoła swojemu największemu lękowi i wyzna wszystkim własne bolesne tajemnice. Pomysł przerwania milczenia wzbudza u niej trwogę, ale nie tak wielką, jak myśl o utracie Kaydena."


Myślę, że kto czytał pierwszy tom bez wahania sięgnie po ten drugi. Ja już jestem po jego lekturze, moja recenzja ukaże się oczywiście na moim blogu. Zdradzę jedynie, że tom drugi jest jeszcze lepszy niż pierwszy. Kto nie czytał niech nadrabia zaległości.

sobota, 26 września 2015

Liane Moriarty "Wielkie kłamstewka"


Wydawnictwo Prószyński i S-ka
data wydania 22 września 2015
stron 496
ISBN 978-83-8069-067-7

W pajęczynie kłamstw i kłamstewek

Kłamstwo ma krótkie nogi. A jednak kłamiemy! Czasem jak najęci. Brniemy w bagno kłamstwa w imię wygody, pewnych zasad, niejasno sprecyzowanych celów. Niekiedy w pewnym momencie widzimy, że to nie tędy droga i mamy dość łgania, ale ... Kłamstwo bywa jak narkotyk i trudno się go pozbyć. Trudno wejść na drogę prawdy. Wtedy w naszym życiu zaczynają się schody, wyrastają kłody pod nogami i zwyczajnie się gubimy...
Do serii Kobiety to czytają! mam słabość, jestem jej zagorzałą wielbicielką i staram się nie omijać wydawanych w jej ramach pozycji. Czytając opis powieści Moriarty miałam jednak pewne obiekcje. Nie byłam do końca przekonana czy odnajdę się w świcie mam kilkuletnich dzieci, które tworzą dość specyficzną grupę mającą swoje priorytety. Książka wciągnęła mnie jednak od samego początku i to dość mocno. Chłonęłam losy przedstawionych kobiet i z każdą przeczytaną stroną moja sympatia wobec nich rosła, a one stawały mi się bliskie i znajome.


Madeline, Jane i Celeste są różne i takie same zarazem. Czy są szczęśliwe? Nie, choć niektórzy mogą myśleć, że ich życie jest pełne blasku i promieni szczęścia. Pozory jak zwykle mylą, a każda z kobiet boryka się z problemami i traumami.
Madeline ma drugiego męża, nastoletnią córkę z pierwszym i dość spory bagaż różnych przeżyć. Z kolejną żoną byłego męża musi się spotykać, bo ich córki chodzą do jednej szkoły. Te relacje niby są poprawne, ale czy takie naprawdę mogą być? Czy przeszłość mniej lub bardziej nie zgrzyta, a pewne rzeczy są robione na pokaz?
Jane samotnie wychowuje synka. Jest on owocem jednorazowej przygody, a zarazem jego poczęcie nie kojarzy się Jane przyjemnie i miło. Bo wcale tak nie było. Czy ta skromna kobieta nie chce zemsty na mężczyźnie dla którego była zabawką?
Celeste to na pierwszy rzut oka szczęśliwa mama i żona. Żyje w materialnym dostatku, ma przystojnego i ustabilizowanego zawodowo męża, ale ... Jest pewne ale, pewien sekret, który stanowi rysę na doskonałym związku. I choć drzemie w domowym zaciszu to jednak powoli wychodzi z cienia...


 W tej książce dzieje się wiele, bardzo wiele. Autorka świetnie połączyła kilka wątków, które razem stanowią świetne sidła na umysł czytelnika. Lektura wciąga jak wędrówka po pełnym niespodzianek labiryncie. Obyczaj miesza się z sensacją, emocje buzują, a autorka śmiało porusza trudne i wstydliwe tematy. Pokazuje skutki przemocy w rodzinie, która staje się problemem nie tylko osób z marginesu społecznego. Jest niczym zaraza, która potrafi dosięgnąć każdego. Jej skutki są opłakane i stanowią zagrożenie dla tych, którzy niewiele jeszcze z tragicznej sytuacji rozumieją - dla dzieci.
W książce nawiązano też do problemów małżeńskich, ukazano blaski i cienie samotnego wychowywania dziecka, zdrady. Autorka ciekawie pokazała środowisko rodziców, których łączą dzieci uczęszczające do tej samej szkoły. Choć każdy jest inny, to wspólne sprawy rodzą nowe więzi, jednoczą i dzielą, a zarazem wywołują konflikty i doprowadzają do bliskich i prawdziwych przyjaźni.
Ta powieść to kolejna wspaniała lektura, która doskonale przypadła mi do gustu, zaintrygowała, zaciekawiła. Kolejna ciekawa propozycja idealna na długi jesienny wieczór.

czwartek, 24 września 2015

Włodzimierz Malczewski "Antoś Mrówek i Hania Biedronka"


Wydawnictwo Novae Res
data wydania - wkrótce premiera
stron 64
ISBN 978-83-7942-922-6

Witajcie w Pięknej Bajce

Zdziwił Was tytuł recenzji? Ale tak jest. Dziś chciałabym zaprosić Was do przeczytania tekstu poświęconego wspaniałej książeczce dla najmłodszych. Z niekłamaną przyjemnością napiszę, że w tej lekturze wszystko jest perfekcyjne, dopracowane, dopieszczone. I dodam, że to dokładnie taki typ literatury dziecięcej na jakim ja zostałam wychowana ponad trzydzieści lat temu - bez przemocy, bez cyfryzacji, bez cybernetyki i robotów. W tej bajeczce króluje świat dokładnie taki jaki powinny widzieć maluchy - rzeczywistość zagadkowa, pełna dobra, prostoty a zarazem fascynacji i tego czegoś, co trudno nazwać a co tracimy wraz z wiekiem, z dorastaniem. 
 
I okładka i tytuł są po prostu słodkie i urocze. 
W królestwie mrówek na świat przychodzi dziecko królowej - Antoś. Jego narodziny są bardzo radosnym momentem budzącym euforię i zachwyt. Wszyscy się cieszą i powtarzają radosną nowinę. Antoś jako dziecko pewnego pięknego, jesiennego wieczoru w październiku przeżyje ciekawe wydarzenia. Jakie to już treść lektury. A za jakiś czas nasz bohater pozna dziecko Pani Biedronki - Hanię...
Ta książeczka jest właśnie o przygodach tych dwojga. Od razu dodam, że wielkim atutem tej opowieści są prześliczne, barwne, kolorowe, utrzymane w ciepłych pastelowych tonacjach ilustracje Kamili Stankiewicz. Warto to podkreślić, bo pamiętajcie, że to książka dla najmłodszych, a ta grupa wiekowa lubi nie tylko słuchać czy czytać ale i oglądać. Tekst jest napisany w sposób sprawny i wyważony, w pełni zrozumiały dla dziecięcego adresata. To lektura pogodna, pełna przygody, idealna na czytanie przed snem. Zawiera ona wartości edukacyjne i poznawcze. Rozbudza wyobraźnię, bawi i uczy. Właśnie lektury takie jak ta polecałabym najmłodszym odbiorcom. 
Moja ocena 9/10.


poniedziałek, 21 września 2015

Bartłomiej Trokowicz "Pan Misio"

Wydawnictwo RW2010
data wydania 2015
ISBN 978-83-7949-131-5

Witajcie w pewnym Lesie

Miś - ulubiona pluszowa zabawka tysięcy dzieci tak naprawdę niewiele ma wspólnego z prawdziwym niedźwiedziem żyjącym w lesie. Nie jest on bowiem łagodny, słodki i milutki. W bajkach misie bywają różne - takie jak Kubuś Puchatek i takie bardziej prawdziwe jak w lekturze autorstwa Bartłomieja Trokowicza. Tu, miś określany Panem Misiem mieszka w lesie i jest jego niekwestionowanym królem. Dostojny, władczy jest niczym guru. To do niego zwierzęta przychodzą po radę i pomoc. Jest rozjemcą i autorytetem. 
W tej lekturze czytelnik przenosi się do lasu pełnego różnych zwierząt, ale nie tylko. Ma okazję zobaczyć niejako porównanie świata nam bliskiego ludzkiego i tego leśnego. Przedstawione zwierzęta tworzą społeczność na wzór ludzkiej. Obowiązuje w niej hierarchia, a poszczególni przedstawicie gatunków mają i cechy im typowe i cechy niejako przypisane im przez ludzi.
Opowiedziana historia jest bardzo sympatyczna, idealna dla dzieci od lat pięciu, ale i świetna dla dorosłego czytelnika. Mnie osobiście czytało się ją doskonale i dałam się jej wciągnąć. Leśne perypetie wilków, misia, wiewiórki, lisa, szczura czy myszy bardzo mnie zainteresowały i uległam urokowi jaki ma w sobie ta bajka. 
Kilka dni, bo tyle trwa ta dość krótka historia daje możliwość poznania dziecku życia leśnego ekosystemu, typowych cech przypisanych poszczególnym gatunkom, oraz zależności pomiędzy środowiskiem naturalnym, a tym w którym żyjemy.
Książka napisana jest ciekawie, dynamicznie, efektownie. Akcja toczy się wartko, składa się na nią wiele ciekawych scen. Dialogi to mocny atut pióra Trokowicza. Lektura bawi, uczy, wzrusza, edukuje. Jest pełna ponadczasowych mądrości i prawd. Ukazuje plusy i minusy stosunków między zwierzętami, które odzwierciedlają relacje międzyludzkie. Warto poświęcić jej czas, warto podsunąć ją dziecku. Bardzo spodobały mi się zamieszczone w niej ilustracje autorstwa Dalii Żmudy-Trzebiatowskiej. Lektura w stylu bajek z mojego dzieciństwa, godna rekomendacji i polecenia.

piątek, 18 września 2015

Anna McPartlin "Ostatnie dni Królika"


Wydawnictwo Harper Collins
data wydania 2015
stron 400
ISBN 978-8-276-1472-8

Czy to już naprawdę koniec?

Bieg codziennego zwyczajnego ludzkiego życia zakłócają choroby. Bajka, gdy są przejściowe, trwają krótko i nie pozostawiają po sobie żadnego śladu. Jednak nie wszystkie schorzenia takie są. Są też także choroby, których diagnozy brzmią poważnie, wręcz wrogo. Rak, nowotwór to prawie jak nieodwołany wyrok. Są ludzie, którzy z niego nie wychodzą na prostą. Mają pecha i ta choroba jest tytułem ostatniego tomu ich życia. 
 
 
Na raka zachorowała główna bohaterka powieści Anny McPartlin. Mia Hayes tyle co przekroczyła czterdziestkę, gdy jej domem stało się hospicjum. Trafiła tu po długiej walce w kilku rundach. Niestety lekarze po przerzutach do kości bezradnie rozłożyli ręce i stwierdzili, że już nie mogą pomóc kobiecie zwanej przez jej rodzinę Królikiem. Pierwsza scena powieści to właśnie przekroczenie progu hospicjum do którego Mia trafia w towarzystwie matki. Obie próbują robić dobrą minę do złej gry. Bliscy nie dają za wygraną i wciąż szukają jakiejś nowatorskiej terapii, która dałaby choć cień nadziei na happy end. A sam Królik? Chce walczyć, bo ma dla kogo żyć, bo wie, że jako matka jest niezbędna swojej dwunastoletniej córeczce...

Szczerze, z ręką na sercu miałam wielką ochotę na poznanie tej powieści, ale i ... bardzo bałam się tej lektury. Nie było to ze względu na to, że książka mi się nie spodoba (miałam nosa, że będzie wspaniała co też się sprawdziło), ale lękałam się jak podołam jej emocjonalnie. Jestem potwornym wrażliwcem, wiele spraw biorę sobie do serca zbyt mocno. Czułam, że przy czytaniu będę ryczeć jak bóbr i przygotowałam masę chusteczek. Były bardzo potrzebne, bo naprawdę solidnie się wzruszyłam, ale czyż można inaczej odebrać tak smutną, tragiczną po ludzku historię? 
Pisarka podjęła w swoim dziele bardzo trudny temat. I co najważniejsze zrobiła to wspaniale. Zawiodła czytelnika w świat pełen bólu, żalu, ludzkiej bezsilności, dramatu, rozpaczy. Pokazała tym samym, że dany nam każdy dzień jest czymś niesamowicie cennym, ba bezcennym. I nie można go zmarnować. Trzeba cieszyć się tym, co dostajemy codziennie od losu, bo nigdy nie wiemy, ile tej codzienności, zwyczajnej aczkolwiek pięknej nam jeszcze zostało. Mia bardzo cierpi, ale i wspomina. Analizuje swoje życie i uświadamia sobie, że przeżyła wiele pięknych chwil. Odchodzi, boli ją, że osieroci córkę, ale i uśmiecha się na wspomnienie chwil z młodości. Miała to szczęście, że żyła w cudownej rodzinie. Zwyczajnej, nieidealnej, ale kochającej się mimo wszystko. Królik wspomina swoją niespełnioną miłość, którą przyszło jej utracić. I tym samym uczy jak robić życiowe bilanse i podsumowania - warto, bo pozwalają uchwycić dane nam skarby. 
Akcja książki rozgrywa się w Irlandii. Po dłuższym zastanowieniu myślę, że to bez większego znaczenia. Bo choroba i bezlitosne wyroki bolą wszędzie niezależnie od numeru równoleżnika czy południka. Pisarka opisuje chwile trudne, wyrysowuje uczucia i odczucia swoich bohaterów w sposób wyrazisty i przejrzysty. Nie idealizuje, pokazuje chwile słabości, rozpaczy, wybuchów niekontrolowanej bezsilności. To bardzo ludzkie, choć ktoś może powie, że nieeleganckie. Ale tym samym ta historia wydaje się niezwykle prawdziwa i bardzo realna. Czytając mamy zatem okazję przyjrzeć się ludziom, których los nie oszczędza, boleśnie dotyka i wręcz miażdży. 
Długo bym mogła jeszcze wychwalać walory tej książki, którą w każdym rankingu oceniłabym notą najwyższą. Długo jej nie zapomnę, będę gorąco polecać tym, którzy lubią ambitne lektury obyczajowe. Warta polecenia, godna przeczytania, przemyślenia. Książka, która pozostawia w czytelniczym sercu trwały ślad. Wybitna lektura zasługująca na miano księgarskiego hitu.

środa, 16 września 2015

Jan Wróbel, Ewa Wróbel "Polak potrafi, Polka też..."


Wydawnictwo Znak Horyzont
data wydania 2015
stron 240
ISBN 98-83-240-3056-9

Cudzych chwalicie, a swoich znacie?

Historia i ta współczesna i ta dawniejsza i starożytna byłaby pasją i hobby większej ilości młodych ludzi, gdyby bardziej nią ich zainteresowano. Napisano ciekawsze podręczniki, urozmaicono ich formę, zdecydowano się może na niestandardowy przekaz, wprowadzono do nauki elementy przesiąknięte nowymi technologiami. Gdyby skupiono się na szczególikach, ciekawostkach, a historycznych bohaterów potraktowano jak ludzi mających nie tylko zalety, ale i wady pewnie więcej osób zainteresowałaby przeszłość. 
 
Na oryginalny pomysł pisania o dziejach przeszłych wpadło pewne małżeństwo - Państwo Wróblowie - Ewa i Jan, którzy edukują młodzież w jednym ze stołecznych liceów. Seria Historia Polski 2.0 podbiła serca wielu czytelników, w tym i moje. Nie przeczytałam tomu pierwszego, ale właśnie skończyłam lekturę tomu drugiego, który opowiada o sławnych Polkach i Polakach żyjących współcześnie oraz tych którzy już nie żyją. Przez książkę przewija się korowód barwnych, mniej lub bardziej znanych postaci, który wniosły spory wkład w rozsławienie Polski w Europie i na świecie. Niektóre osobistości - może i wstyd się przyznać- nie były mi znane. 
 
Publikację pochłonęłam od deski do deski w jedno popołudnie. Momentalnie, od samego początku przypadła mi do gustu forma tej książki i sposób przekazywania informacji oraz faktów. 
Jest dynamicznie, spontanicznie, kolorowo. Jest ciekawie i nieszablonowo. Na ponad dwustu stronach roi się od życiorysów osobistości, które wiele w życiu osiągnęły, zyskały sławę, ale i w pewien sposób wpłynęły na bieg wydarzeń odnotowywanych w historycznych kronikach. Książka to zwyczajny tekst, rysunki, komiksy, przekaz właściwy forom internetowym i portalom społecznościowym. Nie ma tu długich opisów, statystycznych wyliczanek, żmudnego steku słów trudnych do zrozumienia przeciętnemu zjadaczowi chleba. To sprawia, że lektura jest łatwa w odbiorze, przyjemna, a przekazane informacje łatwo zapamiętać. Jestem pewna, że każdy czytelnik wśród zaprezentowanego grona bohaterów znajdzie kilka sylwetek, które mu zaimponują, zaciekawią go na tyle, iż sięgnie głębiej w świat historii by je poznać. 
Dobór bohaterów jest bardzo urozmaicony. Wiadomości umiejętnie wyselekcjonowane i przekazane w świetny sposób sprawią, że ta książka bez trudu trafi do młodego odbiorcy, którego guru jest internet i nowoczesne technologie. 
Stałam się zagorzałą fanką tej serii, której kolejny tom ukaże się w styczniu 2016 roku. Gorąco polecam lekturę tym, którzy nie połknęli jeszcze bakcyla historii, ale i tym, którzy poznali ją z innej strony niż ta na którą postawili Autorzy przedstawionej powyżej publikacji. 
Konkluzja - My, Polacy to naród zdolny i wyjątkowy, który nie ma powodu do kompleksów. Wielu naszych Rodaków to prawdziwe Asy Historii. Bez nas świat nie wyglądał by tak, jak prezentuje się dziś.


niedziela, 13 września 2015

Janis Heaphy Durham "Ślad na lustrze"


Wydawnictwo Literackie
data premiery 23 września 2015
stron 300
ISBN 978-83-0806-012-4

Znaki zza grobu

Śmierć czeka każdego z nas. I co dalej? Czy jest dalej, a może jednak to definitywny koniec? Nie ma chyba dorosłego człowieka na ziemi, który by się nie zastanawiał nad tą kwestią choć raz w życiu. Jednia sądzą, że po prostu zasną na wieki, inni wierzą według swojej religii czy przekonań, że przejdą do lepszego świata lub zaczną nowe życie w innej skórze. Jak jest naprawdę? Wszyscy się tego dowiemy w odpowiednim czasie, ale najpierw musimy umrzeć. Ale czy stamtąd możemy jeszcze zerknąć do dawnego życia, mieć jakiś kontakt z przeszłością, z osobami, które zostały żywe w sensie ziemskim?
Otóż są ludzie, które dają temu świadectwo i potwierdzają znaki wysłane przez bliskich im zmarłych. O tej właśnie kwestii opowiada w swojej książce Janis Durham - Amerykanka, publicystka , dziennikarka, szefowa wpływowej i poczytnej gazety. Osoba cechująca się inteligencją, twardo stąpająca po ziemi, która utraciła kochanego męża. Max Besler umarł w wieku zaledwie 56 lat na raka. Bardzo kochał swoją żonę z którą był zaledwie kilka lat. Nim odszedł złożył obietnice, że mimo rozłąki miłość się nie skończy, a on sam będzie obecny w jakimś wymiarze w życiu Janis. I słowa dotrzymał. Po pogrzebie wdowa zaczęła obserwować pewne zdarzenia. To, co zdarzyło się dokładnie rok po zgonie Maxa potwierdziło, że świat realny i pozagrobowy mają pewne styczne punkty. Na lustrze ukazał się ślad męskiej dłoni - odcisk przypominający zdjęcie rentgenowskie. Był to jeden z wielu znaków...
Biorąc do ręki tę książkę byłam po pierwsze bardzo ciekawa i zaintrygowana, ale i ... tak zwyczajnie po ludzku bałam się. Bałam się nie tak jak podczas oglądania filmu z dreszczykiem, ale bałam się by ... i swoim życiu nie odkryć, nie dopasować pewnych znaków z zza światów. To nie była łatwa lektura, chwilami czułam, że muszę ją na jakiś czas, na kilka godzin porzucić, by opanować nadmiar myśli, refleksji, emocji. Być może jest tu winna moja ekspresyjna natura, ale i tematyka też nie jest łatwa. I co zdziwiło mnie najbardziej nie miałam żadnych, ale to żadnych wątpliwości, że autorka pisze tylko i wyłącznie prawdę, nie koloryzuje, nie dodaje czegoś od siebie, nie upiększa, nie nakręca atmosfery. To, co działo się wokół Janis było dla niej na pewno zaskoczeniem, ale i ona sama podążyła nie bojąc się do czego doprowadzi ją jej własne "śledztwo". Wielu ludzi od tematu śmierci, odchodzenia odchodzi, unika go, boi się i zwyczajne zamiata kwestię pod dywan. Niemniej jednak każdemu z nas przychodzi się z tą problematyką zmierzyć. Dosięga nas żałoba, ból, tęsknota. Często z zaskoczenia i nagle. I właśnie po to, by wtedy było nam łatwiej w takich chwilach warto wpleść tę pozycję do naszego czytelniczego terminarza.

Myślę, że autorce nie było łatwo całkowicie się otworzyć, spisać swoje najbardziej osobiste, intymne przeżycia. A jednak miała odwagę to zrobić. I jestem jej za to bardzo wdzięczna , że zrobiła to mimo skazania się na ludzkie osądy nie zawsze z pewnością przychylne. Swoją lekturą Durham dowodzi, że świat paranormalny możemy negować, krytykować, szydzić z niego, ale on i tak jest. Ukryty, tajemniczy, ale jest. Myślę, że wielu osobom ta książka pomoże się uporać z trudnymi chwilami żalu i żałoby, że będzie w tym okresie niezastąpionym przewodnikiem.
To naprawdę wymagająca pozycja i wcale nie było mi łatwo przez nią przejść. Ale dobrze, że ją poznałam. Inaczej patrzę na życie i ... na śmierć. Z większą wiarą i nadzieją, że istnieje "dalej". Bo śmierć na pewno nie jest końcem. A w przysiędze małżeńskiej powiedziała bym inaczej - "...że nie opuszczę Cię już NIGDY..." a nie "...do śmierci". 

piątek, 11 września 2015

Katarzyna Woźniczka "We dwoje"


Wydawnictwo Prószyński i S-ka
data wydania 2015
stron 368
ISBN 978-83-8069-034-9

Życie to najbardziej pomysłowy scenarzysta 

Mamy swoje plany, marzenia i oczekiwania. Dążymy do ich spełnienia i realizacji. Wszystko toczy się zaplanowanym rytmem i nagle... krach, trach i już nic nie jest takie samo. Wystarczy chwila, by nasz świat runął w gruzach, a wszystko zaczęło układać się inaczej niż miało być. Tak jest wtedy, gdy z cienia wyłania się inny scenarzysta i to on jest tym,który pociąga za wszystkie sznurki, a nie my. Kim jest ów scenarzysta? To życie, samo życie...

Karolina i Krzysztof Tyrolscy to bardzo sympatyczne małżeństwo. Szczęśliwe i zakochane w sobie po uszy. Wiele już mają. Nie muszą martwić się o pracę, są ustabilizowani finansowo. Do szczęścia brakuje im tylko dziecka. Para jest dobrej myśli. Oboje małżonkowie są przekonani, że zostanie rodzicami to tylko kwestia czasu. I dokładnie tak się dzieje, tylko... Tylko Ten Dzień, ten wyczekany dzień niesie w sobie radość, ale i gorycz, łzy i tragedię. A przecież nie tak miało być, zupełnie nie tak...

Książka Karoliny Woźniczki to wspaniała powieść z kręgu książek obyczajowych, która mile mnie zaskoczyła. In plus. Z każdą stroną byłam nią coraz bardziej zauroczona. I ciągle, w niektórych momentach prawie bez przerwy czytając głośno komentowałam książkowe wydarzenia, a jedną z bohaterek miałam ochotę rozszarpać na strzępy. Drugą sadzałam na tronie Królowej Anielskiej Cierpliwości i zastanawiałam się skąd u niej takie pokłady spokoju, opanowania i cierpliwości. Wreszcie miarka się przebrała, a ja odetchnęłam z ulgą. 
W fabule powieści dość sporo się dzieje, ale ja w trakcie lektury właściwie głównie skupiłam się nie na wątku uczuciowym, ale na pewnej relacji pomiędzy synową a teściową. Obie reprezentują biały i czarny charakter. Ba, książkowa teściowa to kobieta z piekła rodem, którą ja nie trawiłam przez całą powieść. Świetnie wykreowana teściówka przytłoczyła chwilami skutecznie w moim odczuciu inne postacie i stała się symbolem zła, nietaktu, egoizmu, samolubstwa. 
Lektura wywołała u mnie sporo emocji, wypieki na policzkach i zaangażowała z łatwością całkowicie moją uwagę. To książka uświadamiająca, że szczęście to tylko chwile i że nic ani nikt nie jest nam dany na zawsze. To książka wzruszająca i smutna, ukazująca zwyczajne życie dokładnie takie, jakim ono bywa. Pokazująca życie w całej krasie - jego blaski i cienie. To książka o utracie, o tęsknocie i miłości. I o budowaniu swego świata od nowa. O cudzie macierzyństwa i o tym jakiego ono jest w stanie dać nam kopa energii, siły i werwy. To historia jaka zdarza się niestety naprawdę, ale i lektura o tym, że życie jest zbyt krótkie by umierać i grzebać się gdy ono trwa.  Nie jest to wbrew przewidywaniom (dzięki okładce i tytułowi) słodki romans, ale książka o traceniu miłości i jej odradzaniu się. Nad tą lekturą, może na pozór dość przewidywalną warto się zastanowić, warto przemyśleć jej treść. Jest w niej coś głębiej ukrytego, co nie musimy dostrzec na pierwszy rzut oka. Gdybym miała już coś skrytykować to wolałabym, by zakończenie było bardziej przejrzyste, domówione, wyjaśniające "kawa na ławę" jak ta historia się skończyła. Dodam, że wykreowany przez Autorkę koniec nie jest wcale zły. Czy to historia z happy endem? Nie potrafię określić, być może będzie kontynuacja tej lektury? Chciałabym tego.

poniedziałek, 7 września 2015

Dorota Schrammek "Horyzonty uczuć"

Wydawnictwo Szara Godzina 
data wydania 2015
stron 240
ISBN 978-83-64312-58-8

Z nie każdej czarnej chmury pada deszcz

Jedną z metod przegonienia złego nastroju i smutku jest lektura dobrej, pogodnej powieści, która bywa idealną bronią na chandrę. Zbliża się jesień i w związku z pluchami i słotami oraz brakiem słońca takie książki będą mi szczególnie potrzebne. Właśnie jestem po lekturze pozycji w tym typie i z przyjemnością polecę ją innym. Mowa o drugiej powieści Doroty Schrammek, którą wydała Szara Godzina. To książka w typowo wakacyjnym nastroju, której akcja rozgrywa się w nadmorskim kurorcie, a konkretnie w rodzinnej miejscowości Doroty Schrammek - w Pobierowie.
 To właśnie tam swój niewielki pensjonat prowadzi Matylda - kobieta mająca dorosłego syna i spory bagaż doświadczeń. Także trudne małżeństwo za sobą. Mimo wielu ciężkich i smutnych przeżyć nie jest ona jednak pesymistką, która ciągle na coś narzeka ani smutną osobą. Ma w sobie wiele werwy i pomysłów na życie. U progu lata w jej progach zjawia się kilka wyjątkowych osób. Z Wrocławia przyjeżdża syn z małżonką, zjawia się też u cioci Iwona z córeczką, pokój rezerwuje też Aldona i tajemniczy mężczyzna wraz z wnuczkiem oraz Zoja, która zjawia się nad morzem by w czasie urlopu dorobić do skromnej pensji. Każda z tych postaci ma w swoim życiu problemy, dylematy jak postąpić, jaką drogę wybrać na przyszłość. Autorka do korowodu postaci, które przyjechały dorzuca jeszcze sylwetki osób na stałe mieszkających w Pobierowie. Efektem jest naprawdę barwna i wyjątkowa plejada postaci z których jednak żadna nie jest tą główną w tej książce. Na pierwszym planie stoi więc wiele ciekawych bohaterów, których losy dzięki nadmorskiej miejscowości się zbiegają i łączą. Każdy tu jest inny i oryginalny. Aldona zmaga się z chorobą i jej skutkami, Iwona po małżeńskich nieporozumieniach próbuje dojść do siebie, Ryszard mimo niezależnych od niego trudności chce by kilkuletni Antoś spędził beztroskie chwile na plaży, Zoja liczy, że choć troszkę podreperuje domowy budżet. Dorota i Piotr przeżywający małżeński kryzys szukają skutecznego sposobu na jego zakończenie. 
Czy ten krótki czas jaki spędzą nad Bałtykiem odmieni ich życie? 

Nie chcą być autorką spojlera, więc nie zdradzę nic więcej z treści lektury, a skupię się na moich odczuciach i ocenie. Otóż jest to naprawdę ciepła, przyjemna i lekka książka. Jej akcja rozgrywa się w nadmorskiej miejscowości, która ożywa na czas letniej kanikuły. Autorce doskonale udało się oddać klimat tego miejsca. Zagłębiając się w lekturę miałam przed oczami plażę, morze, piasek, słyszałam szum fal i mew. I choć nie było w książce zbyt długich opisów, to moja wyobraźnia szybko odmalowała tło. Wyjątkowy klimat miejsca akcji ubarwniły przeżycia ludzi, którzy tam zawitali. Wakacje dały im pewną lekcję życia, pozwoliły zajrzeć do swego wnętrza i podjąć ważne decyzje, odnaleźć siebie i sprecyzować swoje plany. Nie obyło się bez wzruszeń, łez, ale i humorystycznych sytuacji. Czytelnik każdą z postaci poznał stopniowo. Z każdą kartą coraz bardziej dogłębnie i szczegółowo. I w końcu wyłonił się pejzaż dość skomplikowanych osobowości, z których oczywiście jedne polubiłam bardzo inne raczej mniej. Ale trzeba przyznać, że każdy portret jest inny, oryginalny i dopracowany. Każdy ma swoje troski i lęki, marzenia i dążenia. I nie są one jakieś wyjątkowe czy niespotykane. W każdej postaci możemy odnaleźć coś z siebie, coś ze swojego świata. 
Książka urzekła mnie od początku, spodobała się od pierwszej strony. Była przyjemna w odbiorze, a zarazem nieprzesłodzona, choć z przewidywalnym końcem. Nie czułam się czytaniem znużona, zniechęcona. Dałam się oderwać tej książce od swojej codzienności, przeniosłam się nad Bałtyk, by wczuć się w życie innych. Nie mogę odradzić tej lektury tym, co szukają książki relaksującej i ciepłej, niosącej nadzieje, że w życiu wiele spraw może skończyć się happy endem, a marzenia mogą się spełnić z nawiązką. Idealna pozycja do czytania nie tylko na plaży i nie tylko nad morzem.

środa, 2 września 2015

Graeme Cameron "Zwykły człowiek"


Wydawnictwo Harper Collins
data wydania sierpień 2015
stron 288
ISBN 978-83-276-1460-5

Seryjnego mordercy portret własny

Istnieje taka teza, że każdy z nas jest potencjalnym zabójcą. Każdy człowiek może zabić drugiego w ramach obrony koniecznej, ratowania własnego życia czy życia swoich bliskich. Zabijają też żołnierze na wojnie, bo taki mają rozkaz. Choć wielokrotnie zastanawiałam się na tym, czy ja mogłabym zabić nigdy nie doszłam do konkretnej odpowiedzi. Wiem jedno, że nikt normalny nie ma z zabijania radości, nikt oprócz psychopatycznego mordercy. 
No właśnie, to jakim człowiekiem jest ten, co zabija dla zabawy, dla rozrywki, dla przyjemności?  Czy to ktoś naznaczony i widać to gołym okiem, czy to może ktoś całkiem normalnie wyglądający kogo byśmy w życiu nie posądzili o dokonanie morderczych czynów?
Portretu mordercy szukałam w książce "Zwykły człowiek". Liczyłam, że lektura wiele w tym temacie wniesie w mój umysł. Nastawiłam się na mocny kryminał, no bo skoro rekomenduje go Lee Child to jaki ma być? Niestety, książka okazała się całkiem inna niż oczekiwałam. Nie jest ona zła, ale daleko jej do doskonałości. I nie jest dynamicznym kryminałem z wartką akcją lecz bardziej powieścią psychologiczną w której wprawdzie są i stróże prawa i zabójca, ale ... czegoś właściwego idealnej sensacji brakuje. 
Narratorem jest człowiek, który wydaje się całkiem zwyczajny. Młody i miły, przeciętny, niczym nie wyróżniający się. Ale ma on drugie oblicze, mroczne i mrożące krew w żyłach. Jest kimś, kto lubi dręczyć, męczyć i zabijać, kto kocha widzieć strach w oczach swoich ofiar. Nie ma sumienia, nie czuje litości, nie współczuje. Jego sumienie jest martwe. Nie ma w sobie uczuć właściwych ludzkiej naturze i nie określiłabym go mianem człowieka lecz bestii. 
To była bardzo trudna lektura. Ba spore wyzwanie dla mojej subtelnej jakby nie było osobowości. Czułam lęk i przerażenie, nie mogłam czytać tej książki dłużej niż 15 minut. 
Z pewnością jest to lektura oryginalna, wyróżniająca się z grona publikacji gatunku jaki reprezentuje. Nie było mi łatwo przez tę powieść przejść, ale i nie czułam emocji - napięcia co dalej. Bo wciąż był człowiek mylnie nazwany człowiekiem. Był potwór w ludzkiej skórze i jego opowieść o czynach niecnych. Nie twierdzę, że ta książka jest zła, z pewnością jest ona dla ludzi o mocnych nerwach, nie radziłabym ją czytać przed snem do poduszki. Mnie "Zwykły człowiek" nie oczarował, ale to nie znaczy, że nie może on być waszym strzałem w dziesiątkę.

Książka sierpnia 2015 - "Wbrew sobie" Katarzyny Kołczewskiej

czwartek, 27 sierpnia 2015

Arleta Tylewicz "Szczęście do poprawki"


Wydawnictwo Prószyński i S-ka
data wydania sierpień 2015
stron 408
ISBN 978-83-8069-055-4

Warto zacząć od nowa!

Zdrada zawsze boli. Zdrada jest śmiertelnym wrogiem miłości. Zdrada nigdy nie służy związkowi, rujnuje go i niszczy. Bywa gwoździem do trumny nawet najgorętszego uczucia i jest prostą ścieżką do rozstania. I tak to już w życiu bywa, że żona dowiaduje się często jako ostatnia. Czasem mąż kaja się i zaklina, że już więcej nie zejdzie na drogę wiarołomstwa, że nie kocha tej drugiej, że to tylko nic nie znaczący seks. Rzadko zdarza się, że małżonek nie wstydzi się podwójnego życia i nie ma zamiaru z niego rezygnować.
Jagoda to na pierwszy rzut oka zwyczajna kobieta. Autorka artykułów prasowych, żona i strażniczka domowego ogniska. Mężatka, która niestety podzieliła los zdradzanych żon. Żon, które oczywiście nie mają zielonego pojęcia, że ich druga połowa prowadzi podwójne życie, ma kogoś za jej plecami i nie jest to wcale taki przelotny romans. I nie jest to jedyna zdrada. O fakcie niewierności męża dowiaduje się oczywiście przypadkiem, a ten przyciśnięty do muru poraża ją kolejnym gromem. Leszek nie widzi w całej sytuacji nic niepokojącego, nic dramatycznego, ba oświadcza, że z kochanką nie zerwie. Jagoda za namową przyjaciółki wyjeżdża nie zdradzając miejsca swego pobytu. Wie, że musi uporządkować jakoś swoje życie i podjąć kluczowe decyzje dotyczące związku. Wyjazd na prowincję zmienia jej życie i jest początkiem czegoś nowego, ale ona o tym jeszcze nie wie.
Powieść „Szczęście do poprawki" to coś więcej niż tylko babskie czytadło. To książka ukazująca siłę kobiety, która zdradzona i oszukana umie podnieść się, otrząsnąć z niepowodzeń, wyciągnąć wnioski ze swoich błędów i zacząć od nowa. Zawalczyć o swoje szczęście, zmienić skórę i z nieszczęśliwej żony stać się niezależną osobą, która na pierwszym miejscu stawia dobro swoje i istoty dla niej najważniejszej. Popatrzenie na swoje życie z boku daje jej siłę i jasność umysłu, pozwala na uodpornienie, eliminację toksyn, które przez pewien czas skutecznie zatruwały jej życie. Odradza się niczym feniks z popiołów, łapie wiatr w żagle a swoim postępowaniem daje przykład, że jak się naprawdę chce, to można zacząć wszystko od nowa. Chciałabym, pewnie podobnie jak autorka, by ta książka trafiła w ręce kobiet będących w podobnej sytuacji jak Jagoda, gdy wali im się świat, gdy wydaje się, że już zawsze będzie źle. Myślę, że byłaby ona idealnym katalizatorem, perfekcyjnym bodźcem do działania, do przegonienia apatii i do powiedzenia smutkom „żegnajcie".
To książka o miłości i sile przyjaźni, o walce o szczęście. Nie brak jej realizmu, za to nie ma w sobie słodkości. I potwierdza ona prawdę, że marzenia nawet te skryte mogą się spełnić. Czasem trzeba nad tym ciężko popracować, ale efekt warty jest wysiłku.
Książkę czytało mi się bardzo przyjemnie, uważam ją za świetny debiut i przepustkę do literackiego świata. Myślę, że jej autorka napisze więcej takich powieści z przesłaniem, które będą niosły w sobie moc pozytywnej energii i dobrych fluidów.


wtorek, 25 sierpnia 2015

Carol Cassella "Złączeni"


Wydawnictwo Prószyński i S-ka 
data wydania 2015
stron 416
ISBN 978-83-8069-056-1

Wszyscy jesteśmy bogami swoich światów


Lekarze to osoby, na których drzemie olbrzymia odpowiedzialność. Z jednej strony zgodnie z przysięgą jaką składają mają zrobić wszystko, co w ich mocy, by ocalić i chronić ludzkie życie, a z drugiej w ich pracy pojawiają się dni, kiedy przychodzi im decydować czy ktoś wspomagany maszynami ma jeszcze żyć, ma mieć szanse na poprawę zdrowia lub cud czy ma już przejść do innego wymiaru. Lekarze wskutek takich zdarzeń dźwigają olbrzymie brzemię i czasem trudno im z tym funkcjonować. Losem swojej pacjentki bardzo przejmuje się Charlotte pracująca w szpitalu Beacon, bohaterka najnowszej powieści Carol Cassella, która właśnie trafiła do księgarń. Jeśli chcecie poznać jej historię zapraszam do lektury publikacji wydanej w ramach serii „Kobiety to czytają”. Jeśli zagłębicie się w jej fabułę czeka Was lawina emocji i naprawdę sporo doznań.
Pewnego dnia do szpitala w Seattle trafia pacjentka w bardzo ciężkim stanie. Kobieta w średnim wieku jest anonimową ofiarą wypadku samochodowego. Ktoś ją potrącił i zbiegł z miejsca zdarzenia nie udzielając pomocy. Na szczęście pomoc medyczna dotarła i przewieziono ją na operację. Niestety po zabiegu wystąpiły powikłania i stan zdrowia N.N. się pogorszył. Ofiara wypadku trafiła pod skrzydła wrażliwej lekarki, która przejęła się od samego początku jej losem. Charlotte nie wiedziała, że ta zawodowa relacja przeniesie się też na grunt prywatny. Nie miała pojęcia, że losy jej i tajemniczej pacjentki splotą się nierozerwalnie...
Bardzo lubię książki z medycyną w tle i zapewne dlatego sięgnęłam po „Złączonych”. Spodziewałam się emocji, dostałam ich dużo więcej niż potrafiłam sobie wyobrazić. Spodziewałam się książki poruszającej trudne kwestie, zostałam zaskoczona, że na tak niewielkiej liczbie stron można zawrzeć ich taki ogrom. Przewidywałam, że się wzruszę, płakałam rzewnymi łzami, pytając dlaczego jedni mają w życiu fart, a innym nie przestaje wiać wiatr w oczy. I bardzo współczułam bezbronnej kobiecie, która leżała spokojnie na szpitalnym łóżku otoczona ludźmi w białych kitlach, którzy musieli zdecydować o jej być lub nie być. Ta książka zrobiła na mnie naprawdę olbrzymie wrażenie. Nie była łatwą lekturą, chwilami czytało mi się ciężko i mozolnie. Fragmenty smutne przeplatały się z tymi bardziej pogodnymi i w tej chwili trudno mi określić, które bardziej przyciągały mnie do lektury.
Rekomendując „Złączonych” dodam, że to książka niekonwencjonalna i naprawdę wyjątkowa. Niesztampowa i wymagająca całkowitego skupienia nad jej treścią. Akcja w niej nie rozgrywa się chronologicznie, autorka przenosi nas w dwóch przestrzeniach czasowych czym jeszcze bardziej potęguje nasze zainteresowanie. Przeczytanie „Złączonych” pozwala nam na zrozumienie specyfiki pracy lekarzy i na refleksję nad cienkością granicy między życiem a śmiercią.
Ta książka to opowieść o miłości i odpowiedzialności, o przyjaźni i potrzebie bycia samarytaninem wobec innych, których los postawił na naszej drodze. To lektura z bardzo dynamiczną i skomplikowaną, naszpikowaną tajemnicami fabułą, która przyciąga jak narkotyk. Nie wierzę, by ktoś, kto ją przeczytał pozostał wobec jej treści obojętnym.


sobota, 22 sierpnia 2015

Marcin Wilk "Tyle słońca. Anna Jantar. Biografia"


Wydawnictwo Znak
data wydania 2015
stron 400
ISBN 978-83-2403-399-7

Dziewczyna utkana z paradoksów

Pojawiła się na polskiej scenie muzycznej niczym promień słońca. Była radosna, ambitna, uzdolniona i pracowita. Te cechy wydały swoje owoce w postaci ogromnej popularności i sławy. Uznania i nagród. Niezliczonych godzin braw w Polsce, Europie i za Oceanem. Miała i nadal ma swoich wiernych fanów, a jej piosenki wciąż są śpiewane przez innych wykonawców. Przebojów, które nuciła cała Polska byłoby więcej gdyby Anna Jantar nie wracała z amerykańskiego tournée feralnym lotem, gdyby nie wsiadła do samolotu, który nie wylądował na Okęciu a rozbił się niecały kilometr od pasa, na którym miał się bezpiecznie zatrzymać. Jaka tak naprawdę była Anna Jantar? Odpowiedzi na to pytanie szukałam w książce Marcina Wilka, który podjął się próby napisania opowieści o wyjątkowej piosenkarce, matce, żonie i córce. Jak mu wyszło to zadanie? W miarę dobrze, ale po lekturze czuję lekki niedosyt.
Książka jest dość obszerna, opatrzona wieloma czarno-białymi fotografiami z życia mamy Natalii Kukulskiej. Są fotki z lat dzieciństwa i z młodości oraz życia dorosłego i zawodowego. Autor snuje opowieść rozpoczynając ją od przybliżenia przodków swojej bohaterki. Przez całą książkę skupia się jednak głównie na życiu zawodowym. Pokazuje sympatyczną młodą dziewczynę i kobietę przez jej wyjątkowy głos i talent. Snuje wspomnienia opierając się na słowach wypowiedzianych o Jantar przez jej bliskich, znajomych i kolegów po fachu. Bardzo często, moim zdaniem odrobinę za często, przytacza fragmenty wcześniej wydanych publikacji o tej gwieździe. Ze słów, ze wspomnień, z przywołanych pamięcią zdarzeń wyłania się portret kobiety, która była niezwykła, pełna przeciwstawności, która miała niejedno oblicze. Była bardzo utalentowana, miała wyjątkowy i ciepły głos, który jest niczym miód. Mimo talentu nie spoczęła na laurach, chciała dalej się rozwijać, doskonalić, smakować czegoś nowego, rozszerzać swój repertuar. Była wspaniałą mamą, a żoną? Tu już autor pisze oszczędnie, z dystansem. Jakby za woalem. Jakby bał się zbyt mono wejść w prywatność Anny Jantar. Szczegółowo przedstawia osiągnięcia zawodowe, kolejne krążki, występy estradowe, festiwalowe. Uchyla rąbka tajemnicy jak wyglądało życie muzycznych sław w okresie lat 60. i 70.
Marcin Wilk pisze o Jantar w samych superlatywach. Z jego słów wyłania się istota perfekcyjna, kryształowa, bez żadnych wad, a tym samym nierealna, bo takich ludzi nie ma. W polskiej świadomości funkcjonuje zwyczaj, że o zmarłych źle wypowiadać się nie wypada. Czyżby tym właśnie pokierował się autor i nie chciał niczym zbrukać wizerunku wokalistki? Dokładnie to mnie w książce nieco rozczarowało, a tym samym zbudowało mur niewiary w nakreślony piórem portret piosenkarki, którą bardzo lubiłam od dziecka i nadal doceniam jako dorosła kobieta. Po lekturze wiem o wiele więcej niż przed przeczytaniem tej publikacji, ale czuję, że to za mało, że temat nie został do końca wyczerpany, że brakuje autentycznego przekazu na jaki się nastawiłam.
Książka jest napisana sprawnie, czytelnym językiem, z zachowaniem chronologii i proporcji właściwej temu gatunkowi. Ale brakuje się tego czegoś, czym w potrawach są przyprawy. Brakuje jej soli życia, anegdotek, ciekawostek. Reasumując nie jest to zła lektura aczkolwiek ma pewne niedociągnięcia. Mimo to miłośnikom talentu wykonawczyni „Nic nie może przecież wiecznie trwać”, fanom polskiej piosenki i ciekawym życia w PRL-u polecam i rekomenduję.

czwartek, 20 sierpnia 2015

Katarzyna Kołczewska "Wbrew sobie"



Wydawnictwo Prószyński i S-ka
data wydania 2015
stron 760
ISBN 978-83-8069-017-2

W morzu kłopotów

Jak łatwo w życiu się pogubić! Jak łatwo stracić grunt pod nogami! Jak łatwo nie docenić tego, co się ma! Życie to często gąszcz pułapek, konieczność niełatwych sytuacji, które niekiedy wydają się bez wyjścia. W dżungli życia bardzo łatwo zgubić tę właściwą ścieżkę, utracić swoją tożsamość, zapędzić się w ślepą uliczkę z której trudno zawrócić. I jakże łatwo się zgubić, a jakże trudno jest wrócić na prostą. 

O życiowych zawirowaniach pewnej kobiety i jej rodziny w bardzo piękny i dojrzały sposób napisała w swojej najnowszej książce Katarzyna Kołczewska, autorka, która w swoje fabuły lubi wplatać trudne i kontrowersyjne tematy, która nie boi się zagadnień tabu. 
Ewelina ma w życiu prawie wszystko. Mieszkanie, pieniądze, ciekawy fach w ręku - jest chirurgiem i ma wspaniałego, kochającego męża. Co jej brakuje do szczęścia? Dziecka! Ale i ono wreszcie zamieszkało pod jej sercem po latach starań i leczenia. I nagle radość zastępuje żałoba i rozpacz. Na standardowej wizycie okazuje się, że płód nie żyje, że serce dziecka już nie bije. Przyszłą mamę czeka poród martwego dzieciątka. To olbrzymie nieszczęście powoduje, że Ewelina topi się w oceanie rozpaczy. Nawet po roku nie jest w stanie się pozbierać. Wciąż żyje bólem i żalem, które przesłaniają jej cały świat, także jej małżeństwo, które zaczyna wisieć na włosku...
"Wbrew sobie" to książka doskonała. Wiem, że to bardzo mocne i zobowiązujące stwierdzenie, ale piszę je w zgodzie z własnym gustem i sumieniem oraz całą odpowiedzialnością. Po tę powieść sięgnęłam dzięki rekomendacji innej blogerki. Od samego początku wręcz zachłysnęłam się fabułą i z łatwością zagłębiłam się w losach Eweliny. Myślałam, że będzie to książka głównie o niej, ale szybko zostałam mile zaskoczona wejściem na pierwszy plan innych postaci. Każda z nich była w jakiś sposób z żoną Adama związana. Każda z nich wpadała w tarapaty. W życiu każdej z nich następowały trudne i bolesne chwile. Siostra Eweliny musiała zmagać się z poważną chorobą męża i trudnościami finansowymi, matka z kładącą się cieniem przeszłością i błędami w niej popełnionymi. Adam musiał pogodzić się ze stratą dziecka i porzuceniem przez żonę, Patrycja zaś musiała twardo stąpać po ziemi i rozpychać się łokciami o swoje. Życie nikogo z bohaterów zatem nie było usłane różami, wymagało podejmowania trudnych i czasem nieodwracalnych decyzji,  postępowania wbrew sobie. I właśnie dlatego o tej książce można powiedzieć, że ma w sobie więcej z  życia niż literackiej fikcji, więcej prawdy niż tego, co wypracowała wyobraźnia pisarki. Nie brakuje emocji, ba niekiedy jest ich tak dużo, że trudno złapać oddech, ciężko złapać dystans do cudzych problemów. Nie bardzo wiem dlaczego, ale ja tę powieść odebrałam bardzo osobiście. Niesamowicie szybko literackie, jakby nie było fikcyjne postacie wkradły się w moje życie i stały się namacalnie bliskie. Jak ktoś z realnego mi świata. Wiem, że przekroczyłam pewne granice, że zatopiłam się w rzeczywistości Eweliny zbyt mocno, wiem, że straciłam dystans dzięki czemu za mocno przeżyłam to, co działo się na kartach lektury. A działo się wiele. Poruszono temat niepłodności, opieki na osobami w ostatnim stadium życia, narkotyków, biznesu erotycznego, zdrady. Pani Kołczewska nie podzieliła swoich bohaterów na dobrych i złych. Nie wykreowała białych i czarnych charakterów. Słowami odmalowała wszelkie słabości ludzkiej natury, skłonność do popełniania błędów. 
Ta powieść zrobiła na mnie olbrzymie wrażenie. Żyłam nią przez kilka dni i mimo, że czytanie już za mną to jeszcze wracam do niej myślami. Jeszcze wspominam i przeżywam na nowo. To książka o miłości i nienawiści, o trudnych życiowych dylematach, o szukaniu i gubieniu samego siebie. I o tym, że szczęście z wybaczeniem idą w parze. To książka dojrzała, przemyślana, dopracowana, nietuzinkowa, chwytająca za serce. Wzruszająca do łez, wciskająca w fotel i zachęcająca do refleksji nad naszym postępowaniem wobec spraw najwyższej wagi. Trudno o niej zapomnieć, trudno przejść wobec niej obojętnie. To nie książka przeciętna, to lektura zdecydowanie wyjątkowa, która zasługuje na uznanie. Jest jak zawiła układanka, którą warto ułożyć. Sięgnijcie po nią jeśli lubicie książki doskonałe w swoim gatunku. 


środa, 19 sierpnia 2015

Weronika Wierzchowska "Ekstrakt z kwiatu orchidei"


Wydawnictwo Prószyński i S-ka
data wydania 2015
stron 376
ISBN 978-83-8069-032-5

Opowieść o zapachu orchidei i smaku życia

Na rynku księgarskim pojawia się każdego miesiąca kilkadziesiąt lektur zaliczanych do prozy dla kobiet. Są wśród nich książki lepsze i gorsze. Wiele z nich mało co różni się od siebie. Jak zatem znaleźć zajmującą i nietuzinkową lekturę ze świeżą, niepowieloną fabułą? Czasem warto zdać się na swoją intuicję. To ona właśnie podpowiedziała mi wybór kolejnej powieści Weroniki Wierzchowskiej, której tytuł jest niczym perfuma i nosi w sobie nazwę przepięknych kwiatów.
To historia trzech współczesnych kobiet, które łączy praca na rzecz rozwijającej się firmy produkującej kosmetyki do pielęgnacji twarzy i ciała. Beata i Aneta są siostrami. Obie wyszły za mąż i postanowiły założyć wspólny biznes, pracować na własny rachunek i stworzyć rodzinną firmę. Odremontowały fabrykę założoną ponad sto lat temu i zajęły się produkcją wszelakiej maści kremów i innych kosmetyków. Ważną osobą w ich zespole jest Dorota, która objęła stanowisko kierownicze. Panie niestety nie mają łatwego życia. Borykają się z kłopotami właściwymi dla biznesu we współczesnej Polsce, ale i nie mają słodko w życiu osobistym. Mąż Anety pracuje za granicą i staje się jej coraz bardziej obcy i daleki, a jej serce mocniej zaczyna bić na widok atrakcyjnego policjanta, prowadzącego dochodzenie w sprawie znalezionego w zamurowanym pomieszczeniu fabryki trupa. Beata zaś przyłapuje swojego ślubnego na zdradzie, w którą nie może uwierzyć. Dorotę nęka były partner, który okazał się niezrównoważonym egoistą i szaleńcem. To nie przeszkodziło mu omamić jej matkę. Każda z kobiet nie może sobie pozwolić na bierność, musi wziąć się z życiem i brutalnym losem za bary. Bo najlepsze, co możemy zrobić, gdy świat nam się wali, to wziąć sprawy w swoje ręce i walczyć, a nie się poddawać i pasywnie czekać na cud.
Ta powieść zafascynowała mnie od samego początku. Od razu odczułam lekkość pióra jej autorki. Wierzchowska pisze zabawnie, ale i bardzo realnie. Nie można jej zarzucić, że stworzona w książce rzeczywistość jest nieprawdziwa, nierealna i sztuczna. Najkrócej można ją określić jako samo życie, a przez to opisane bohaterki wydają nam się bliskie, zwyczajne i takie, które budzą sympatię. Łatwo je zrozumieć, łatwo je polubić, łatwo się z nimi utożsamić i wczuć w ich role. Mają troski podobne tym, jakie spotykają współczesne panie na każdym kroku. Połączenie obyczaju, romansu i wątku kryminalnego okazało się trafne i dobrze skrojone. I nie można zarzucić tej książce braku humoru, nie jest to sucha i nudna proza, ale powieść, przy lekturze której można często się uśmiechnąć. Książka ukazuje kulisy świata branży kosmetycznej, a ten temat jest autorce doskonale znany w związku z czym pisze o nim fachowo i skrupulatnie odsłaniając jego sekrety i niedociągnięcia.
Wierzchowska ciekawie nakreśliła losy swoich bohaterek, sprytnie je wykreowała. Dobrze też odmalowała współczesny świat, w którym prawda bywa towarem niekiedy bardzo deficytowym. Z książki płynie też przesłanie, że kobiety to wcale nie taka słaba płeć jak mawiają. Nie można też nie docenić siły kobiecej przyjaźni, która gdy zajdzie potrzeba ma niespożyte siły i jest w stanie niejedne góry przenieść.
Idealna lektura na relaks, książka, która rozbawi i rozśmieszy, ale i powoli docenić drzemiący w każdej z nas potencjał.


Unboxing urodzinowy

wtorek, 18 sierpnia 2015

Monika Nowicka "Kenia widziana moimi oczami"


Wydawnictwo Novae Res
data wydania 2015
stron 224
ISBN  978-83-7942-764-2

Kenia, ta prawdziwa Kenia!

Czarny Ląd fascynuje mnie od dawna. Wszelkie książki podróżnicze związane z Afryką pochłaniam zachłannie i z wielką przyjemnością. W towarzystwie Moniki Nowickiej zajrzałam do Kenii. I była to naprawdę niesamowita przygoda, naprawdę wyjątkowa podróż z książką w ręce. Stało się tak z dwóch powodów. Po pierwsze Autorka włożyła w swoją relacje ogrom emocji, naturalność i swoje ekspresyjne przeżycia. Po drugie znalazłam się nie tylko w tej Kenii, którą pokazują zdjęcia katalogów biur podróży, ale i w tych miejscach, które turyści omijają szerokim łukiem. Znalazłam się w tej zwyczajnej Kenii, dopiero której  poznanie daje prawdziwy obraz państwa ze stolicą w Nairobi.

Monika Nowicka z wykształcenia jest prawnikiem, podróże są jej pasją. Jest autorką bloga podróżniczego i kocha Kenię bardzo mocno. Ba, jest w niej jak sama mówi szaleńczo zakochana. Była w niej kilkakrotnie i jestem przekonana, że odwiedzi ją jeszcze nie raz. W Kenii czuje się jak w domu. Z uśmiechem na twarzy znosi gorący klimat i wszelkie niewygody. Kenia jest jej rajem i opoką, jest jej miejscem na Ziemi. W swojej książce chce pokazać prawdziwe oblicze afrykańskiego raju, jego blaski i cienie, chce podzielić się z czytelnikiem swoimi wrażeniami, tym, czego tam doświadczyła, wnioskami do jakich tam doszła. A Kenia zmieniła ją w sposób trwały i korzystny. Te wyprawy pozwoliły bowiem jej dostrzec wiele spraw, wiele aspektów, o których my wygodni i przyzwyczajeni do luksusu Europejczycy zapomnieliśmy. I wiele na tej amnezji tracimy. 
Czytając będziemy na safari, podejrzymy mieszkańców sawanny nocą i dniem, ale i zajrzymy do małej wioski, w której toczy się zwyczajne życie, a osoba o białym kolorze skóry jest gościem niecodziennym i wyjątkowym, zobaczymy ciekawe wysepki i miasta, targi i hoteliki, przepłyniemy się łodzią, zajrzymy do kenijskiej szkoły, doświadczymy klimatu miejscowej dyskoteki, restauracji, lotniska. Doświadczymy podróży różnymi środkami komunikacji i nasze oczy nasyci mnóstwo zdjęć zrobionych przez autorkę w czasie podróży. 
Ta książka to coś więcej niż tylko opis wspaniałych miejsc na Czarnym Lądzie. To także garść refleksji, przemyśleń Pani Moniki którymi dzieli się z swoimi czytelnikami. I to również mnie w tej książce bardzo ujęło i uświadomiło, że podróże to nie tylko uczta dla oczu, ale i głębin duszy, że podróże nie tylko kształcą, ale i uwrażliwiają i sprawiają, że jesteśmy życiowo mądrzejsi, dojrzalsi i bardziej potrafimy docenić to, co daje nam los.


sobota, 8 sierpnia 2015

Magdalena Kordel "Uroczysko"


Wydawnictwo Znak
data wydania II poprawionego 16 lipca 2015
stron 384
ISBN 978-83-240-3871-8
cykl Uroczysko

Wszystko, co nas w życiu spotyka, ma swój cel

Tego lata zajrzałam do Uroczyska. I strasznie mi się tam podobało. Bo ja lubię góry i takie klimatyczne miejsca jak to, gdzie mogę spotkać tak sympatyczne postacie. I jeszcze jako bonus naładować się pozytywną energią, której moim zdaniem nigdy nie za wiele i której nie można przedawkować. 
Tytuł recenzji to świetna sentencja do dłuższego przemyślenia. Wiadomo, w życiu spotykają nas miłe chwile, cudowne niespodzianki, ale i bolesne przeżycia czy tragedie. Bywa, że nasz świat wali się niczym domek z kart i wszystko trzeba sobie układać od nowa. Nawet, gdy jesteśmy obolali i mamy świeżutkie rany. Los czasem bywa totalnie bezlitosny. A potem, po upływie jakiegoś czasu nagle, gdy spojrzymy wstecz widzimy, że to co przeżyliśmy nie było takie beznadziejne lub było potrzebne, by docenić to, co mamy, ewentualnie wyplątać nas z toksycznego dla nas towarzystwa, związku czy układu.
 
Świat Majki, głównej bohaterki powieści rozpada się w krótkim czasie. Najpierw okazuje się, że mąż Igor ją zdradza i prowadzi podwójne życie. Potem wychodzi na światło dzienne, że ten drań zaciąga za plecami żony jeszcze ogromne długi wskutek czego Majka wraz z nastoletnią córką Marysią nie mają gdzie mieszkać, bo dom ma być zajęty przez komornika. Zszokowana matka i zdradzona żona postanawia wyjechać by ochłonąć i przemyśleć, co dalej. Wyjazd do odziedziczonego przez jej rodziców domu zmienia diametralnie jej życia. Właśnie tam Majka wpada na kapitalny pomysł jak zbudować swój świat od nowa. Postanawia przeprowadzić się do Malowniczego, uroczej miejscowości u podnóża Sudetów i z dala od poprzedniego życia być szczęśliwa...

Pierwsze wydanie tej powieści miało miejsce w 2010 roku. Wydanie drugie jest poprawione. Książka jest idealną lekturą na lato, urlop, chandrę, na czas choroby i lekarstwem na wszelkie smutki tego świata. Ta powieść wręcz tryska humorem, a jej nastrój błyskawicznie udziela się czytelnikom. "Uroczysko" napisane jest lekko, odbiera się je bardzo przyjemnie. To książka, która poprawi humor nawet największym malkontentom i powinna być polecana wraz z melisą na wszelkie stresy i doły. Lektura ma bowiem w sobie ważny przekaz. Nie warto wpadać w rozpacz, choćby wokół się waliło i paliło. Choćby w życiu trwała najgorsza i najbardziej długotrwała burza. Trzeba marzyć i te marzenia spełniać. To czasem wymaga zaparcia się w sobie, wzięcia się w garść nawet gdy wiatr wieje w oczy. Tak jak Majka trzeba ponieść się z kolan. I dobrze rozejrzeć się dookoła, bo tylko wtedy dojrzymy pomocne dłonie przyjaciół i tych, co nam dobrze życzą i trzymają za nas kciuki. Po porażce nawet tej największej można ponownie odnaleźć szczęście i spełnienie. A każde trudne doświadczenie czegoś na uczy, uodparnia nas na ciosy od losu, sprawia, że stajemy się mądrzejsi mądrością, której w szkołach nie uczą. Majka niech będzie wzorem dla tych, co im w życiu trudno. Na jej przykładzie można stwierdzić, że czasem warto w życiu zaryzykować, rzucić się na głęboką wodę, postawić wszystko na jedną kartę, spełnić spontaniczne marzenie. Nie można trwać w rozpaczy i zbyt łatwo się poddawać. Ta powieść wciąga i inspiruje, zachęca do zmian, do spróbowania w życiu chleba nie tylko z tego znanego nam już pieca. Ta książka dodaje skrzydeł, unosi na skrzydłach nadziei na lepsze jutro.  Jej atutami są: dynamiczna akcja, błyskotliwe dialogi, ciekawa narracja, duża doza humoru i niepowtarzalny klimat. Magdalena Kordel pisze lekko, a z każdej strony bije jej talent do konstruowania wspaniałych powieści dla kobiet w każdym wieku. Tę i inne książki tej pisarki z całego serca polecam.

piątek, 7 sierpnia 2015

Jolanta Kosowska "Nie ma nieba"


Wydawnictwo Novae Res
data wydania 6 sierpnia 2015
stron 292
ISBN 78-83-7942-845-8


Lekarz - zawód czy powołanie?

Choroby są niestety wpisane w ludzkie życie. Każdy z nas przeżywa chwile, gdy nasze zdrowie niedomaga. Potrzebny jest nam wtedy lekarz, by szybko i sprawnie pomóc nam wrócić do zdrowia. Tylko czasem nie mamy szczęścia i trafiamy na miernego medyka i nietrafione diagnozy. Co zatem powinno cechować wybitnego specjalistę? Z pewnością musi on skończyć studia z dobrym wynikiem, stale poszerzać swoją wiedzę, być miły i taktowny, kulturalny i ciepły. Wielu z nas wymaga by miał do pacjentów indywidualne podejście. Czy ten ostatni wymóg jest słuszny? Czy można każdego chorego traktować jak kogoś bliskiego? I wreszcie czy praca lekarza to zawód jak każdy inny czy może raczej powołanie równe kapłańskiemu czy zakonnemu? Wielu z nas lekarzy widzi jako świętych lub pazerne na pieniądze sępy. A jak wygląda ta profesja z drugiej strony, od kulis, z relacji samych medyków? Mogłam ją poznać dzięki lekturze najnowszej powieści Jolanty Kosowskiej – pisarki, która jest zarazem specjalistką w trzech dziedzinach medycyny. Książka o dość prowokacyjnym tytule „Nie ma nieba” okazała się lekturą na wyraz wyborną, w której zatopiłam się bez reszty i która zasługuje na bardzo wysoką ocenę.
Jej bohaterami są i lekarze, i pacjenci oraz ich wzajemne relacje. Małgosia i Maciej znają się ze studiów medycznych. Tworzą związek zgodny i kochający. Wydawało się, że wspólny zawód i pasje złączą ich na dobre i złe do grobowej deski. A jednak tak się nie stało. Ich miłość skruszała, a każde poszło własną drogą. Maciej stracił nie tylko ukochaną kobietę, ale i doszedł do wniosku, że nie chce być lekarzem. Przekonał się, że ta praca zbyt wiele od niego wymaga, zbyt mocno wyczerpuje, zbyt głęboko wchodzi w jego życie z butami. Zajął się zawodowo czymś zupełnie innym, ale na jego życiowej drodze stanęły osoby, które zdecydowały się zmienić jego życie zarówno osobiste, jak i zawodowe...
„Nie ma nieba” to lektura, którą odebrałam bardzo osobiście choć nie mam wykształcenia medycznego. Czytałam ją z niesłabnącym zainteresowaniem i sporym wzruszeniem. Spojrzałam na misję lekarzy z tej innej, nam pacjentom obcej strony. Zrozumiałam, że czasem za zasłoną obojętności nie kryje się bezosobowy stosunek i traktowanie człowieka jak przedmiot a racjonalne podejście do życia i jego bolączek. Ta powieść uświadomiła mi kruchość ludzkiego życia, ograniczone mimo postępu technicznego możliwości medycyny. To też piękna historia dwojga ludzi, którzy w labiryncie życia gubią się i tracą to, co można od losu dostać najwspanialszego – miłość.
„Nie ma nieba” to niesamowicie realna i romantyczna, choć bez literackiej słodyczy, opowieść o uczuciu, które rodzi się, dojrzewa i częściowo wypala, by próbować się odrodzić mimo trudnych okoliczności. Akcja książki jest bardzo dynamiczna, zaplątana i nie dająca się przewidzieć. Z tej lektury bije też szczerość i osobisty stosunek autorki do poruszanych tematów. A trzeba przyznać, że są one bardzo trudne, niekiedy są to sprawy tabu, o których chętniej myślą filozofowie niż otwarcie rozmawiają przeciętni ludzie. To nie jest lektura skierowana tylko do kobiet, to nie jest książka dedykowana tylko jakiejś grupie wiekowej. Moim zdaniem jest ona bardzo uniwersalna i warto, by przeczytało ją jak najliczniejsze grono czytelników. Dlaczego? Bo zawiera w sobie ważne prawdy, których odkrycie pozwoli nam być bardziej wrażliwymi, empatycznymi i serdecznymi ludźmi. Bo uruchomi w nas może nieco okurzone przez współczesny świat pokłady człowieczeństwa, których niekiedy bardzo nam brakuje.

wtorek, 4 sierpnia 2015

Jessica Sorensen "Przypadki Callie i Kaydena'


Wydawnictwo Zysk i S-ka
data wydania 2015
stron 368
ISBN 978-83-7785-696-3

Odnaleźć święty spokój

Z racji, że często czytam i sugeruję się opiniami blogerów postanowiłam, że przeczytam powieść Sorensen. Okładka szeptała, że pewnie będzie to romans z nastolatkami w roli głównej i taka myśl zagościła szybko w mojej głowie, ale tym, którzy tak myślą powiem krótko, że to nie taka książka. To bardziej dramat niż romans, choć miłość jest tu balsamem na zranioną duszę, lekarstwem na całe zło, które spotyka parę głównych bohaterów. 
 
Kayden i Callie mieszkają w jednej miejscowości i chodzą do jednej szkoły. Znają się bardziej z widzenia niż przyjaźnią. Czeka ich wyjazd na studia, ale nim to następuje pewnego późnego wieczoru w trakcie imprezy w domu chłopca dochodzi do pewnego bolesnego i tragicznego zdarzenia. Właściwie to zło dzieje się po raz kolejny, ale tym razem będąca jego świadkiem Callie postanawia zmienić bieg rzeczy i pomóc Kaydenowi. Para spotyka się na studiach. Oboje mieszkają na terenie jednego kampusu, a ich serca zaczynają cieplej bić wspólnym rytmem. Tylko na drodze  wzajemnych relacji i rodzącego się uczucia stoi pewna dziewczyna i bolesne przeżycia z przeszłości. Bo i Callie i Kayden przeżyli już swoje traumy i muszą pokonać pewne przeszkody by stać się szczęśliwymi ludźmi na dalsze lata życia. Walka ze złem okazuje się trudna, ale miłość i przyjaźń mają ogromną moc i mogą pomóc odnaleźć drogę do szczęścia...

W tę powieść dość trudno było mi się wczuć. Do mniej więcej 150 strony nie bardzo ją czułam i wydawała mi się taka przeciętna. Zastanawiałam się, co tak podoba się w niej innym, aż tu nagle coś zaiskrzyło i książka wciągnęła mnie po same uszy. Zrozumiałam błyskawicznie przesłanie autorki i zachwytom nie było końca. Tak naprawdę, to nie jest to romans, gdzie czytelnik śledzi randki bohaterów, ich ochy i achy na ukochaną osobą, a książka mówiąca o sile uczucia, o jego mocy. Gdyby nie Callie Kayden nadal żyłby po presją ojca-psychopaty i pozwalał sobie na robienie krzywdy. Gdyby nie uczucie do Kaydena Callie nadal żyłaby w skorupie jaka otoczyła ją i odgrodziła od świata w jej dwunaste urodziny. Uczucie okazało się w przypadku obojga katalizatorem do zmian, do walki o szczęście. I właśnie ta przemiana okazała się istotą tej lektury, która wcale nie jest łatwa i przyjemna. Jest trudna, bolesna, ale bardzo cenna i warta przeczytania. Ta książka  mnie od pewnego momentu zahipnotyzowała, a umysł w miarę czytania domagał się pełnego zaspokojenia mojej ogromnej ciekawości jak wszystko się zakończy i potoczy. Zakończenie wręcz mnie zdenerwowało. Okazało się otwarte, niedopowiedziane i pełne niespodzianek. Napięcie trzymało do samego końca, który nie dał mi wymaganych wyjaśnień. Ale ta książka to I tom cyklu The Coincidence. Nie pozostaje mi zatem nic innego jak czekanie na tom II.
Tę powieść z serca polecam, choć dodam, że to wymagająca lektura i szukającym tylko rozrywki z książką w ręku może się nie spodobać.