sobota, 29 marca 2014

Federico Moccia " Chwila szczęścia"

Wydawnictwo Muza 
data wydania 19.03.2014
stron 320
ISBN 978-83-7758-625-9

Zakochać się każdy chce!

W październiku 2012 roku zachwyciłam się na tyle pewną książką, że jej autora dodałam do listy swoich ulubionych twórców. Mowa o Federicu Mocci i jego "Mężczyźnie, którego nie chciała pokochać". Moją opinię możecie przeczytać na blogu pod linkiem http://cudownyswiatksiazek3.blogspot.com/2012/10/federico-moccia-mezczyzna-ktorego-nie.html
Gdy tylko pojawiła się okazja przeczytania jego kolejnej książki czekałam na chwile czytelniczej rozkoszy. Liczyłam, że znów będę miała okazję zapoznania się z wyjątkową powieścią. Cóż tak się jednak nie stało. "Chwila szczęścia" to nie jest zła książka, ale poczułam się nią rozczarowana. Bo od pisarza, który potrafi pisać znakomicie wymagam więcej. Najnowsza jego książka jest tylko przeciętna i nie powala na kolana. Opowiada historię o miłości, która rozgrywa się pod rzymskim niebem. 
Główny bohater ma na imię Nicco. Jest młodym mężczyzną, który wskutek śmierci ojca staje się głową rodziny. Studiuje, pracuje w kiosku z prasą i biurze nieruchomości. Gdy go poznajemy przeżywa trudne chwile po tym, jak zostawiła go ukochana dziewczyna. Nicco wciąż kocha Alessię i bardzo mu jej brakuje. Wciąż zastanawia się czemu ich związek się skończył, czemu pewnego dnia usłyszał żegnaj. Nicco wciąż ma nadzieję, że Alessia zmieni zdanie i ponownie staną się parą. Dzięki kumplowi o ksywce Gruby Nicco prowadzi jako takie życie towarzyskie i nie gnuśnieje wieczorami w domu. Bywa w barach, restauracjach i pewnego dnia spotyka dwie młode dziewczyny, turystki z Polski...
Książka to historia przesycona włoskim klimatem. Ale zabrakło mi dynamiki akcji, napięcia, niespodzianek w fabule. Zabrakło czegoś przykuwającego do książki, a jej lektura chwilami była nużąca. Sami bohaterowie to ludzie o zdecydowanie innych poglądach niż moje i nie pojawiła się wobec nich jakakolwiek nić sympatii. Raziło mnie ich podejście do wielu spraw. Zachowanie Nicca wobec Kałuży - koleżanki z pracy zniesmaczyło. Z racji, że nie władam językiem Nerona drażniły mnie włoskie wstawki w tekście, słowa, których nie rozumiałam. 
Nie jest to książka podobna do typowego romansu, nie ma w niej za grosz romantyzmu. Być może jestem już za stara na czytanie o miłości w stylu młodego pokolenia. Nie spodobał mi się młodzieżowy slang, lekkoduszne podejście do życia i uczuć. 
Reasumując ta powieść i "Mężczyzna, którego nie chciała pokochać" to dwie różne książki. Mnie wypada polecić wyłącznie tą drugą.

piątek, 28 marca 2014

Bonia Wit "Nie zabija się czarnego kota"


Wydawnictwo Novae Res
data wydania 2014
stron 310
ISBN 978-83-7942-093-3

Czarne koty przynoszą pecha!

Gdybym nie wiedziała, że ta powieść to debiut Pani Bożeny dałabym sobie obciąć głowę, że to kolejna w dorobku książka jakiejś bardzo poczytnej pisarki. Książka jest po prostu świetna! Jej lektura to nie lada gratka dla miłośniczek pogodnych powieści ( nie mylić z tymi cukierkowymi), które skierowane są do kobiet w każdym wieku. Tytuł może w pierwszym skojarzeniu zasugerować, że to kryminał. Ale nie! To doskonała powieść obyczajowa, choć i wątki kryminalne pojawią się w tle. 
Akcja książki rozgrywa się na mazurskiej wsi i w Wielkopolsce. Ale Mazury i prowincja przeważają. To tu w Gałkowie mieszkała pewna kobieta. Żyła sobie skromnie w drewnianej chatce. Zgodnie z wolą testamentu jej majątek przypadł po jej odejściu  wnukowi. Mężczyźnie, który w Gałkowie nie był od wielu lat. Zajmowała go praca, życie towarzyskie, wielkomiejski gwar. Na Mazurach pojawił się dopiero pół roku po odejściu babci. Z góry zakładał, że sprzeda to, co otrzymał. Jednak babcia pośmiertnie spłatała mu figla. Zastrzegła, że tak po prostu obejścia sprzedać nie może. Ma do wyboru albo tam zamieszkać, albo urządzić malutkie muzeum. Piotr udając się na Mazury nie miał zielonego pojęcia jakże inaczej zacznie toczyć się jego życie. A wszystko zaczęło się gmatwać od przejechania na odludziu czarnego kota...

Młody mężczyzna był człowiekiem niezwykle twardo stąpającym po ziemi. Nie wierzył kompletnie w przesądy, zabobony i gusła. Ale po niefortunnym incydencie sam już nie wiedział co sądzić. W jego życiu pojawiły się nagle dwie kobiety, które nie stały się rywalkami. Jego życie zawodowe uległo sporym zmianom, na które nie miał w zasadzie wpływu. W jego snach zagościł czarny kot, który przez długi czas nie dawał mu spokoju i zawiódł go na kozetkę terapeutki. I jak nie wierzyć, że czarne koty przynoszą pecha?
Przygodę z powieścią Boni Wit rozpoczęłam od zachwytu nad wspaniałą, uroczą okładką. Potem była treść, która niezwykle przypadła mi do gustu. Aby być sprawiedliwą w swoim osądzie muszę autorkę pochwalić. Primo za ciekawą i niezwykle dynamiczną akcję, skomplikowaną fabułę, gdzie obok siebie plecie się kilka wątków pobocznych i ten główny, a całość idealnie ze sobą współgra. Po drugie za doskonałe i błyskotliwe dialogi. Dobrze wykreowane postacie, szczyptę humoru, odrobinę historii, nutkę sensacji. Książka jest pogodna i ciepła. Chwilami śmieszy, bawi, ale i wzrusza. Ukazuje dość barwnie  prowincjonalną społeczność. Dwójka głównych bohaterów to ciekawe wykreślony portret kobiety i mężczyzny, których życie już co nieco doświadczyło. Bernadetta zasługuje na podziw i szacunek jako matka chorego, kalekiego dziecka. Budzi sympatię. Piotr z lekkoducha zmienia się w odpowiedzialnego tatę na którego brzemię ojcostwa spadło dość nagle. 
Metamorfoza przebyta w krótkim czasie sprawia, że Tylecki staje się bliskim ideału. A kobiety takie przemiany w książkach bardzo lubią. 
Autorce udało się napisać książkę z prowincją w tle bez słodkości, bez cukru i lukrowej pierzynki. Książka jest  przyjemna w odbiorze. Z pewnością spodoba się tym, którzy chcą odpocząć od szarej rzeczywistości na mazurskiej wsi w towarzystwie sympatycznych bohaterów. 


czwartek, 27 marca 2014

Stosik i to spory!!!

Zawirowania w życiu sprawiły, że jakoś nie zwróciłam uwagi jak szybko nazbierało mi się cudnych książek. Przybyło mi parę kilo wspaniałych lektur i teraz Wam prezentuję o jakie pozycje wzbogaciła się moja biblioteka.
Od góry:
- J.M. Barrie "Piotruś Pan i Wendy" od Znak emotikon
- Beata Gołembiowska "Żółta sukienka" od Autorki
- Federico Moccia " Chwila szczęścia" od Business and Culture
- Eva Mozes Kor, Lisa Rojany Buccieri "Przetrwałam" od Prószyńskiego
- Bonia Wit "Nie zabija się czarnego kota" od Novae Res
- Colin Thubron "Góra w Tybecie" od Lubimy Czytać
- Adrian Grzegorzewski " Czas tęsknoty" od Lubimy Czytać
- Barbara Taylor Bradford " List od nieznajomej" j.w.
- Elżbieta Wichrowska " Na Pragę nie wrócę" od MG
- Kai Strittmatter " Stambuł" od Lubimy Czytać
- Sven Hannawald "Triumf, upadek, powrót do życia" od Lubimy Czytać
- Joanna M. Chmielewska "Mąż zastępczy" od MG

środa, 26 marca 2014

Maria Nurowska "Zabójca"


Wydawnictwo Znak
data wydania 2014
stron 270
ISBN 978-83-2402-873-3

Prawda stara jak świat - pozory mylą!

To już tradycja, że na każdą nową książkę Marii Nurowskiej wyczekuję z wypiekami na twarzy. Ta jakże popularna pisarka należy do moich ulubionych autorek od lat. Cenię jej pióro za odważne poruszanie trudnych tematów, za wybieranie kontrowersyjnych pomysłów na fabułę, za perfekcyjne zagłębianie się w meandry ludzkiej duszy. „Zabójca” to bardzo mocny, robiący wrażenie tytuł. Może komuś wpaść do głowy pomysł, że ta książka to kryminał. Ależ nie! Choć w książce występuje elementy charakterystyczne dla tego gatunku. Jest zbrodnia, a nawet dwie, są więzienne zapiski, a główny bohater spędził wiele lat za kratami.
Życiem ludzkim często rządzą przypadki. Taka sytuacja miała miejsce i w tej powieści. Pociągowy przedział był miejscem spotkania kobiety i mężczyzny, którzy zmierzali do Zakopanego. Żadne z nich jednak nie wybierało się na wypoczynek, górskie wspinaczki czy narciarskie szaleństwo. On wracał po wielu latach nieobecności w rodzinne strony, ona jechała w sprawach służbowych. Miała przeprowadzić wywiad z niesłusznie skazaną kobietą, której życie przez fałszywe oskarżenia zostało zrujnowane. Adam nie wyróżniał się z tłumu pasażerów, starał się nie zwracać na siebie uwagi. Mimo to dziennikarka Joanna Padlewska zaczęła pilnie go obserwować, a po dojechaniu pod Giewont śledzić. Przypadkowe spotkanie połączyło losy dwojga ludzi z innych światów. Byłego więźnia Adama Madeja i młodej kobiety, która dla owego górala z Kościeliska zaczęła tracić głowę. Spotkanie na gruncie zawodowym przerodziło się w bliższą relację, a do głosu zaczęły dochodzić różne uczucia. Niektóre z nich były nieplanowane i mocno zaskoczyły Joannę. Ale tak to już w życiu bywa, że los wybiera za nas i potrafi sprawić różne niespodzianki...
„Zabójca” zrobił na mnie olbrzymie wrażenie. Przeczytanie zajęło mi w sumie niewiele czasu, refleksja po lekturze trwa już kilka dni. Myśli wciąż kłębią się wokół fabuły. W głowie rodzą się pytania odnośnie motywów postępowania mężczyzny, który poniósł karę będąc niewinnym. Czemu się nie bronił? Czego nie chciał by prawda wyszła na jaw? Co zyskał postępując wbrew logice?
Życie często bywa niesprawiedliwe. Sądzimy kierując się pozorami, a one często mylą. Jak łatwo ocenić kogoś kierując się schematem, czasem błędną logiką! Pomyłki w ocenach mogą mieć tragiczne skutki. Tak jak w przypadku Adama. Człowieka, który zniósł wiele lat w jednym najcięższych więzień świata będąc kompletnie niewinnym. Mógł tam stracić życie, mógł się załamać i nigdy nie wrócić do normalności. Bezcenną okazała się przyjaźń z człowiekiem, który okazał się jego kołem ratunkowym.
Najnowsza powieść Marii Nurowskiej to książka o brutalnym świecie, w którym jednak mimo wszystko rodzi się miłość. Na przekór wszystkiemu pojawia się uczucie, które kiełkuje niczym kwiat na pustyni. Wbrew logice. Czy ma szansę istnieć dłużej niż chwilę? Odpowiedź na to pytanie zawiera książka, która jest wyjątkowa. Przy lekturze łatwo wyłączyłam się z realnego świata i dałam ponieść akcji, emocjom, wrażeniom. Ta lektura wymagała ode mnie wiele. Musiałam wyłączyć automatyczne ocenianie bohaterów. Bo by ich należycie osądzić trzeba doczytać do końca. Wtedy przychodzące do głowy wnioski bywają zaskakujące. Ale i o wiele sprawiedliwsze niż te na pierwszy rzut oka.
„Zabójca” to książka odkrywająca najbardziej skomplikowane meandry ludzkiej duszy. To lektura prześwietlająca na wylot duszę górala i ceperki z nizin. Każde z nich przez wiele lat żyło w innej bajce, w innym świecie, a jednak zaczęli zmuszeni przez serce szukać wspólnej rzeczywistości. To bardzo trudne, ale nie niemożliwe.„Zabójca” to książka o miłości, bólu, niesprawiedliwości, poniżeniu, ale i tęsknocie, nadziei oraz poszukiwaniu własnego „ja”. Lektura warta polecenia i spędzenia z nią kilku wyjątkowych godzin, które mogą odmienić spojrzenie na sprawy w życiu istotne.
Książka zrecenzowana dla portalu Lubimy Czytać.

poniedziałek, 24 marca 2014

Beata Gołembiowska "Żółta sukienka"


Wydawnictwo Novae Res
data wydania 2011
stron 164
ISBN 978-83-7722-198-3
 
By być szczęśliwym trzeba rozliczyć się z przeszłością
 
W moim czytelniczym życiu uwielbiam takie chwile, gdy sięgam po książkę bez konkretnych oczekiwań, a książka niby niepozorna rzuca mnie na kolana. Kocham, gdy książka robi na mnie ogromne wrażenie, gdy totalnie odrywa mnie od rzeczywistości. Wtedy to sprawdza się idealnie powiedzenie, że kto czyta żyje podwójnie. 
 
"Żółta sukienka" to powieść niezbyt gruba, ale jakże treściwa. Za dość zastanawiającą okładką kryje się jakże dramatyczna aczkolwiek piękna historia kobiety, która jest dowodem na to, że by poczuć się szczęśliwą trzeba rozliczyć bolesną przeszłość.
 
Główna bohaterka Anna nie jest dzierlatką, a dojrzałą kobietą. Ma studiującą córkę. I bardzo traumatyczne przeżycia z młodości. Trudne dzieciństwo, bolesne przeżycia zamknięte gdzieś w zakamarkach duszy kładą się cieniem na tym, co teraz. Polka, emigrantka, matka, córka, siostra, a przede wszystkim szukająca szczęścia kobieta - to właśnie Anna. Pracująca w Kanadzie dziennikarka. W jej życiu brakuje spełnienia, radości, cieszenia się tymi codziennymi małymi szczęściami. A wszystko za sprawą traumy z dzieciństwa. Anna ma już sporo życia za sobą, ale czy to oznacza, że nigdy nie będzie szczęśliwa? 
 
W powieści Autorka porusza niezwykle istotny problem. Na przykładzie swojej bohaterki rysuje obraz skrzywdzonego w dwójnasób dziecka. Która krzywda gorsza? Kto bardziej zawinił - matka czy obcy mężczyzna? To właśnie pytanie długo mnie po lekturze nurtowało. Miałam dylemat i to spory. Postawa matki Anny doprowadzała mnie do szału. Dewocja to chyba największe zwycięstwo i sukces diabła. Nie ma chyba nic gorszego niż nadgorliwość w swojej pobożności. Być może, gdyby matka Anny była inna, gdyby okazywałaby większe zainteresowanie losem domu, dzieci, męża małą Anię nie spotkałoby to nieszczęście. 
Anna na początku książki robi na czytelniku dość dziwne wrażenie. Jawi się jako indywidualistka, odludek, dziwna osobowość. Ale gdy czytając strona za stroną poznajemy jej życie rodzi się wobec tej kobiety sympatia i współczucie. Nić zrozumienia. Ta powieść to promień nadziei dla tych, których dotyka w życiu jakaś poważna trauma. Zawsze, absolutnie zawsze jest szansa na normalność, na szczęście i pogodę ducha. Cudownym lekiem bywa miłość, która jest niczym katalizator, który daje siłę do walki o swoje ja, o szczęście, o lepszą przyszłość. Piękną miłość opisuje Pani Beata w tej książce. Jest ona niczym w piosence Grażyny Łobaszewskiej pod tytułem Brzydcy - "Brzydka ona, brzydki on, a taka ładna miłość". 
 
Książkę czyta się błyskawicznie. Lektura jest jak magnes. Nie mogła się oderwać i spędziłam z tą powieścią jedno popołudnie, ale refleksje i myśli nachodziły o wiele dłużej niż czytanie. To książka mądra, z przesłaniem i olbrzymią dozą nadziei. Uroniłam łzę, wzruszyłam się, przeżyłam niesamowite chwile. Autorce gratuluję debiutu. Stylu, języka, pomysłu na fabułę. I oczywiście tego, że jest niczym wirtuoz - bo porusza w mojej duszy te struny wrażliwości. 
Palcem pokiwam jednak i krytycznie odniosę się do opisu na okładce. Zbyt dużo zdradza, zbyt wiele odsłania. Na szczęście najpierw czytałam ebook i zerknęłam na niego po lekturze. 
Za możliwość przeczytania wspaniałej książki dziękuję Autorce.

sobota, 22 marca 2014

Mieczysław Bieniek "Hajer jedzie do Soczi"


Wydawnictwo Annapurna
data wydania 2014
stron 304
ISBN 978-83-6196-823-8

Przedolimpijska podróż

O Soczi w ostatnim czasie było bardzo głośno. Miało to miejsce za sprawą XXII zimowej olimpiady. Przygotowania do tej imprezy o światowej randze toczyły się już od wielu miesięcy. W tym jakże gorącym okresie odwiedzenie Soczi zaplanował sobie znany polski podróżnik, były górnik, katowiczanin Mieczysław Bieniek. Środkiem lokomocji miał być rower. Samotna wyprawa była sporym wyzwaniem. Jej plan zakładał dotarcie do olimpijskich aren dość okrężną drogą. Z Śląska trasa wiodła przez Warszawę na północ, ku Litwie, potem ku krainie Świętego Mikołaja w Finlandii. Pan Bieniek dotarł aż do krańca Europy czyli przylądka Nord Cap skąd skierował się do Murmańska, Sankt Petersburga i Moskwy a potem na południe, ku wybrzeżu Morza Czarnego, nad którym leży Soczi. Eskapada liczyła 13 tysięcy kilometrów, które zostały przejechane w cztery miesiące, ale ilości przygód i wrażeń nie można chyba w żaden sposób policzyć. Było ich nieskończenie wiele. W tracie przygotowań, jak i samej podróży nie zabrakło sytuacji miłych, zabawnych, wzruszających, nie obyło się bez nawiązania przyjaźni, ale i miały miejsce nieprzyjemne zdarzenia. Były kłopoty, trudne chwile, kontuzje i pomocne dłonie napotkanych ludzi.
Z relacji podróżnika wyłania się obraz przedolimpijskiej Rosji. Prezydent Putin chciał i dołożył wszelkich starań, by Rosja jako organizator zabłysła i zdobyła uznanie jako gospodarz tak prestiżowej imprezy. Nie żałowano środków finansowych, okolice Soczi stały się jednym wielkim placem budowy. Jak grzyby po deszczu wyrastały obiekty sportowe, zaplecze i baza hotelowa oraz drogi. W czasie, gdy Mieczysław Bieniek przybył do Krasnodarskiego Kraju wszystko było jeszcze w proszku. Nie wszędzie mógł zajrzeć, ale doskonale przekazał czytelnikom jak budowano olimpijskie areny. Ale nim dotarł nad Morze Czarne zwiedził północne krańce Rosji, jakże inne od centrum czy południa tego kraju. Bardziej dzikie i dziewicze, słabo zaludnione ze srogim klimatem i żyjącymi dziko niedźwiedziami, które na bezludziu mogły zaatakować. I tu i właściwie wszędzie gdzie bywał podróżnik spotykał Rosjan, z którymi nawiązywał bliskie kontakty. Różne to były spotkania, różne poznał osoby. Został i bohaterem programu w telewizji, poznał „zawodowego” złodzieja, ale i nawiązał ciekawe przyjaźnie ze zwyczajnymi ludźmi. Zakosztował rosyjskiej gościnności, patrzono na niego z podziwem, ale i nieprzychylnie. Pan Mieczysław przekonał się na własnej skórze o skłonności Rosjan do korupcji, ale i spotkał się z serdecznością, bezinteresowną pomocą i dobrym sercem.
Relacja katowickiego obieżyświata jest niezwykle barwna i arcyciekawa. Dynamiczna i pełna szczegółów. Bieniek pisze z olbrzymim humorem i ma pewien dystans do niektórych zdarzeń. Niektóre sytuacje traktuje z przymrużeniem oka, ale i niekiedy czuć dreszcz emocji. Dzięki tejże książce czytelnik ma wyjątkową okazję przyjrzenia się Rosji i jej mieszkańcom. Rosja i Rosjanie niejedno mają imię i oblicze. Ten kraj wydaje się barwny niczym olbrzymia mozaika, na którą gdy się dłużej patrzy to bolą oczy.
Książka niezmiernie mi się podobała. Bez wahania stawiam jej najwyższą notę! Gdy zapytacie za co, odpowiem, że za wyjątkową i ekspresyjną relację, ciekawe ujęcie tematu, przytaczane błyskotliwe dialogi, szczere osobiste oceny i komentarze. Osobno pochwalę wspaniałe zdjęcia, które idealnie wzbogacają lekturę. Właśnie obrazem autor przedstawia piękno rosyjskiej przyrody, malownicze widoki, ciekawe zabytki. A tym samym zachęca jeszcze bardziej, by na własne oczy zobaczyć i odkryć czar ojczyzny Puszkina i Tołstoja.
Książka jest też dowodem na to, że te nie do końca zaplanowane, niekiedy trudne i pełne wyzwań, ba!, wydające się niemożliwe do zrealizowania wojaże są najciekawsze i najbardziej ekscytujące.
„Hajer jedzie do Soczi” to ciekawa propozycja w segmencie książek podróżniczych. To zaproszenie do wspaniałej literackiej podróży w towarzystwie doborowego kompana. Serdecznie zapraszam do odwiedzenia kraju carów i poznania kulis przedolimpijskich przygotowań.
Książka zrecenzowana dla portalu Lubimy Czytać.

czwartek, 20 marca 2014

Maria Szabłowska, Krzysztof Szewczyk "Ludzkie gadanie"


Wydawnictwo Znak
data wydania 2013
stron 384
ISBN 978-83-2402-447-6

Gadu-gadu o muzyce i nie tylko


Książka „Ludzkie gadanie” to rozmowa-rzeka prowadzona przez dwoje znakomitych dziennikarzy, którzy wspominają największe muzyczne wydarzenia drugiej połowy XX wieku. Pani Maria i jej wieloletni zawodowy partner byli obserwatorami polskiej sceny muzycznej przez szmat czasu. Na ich oczach rozdził się bigbit, oni byli świadkami polskich szaleństw na punkcie rock’n’rolla i przeżyli czasy, gdy królowały tętniące życiem dyskoteki. W smutnej i bardzo szarej rzeczywistości PRL-u muzyka była dla zwyczajnych ludzi doskonałą odskocznią. Tańcząc można było zapomnieć o trudnym życiu, wielogodzinnych kolejkach, sklepach z pustymi półkami, w których brakowało wszystkiego. Słuchając piosenek i oglądając teledyski można było poczuć oddech Zachodu, gdzie żyło się lepiej i kolorowo. Szabłowska i Szewczyk swoją pracę zawodową zaczęli od radio, potem trafili do telewizji. Dzięki ich pracy powstały kultowe programy rozrywkowo-muzyczne, z których pokolenia Polaków mogły czerpać ogromną wiedzę o muzyce rozrywkowej. I tak do dziś wielu widzów kojarzy i z sentymentem wspomina „Przeboje Dwójki”, „Jarmark”, czy „Wideotekę”, „Studio Lato” oraz „Stare, nowe i najnowsze”.
Słynny dziennikarski duet (kojarzony mylnie przez niektórych jako małżeństwo) toczy niezwykle ciekawą rozmowę, wspominając jakże bogate życie zawodowe – koncerty, wywiady, festiwale, które kiedyś miały o wiele większą renomę niż dziś. Będąc na muzycznej scenie po prostu trzeba było na nich bywać. To na opolskich i sopockich deskach rodziły się największe hity. A nasi autorzy opowiadają o tych wydarzeniach z sentymentem, ale i z sporą dozą humoru.
Bardzo przyjemnie czytało mi się o czasach młodości moich rodziców, o latach mojego dzieciństwa i dorastania. Czytałam i wspominałam chwile spędzone jeszcze przed szklanym i przed czarno-białym telewizorem, kiedy z wypiekami na twarzy czekałam na obejrzenie ówczesnych hitów z list przebojów. Warto było je nagrać na szpulowy czy kasetowy magnetofon, bo z płytami było krucho. Warto było chłonąć słowa prezenterów, którzy niczym święty Mikołaj obdarzali widzów porcją popularnych piosenek. Z wypowiedzi autorów wynika, że rynek showbiznesu z czasów socjalizmu był inny niż dziś. Ale w trakcie lektury jednak doszłam do szokujących dla mnie wniosków. Podobieństwa jednak istniały. Można było za wylansowanie przeboju kupić dom, zarobić krocie. Tak samo liczyły się układy, które gdy się je miało to ułatwiały drogę na szczyt. Książka zawiera również wywiady Marii Szabłowskiej z gwiazdami muzyki i kompozytorami, czołowymi prezenterami muzycznymi tamtych lat. Tekst uzupełniają zdjęcia.
Tę książkę czytałam z łezką w oku i sporym sentymentem. Była to dla mnie wspomnieniowa podróż do czasów, kiedy narodziło się moje zainteresowanie muzyką. W czasach kiedy nie było magicznego kabelka pozwalającego na korzystanie z Internetu, prowadzone przez duet Szabłowska/ Szewczyk programy były czymś niezwykle wyczekiwanym, były kopalnią wiedzy o tym, co w muzyce gra. Ta para może być wzorem dziennikarskiego profesjonalizmu dla młodych pokoleń. Rzetelni, życzliwi, kochający to, co robią, pracujący z oddaniem zarażali muzyczną pasją tysiące.
Książka z muzyką na pierwszym planie ma jeszcze tło, z którego można dowiedzieć się jak żyło się za żelazną kurtyną, jak wyglądały kulisy tego, co pokazywała telewizja. Poznać kaprysy gwiazd, ich prywatne oblicze. Gorąco polecam lekturę tejże publikacji każdemu, kto docenia muzykę z lat 60., 70. i 80. Czytając nie mogłam się oprzeć, by sobie nie zanucić wielu ulubionych hitów.Niesamowite emocje i wspomnienia gwarantowane.
Książka zrecenzowana dla portalu Lubimy Czytać.

niedziela, 16 marca 2014

Cisza......

PRZEZ PEWIEN CZAS - NIE WIEM SAMA JAK DŁUGI, BO NIE ZALEŻY TO ODE MNIE, ZALEGNIE TU CISZA. MAM NADZIEJĘ, ŻE UDA MI SIĘ ZWALCZYĆ TO, CO ZSYŁA LOS I NIEBAWEM TU WRÓCĘ. TYCH, KTÓRZY CZEKAJĄ NA TEKSTY, RECENZJE PROSZĘ O CIERPLIWOŚĆ. WIEM, ŻE ZAWODZĘ, ALE NIE ZE SWOJEJ WINY.
DO SZYBKIEGO MAM NADZIEJĘ ZOBACZENIA. TRZYMAJCIE ZA MNIE KCIUKI.

poniedziałek, 10 marca 2014

Michael Ende "Nie kończąca się historia"


Wydawnictwo Znak emotikon
data wydania 2014
stron 640
ISBN 978-83+240-2883-2

Na pomoc Fantazjanie 

"Nie kończąca się historia" to książka określana baśnią wszech czasów. Czy słusznie? Jak najbardziej. Jej premiera miała miejsce w 1979 roku. Powieść fantasy przeznaczoną dla młodych czytelników przetłumaczono na wiele języków. W latach 80-tch książkę zekranizowano. Ta produkcja okazała się kinowym hitem i przyciągnęła tysiące widzów. Na czym polega fenomen tejże opowieści? Myślę, że na wspaniale wykreowanej fabule, która jest idealnie dopracowana w najmniejszych szczegółach i  niezwykle barwna. Z łatwością rozbudza wyobraźnię i przenosi do świata baśni. A tenże świat idealny jest jak się okazuje nie tylko dla dzieci. Jako dorosły człowiek wspaniale się w nim odnalazłam. 
 
Pewnego dnia Bastian Baltazar Buks otwiera drzwi antykwariatu. Młody człowiek, któremu dokuczają z powodu tuszy szkolni koledzy uwielbia czytać książki. W tymże antykwariacie znajduje księgę, która zmienia jego życie. Bez pozwolenia wynosi ją ze sklepu i udaje się na szkolny strych. Zamyka za sobą drzwi i wkracza do baśniowego świata. Fantazjana to kraina która nie ma końca. składa się z wielu krain i przeróżnych poddanych. Jej władczynią jest Dziecięca Cesarzowa. Nad Fantazjaną gromadzą się jednak czarne chmury. Krainę dławi nicość. Powoli pochłania ją i jej mieszkańców. Fantazjanie grozi zagłada i trzeba ją jak najszybciej uratować. Podobnie jak trzeba znaleźć antidotum na chorobę jej władczyni. Żaden z 500-set medyków nie jest w stanie powstrzymać zła. Los baśniowej krainy ma spocząć w rękach młodego chłopca o imieniu Atreju. Na jego piersi ma zwisnąć Auryn - magiczny medalion. Czy uda się sympatycznemu młodemu człowiekowi jego jakże trudna misja?
 
"Nie kończąca się opowieść' to książka która Bastian czyta i do której potem się przenosi. Tekst książki jest pisany dwoma kolorami czcionki - pomarańczową i niebieską w zależności od tego, który ze światów jest opisywany - baśniowy czy ten rzeczywisty. Książka jest wspaniała. Pełna przygód, przeróżnych zawirowań i niespodzianek. Autor wspaniale opisuje miejsca w których toczy się akcja oraz postacie pojawiające się na kartach książki. Jest ich bez liku i są bardzo różnorodne. Lektura gloryfikuje miłość i przyjaźń. Oczywiście jak w każdej baśni toczy się walka dobra ze złem. Książka choć jest dość obszerna nie znudziła mnie w żadnym momencie. Czytałam ją zachłannie i z przyjemnością. Ta powieść przypomniała mi moje młodzieńcze gusta czytelnicze. Jako dorosły człowiek odebrałam ją chyba tak samo jakbym miała niewiele ponad dziesięć lat. Wysnułam stąd wniosek, że książki adresowane do młodzieży mogą być idealne i dla pokolenia ich rodziców. 
"Nie kończąca się historia" to książka niepowtarzalna i oryginalna. Rozbudzająca wyobraźnię i niosąca przesłanie. Pełna ponadczasowych prawd, które nigdy nie stracą na wartości. To lektura do której jeszcze wrócę, by znów przeżyć wspaniałe emocje. 
Na koniec pochwalę jeszcze Wydawcę za naprawdę ciekawe wydanie. Idealny format, książkę starannie zszytą i z gotową już zakładką. Doceniam idealną korektę, brak jakikolwiek błędów i literówek co szczególnie ważne w książkach dla młodych czytelników. Troszkę szkoda, że w tekście zabrakło ilustracji. 
Moja ocena 8/10.

niedziela, 9 marca 2014

Emily Bronte "Wichrowe wzgórza"


Wydawnictwo MG
 data wydania 2014
stron 448
ISBN 978-83-7779-174-5

Wśród wzgórz i wrzosowisk

"Wichrowe wzgórza" to klasyka, książka określana mianem arcydzieła. Powieść, którą czytało wiele pokoleń. Napisana wiele lat temu historia ukazała się po raz pierwszy w 1847 roku pod męskim pseudonimem. Od czasu pierwszego wydania była wielokrotnie wznawiana. Co dziwne na samym początku nie przyjęto jej przychylnie. Dziś należy do kanonu prozy angielskiej. Można o niej rzec książka fenomen. Nic dziwnego, że miałam wielką tremę przed jej lekturą. Obawiałam się odbioru tegoż romansu, którego akcja rozgrywa się wiele lat temu w epoce wiktoriańskiej. Zastanawiałam się czy podzielę entuzjazm mojej babci, która tę książkę czytała wielokrotnie. Myślałam, czy odnajdę się w tamtych czasach właściwie zrozumiem bohaterów i ich motywy działania oraz wybory. 
Stało się! Zaczęłam czytanie. I już po kilku stronach poczułam klimat tego dzieła. 
A o czym jest książka? 
Na przełomie XVIII i XIX wieku w domu państwa Earnshawów pojawia się chłopiec. Przygarnia go pod swoje skrzydła pan domu, który spotyka cygańskiego przybłędę w tracie wyprawy do Liverpoolu. Chłopiec ma na imię Heathcliff. Earnshaw traktuje go bardzo dobrze, niczym własnego synka. Rodzony pierworodny tego mężczyzny od samego początku czuje do niego antypatię, zaś córka Katarzyna widzi w nim przyjaciela i bratnią duszę. Spędzają ze sobą wiele czasu na zabawach, razem dorastają. Siostrzane uczucia przeradzają się w coś więcej. W coś poważniejszego. Po śmierci głowy domu sytuacja Heathciffa staje się gorsza. Hindley pokazuje jak bardzo nienawidzi cygańskiego młodzieńca. Catherine zaś w chwili krótkotrwałego zauroczenia poślubia sąsiada Lintona. Rozgoryczony i zawiedziony Heathcliff opuszcza Wichrowe wzgórza, ale po pewnym czasie wraca i burzy spokój mieszkańców obu sąsiednich posiadłości. Zemsta bywa słodka, ale czy i tym razem będzie miała taki smak?

"Wichrowe wzgórza" to książka bardzo dziwna. Jest o miłości, namiętności, ale nie ma w sobie nic, nawet najmniejszego okrucha z typowego romansu. Przypomina raczej mroczny thriller, ponurą listopadową pogodę. Lektura opowiada o mrocznej stronie ludzkiej duszy. Ukazuje do czego zdolny jest człowiek, gdy zawładną nim negatywne uczucia jak choćby żądza zemsty. Czytając miałam okazję obserwować jak bardzo łatwo słuchając złych podszeptów można sobie komplikować życie. Zło bywa niczym narkotyk. Wciąga w swoje macki, powoduje, że jeden zły wybór wręcz rodzi następny. I tworzy się coś na kształt pajęczyny, która oplata, omamia, uzależnia, wpędza w matnię z której nie ma wyjścia. 
Mroczna bywa ludzka natura. Tak było kiedyś, tak jest i dziś. To ponadczasowe. Świat się zmienia, ale my ludzie, ciągle popełniamy podobne błędy. 
Nie jest to lektura łatwa w odbiorze. Osobiście nie potrafiłam ją przeczytać za jednym zamachem. Bywały chwile, że nie byłam się w stanie od niej oderwać. Ale i nadchodziły momenty, kiedy musiałam ją odłożyć, by odetchnąć i odpocząć od przyprawiającego dreszcze klimatu. Tak, były też momenty, że miałam ochotę przerwać czytanie i już do niej nie wrócić, ale jednak wracałam. 
Wielkie uznanie należy się autorce za spore emocje i niesamowity klimat tejże powieści. Za nic w świecie jednak nie chciałbym żyć w ukazanej w książce posiadłości i spotykać ludzi tak bardzo opętanych zemstą, zawiścią. 
Czy warto zagłębić się w tę powieść? Tak, choćby ze względu na poznanie innej jakże odmiennej od współczesnej rzeczywistości. Innego świata, choć podobnych ludzkich problemów. A ja postanowiłam, że po lekturze dość grubego tomu czas na obejrzenie ekranizacji. 


piątek, 7 marca 2014

Magdalena Kordel "Malownicze. Wymarzony dom"


Wydawnictwo Znak
data wydania 2014
stron 400
ISBN 978-83-2402-991-4

Malownicze zaprasza!
 
Na przestrzeni wieków autorzy książek stworzyli dzięki swojej wyobraźni i talentom wiele cudownych miejsc, które istnieją tylko w świecie książek. Próżno szukać ich na mapach i globusach. One żyją tylko na kartach lektur, a mimo to przyciągają tłumy czytelników, którzy poddają się ich urokowi. Sama też mam takie ulubione literackie miejsca, do których chętnie wracam, gdzie czuję się niczym u siebie w domu, gdzie mi po prostu dobrze, gdzie czekają na mnie wspaniali znajomi, których darzę sympatią. Jednym z takich zakątków jest Malownicze stworzone przez Magdalenę Kordel. Dla tych, którzy tam jeszcze nie trafili dodam, że jest to urocza malutka miejscowość u podnóża Sudetów, gdzie znajduje się pensjonat Uroczysko.
Główną bohaterką najnowszej książki Kordel jest pochodząca ze stolicy Magda. Młoda i zdolna tłumaczka języka Moliera. Jej życie ulega wielkim przemianom. Rozpada się jej związek z Grzegorzem - mężczyzną, który był zarówno partnerem życiowym, jak i szefem Madzi. Nasza bohaterka pod wpływem impulsu i w drodze przysługi wobec matki swojej przyjaciółki kupuje stary dom, który znajduje się w Malowniczym. Magda w chwili zakupu nie ma pojęcia jak on wygląda, w jakim jest stanie technicznym, jak prezentuje się okolica, w której leży. Dzięki zasobnemu kontu może pozwolić sobie na dłuższe wakacje i pobyt na prowincji. Gdy dociera w Sudety nie ma pojęcia jak decyzja o nabyciu nieruchomości zmieni jej życie. Ile wniesie w nie zamieszania, chaosu, pozytywnej energii. Nie wie, że dzięki podpisaniu aktu notarialnego pozna wspaniałe osoby, obdarzy je przyjaźnią i miłością oraz zasmakuje smaku prawdziwego szczęścia. Oczywiście nie będzie łatwo. Ale jak się okaże w Malowniczym nawet problemy mają inny posmak. Łatwiej je bowiem rozwiązać z prawdziwymi przyjaciółmi.
W najnowszej powieści autorki „Uroczyska” bardzo wiele się dzieje. Akcja książki jest dynamiczna i wartka. Na kartach powieści miałam okazję spotkać starych znajomych, ale na pierwszym planie są postacie nowe. Magda, która chce sobie ułożyć życie od nowa, Julia, która szuka prawdy o ojcu i rodzinnych sekretach. Te dwie kobiety poznają się przypadkiem i rodzi się między nimi przyjaźń oraz zrozumienie. Tropienie prawdy przez Julię nadaje książce niesamowitego posmaku. Budzi czytelniczą ciekawość. Losy sióstr Ani i Marcysi wstrząsają, wzruszają i uświadamiają jak trudno bywa dzieciom z patologicznych rodzin. Pisarce udało się stworzyć szereg bardzo ciekawych postaci, z których każda jest nietuzinkowa. I to one są moim zdaniem największym atutem lektury. Większość z nich budzi sympatię, jak choćby mądry ksiądz, który nie ma w sobie nic z fanatyka, jest otwarty także dla tych, którzy mają nieco inne niż on poglądy.

Powieść ta, to lektura niezwykle przyjemna, naładowana pozytywną energią, humorem, ale to też książka, która nie omija trudnych tematów. To historia, która relaksuje, ale i zmusza do refleksji nad tym, co w życiu istotne i bez czego nie można się obejść. Niezwykle ważne są przyjaźń i miłość. Ale tylko te prawdziwe. Ich namiastki są do niczego. W tej książce nie ma idealnego świata, ale większość postaci kieruje się sercem i dobrem. Bywa bezinteresowna i daje dobry przykład innym. Jak się okazuje dobro wyzwala dobro, goni precz zło i wyzwala korzystnie przemiany. Czasem bowiem wystarczy dać komuś dobry przykład i to wymusi zawrócenie ze złej drogi. Czy czegoś mi w tracie czytania brakło? Tak, liczyłam bowiem na więcej opisów z górskich szlaków, ze szczytów które otaczają Malownicze.
Książka bardzo mi się spodobała. To lektura pogodna, poprawiająca humor, idealna na chandrę. Taka porywająca powieść o życiu, o zwyczajnych ludziach, która ma swój niesamowity urok i czar. Jeśli jeszcze drogi Czytelniku nie byłeś w Malowniczym napraw to. Odkryj je, a z pewnością się w nim zadomowisz.
Książka zrecenzowana dla portalu Lubimy Czytać.

czwartek, 6 marca 2014

Andrzej Muszyński "Miedza"


Wydawnictwo Czarne 
data wydania 2013
stron 144
ISBN 978-83-7536-568-9

Ocalić od zapomnienia

Andrzej Muszyński to młody i zdolny prozaik. Urodził się w 1984 roku. Jego rodzinne strony to pogranicze Jury Krakowsko-Częstochowskiej. Konkretnie mała wioska niedaleko Pustyni Błędowskiej. W swoim dorobku ma już dwie książki „Południe” i „Miedzę”. Ta druga publikacja składa się z dziewięciu opowiadań. Ich akcja z małym wyjątkiem rozgrywa się we wsi Sosnowice.
Wioska ta w ostatnich kilkudziesięciu latach przeszła wielkie przemiany. Z typowej polskiej wsi została miastowsią. Stało się tak za sprawą dwóch czynników. Po pierwsze wskutek emigracji rdzennej młodzieży w świat – do miast Polski i za granice kraju. Po drugie na wieś przeprowadziły się rodziny z miasta. Na wsi mieszkają, w mieście pracują. I tym samym niesamowicie zmieniają oblicze wsi. Z rolniczej osady powstaje podmiejska sypialnia. Autora te zmiany nie zadowalają. On chce ocalić od zapomnienia tę dawną wieś. którą pamięta z czasów dzieciństwa. Gdy ludzie uprawiali rolę, zajmowali się hodowlą bydła i drobiu, a w soboty bawili się w strażackiej remizie na potańcówkach. Te czasy pamiętają jedynie najstarsi mieszkańcy Sosnowic. O nich w swoich opowiadaniach pisze autor oddając głos staruszkom, by wspominali to, co nie tak dawno było teraźniejszością, a dziś odeszło do lamusa i żyje tylko w umysłach seniorów. Autor chce ocalić tę zwyczajną polską powojenną wieś od zapomnienia. Staje się kronikarzem, który pisze z nostalgią.
Dziś takiej wsi już nie ma i pewnie nigdy nie będzie. Próżno szukać wędrujących pustelników jak Bioły. Próżno patrzeć na pola, które zamiast mienić się w lipcowym słońcu dojrzewającym zbożem zieją pustką i leżą odłogiem. Próżno szukać na wiejskich podwórkach kur i kogutów. Stodół i stajni się już nie buduje, a te które pozostały świecą pustkami. Po wiejskich drożynach nie jeżdżą już drewniane wozy zaprzężone w konie, podwórka są perfekcyjnie wybrukowane kostką. Nikt już nie zbiera i nie suszy ziół, a w porze dojenia nie słychać ryków krów. Stało się: wieś rolnicza odeszła w przeszłość. Bo dziś nikomu się nie chce i nic się nie opłaca. Lepiej i wygodniej iść do sklepu na zakupy. Ale w starych drewnianych domach mieszkają bezcenni świadkowie tego, co wyparła technika, czas i przemiany ustrojowe. Sprowokowani pytaniami opowiadają o darciu pierza, uprawie roli, łuskaniu fasoli, świniobiciu, szatkowaniu kapusty na kiszenie. Z ich relacji bije tęsknota i nostalgia.roza Muszyńskiego jest wyjątkowa. Dość oszczędna w słowach, ale pełna realnego przekazu. Nie ma w niej miejsca na sentymenty, na pokolorowaną przeszłość. Jest tylko to, co było naprawdę. Niekiedy tekst pisany jest gwarą. Czytając te opowiadania czułam, że Sosnowice mogą być symbolem wielu wsi. Nie tylko tych w okolicach Częstochowy i Krakowa. Na podkarpackich wioskach, które odwiedzałam jako mała dziewczynka było jakże podobnie. Obecnie zaszły identyczne zmiany. Z racji tego, że miałam okazję poznać wieś o jakiej pisze Muszyński potraktowałam lekturę „Miedzy” jako sentymentalny powrót do lat wczesnej młodości. Stylem książka przypomina prozę Stasiuka, w której jestem zakochana od lat. Tytuł jest dla mnie niezwykle wymowny i jeszcze podkreśla treść opowiadań. Miedza to coś co dzieli. Miedza to granica. Między dzisiejszą wsią a tą opisywaną jest też granica. Granica czasu, który upłynął i nie wróci. Granica nie do przekroczenia w rzeczywistości. Jedyną możliwością powrotu jest lektura takiej pozycji jak ta. Gorąco polecam ją tym, którzy mieli okazję widzieć inną polską wieś, ale i tym, którzy są ciekawi jak żyło się pokoleniu ich dziadków. Ten świat ma w sobie tyle piękna i uroku, że warto go poznać. Warto ocalić od zapomnienia.
Książka zrecenzowana dla portalu Lubimy Czytać.

wtorek, 4 marca 2014

Magdalena Witkiewicz "Pensjonat marzeń"


Wydawnictwo Filia
data wydania 2014
stron 256
ISBN 978-83-6362-295-4

Po Szkole życie toczy się dalej...

Kilka miesięcy temu w książce Magdaleny Witkiewicz wydanej w „Serii z tulipanem” poznałam przeurocze bohaterki i przeżyłam w ich towarzystwie niesamowite chwile w niezwykłej szkole. Szkole żon, która wcale nie jest tylko dla mężatek. Szkole, która przyda się każdej kobiecie. Czego tam uczono? Najkrócej mówiąc stosowania w praktyce zdrowego egoizmu. Pobyt w tymże ośrodku uświadamiał każdej z przybyłych tam pań, że są bez wyjątku wyjątkowe, jedyne w swoim rodzaju i że każdej należy się coś od życia. Julia, Marta, Michalina i Jadwiga przyjechały na turnus ze sporym bagażem doświadczeń, z naręczem kłopotów i kompleksów. Wyjechały już inne, odmienione, przekonane, że coś im się jeszcze może w tym życiu wspaniałego przydarzyć. Wyjechały świadome swojej kobiecości i atrakcyjności. Teraz pozostawało im zastosować zdobyte w Szkole wiadomości w praktyce. A wiadomo czasem jest to bardzo trudne. Kończąc lekturę „Szkoły żon” byłam niesamowicie ciekawa jak potoczyły się dalsze losy bohaterek. Dlatego też z przyjemnością sięgnęłam po „Pensjonat marzeń”, który miał zaspokoić moją ciekawość. Jak się okazało powieść okazała się strzałem w dziesiątkę i znakomicie spędziłam z nią wieczór.
Ponowne spotkanie z Julią, Michaliną, Jadzią i Martą było wspaniałą odskocznią od codzienności. Miałam wrażenie, że wkraczam w życie bliskich mi przyjaciółek, z którymi na pewien okres rozdzielił mnie czas. Panie połączyła trwała przyjaźń. Ich kontakty z pobytu na Mazurach okazały się ciepłe i trwałe. Każda z nich wyciągnęła wnioski i zaczęła pracować nad tym, by częściej na ich twarzach pojawiał się uśmiech, by serca jeszcze raz mocniej zabiły, by stały się szczęśliwsze. Marta podjęła walkę z nadwagą, ale nie tylko. Uświadomiła też sobie i mężowi, że do szczęścia potrzebne jest jej życie zawodowe. Julia mimo lęków nawiązała bliskie relacje z mężczyzną. Jadwiga zobojętniała na zdrady niewiernego od lat małżonka, porzuciła wygodny fotel i zaczęła chodzić na randki. A Michalina zrozumiała, że z poprzednim facetem nie miałaby życia. Więcej już zdradzać nie chcę, ale dodam, że u dziewczyn naprawdę sporo się dzieje. No i jeszcze wraz z Eweliną podejmują olbrzymie wyzwanie. „Szkole żon” na wyrosnąć brat bliźniak na Kaszubach... Pensjonat marzeń...
Książka bardzo mi się spodobała i przypadła do gustu. Może nawet jeszcze bardziej niż jej poprzedniczka. Czyta się ją naprawdę przyjemnie. Akcja biegnie dość szybkim tempem, pojawiają się nowe postacie, Amory godzą strzałami. „Pensjonat marzeń” to książka, której nie da się odłożyć przed przeczytaniem ostatniego zdania. Ta historia pochłania i wciąga. Porywa do babskiego świata, w którym życie toczy się w rytm uczuć, rozterek i dylematów. Ale istnieje też przyjaźń i kobieca solidarność. Lektura tej książki znakomicie poprawi humor paniom, które mają w życiu pod górkę. Niesie nadzieję, że żaden wiek nie dyskwalifikuje przed zakochaniem się i chodzeniem na randki. W życiu nigdy nie jest za późno, by marzyć, by być szczęśliwym. Z wiekiem nie traci się kobiecości. I absolutnie nie można składać broni po przekroczeniu trzydziestki, po zdradzie partnera, po rozwodzie. Trzeba ochłonąć i nabrać wiatru w żagle, trzeba zapomnieć o tym, co złe i dążyć ku szczęściu. Losy głównych bohaterek potwierdzają powyższe stwierdzenia.
Powieść Magdaleny Witkiewicz doceniam z wielu powodów. Po pierwsze biję jej brawo za doskonale napisaną kontynuację bestsellera, co jest moim zdaniem niełatwym zadaniem i nie każdemu tak dobrze wychodzi. Doceniam również świetne dialogi, lekkie pióro i dynamikę fabuły. W powieści nic nie jest wyolbrzymione, nic nie jest przerysowane. Wszystko jest takie prawdziwe i naturalne. Dodam jeszcze, że przy lekturze zapomniałam o dokuczającej mi w tym dniu migrenie, uśmiałam się do łez, wzruszyłam i nabrałam sił do walki z czasem niezbyt łatwą codziennością. Gorąco polecam przeczytanie tej książki choćby dlatego, że działa on miażdżąco na wszelkie kobiece kompleksy i uświadamia, że nasza doskonałość tkwi właśnie w niedoskonałości.
Książka zrecenzowana dla portalu Lubimy Czytać.

Penny Jordan "Wszyscy mają się dobrze"


Wydawnictwo Mira
data wydania luty 2014
stron 320
ISBN 978-83-7-276-0497-2

Jak to w rodzinie!

Książki Penny Jordan czytam od dobrych kilku lat. Szczególnie utknęła mi w pamięci powieść "Gra". Pióro tej autorki uważam za dobre i wielokrotnie zachwyciłam się tym, co napisała. A jak ma miejsce taka sytuacja to staję się wobec takiego pisarza czy pisarki wymagająca. Po prostu wiem, na co go stać i chcę by trzymał poziom swej prozy. Oczywiście zdaje sobie sprawę, że nie wszystko się udaje doskonale, ale poważniejsze wpadki nie są mile widziane przez takiego czytelnika jak ja.

Skoro podobały mi się książki Penny oczekiwałam, że biorąc do ręki "Wszyscy mają się dobrze" przeczytam powieść na dobrym poziomie. Niestety zawiodłam się. Ba, gdyby nie nazwisko pisarki na okładce nigdy bym nie przypuszczała, że autorką jest lubiana przeze mnie Pani Jordan.
Czytając opis nastawiłam się na opowieść o rodzinie, coś na kształt sagi rodzinnej. Niestety lektura okazała się nudna, chwilami wręcz męcząca. Zabrakło płynności, lekkości, przejrzystości fabuły. Znalazłam mętlik, chaos, bałagan, w którym się po prostu gubiłam. A przecież ta książka powinna być relaksująca w odbiorze.
Autorka opisuje  losy rodziny Crightonów. Jest to wielopokoleniowa rodzina prawnicza, która mieszka w Anglii. Senior rodu to Ben, ale na pierwszy plan w książce wysuwają się jego dwaj synowie Jon i David. Właśnie mają świętować swoje pięćdziesiąte urodziny i z tego powodu ma odbyć się przyjęcie na wolnym powietrzu na terenie posiadłości Bena. Autorka nie opisuje tylko współczesnych wydarzeń, ale stale wraca do przeszłości Crightonów. Opisuje wcześniejsze lata, perypetie zawodowe i miłosne członków tego klanu. I tak poznajemy szczegóły małżeństw dwóch braci z których oczywiście jeden jest gorszy, a drugi lepszy. Zagłębiamy się w życie zawodowe i prywatne ich dzieci. 
Z opisu ta lektura powinna być ciekawa i trafić idealnie w mój gust, bo ja uwielbiam takie rodzinne historie. Niestety tak się nie stało. Książka mnie nie wciągnęła, nie pochłonęła bez reszty. Czytanie było żmudne, a ja co chwila musiałam wracać do początku książki by sprawdzić, kto jest kto. Bardzo takich sytuacji nie lubię. Plusem książki są ciekawie wykreowane postacie, ale ich sposób przedstawiania czytelnikowi i panujący chaos zdecydowanie psuje przyjemność czytania. 
Cóż po lekturze czuję wielki zawód. Mimo to zachęcam do poznania książek Pani Jordan. Inne jej publikacje, które czytałam są zdecydowanie lepsze.

niedziela, 2 marca 2014

Grzegorz Kozera "Berlin, późne lato"


Wydawnictwo Dobra Literatura
data wydania 2013
stron 208
ISBN 978-83-935437-6-2

Ta miłość nie miała prawa się zdarzyć!

Jakiś czas temu przeczytałam książkę "Droga do Tarvisio". Lektura okazała się naprawdę wyborna. Nazwisko jej autora trafiło na listę nazwisk pisarzy, których cenię i których nowości nie mogą mnie ominąć. 
"Berlin, późne lato" to książka której długo nie zapomnę. Autor zbytnio się nie rozpisał i nie stworzył grubego tomiszcza, ale napisał tak pięknie, tak wzruszająco, tak emocjonująco, że powieść zasługuje na wielkie uznanie. Skończyłam ją czytać ze łzami w oczach. W trakcie lektury popłakałam się nie raz. Bo tę książkę nie można tak zwyczajnie przeczytać i odłożyć na półkę. Ją trzeba po prostu przeżyć. 
 
Akcja rozgrywa się w czasie II wojny światowej. Jest lato 1943 roku. Niemcy ponieśli już spore klęski na froncie. Berlin trapią nocne naloty aliantów. Jest lato, ale raczej nie panuje wakacyjna atmosfera. Naziści oczywiście jeszcze sieją propagandę sukcesu, ale ludzie przestają wierzyć w sukces działań zbrojnych. Jedzenie jest racjonowane. Tworzą się po nie spore kolejki. Berlin wskutek bomb powoli zmienia się w gruzowisko.
Otto Peters przed wojną był szczęśliwym i spełnionym Berlińczykiem. Miał żonę i syna, napisał powieść. Wojna zburzyła jego rodzinę. Syn zginął na froncie, żona zmarła. Otto został wdowcem niedługo po czterdziestych urodzinach. Rozpoczął pracę w księgarni u swego przyjaciela Rolfa. Przestał pisać, nie chciał tworzyć pod dyktando nazistów propagandowe buble. Pewnego dnia jego życie zmieniło się wskutek pewnego spotkania. Na klatce domu w którym mieszkał zobaczył kobietę, uciekinierkę i więźniarkę polskiej narodowości. Ścigano ją. Otto bez chwili wahania pomógł Halinie...
 
Powieść "Berlin, późne lato"to historia z wojną w tle. To książka o miłości, która według filozofii Hitlera nie miała prawa się zdarzyć. Nie mogła zaistnieć w imię czystości rasowej, w imię idei wyższości rasy Niemców. Otto jako dobry obywatel powinien zadenuncjować kobietę, która szukała schronienia. Postąpił inaczej narażając własne życie. Los zetknął ich w beznadziejnej sytuacji. Wojna, zagrożenie, poszukiwania.... Za plecami tej pary czaiła się śmierć. A jednak narodziła się bardzo bliska więź, uczucie wbrew potwornej rzeczywistości. Piękna miłość, która przyniosłaby obojgu szczęście. Czy los okaże się łaskawy? Czy wbrew temu co się dzieje para urzeczywistni swoje marzenia o wspólnym życiu? 
Autor napisał po mistrzowsku, pięknie i w sposób który chwyta za serce. Niezwykle plastycznie ukazał wojenną rzeczywistość stolicy Niemiec. Doskonale nakreślił profil niemieckiego społeczeństwa, które niszczy ideologia nazizmu. Doprowadza ludzi do granic przerażenia, nieludzkiego zachowania, zaszczuwa. Niszczy więzi międzyludzkie. Przekształca zwyczajnych ludzi w bezduszne trybiki potwornej maszyny. Zabija wszelką normalność. Rodzi strach, ciągły lęk. Doprowadza do strachu przed własnym cieniem. Lektura uświadomiła mi, że naród niemiecki za hitlerowskie chore idee zapłacił olbrzymią cenę. Wojna jest niczym wrzód, który trapi nie tylko napadniętych, ale i agresora. 
Ta powieść jest o miłości, ale to nie romans z wojną w tle. Lektura wstrząsa niczym potężny tajfun. Ukazuje do czego zdolni bywają ludzie zastraszeni, zarażeni chorą filozofią. Gorąco polecam jej przeczytanie szczególnie tym, którzy cenią książki ambitne, dopracowane, oryginalne i po prostu piękne.

piątek, 28 lutego 2014

Bogdan Chruścicki "Justyna Kowalczyk Królowa Śniegu"


Wydawnictwo Otwarte 
data wydania 2014
stron 264
ISBN 978-83-7515-285-2

Opowieść o Królowej Śniegu

Wiele lat temu w małej miejscowości w pobliżu Limanowej urodziła się dziewczynka, która pokochała bieganie na nartach. Była bardzo ambitna, pracowita i utalentowana. Wiele lat ciężko trenowała. Całe swoje życie podporządkowała uprawianiu sportu. Jej upór i trud nie poszedł na marne. Pewnego dnia wkradła się do światowej czołówki narciarskich biegaczek i udowodniła rywalkom, że jest groźnym przeciwnikiem. Zaczęła się fala zwycięstw, zdobywania trofeów, tytułów. Zawodniczkę z Kasiny Wielkiej pokochały tysiące Polaków, którzy gromadzili się licznie na trasach biegów i przed telewizorami. Justyna Kowalczyk zyskała przydomek Królowej Śniegu.
Z telewizyjnych wypowiedzi, wywiadów rysuje się portret kobiety odważnej, która bywa do bólu szczera i otwarcie mówi co myśli, co ją boli, denerwuje. Widać, że olimpijka z Kasiny ma niełatwy charakter, ale czy to nie dodaje jej jeszcze więcej uroku?
Justyny Kowalczyk nie polubiłam od razu tak jak Adama Małysza. Ale dziś cenię ją ogromnie i darzę głęboką sympatią. Śledzę jej poczynania, kibicuję i w pełni rozumiem. Ba, ogromnie doceniam za szczerość i odwagę mówienia tego co myśli. Dziś nie każdego sławnego człowieka na to stać.
Po książkę o biegaczce spod Limanowej sięgnęłam z przyjemnością. Chciałam dowiedzieć się o Niej jeszcze więcej. Czy tak się stało?
I tak i nie!
Książka znanego dziennikarza sportowego i komentatora Eurosportu to biografia zdecydowanie zawodowa. Informacji o życiu prywatnym złotej medalistki jest dość mało. Autor skoncentrował się wyraźnie raczej na sportowej stronie życia. Pani Justyna chroni dość mocno swoją prywatność i ma do tego prawo. Jej życie sportowe jest bardzo intensywne i pełne różnych zdarzeń. Nie zawsze jest łatwo. Początki kariery nie były usłane różami. Biegi na nartkach- jak nazywa je pieszczotliwie Justyna Kowalczyk - nie były kiedyś zbyt popularne. A ona sama od dawna gromi inne polskie zawodniczki na głowę. Nie ma Polki z którą przyszłoby jej bezpośrednio rywalizować. Justyna prze do przodu sama, ale z tym samym trenerem. Tworzą świetny duet.

Chruścicki napisał książkę nie tylko o swojej ulubionej zawodniczce, ale i zawarł w publikacji cenne informacje o historii zmagań w sportach zimowych oraz o zasadach na jakich odbywają się biegi. Są one dość zawiłe na pierwszy rzut oka. Czytając poznałam świat biegaczek, ich przyjaźnie i animozje, otoczkę, która czasem nie jest widoczna w trakcie zmagań sportowych. Książka świetnie podsumowuje dokonania naszej olimpijki i uświadamia ile wymagały pracy oraz trudu. To nie jest taka prosta konkurencja. Wymaga cech właściwych dla tytanów. Dzięki tej publikacji inaczej spojrzę na ten rodzaj sportu.
Autorowi udało się napisać tę książkę bardzo plastycznie - wręcz czuje się te emocje jak w trakcie oglądania telewizyjnych transmisji. Jest ona też bardzo osobista. Widać wielką sympatię Chruścickiego do Justyny Kowalczyk. Nie brak zdjęć, planów tras.
Mam nadzieję, że kiedyś za dobrych kilka lat sama bohaterka napisze o swojej karierze książkę, która ją podsumuje. I podzieli się osobistymi przeżyciami. 
Książka wydana bardzo starannie, wręcz elegancko. Z przyjemnością bierze się ją do ręki. Nie ma literówek, pomyłek. Przyjemna dla oka czcionka i dobry format. Za to Wydawcy należy się uznanie.

środa, 26 lutego 2014

Nieduży stosik - wielka radość


Tym razem stos nie jest zbyt duży, ale składa się z tak smakowitych dla mola książkowego książek, że muszę się nieskromnie pochwalić. I tak 
- Mieczysław Bieniek " Hajer jedzie do Soczi" od Lubimy Czytać - książka już przeczytana i zdradzę jej ocenę 10/10.
-Piotr Milewski "Transsyberyjska" od Lubimy Czytać
- Bogdan Chruścicki " Justyna Kowalczyk Królowa Śniegu" od Wydawnictwa Otwarte
- Chuck Missler " Poznaj Biblię w 24 godziny" od Wydawnictwa Nowy Świat


wtorek, 25 lutego 2014

Andrzej Szczeklik, Jerzy Illgiem " Słuch absolutny"


Wydawnictwo Znak
data wydania styczeń 2014
stron 288
ISBN 978-83-240-2869-6

Wyjątkowy Człowiek w lekarskim kitlu

Ta książka trafiła w moje ręce czystym przypadkiem. Do chwili jej przeczytania nie miałam pojęcia kim jest Andrzej Szczeklik. Dzięki lekturze poznałam wyjątkową osobistość polskiej medycyny, specjalistę w ręce którego zapewne chciałoby trafić wielu ludzi w nieszczęściu jakim jest choroba. Książka napisana jest w formie wywiadów dwóch bliskich sobie przyjaciół z których wytworzył się jeden spory wywiad rzeka. Kolejne rozmowy toczone pewnie przy niejednym kubku herbaty poruszają różne kwestie. Z nich rodzi się autobiografia lekarza legendy polskiej medycyny. Wybitnego fachowca, który leczył i sławne osobistości i tysiące zwyczajnych zjadaczy chleba. W swoim fachu był perfekcjonistą. Miał nie tylko wiedzę, ale i wspaniałą intuicję, kulturę osobistą. Był lekarzem wybitnym nie tylko ze względu na swoje osiągnięcia, ale i moim zdaniem za podejście do pacjenta. Gdy choruje ciało słabuje i dusza. Ktoś chory bywa załamany, przerażony. Lekarz powinien zagrzewać go do walki, dodawać wsparcia. Nie każdy medyk to potrafi. Pan Szczeklik był w tym doskonały.
Bohater "Słuchu absolutnego" to nie tylko lekarz, ale i naukowiec, autor literatury medycznej, która ukazywała się na całym świecie. Wiele lat spędził we Wrocławiu i Krakowie, odbywał też staże zagraniczne. Był pasjonatem i mistrzem w swoim fachu, a przy tym człowiekiem wrażliwym, wszechstronnie wykształconym, ciekawym świata. Kochał muzykę, która obok medycyny była jego drugą pasją. Uwielbiał górskie wędrówki, grywał na fortepianie, świetnie jeździł na nartach. 
Swoje życie przeżył niezwykle intensywnie. W kolejnych rozmowach z przyjacielem Jerzym Illgiem pozwolił się poznać od kołyski. W książce nie brak wspomnień z dzieciństwa, okresu edukacji, studiów i pracy zawodowej. Pan Andrzej ciekawie opowiedział wiele anegdot z pracy lekarza, ale nie tylko. Nie szczędził też wspomnień z pobytów zagranicznych, podzielił się swoimi opiniami o literaturze, wspomniał o pobytach w Piwnicy pod Baranami, krakowskich przyjaciołach. 
Tę książkę wręcz pochłonęłam. Odkryłam życiorys wspaniałego człowieka, lekarski ideał. Profesor Szczeklik to człowiek naprawdę wyjątkowy, któremu sukcesy nie przewróciły w głowie, który każdego dnia realizował złożoną przysięgę Hipokratesa. Jego postać budzi podziw, szacunek. Właśnie takie osobowości powinny promować media. 
Wspaniała lektura dla miłośników biografii. Dodam jeszcze, że ta publikacja nie ma w sobie nic z autoreklamy. Autorzy nie szukają rozgłosu. Profesor nie chce być podziwiany, on po prostu zwyczajnie o sobie opowiada. Nie ma w tej lekturze chęci zabłyśnięcia, pokazania się światu. Wybitny lekarz był bowiem całe życie skromny i sława go nie zmieniła. Pozostał sobą do końca. A przy okazji ogromnie zasłużył się polskiej medycynie. Wspaniała postać, która zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Poznaj ją i Ty.

poniedziałek, 24 lutego 2014

Eva Mozes Kor, Lisa Rojany Buccieri "Przetrwałam. Życie ofiary Josefa Mengele"


Wydawnictwo Prószyński 
data wydania luty 2014
stron 160
ISBN 978-83-7839-704-5

Ofiary Anioła Śmierci

Po lekturze tejże książki jestem i jeszcze długo będę bardzo wzruszona. Bo jakże nie być, gdy przeczytało się o losach dwóch sióstr i jednej rodziny, a w ich tle stoją tysiące osób, których spotkało to samo?
Josef Mengele to niemiecki lekarz i zbrodniarz wojenny, który ma na sumieniu tysiące ofiar na których prowadził eksperymenty medyczne. Nie wszystkie te ofiary zmarły od razu. Niektóre przeżyły, ale zostały okaleczone na całe życie. Doktor zwany Aniołem Śmierci w 1943 roku trafił do obozu w  Auschwitz. Tam uczestniczył w selekcjach przebywających Żydów - rozdzielał ich na tych zdolnych jeszcze do pracy i badań medycznych oraz tych, którzy szli wprost do komór gazowych. Prowadził również eksperymenty medyczne na karłach, bliźniętach.

Jednymi z jego ofiar były siostry Eva i Miriam Mozes, które trafiły do obozu jako dziesięciolatki. Zostały rozdzielone od rodziny i zakwaterowane w osobnym baraku. Tu przeszły prawdziwe piekło. Były chore, głodne, wycieńczone. Ich dramat trwał może niezbyt długo, ale pozostawił ślad na całe życie. Żydowskie bliźniaczki pochodziły z rumuńskiej wioski Portz. Tu przez 10 lat mieszkały na wsi i cieszyły się ciepłem rodzinnym. Mozesowie nie byli bardzo bogaci. Ciężko pracowali na roli, byli zwyczajnymi ludźmi. Najpierw zostali napastowani za to, że są wyznania mojżeszowego, potem wywieziono ich do obozu. Skonfiskowano majątek i poza Evą i Miriam zagazowano. Dziewczynki przeżyły, ale obóz został im w pamięci do śmierci. Miriam umarła szybciej, miała kłopoty z nerkami wskutek działań Mengele. 
Książka to wzruszające świadectwo o potwornościach antysemityzmu i obozowym piekle. Eva napisała ją niezwykle prosto, przekazała relację oczami dziecka. Jest ona zwyczajna i niewyszukana, ale bardzo prawdziwa, a tym samym autentyczna i niepozostawiająca żadnych niedomówień. Czytając roniłam łzy, płakałam nad losem nie tylko Evy i jej siostry, ale nad losem i innych współtowarzyszek obozowej niedoli sióstr Mozes. Jakże wiele one wycierpiały! Jak szalonym sadystą był Mengle! Gdzie zgubiło się jego sumienie? Gdzie wrażliwość na cierpienie i choroby jako lekarza? Czy tak bardzo opanowały go slogany nazizmu, że zatracił swoje człowieczeństwo?

Książka robi na czytelniku ogromne wrażenie, jest cennym świadectwem, które doskonale zastąpi niejedną lekcję historii. Opowiada o piekle, które ludzie ludziom zgotowali. W obozie było potwornie, cierpienie nie miało miary, ale mimo to nie zginęły w krematoriach ludzkie odruchy jak siostrzana miłość czy troska. Wśród takich jak Eva Mozes hitlerowcom nie udało się zabić determinacji by przeżyć. Nie jest to obszerna objętościowo książka, ale zawiera w sobie ogrom treści. Jest cenna jako historyczne świadectwo o czasach kiedy w imię nazizmu dokonywano potwornych zbrodni. Warto by po tę lekturę sięgnęli zwłaszcza ludzie młodzi, którzy dziś niekiedy zapominają i nieco lekceważą historyczną przeszłość. Jej lektura z pewnością pozwoli docenić szczęście dorastania w czasach pokoju. Książka, która wręcz wykrzykuje tezę "Nigdy więcej wojny!".

środa, 19 lutego 2014

Diana G. Armstrong "Gdzieś na południu Toskanii"



Wydawnictwo Pascal
data wydania 2013
stron 288
ISBN 978-83-7642-206-0

Toskańskie dolce vita

Toskania to moim zdaniem jeden z najpiękniejszych zakątków świata. Rokrocznie to miejsce jest celem wakacyjnych i urlopowych wyjazdów tysięcy turystów. Wielu z nich jeśli raz zakosztuje toskańskich uroków powraca w to miejsce ponownie. W głowach tych ludzi czasami rodzi się marzenie, by Toskania stała się ich miejscem zamieszkania. I tak w tym regionie pojawia się na dłużej lub na stałe coraz więcej obcokrajowców.

Gdzieś na toskańskiej prowincji, a dokładnie w miasteczku Lubriano znaleźli swoje miejsce na ziemi państwo Armstrong pochodzący ze Stanów Zjednoczonych. Zaczęło się banalnie od zwyczajnego urlopu, a skończyło na kupieniu starego domu, w którym kiedyś był klasztor i mieszkali mnisi. Co samo w sobie nie jest czymś oryginalnym i wyjątkowym w Toskanii. Oczywiście budynek był do remontu. By cieszyć się urokami życia na włoskiej prowincji amerykańska para musiała przezwyciężyć sporo trudności i problemów. Nie zabrakło dotykających obcokrajowców kłopotów, nieporozumień i trudności językowych, ale efekt końcowy był tego warty.
Włoskie realia są inne od amerykańskich. Tu wszystko biegnie swoim odwiecznym rytmem, czas wolniej płynie. By żyć i mieszkać w Toskanii trzeba się dostosować do tego, co jest tu oczywistością. Innej opcji nie ma. Amerykanom, ale i pewnie Europejczykom czasem trudno zrozumieć toskańską filozofię życia. Ale ma ona swoje uroki i potrafi oczarować.

Kupując dom, który czeka remont można jak autorka zachwycić się pięknym freskiem na suficie, odkryć zasypaną tajemniczą studnię, ale trzeba też zebrać w sobie ogrom cierpliwości. Wszelkie prace renowacyjne, wszelkie działania ekip remontowych zwykle ciągną się bez końca. Najęci fachowcy lubią być nieterminowi, spóźniać się, lawirować. Zwykle nie wywiązują się z terminów i pracują w swoim rytmie. Napięte nerwy może złagodzić malowniczy krajobraz za oknem, wspaniała kuchnia i owo tak reklamowane dolce vita. Diana Armstrong mimo pewnych niedogodności zakochuje się w swoim domu i okolicy bez pamięci. Swoimi pełnymi emocji wrażeniami dzieli się na kartach książki. Jej narracja jest autentyczna, pełna uczuć i błyskotliwa. Pełna humoru. Ktoś może powiedzieć ( i będzie miał rację), że temat tej książki to nic innego jak odgrzewany kotlet. Tak, na półkach księgarni czy bibliotek znajdziemy wiele publikacji opowiadających o osiedleniu się w Toskanii, o zapuszczeniu korzeni na włoskiej prowincji i zakupie domu. Jednak kto raz rozsmakuje się w toskańskiej tematyce będzie takich książek szukał i nie powie o nich, że są nudne. Bo w Toskanii wszystko zachwyca. Jedno spojrzenie na okładkę wyjaśnia jak piękne są tam widoki, jak malownicze są wzgórza porośnięte winnicami. Diana Amstrong świetnie zadała egzamin z przekazania słowami zapachów i aromatów. Książka gloryfikuje też niezwykle smaczną i zdrową kuchnię, a w tekst są wplecione przepisy kulinarne. Nie są one zbyt trudne i wyszukane. Każdy może spróbować wcielić się w szefa kuchni i zaserwować posiłek po toskańsku.

Książkę „Gdzieś na południu Toskanii” czyta się niezwykle przyjemnie. Dzieje się tak za sprawą pięknych opisów, ciekawych anegdot, ogromu humoru. Przy tej lekturze można się rozmarzyć, zrelaksować i poczuć zapach ziół, cyprysów czy grzybów. Lektura z pewnością znajdzie uznanie u italofilów. Pokochają ją miłośnicy prozy Ferenca Mate czy książek Aleksandry Seghi. To niezwykle pogodna lektura, która z pewnością poprawi humor w dzień, gdy niebo zasnują chmury z których siąpi deszcz czy sypie śnieg. Szczególnie polecam ją tym, którzy jeszcze nigdy nie przeczytali niczego w podobnym gatunku.
 Książka zrecenzowana dla portalu Lubimy Czytać.

wtorek, 18 lutego 2014

Marta Bluszcz "Listy z życia"

Wydawnictwo SelfPublishing
stron 117
Książka do nabycia http://www.amazon.com/Listy-x17C-ycia-Polish-Edition-ebook/dp/B00I6HKZOK
Życie, samo życie

Propozycję recenzji tej książki otrzymałam od Autorki, której serdecznie dziękuję za miłą niespodziankę. Ten ebook to zbiór dziesięciu opowiadań. Są one opowieściami bardzo realnymi, takimi jakie często dzieją się w prawdziwym świecie. Ich bohaterowie to zwyczajni ludzie, którzy w życiu muszą radzić sobie z różnymi sytuacjami, problemami. Czy jest jakaś klamra łącząca poszczególne utwory? Owszem tak. Tematem wspólnym jest miłość. Postacie, które poznajemy w książce kochają. Raz szczęśliwie, raz pechowo. Czasem przeszkodą w życiu bywa choroba. Czynnik od człowieka niezależny, który potrafi wywrócić cały świat do góry nogami. Choroba to zdecydowanie coś negatywnego, ale jak przekonuje książka często bywa też jej pozytywny wydźwięk. Dzięki bolesnym przeżyciom bywa, że otwierają się nam oczy na to co ważne, istotne, bezcenne. Bohaterowie publikacji kochają, zdradzają, są przez partnerów zaskakiwani. Czy to typowa książka o miłości? Zdecydowanie nie. To nie romansowe opowieści o słodkich serca wzdychaniach, ale realne oblicza uczuć jakie przeżywają postacie. Bo miłość ma różny smak, bywa i gorzka i kwaśna. Żąda poświęceń, boli i rozczarowuje. Ale nie można też się jej wyrzec, bo życie bez niej nie ma barw. 
Biorąc do ręki czytnik miałam pewien plan czytanie "Listów z życia". Chciałam czytać każde opowiadanie oddzielnie z przerwami. Ale się nie dało. Lektura okazała się zbyt ciekawa i pociągająca. I tak przeczytałam całość jednego popołudnia. Teksty przykuły moją uwagę, a tym co mi się najbardziej podobało jest realizm opisywanych sytuacji i prosty język jakim posłużyła się Autorka. Oba elementy ze sobą świetnie współgrają. Pasują do siebie jak ulał. 
Ktoś powie, że pisanie opowiadań jest prostsze niż dłuższych utworów. Ja się nie zgodzę. Trzeba się sporo natrudzić, by stworzyć dobre opowiadanie. Pani Marta poradziła sobie z krótką formą bardzo dobrze. Oczywiście jedne teksty podobały mi się bardziej, inne mniej. Chyba najlepszy był ten o kobiecie cierpiącej na raka piersi. Bardzo się wzruszyłam czytając o heroicznej walce kochającej pary. W oczach miałam łzy. To prawdziwe oblicze miłości. Bo ona nie polega na mówieniu "kocham" czy seksie, ale na trwaniu u czyjegoś boku choćby świat się walił. Co bym mogła doradzić Autorce? Ze swojej strony z chęcią przeczytałabym powieść opartą na rozbudowaniu któregoś z tekstów. 
Trafnie dobrany tytuł też uważam za atut lektury. 
Moja ocena 6,5/10.

poniedziałek, 17 lutego 2014

Stosik, stosik, stosik...

 Znów powiększyła się moja biblioteczka. Jak się nie cieszyć? Tylko trzeba ostro się zabrać za czytanie. W stosiku znalazły się:
Magdalena Witkiewicz "Pensjonat marzeń" od Lubimy Czytać
Karol Wojtyła " "Jestem bardzo w bożych rękach" j.w.
Penny Jordan "Wszyscy mają się dobrze" od Miry
Magdalena Kordel "Malownicze. Wymarzony dom" od Lubimy Czytać
Grzegorz Kozera "Berlin, późne lato" od Matrasa
Francisco Gallardo " Ta ostatnia noc" od Wydawnictwa Prószyński 
Paweł Lisicki " Tajemnica Marii Magdaleny" od Wydawnictwa M

A na czytnik dostałam:
od Wydawnictwa Prószyński:


  
Od Autora


 Od Autorki