środa, 19 lutego 2014

Diana G. Armstrong "Gdzieś na południu Toskanii"



Wydawnictwo Pascal
data wydania 2013
stron 288
ISBN 978-83-7642-206-0

Toskańskie dolce vita

Toskania to moim zdaniem jeden z najpiękniejszych zakątków świata. Rokrocznie to miejsce jest celem wakacyjnych i urlopowych wyjazdów tysięcy turystów. Wielu z nich jeśli raz zakosztuje toskańskich uroków powraca w to miejsce ponownie. W głowach tych ludzi czasami rodzi się marzenie, by Toskania stała się ich miejscem zamieszkania. I tak w tym regionie pojawia się na dłużej lub na stałe coraz więcej obcokrajowców.

Gdzieś na toskańskiej prowincji, a dokładnie w miasteczku Lubriano znaleźli swoje miejsce na ziemi państwo Armstrong pochodzący ze Stanów Zjednoczonych. Zaczęło się banalnie od zwyczajnego urlopu, a skończyło na kupieniu starego domu, w którym kiedyś był klasztor i mieszkali mnisi. Co samo w sobie nie jest czymś oryginalnym i wyjątkowym w Toskanii. Oczywiście budynek był do remontu. By cieszyć się urokami życia na włoskiej prowincji amerykańska para musiała przezwyciężyć sporo trudności i problemów. Nie zabrakło dotykających obcokrajowców kłopotów, nieporozumień i trudności językowych, ale efekt końcowy był tego warty.
Włoskie realia są inne od amerykańskich. Tu wszystko biegnie swoim odwiecznym rytmem, czas wolniej płynie. By żyć i mieszkać w Toskanii trzeba się dostosować do tego, co jest tu oczywistością. Innej opcji nie ma. Amerykanom, ale i pewnie Europejczykom czasem trudno zrozumieć toskańską filozofię życia. Ale ma ona swoje uroki i potrafi oczarować.

Kupując dom, który czeka remont można jak autorka zachwycić się pięknym freskiem na suficie, odkryć zasypaną tajemniczą studnię, ale trzeba też zebrać w sobie ogrom cierpliwości. Wszelkie prace renowacyjne, wszelkie działania ekip remontowych zwykle ciągną się bez końca. Najęci fachowcy lubią być nieterminowi, spóźniać się, lawirować. Zwykle nie wywiązują się z terminów i pracują w swoim rytmie. Napięte nerwy może złagodzić malowniczy krajobraz za oknem, wspaniała kuchnia i owo tak reklamowane dolce vita. Diana Armstrong mimo pewnych niedogodności zakochuje się w swoim domu i okolicy bez pamięci. Swoimi pełnymi emocji wrażeniami dzieli się na kartach książki. Jej narracja jest autentyczna, pełna uczuć i błyskotliwa. Pełna humoru. Ktoś może powiedzieć ( i będzie miał rację), że temat tej książki to nic innego jak odgrzewany kotlet. Tak, na półkach księgarni czy bibliotek znajdziemy wiele publikacji opowiadających o osiedleniu się w Toskanii, o zapuszczeniu korzeni na włoskiej prowincji i zakupie domu. Jednak kto raz rozsmakuje się w toskańskiej tematyce będzie takich książek szukał i nie powie o nich, że są nudne. Bo w Toskanii wszystko zachwyca. Jedno spojrzenie na okładkę wyjaśnia jak piękne są tam widoki, jak malownicze są wzgórza porośnięte winnicami. Diana Amstrong świetnie zadała egzamin z przekazania słowami zapachów i aromatów. Książka gloryfikuje też niezwykle smaczną i zdrową kuchnię, a w tekst są wplecione przepisy kulinarne. Nie są one zbyt trudne i wyszukane. Każdy może spróbować wcielić się w szefa kuchni i zaserwować posiłek po toskańsku.

Książkę „Gdzieś na południu Toskanii” czyta się niezwykle przyjemnie. Dzieje się tak za sprawą pięknych opisów, ciekawych anegdot, ogromu humoru. Przy tej lekturze można się rozmarzyć, zrelaksować i poczuć zapach ziół, cyprysów czy grzybów. Lektura z pewnością znajdzie uznanie u italofilów. Pokochają ją miłośnicy prozy Ferenca Mate czy książek Aleksandry Seghi. To niezwykle pogodna lektura, która z pewnością poprawi humor w dzień, gdy niebo zasnują chmury z których siąpi deszcz czy sypie śnieg. Szczególnie polecam ją tym, którzy jeszcze nigdy nie przeczytali niczego w podobnym gatunku.
 Książka zrecenzowana dla portalu Lubimy Czytać.

wtorek, 18 lutego 2014

Marta Bluszcz "Listy z życia"

Wydawnictwo SelfPublishing
stron 117
Książka do nabycia http://www.amazon.com/Listy-x17C-ycia-Polish-Edition-ebook/dp/B00I6HKZOK
Życie, samo życie

Propozycję recenzji tej książki otrzymałam od Autorki, której serdecznie dziękuję za miłą niespodziankę. Ten ebook to zbiór dziesięciu opowiadań. Są one opowieściami bardzo realnymi, takimi jakie często dzieją się w prawdziwym świecie. Ich bohaterowie to zwyczajni ludzie, którzy w życiu muszą radzić sobie z różnymi sytuacjami, problemami. Czy jest jakaś klamra łącząca poszczególne utwory? Owszem tak. Tematem wspólnym jest miłość. Postacie, które poznajemy w książce kochają. Raz szczęśliwie, raz pechowo. Czasem przeszkodą w życiu bywa choroba. Czynnik od człowieka niezależny, który potrafi wywrócić cały świat do góry nogami. Choroba to zdecydowanie coś negatywnego, ale jak przekonuje książka często bywa też jej pozytywny wydźwięk. Dzięki bolesnym przeżyciom bywa, że otwierają się nam oczy na to co ważne, istotne, bezcenne. Bohaterowie publikacji kochają, zdradzają, są przez partnerów zaskakiwani. Czy to typowa książka o miłości? Zdecydowanie nie. To nie romansowe opowieści o słodkich serca wzdychaniach, ale realne oblicza uczuć jakie przeżywają postacie. Bo miłość ma różny smak, bywa i gorzka i kwaśna. Żąda poświęceń, boli i rozczarowuje. Ale nie można też się jej wyrzec, bo życie bez niej nie ma barw. 
Biorąc do ręki czytnik miałam pewien plan czytanie "Listów z życia". Chciałam czytać każde opowiadanie oddzielnie z przerwami. Ale się nie dało. Lektura okazała się zbyt ciekawa i pociągająca. I tak przeczytałam całość jednego popołudnia. Teksty przykuły moją uwagę, a tym co mi się najbardziej podobało jest realizm opisywanych sytuacji i prosty język jakim posłużyła się Autorka. Oba elementy ze sobą świetnie współgrają. Pasują do siebie jak ulał. 
Ktoś powie, że pisanie opowiadań jest prostsze niż dłuższych utworów. Ja się nie zgodzę. Trzeba się sporo natrudzić, by stworzyć dobre opowiadanie. Pani Marta poradziła sobie z krótką formą bardzo dobrze. Oczywiście jedne teksty podobały mi się bardziej, inne mniej. Chyba najlepszy był ten o kobiecie cierpiącej na raka piersi. Bardzo się wzruszyłam czytając o heroicznej walce kochającej pary. W oczach miałam łzy. To prawdziwe oblicze miłości. Bo ona nie polega na mówieniu "kocham" czy seksie, ale na trwaniu u czyjegoś boku choćby świat się walił. Co bym mogła doradzić Autorce? Ze swojej strony z chęcią przeczytałabym powieść opartą na rozbudowaniu któregoś z tekstów. 
Trafnie dobrany tytuł też uważam za atut lektury. 
Moja ocena 6,5/10.

poniedziałek, 17 lutego 2014

Stosik, stosik, stosik...

 Znów powiększyła się moja biblioteczka. Jak się nie cieszyć? Tylko trzeba ostro się zabrać za czytanie. W stosiku znalazły się:
Magdalena Witkiewicz "Pensjonat marzeń" od Lubimy Czytać
Karol Wojtyła " "Jestem bardzo w bożych rękach" j.w.
Penny Jordan "Wszyscy mają się dobrze" od Miry
Magdalena Kordel "Malownicze. Wymarzony dom" od Lubimy Czytać
Grzegorz Kozera "Berlin, późne lato" od Matrasa
Francisco Gallardo " Ta ostatnia noc" od Wydawnictwa Prószyński 
Paweł Lisicki " Tajemnica Marii Magdaleny" od Wydawnictwa M

A na czytnik dostałam:
od Wydawnictwa Prószyński:


  
Od Autora


 Od Autorki


sobota, 15 lutego 2014

Alina Krzywiec "Kolebka"


Wydawnictwo Prószyński i S-ka
data wydania styczeń 2014
stron 360
ISBN 978-83-7839-674-1
W cieniu rodzinnych tajemnic
"Kolebka" Aliny Krzywiec to książka, która była przed lekturą wielką tajemnicą. Kompletnie nie wiedziałam czego mam się w trakcie czytania spodziewać. Autorka w fabule wykorzystała dość popularny temat, który często pojawia się w literaturze dla Pań. Rodzinne tajemnice z prowincją w tle. Ale przecież można to zrobić w różny sposób. I tak o rodzinnych zawiłościach można pisać ckliwie, sentymentalnie, słodko i uroczo, ale można też ... no właśnie można wybrać takie nietuzinkowe rozwiązanie jak zrobiła to autorka "Kolebki". Można napisać powieść szpikując ją klimatem, który przypominał mi thriller, można pogmatwać akcję niczym szpulkę nici, można stworzyć nietuzinkową atmosferę, która chwilami zachwyca do bólu, a chwilami drażni do upadłego. Suma sumarum bardzo długo myślałam nad oceną. I do końca nie wiem, co przeważyło - plusy czy minusy. Może więc postaram się je jak najdokładniej wymienić.
Początek jest ... napisany dość mocnym piórem, ale bez emocji - czyli wiele się dzieje, ale z tekstu nie bije coś, co chyba powinno. Autorka niezbyt umiejętnie oddaje uczucia pary niedoszłych rodziców. Marta i Marcin przeżywają traumę. Ciąża nie ma szczęśliwego zakończenia. Dziecko umiera. Marta z partnerem chowają ciałko w pudełku w misie bez oficjalnego pogrzebu. A miało być tak inaczej... Marta wyjechała do stolicy na studia. Skończyła lingwistykę, miała mieć cudowną pracę lecz wylądowała w call center. To nie był szczyt jej marzeń. Wraz z Marcinem mieszkali w wynajętym mieszkaniu z innymi młodymi ludźmi, bo tak dyktowała ekonomia. Pewnego dnia nasza bohaterka otrzymała niespodziewany list od babci. Jego treść brzmiała w stylu szantażu - "albo wracasz w rodzinne strony, albo dom przypadnie Kościołowi". Marta rzuciła stolicę i powróciła na Dolny Śląsk. Na zapadłą prowincję jakże inną od dużego miasta. No ale i tu toczy się życie. By mieć na życie jeździ się do Niemiec " na szpyry". Babcia Marty okazuje się bardzo ekscentryczną i dziwną starszą panią. Ma w planach zamieszkanie w domu pomocy społecznej, ale chce też by jej jak się okazuje przybrana wnuczka poznała prawdę o swoim pochodzeniu. Rodzinne tajemnice tej familii  są niczym labirynt kreteński...

Powieść "Kolebka" jest nieco chaotyczna, ale za to bardzo nietuzinkowa. Tajemnicza i wywołująca dreszczyk. Emocje nie zawsze, choć nie brak stron kiedy od nich kipi. Podzielona na trzy części treść opowiada o losach przybranej babci i matki Marty oraz o niej samej. Kobiet, na których życie miała wpływ wojna i ich rodzinne korzenie.  Żydówka i Niemka miały przecież stać po różnych stronach barykady, ale jednak los spłatał im psikusa i w pewien sposób ze sobą związał. Co mnie w tej książce rozczarowało ? Zakończenie! Wolę takie dosadne w stylu kawa na ławę. Autorka jednak zdecydowała inaczej.
Dodam jeszcze, że chwilami ta powieść jest bardzo smutna, wręcz przygnębiająca. Autorka bowiem odważnie porusza tematy dotyczące odchodzenia do wieczności. Pisze o śmierci w dziwny sposób.
Książka nijak nie ma się do lektur o sielskości prowincjonalnego życia. Powieściopisarka depcze utarte schematy, a spod jej pióra wychodzi książka niestandardowa. Pełna sekretów, dziwnych sytuacji, która potrafi wciągnąć, potrafi przykuć uwagę. Bardzo, ale to bardzo trudno jest mi ją ocenić. Nie jest lekturą złą, nie jest literackim gniotem, a jej lektura potrafi się chwilami przesycić. Nie mogłam jej czytać jednym ciągiem, ale i treść potrafiła drażnić moją babską ciekawość. Polecam ją tym, którzy lubią fabuły pełne sekretów, zagmatwanych tajemnic z historią w tle.

piątek, 14 lutego 2014

Agnieszka Lingas-Łoniewska "Łatwopalni"


Wydawnictwo Filia
data wydania 2013
stron
ISBN 978-83-6362-229-9

Uczucie. co przyszło nie w porę
 
Na pytanie czym jest miłość odpowiedzi może paść bardzo wiele. Jedni określą ją jako coś najpiękniejszego, co może spotkać człowieka, malkontenci mrukną, że komplikuje życie, a romantycy powiedzą, iż to ich największe marzenie - spotkać taką prawdziwą i dozgonną sercową relację z ukochaną osobą. Nie minę się chyba z prawdą jeśli dodam, że miłość jest jak ogień. Potrafi nas w moment omotać i zająć niczym płomienie pochodnię. Sprawi, że staniemy się niczym sucha trawa, niczym szczapy drewna – po prostu „łatwopalni” i nieodporni na rozum. Wygra z nim zakochane serce.
Tytuł powieści Agnieszki Ligas-Łoniewskiej jest bardzo wymowny. Idealnie opisuje i odzwierciedla stan duszy dwojga głównych bohaterów, którzy wcale nie dążą na siłę do tego, by się zakochać. Monika i Jarek są emocjonalnie poturbowani. W ich duszach panuje zamęt. Los kojarzy ich ze sobą chyba w nie za bardzo odpowiednim momencie, ale czy tak często w życiu nie bywa? Na miłość raczej nie ma rady i mocnych, ona robi z nami co chce...
Książka zabiera nas do małego, turystycznego miasteczka na Dolnym Śląsku. Tu mieszka wraz z matką Monika, nauczycielka z miejscowej szkoły. Matka i córka żyją pod jednym dachem jak pies z kotem. Nie ma między nimi serdecznej relacji, jest sucha egzystencja i brak zrozumienia. Obie panie nie potrafią ze sobą szczerze porozmawiać, dojść do jakiegokolwiek porozumienia. Dom, który zamieszkują ma gościnne pokoje, które wynajmowane są turystom. Jednym z szukających dachu nad głową przybyszów jest pewien tajemniczy i niezwykle przystojny motocyklista Jarek Minc. Jego przybycie do małego miasteczka budzi sensację wśród płci pięknej. Przyprawia o mocniejsze bicie serca, bo jest taki urodziwy i intrygujący. Prawdziwe ciacho. Nasz przybysz jednak nie jest czuły na kobiece spojrzenia. Ma smutny wyraz twarzy, jego myśli krążą gdzieś indziej i widać, iż coś gorzkiego zaprząta jego głowę... Monika i Jarek przeżyli w przeszłości coś bolesnego, traumę, która kładzie się cieniem na ich życiu. Czy może dzięki temu staną się sobie jeszcze bardziej bliscy, znajdą wspólny język i nić porozumienia? Bo Amor już strzelił...O miłości napisano już tak wiele książek. Jedni z autorów podjęli ten temat w sposób romantyczny i sentymentalny, inni pisali dramatycznie, a Ligas-Łoniewska nie poskąpiła czytelnikom emocji i realizmu. Losów głównych bohaterów autorka nie ubrała w cukierkową otoczkę, a napisała porywająco, namiętnie i wyraziście. Powieść „Łatwopalni” ma w sobie wszystko to, co sprawia, że kobieta porzuca codziennie obowiązki, zagłębia się w lekturę i zaczyna marzyć. Puszcza wodze fantazji i rozmyśla, chce znaleźć się na miejscu głównej bohaterki, by tak samo się zauroczyć, zapomnieć i zatracić, przeżyć tak cudowne chwile w ramionach  wymarzonego mężczyzny. Książce nie brak ciekawego pomysłu na fabułę, romantycznych scen, gorących uczuć i namiętności oraz dramatyzmu, który burzy szczęście. Lekturę czyta się jednym tchem i towarzyszą jej wypieki na policzkach. Jest dreszczyk emocji, są tajemnice i dramaty. „Łatwopalni” to piękna historia, opowiedziana w sposób ciekawy i emocjonalny. To książka wypełniona uczuciami, z którymi ciężko walczyć, które potrafią obezwładnić i zniewolić. To historia kobiety i mężczyzny, którzy by być szczęśliwi muszą uporać się z przeszłością. Naprawić popełnione błędy, pogromić koszmary, wybaczyć samemu sobie - co jest chyba najtrudniejsze. Ale to niesamowicie dobre, że los daje im taką szansę, która może się już nie powtórzyć. „Łatwopalni” nie są zwyczajnym tuzinkowym romansem, o którym szybko się po przeczytaniu zapomina. To powieść z przesłaniem, by nie bać się wykorzystywać dane od losu szanse. Czasem w życiu trzeba dać się ponieść emocjom, porywom serca, bo rozum niekiedy podsuwa zgubne rozwiązania. Gorąco polecam tę powieść paniom w każdym wieku. Z pewnością nie znudzi i nie rozczaruje. Bo to książka o życiu, tym prawdziwym i tym realnym. Bo to książka o miłości, która nie wszystkim się zdarza. Nie wolno jej przegapić, ani ominąć.
 Książka zrecenzowana dla portalu Lubimy Czytać.

środa, 5 lutego 2014

Krystyna Mirek "Miłość z jasnego nieba"


 
Wydawnictwo Feeria
data wydania 5 luty 2014
stron 264
ISBN 978-83-7229-367-1

Przed uczuciami nie da się uciec!
 
Właśnie skończyłam czytać najnowszą powieść Krystyny Mirek. To książka obyczajowa, której akcja rozgrywa się współcześnie w Krakowie i Monachium. Dwoje głównych bohaterów to kobieta i mężczyzna pochodzący z dwóch różnych światów. Oboje urodzili się w grodzie Kraka. Ale w dwóch różnych rodzinach. On - Daniel to jedynak. Wychowany pod czułym okiem mamy i taty wpatrzonych w syna jak obraz. Rozpieszczany i wychuchany. Otoczony ciepłem, miłością i  troską skończył studia i założył firmę. Ona - Angelika praktycznie nie miała dzieciństwa. Urodziła się w domu, gdzie wiecznie było głodno i chłodno. Nie poznała nigdy swego ojca. Matka bardziej była zainteresowana kolejnymi konkubentami niż córką. Na Angelikę spadł jeszcze obowiązek opieki na młodszym rodzeństwem. To ona stała się dla nich właściwie matką. Ale przyszedł moment, gdy zdecydowała się na opuszczenie patologicznego domu. Dzięki stypendiom ukończyła studia i wyjechała poza kraj. 
Do Krakowa, którego nie odwiedzała przez wiele lat przywiodły ją sprawy zawodowe. Miała tu dla swojej korporacji podpisać korzystny kontrakt. Drugą stroną umowy miała być firma Daniela...
Dla każdej ze stron była to niezwykle ważna umowa. Oznaczała spore zyski. Ale tylko jedna firma mogła wyjść zwycięsko...
Dwoje młodych mocno zaangażowanych ludzi spotyka się na gruncie zawodowym. I nagle ich serca zaczynają wybijać rytm uczucia. Ani Daniel ani Angelika nie szukają miłości. Daniel woli niezobowiązujące związki na krótką metę, Angelika boi się uczucia, uzależnienia. Woli być samowystarczalna i niezależna. Nie chce ograniczeń. Boi się zranienia. A jednak życie nie zawsze daje nam to, czego oczekujemy. Strzały Amora potrafią skomplikować nasze najbardziej misterne plany...
To książka o miłości. Takiej od pierwszego wejrzenia, ale i takiej, która wymaga poświęceń. Która rodzi się wbrew logice i rozsądkowi. Która ma moc oceanu i góry przewraca. Początek książki wydał mi się niezbyt zajmujący. Nieco monotonny. Jednak po kilkudziesięciu stronach ta historia wciągnęła mnie bez reszty. Zaintrygowała i wzbudziła czytelniczą ciekawość. Książka bardzo realnie ukazuje dzisiejszą rzeczywistość w biznesie. Bezlitosne reguły gry w które musi grać Angelika i Daniel. Nie ma zmiłuj się. Firma wymaga zapomnienia o sobie, o ludzkim ja. Liczy się tylko zysk. Ale na przekór brutalnym regułom rodzi się uczucie. Do głosu dochodzi serce. I tak powstają dwie strony barykady, która jest krucha, ale wymaga dokonania bardzo poważnych wyborów. Ich konsekwencje są ogromne. I ktoś musi ponieść porażkę. Takim wątkiem, takim rozwojem sytuacji autorka wprowadza do fabuły spory dreszcz emocji. Dzięki niemu lektura trzyma w napięciu. 
Jak pokazuje powieść napisana przez autorkę "Drogi do marzeń" uczucie ma moc łączenia ze sobą osób o odmiennych osobowościach. Daniel z kobieciarza zmieniającego partnerki jak rękawiczki staje się czułym i opiekuńczym mężczyzną, który zaczyna patrzeć na świat inaczej. Nie czuje się już jego pępkiem, ale zauważa potrzeby innych.  Dojrzewa emocjonalnie. Angelika zaś by kochać musi zburzyć mur. Wysoki, zbudowany by uniknąć ciosów od świata. Mur chroniący jej duszę przed kolejnymi razami, przez bolącymi bliznami. By pozwolić się kochać musi stracić pozycję niezależnej i twardej kobiety oraz otworzyć się przed kimś, dla kogo mocniej bije jej serce. To wcale nie jest łatwe zadanie dla kogoś takiego jak pani Niemirska. Kobieta, której życie już nie raz i w różnych aspektach dało solidnie w kość. Nieufna, skrzywdzona, poobijana musi wbrew sobie pozwolić się oswoić, otoczyć opieką. Angelika miota się i boi się sytuacji w której po raz kolejny stanie się od kogoś zależna. Ma do tego święte prawo. Lektura to zatem historia walki kobiety z własnym sercem, które domaga się czegoś, co jest sprzeczne z rozsądkiem i rozumem. 
Konkludując "Miłość z jasnego nieba" to nietuzinkowa historia miłosna, która zapada w pamięć. Która przypomina, że jesteśmy bardziej istotami z duszą i sercem niż trybikami w korporacjach. To też książka z bardzo niedopowiedzianym zakończeniem, która daje pole do popisu wyobraźni czytelniczej. Polecam ją spragnionym emocji miłośniczkom polskiej prozy kobiecej bez względu na wiek.

 
 
 
 
 
 


wtorek, 4 lutego 2014

Leon Leyson "Chłopiec z Listy Schindlera"


Wydawnictwo Prószyński
data wydania 2014
stron 256
ISBN 978-83-7839-682-6

Ocalony z piekła

Na ogół książki stojące na księgarskich czy bibliotecznych półkach można oceniać czy są dobre, rewelacyjne czy po prostu słabe. Ale nie wszystkie wydane pozycje można poddać weryfikacji stosując powyższe kryteria. Jest bowiem grupa publikacji, które są napisane by świadczyć, by dać świadectwo prawdzie, by być głosem dla potomnych. Nazywam takie książki "świadkami" i absolutnie nie oceniam ich treści, stylu czy języka. Tylko "słucham" takich książek i traktuję je jak wyjątkowe lekcje prawdy, historii. Takie lektury wywołują we mnie zastanowienie i refleksje. 
Opowieść Lejby Lejzona jest napisana bardzo prostym językiem. Trafia jednak do czytelniczego serca niezwykle bezpośrednio i celnie. Wzrusza do głębi i niezwykle prawdziwie oddaje tragiczne losy przeciętnej żydowskiej rodziny, której  zwyczajną egzystencję, spokój i codzienność zburzyło szaleństwo Hitlera. 
Lejzonowie wywodzili się z Narewki, małej wioski położonej na północno-wschodnich krańcach Polski. Nie byli zbyt majętni. Matka zajmowała się domem i piątką dzieci, ojciec był zdolnym i pracowitym fachowcem w fabryce. Dzięki ciężkiej i sumiennej pracy zaproponowano mu przeniesienie i awans do podobnej fabryki w Krakowie. Mężczyzna skorzystał z możliwości lepszego jutra. Po kilku latach sprowadził rodzinę do siebie. Lejba niedługo cieszył się lepszym, miejskim życiem. Wygodami mieszkalnymi, edukacją szkolną i beztroskim czasem dzieciństwa. Gdy miał 10 lat wybuchła potworna wojna, która pozbawiła go mieszkania, możliwości nauki. Wtrąciła Lejzonów do krakowskiego getta, do obozów w Płaszowie i Gross-Rosen. Na szczęście w trakcie wojennej zawieruchy poznali i trafili pod "opiekę" wyjątkowego człowieka. Niemieckiego przedsiębiorcy, który w obliczu faszyzmu nie stracił poczucia człowieczeństwa. To dzięki niemu  większość rodziny Lejby ocalała. 
Chłopiec okazał się jednym z najmłodszych, których Oscar Schindler ocalił. Autor książki, którą dziś gorąco polecam pisze o nim ciepło i ze wzruszeniem. Nic dziwnego bowiem  ten człowiek z narażeniem życia ratował setki Żydów przed oczywistą zagładą udowadniając, że są niezbędni do wydajnej produkcji zbrojeniowej, choć w rzeczywistości nie była to do końca prawda. Z narażeniem życia po ludzku traktował swoich pracowników, dawał im jedzenie i wspierał dobrym słowem. 
"Chłopiec z Listy Schindlera" to z jednej strony opowieść o ludziach, którzy doświadczyli piekła holocaustu, a z drugiej lektura uświadamiająca jakim wspaniałym człowiekiem był Oscar Schindler, który w pełni zasłużył na miano bohatera i jako bohater spoczywa na Górze Syjon w Jerozolimie. 
Wojenny pamiętnik odkrywa przerażające oblicze faszyzmu, ale i ukazuje, że koniec wojny nie oznaczał dla Żydów spokoju i stabilizacji. Na szczęście Lejba wyemigrował i zmienił imię (odtąd nazywał się Leon), ułożył sobie życie u boku żony. Całe życie pozostał świadkiem dobrego serca właściciela fabryki "Emalia". 
Opowieść Leysona czyta się jednym tchem. To książka, która wyciska łzy, uświadamia potworność wojny. Niech dla wszystkich ją czytających będzie lekcją prawdy i przestrogą. Oby nigdy już nie wybuchła na świecie taka wojna. Oby żadna rodzina nie musiała przechodzić przez to co Lejzonowie. 

poniedziałek, 3 lutego 2014

Agata Kołakowska "Wszystko, co minęło"


Wydawnictwo Prószyński
data wydania 2014
stron 400
ISBN 978-83-7839-677-2

Chcę być tylko szczęśliwa

Wszystko, co minęło to... po prostu przeszłość. Wielu osobom minęła ona w życiu bez śladu, pozostały wspomnienia i bardziej liczy się to, co dziś czy jutro. Ale są ludzie którym przeszłość kładzie się cieniem na przyszłości. Złe doświadczenia procentują i pozostawiają po sobie traumę, lęki, blizny na duszy. Tak właśnie ułożyło się życie Justyny, głównej bohaterki najnowszej powieści Agaty Kołakowskiej.
Młoda, zdolna i skrzywdzona. Tak najkrócej można napisać o kobiecie, która skończyła filologię angielską i zajmuje się tłumaczeniami. Justyna mimo młodego wieku przeszła jednak bardzo wiele. Życie doświadczyło ją jak mało kogo. Spory balast wcześnie spadł na jej ramiona. Jej spokój skończył się gdy miała tylko 13 lat. Pewnego dnia odszedł jej ojciec. Zostawił żonę i dwie córki, z których Justyna była tą starszą. Matka dziewczynek załamała się totalnie. Chyba nigdy nie zrozumiała decyzji męża i nie miała siły wziąć się w garść. Zaczęła się nad sobą użalać i topić smutki w alkoholu. Najpierw potajemnie, a potem coraz bardziej i bardziej otwarcie. Dom w ryzach musiała trzymać właśnie Justyna. W młodym wieku przyszło jej sprawować pieczę nad siostrą i być matką własnej matki. Potem była przyjaźń i małżeństwo - i tu też się nie ułożyło. Właściwie wszyscy bliscy Justynę zawiedli... Gdy już pozornie wszystko sobie ułożyła, w jej życiu pojawił się ojciec. Ten który zapomniał o córce na wiele lat.. Czy ich relacje mogą się jeszcze normalnie ułożyć? Czy Justyna jest w stanie być szczęśliwa? I czy znajdzie się ktoś, kto rozbije mur jakim ta skrzywdzona kobieta obudowała swoje serce?
Powieść „Wszystko, co minęło” nie jest relaksującą i banalną opowiastką o życiu pewnej kobiety, która chce być szczęśliwa. Ta książka bowiem ukazuje bardzo trudne problemy, które niestety dotykają niejednego. Tak to już jest, że życie rani. Ranią bliskie osoby, które kochamy, którym ufamy, a które wskutek zbiegu okoliczności czy własnych słabości wbijają nam szpilę prosto w serce. I boli. Boli tym bardziej, że rani ktoś, komu ufamy. Mąż, ojciec, matka, siostra, serdeczna przyjaciółka. Czasem z takiej sytuacji trudno się otrząsnąć. Czasem bardzo trudno wybaczyć lub tylko starać się zrozumieć. Powieść Kołakowskiej to książka o drodze do przebaczania. Drodze trudnej i krętej. Drodze, która czasem prowadzi donikąd. Jest ona z tych ścieżek, które wiodą tylko pod górę i jest bardzo kręta, ale warto spróbować nią iść. Justyna przez wiele lat zamyka się w sobie. Rezygnuje z przyjaciół, posiadania rodziny, znalezienia drugiego męża i dzieci. Boi się, by ktoś znów jej nie zranił, by ktoś znów jej nie skrzywdził. Wybiera samotność i życie w pojedynkę. Czy to najlepsza droga dla młodej kobiety? Justyna przypomina nieoswojone zwierzątko, podobne do bezpańskiego kota, który odwiedza jej balkon. Justyna budzi współczucie, budzi litość, ale i łatwo ją zrozumieć.
Książka nie jest może typowym wyciskaczem łez, ale wzrusza. Tak mocno i do głębi. Ukazuje jak krucha może być dusza skrzywdzonej osoby. Uczula, by z braku rozsądku czy zwyczajnej głupoty nie ranić innych. Bo zranić tak łatwo, a zbudować świat od nowa jest bardzo trudno. Lektura niesie ze sobą życiowe mądrości, uwrażliwia na krzywdę. Opowiada o bolesnych doświadczeniach, które rodzą traumę. Ale i pokazuje drogę ku szczęściu. To powieść o zmrożonym bólem sercu, które by bić pełnią życia musi odtajać. Musi się odmrozić. To trudny proces. Wymaga czasu i ostrożnego stawiania kroków ku szczęściu. Justyna mimo lęków daje sobie szansę. Jej postawa może być wzorem dla tych, którzy znaleźli się w podobnej sytuacji jak ona. Czy to sytuacja bez wyjścia? Na to pytanie najlepiej odpowie lektura. To książka właśnie udowodni lub obali tezę o tym, czy warto przebaczać, czy warto podać rękę. Oryginalna, niebanalna i bardzo życiowa, taka jest najtrafniej moim zdaniem i najkrócej oceniona powieść autorki „Płótna”. Polecam ją tym ze skrzywdzonymi sercami i tym, którzy chcą zrozumieć osoby wybierające w życiu samotność.
Książka zrecenzowana dla portalu Lubimy Czytać.

sobota, 1 lutego 2014

Leszek K. Talko "Pitu i Kudłata opałach"


Wydawnictwo Znak emotikon
data wydania 2014
stron 272
ISBN 978-83-240-2823-8

Bo maluchy to do siebie mają, że dorastają!

Kilka dni temu w książce "Dziecko dla odważnych" czytałam o dwójce sympatycznych maluchów, które miałam okazję poznać od kołyski. Kolejna książka Leszka Talko jaką przeczytałam opowiada również o tej dwójce przesympatycznych dzieci, które już podrosły i zaczęły uczęszczać do szkoły.
Pitulek stał się Pitem i musi zmagać się z zagmatwaną historią Polski, ogarniać genezę powstań czego nie lubi. Kudłata zaś staje się młodą damą powoli świadomą swojej kobiecości, jednak za dzieleniem pisemnym nie przepada. Tym razem narratorem nie jest tata, a jego pociechy. To one w dwudziestu rozdziałach mają głos i opowiadają ze swojej perspektywy o tym, co ich w życiu spotyka. Są to przeróżne zdarzenia. I miłe, i te nieprzewidywalne. Oj barwne życie ma to rodzeństwo! Nie brak w nim niespodzianek, odkrywania świata, ogarniania nowych przeżyć. Są wycieczki ( te szkolne i te wakacyjne w towarzystwie rodziców), są perypetie zdrowotne, wizyty niespodziewanych gości, są migawki ze szkoły. Każdy rozdział poświęcony jest czemuś innemu. I każdy czyta się z uśmiechem na twarzy. Bo Pitu i jego siostra to inteligentne i mądre dzieciaki, które oczywiście są niczym żywe srebro. Wszędzie ich pełno, czasem się czubią, choć na pewno się lubią. Nie brak im szalonych pomysłów, nie brak im kreatywności. Oczywiście ich rodzice nadal muszą dawać z siebie wszystko, by ogarnąć świat swoich dzieci. Gołym okiem widać różnicę miedzy dwoma pokoleniami, którą z pewnością spotęgował jeszcze bardziej postęp techniczny.
Książkę czyta się naprawdę przyjemnie. Można się ubawić do łez, pośmiać i oczywiście przypomnieć jak to jest być dzieckiem, jak to fajnie mieć niewiele lat, tonę trosk mniej i snuć coraz to nowe marzenia. Odkrywać świat, robić psikusy, płatać figle. Lektura jest zabawna i napisana lekko. Nie mam mowy o nudzie. Po prostu przygoda goni przygodę. I płynie z niej morał, iż świat dzieciństwa jest jedyny w swoim rodzaju, niesamowity i niepowtarzalny. Dorośli pamiętajcie, że pod żadnym pozorem( nawet najbardziej obiecującej kariery) nie można dzieciom zabierać chwil beztroski, radości. Nie wolno pozbawiać dzieci dzieciństwa. To zwyczajnie zbrodnia. Bo dzieciom dzieciństwo się po prostu należy. 
Moja ocena 7/10.

czwartek, 30 stycznia 2014

Zbigniew Piotrowicz "Moje PaGóry"


Wydawnictwo Annapurna
data wydania 2013
stron 384
ISBN 978-83-6196-821-4

Nietypowa książka o górach!

Niedawno na księgarskim rynku ukazało się II rozszerzone wydanie książki Zbigniewa Piotrowicza opowiadającej o górach, wielkiej pasji i ludziach, którzy są górami nakręceni. Czym się różni od ta publikacja od I wydania? Jest o blisko sto stron grubsza, a zatem bogatsza w nieznane dotąd przygody autora, który jest postacią bardzo barwną i nietuzinkową. Z górskim bakcylem już przyszedł na świat. Na pierwszą samodzielną wyprawę wybrał się mając... trzy lata. W eskapadzie towarzyszyła mu młodsza siostra. Urocze rodzeństwo cichcem wykradło się z domu ubrane w piżamki i udało się w stronę parku. Wszystko na szczęście skończyło się szczęśliwie. Zbigniew Piotrowicz góry po raz pierwszy zobaczył jako siedmiolatek. W czasie wakacyjnego odpoczynku rodzina Piotrowiczów odwiedziła Karpacz i okolice. Wtedy to w sercu młodego podróżnika narodziła się miłość, pasja, która nigdy nie zardzewiała i trwać będzie zawsze. Będąc młodym człowiekiem Piotrowicz odkrył jeszcze coś wyjątkowego, poznał nietuzinkowy smak samotnego przebywania w górach.
Od wielu lat górskie wyprawy nadają smaku życiu autora. Są jego nieodłącznym elementem. W nich ten podróżnik i alpinista przeżywa wiele niezapomnianych chwil, poznaje samego siebie i ludzi, którzy podzielają jego pasję. Swoimi przeżyciami dzieli się z czytelnikami. Czyni to w sposób okraszony humorem, opowiada z emocjami i nie koloryzuje. Dzięki temu jego książka jest ciekawa w odbiorze, nieprzerysowana, autentyczna.
W historyjkach z górskich ścieżek nie widać bufonady, nie widać szpanu, nie widać puszenia się. Nie ma w nich sztucznej dumy, wywyższania się i piania ”jaki to ja nie jestem wspaniały”. Czytając ma się wrażenie, że Piotrowiczowi bardziej zależy na zarażaniu innych swoją pasją niż na budowaniu legendy wokół swojej osoby. Sporą część tekstów autor poświęca nie tylko osobistym przeżyciom, ale i poznanym w górach ludziom. Tym wspinającym się, ale i tym, którzy niosą pomoc, prowadzą schroniska. Piotrowicza fascynują nie tylko te najwyższe szczyty, na które nie prowadzą turystyczne szlaki. On odkrywa i te „pagórki” jak choćby Bieszczady i smakuje każdą z chwil w nich spełnionych. Doskonale umie oddać słowami ten nieporównywalny do niczego klimat, jaki można znaleźć z dala od miejskiej dżungli, na łonie przyrody, pośród kosówki, połonin czy turni. To prawda, że w górach żyje się inaczej, intensywniej, mocniej. Bywają chwile grozy, ale i niebiańskiego zachwytu, który wprowadza zdobywcę szczytu w swoistą ekstazę. Piotrowicz o swoich wypadach pisze niezwykle naturalnie, od serca. W książce nie brak śmiesznych sytuacji, anegdot doprowadzających do napadów śmiechu, ale i intymnych refleksji czy niosących naukę doświadczeń. Góry bywają i piękne i groźne. Nie zawsze dają się w pełni oswoić. Potrafią pokazać pazur i trzeba czuć przed nimi respekt. Jak wynika z prozy Piotrowicza góry są też miejscem, w którym można szybko poznać jeszcze bardziej samego siebie.
„Moje PaGóry” to zapis wspomnień z bardzo wielu wypraw. W zasadzie nie miały one sensu stricte sportowego wymiaru. Ich celem było z pewnością doznanie wyjątkowego klimatu, który jest swoisty tylko dla gór. Z całego tekstu przebija uwielbienie przygód i spędzania czasu bliżej chmur. Piotrowicz darzy góry niesamowitym mistycyzmem, miłością i uwielbieniem. I zgrabnie oddaje cały szereg emocji jakie w nich dopadają: od rozpaczy po ekstazę, od radości po złość, od poczucia się mocnym po bezsilność wobec żywiołów i siły natury.
„Moje PaGóry” to proza inna niż książki Czerwińskiej czy Hajzera. Śmiało można rzec iż autor pisze na większym luzie, bardziej humorystycznie i lekko. Gorąco polecam lekturę tym, którzy kochają smak przygody, lubią wałęsać się po górskich ścieżkach i marzą o przeżyciu czegoś wyjątkowego. Ta lektura może być doskonałą inspiracją do wytyczenia planów urlopowych szlaków będących bliżej chmur.
Książka zrecenzowana dla portalu Lubimy Czytać.

środa, 29 stycznia 2014

Leszek K. Talko "Dziecko dla odważnych"


Wydawnictwo Znak emotikon
data wydania 2014
stron 416
ISBN 978-83-240-2822-1

Prawdziwe oblicze rodzicielstwa!

Nie ma chyba księgarni w której na półce z poradnikami zabrakłoby książek dla przyszłych rodziców. Poradników jak przygotować się na przyjście malucha, jak otoczyć go opieką i jak wychować na geniusza. Tylko te książki zwykle piszą specjaliści, którzy są często teoretykami. A jak się ma teoria do praktyki to wiadomo. W 99% przypadków każde idzie sobie i wzajem się mijają. I tym sposobem wielu rodziców wpada w czarną rozpacz, bo malusieńki dzidziuś jest inny od książkowych modeli. Czy jest zatem jakieś wyjście? Czy są książki opowiadające o prawdziwym obliczu bycia mamą i tatą? Są! Jedną z takich lektur jest publikacja Leszka Talko - taty z krwi i kości. Na ponad 400 stronach opisuje swoje przeżycia tworząc niejako dziennik z życia rodziców. 
 
Pewnego dnia w życiu Leszka i Moniki Talków pojawia się pierworodny synek. Para jest na to wydarzenie teoretycznie doskonale przygotowana. Ale Pitulek ( tak pieszczotliwie został określony maluch) jest indywidualnością, która w życiu rodziców czyni rewolucję, tsunami. Świat państwa Talków staje na głowie. Zmienia się raz na zawsze. Pitulek jest niczym dyktator, który dzierży władzę absolutną. On rządzi wszystkim o każdej porze dnia i nocy. On decyduje o śnie, o rozkładzie dnia. On przyczynia się do wyczerpania rodziców do cna. W zamian potrafi obdarzyć uśmiechem, albo walnięciem prosto w oko. Rodzicielska karuzela rozkręca się raz na zawsze, a jej kręcenie się przyśpiesza jeszcze, gdy rodzi się córeczka nazwana Kudłatą. 
Lektura autorstwa Pana Talko to książka naprawdę doskonała. I dla tych co potomstwo posiadają i dla tych co planują. Ale także dla tych, co dzieci nie mają, a chcą lepiej zrozumieć zwyczajnych rodziców. Z pewnością celem autora było obalenie mitów o posiadaniu dzieci. Uzmysłowienie, że pewne rzeczy to tylko czcze wymysły rodem z książek czy reklam. Tak, tak! Życie realne jest całkiem inne. Dzieci nie są ideałami i tak samo nie ma idealnych rodziców. Czyściutkie słodkie aniołki, idealnie świeże, uśmiechnięte, zadowolone z życia w sterylnym otoczeniu z zadbaną mamą są tylko .... utopią. Planem z reklamy, gdzie w cieniu kryje się tabun nianiek, sprzątaczek i asystentek. Dzieci są jakie są. Zwykle się wybrudzą, często marudzą i mają swoje zdanie. Zabawki użytkują inaczej niż przewiduje ich instrukcja obsługi, jedzenie lubią rozlewać, rozdeptywać czy rozcierać. Potrafią być idealnymi krętaczami, kłamać z słodkim wyrazem twarzy, szantażować bez zmrużenia oka i rzewnie płakać na zawołanie. Ale i słodko przytulać, całować i mówić "kofam cie".
Książka jest podzielona na cztery części, każda składa się z wielu rozdziałów. Z każdą przeczytaną stroną widać, że być rodzicem to niezwykle wyczerpująca  rola, która wymaga ciągłego podnoszenia kwalifikacji, bycia non-stop do dyspozycji i nieustannej najwyższej formy. Ale to nie tak, że rodzicielstwo ma tylko złe i trudne oblicze. Jest też przygodą, niesamowitą przygodą, która umożliwia przeżycie czegoś wyjątkowego i niepowtarzalnego. To też świetna lektura dla pracodawców, którzy nie powinni dyskryminować pracowników mających potomstwo, a być wyrozumiałymi. W końcu każdy z nas był dzieckiem i dał mamie oraz tacie popalić. 
Książka napisana jest kapitalnym stylem. Nie ma chyba rozdziału, przy którym nie wybuchnęłabym gromkim śmiechem. Autor ujął mnie niesamowitym poczuciem humoru, lekkim piórem, wspaniałym stylem, choć czasem miałam wrażenie, że lekko przerysowuje sytuację. Książka to przede wszystkim wrażenia z rodzicielstwa, ale i:
a) niezwykle zabawny test oceniający gotowość do wychowania dziecka
b) 10 niezwykle realnych prawd o rodzicielstwie
c) słownik pojęć, które dla mam i tatusiów mają nieco inne znaczenie niż dla ogółu społeczeństwa.
 
Przeczytanie "Dziecka dla odważnych" polecam każdemu. Nawet starszym dzieciom, nastolatkom, bo dzięki lekturze będą w stanie zrozumieć co tak naprawdę przeszli ich rodzice. Nie sądzę, by ta pozycja odstraszyła kogoś z chęci posiadania synka czy córci. Ona tylko pokaże czym tak naprawdę jest bycie rodzicem, odrze ze złudzeń ale i zapobiegnie szokowi, przerażeniu, które może pojawić się, gdy wiedzę zdobywa się z nieprawdziwych źródeł. Życie reklamą nie jest, dzieci idealne nie są, ale nic ich nie zastąpi. 

poniedziałek, 27 stycznia 2014

Artur Hajzer "Korona Ziemi. Nie-poradnik zdobywcy"


Wydawnictwo Stapis
data wydania 2014
stron 224
ISBN  978-83-6105-088-9

Wyzwanie Seven Summits

Korona przez wiele wieków kojarzyła się jako atrybut władzy królewskiej. Była zwykle drogocennym jubilerskim cackiem wykonanym z szlachetnych kruszców i ozdobionym wartościowymi kamieniami. Dziś królów na świecie jest zdecydowanie mniej, ale przybywa osób, które korony posiadają. I nie chodzi tu o piękne precjoza, ale o tzw. korony składające się z górskich szczytów, które dany śmiałek osobiście zdobył. Do najpopularniejszych wyzwań tego typu należy Korona Himalajów składająca się z 14 ośmiotysięcznych szczytów i Korona Ziemi. Skoro nasz glob ma 7 kontynentów to ta ostatnia korona powinna składać się z wejść na siedem szczytów. Nie jest to jednak prawda ostateczna, bo różnie można prowadzić międzykontynentalne granice, przyłączać wyspy i według niektórych klasyfikacji Korona Ziemi może liczyć aż 9 wierzchołków.
Jakby nie patrzeć zdobycie takiej górskiej korony jest niezwykle prestiżowe i wymaga wiele pieniędzy, zdrowia, sprawności psychicznej czy fizycznej oraz łutu szczęścia.
Wyjątkową książkę o Koronie Ziemi napisał wybitny polski himalaista Artur Hajzer. Jej pierwsze albumowe wydanie ukazało się w 2011 roku. W 2013 roku miało mieć miejsce ponowne wydanie tej publikacji jednak już w skromniejszej wersji kieszonkowej z czarno-białymi zdjęciami. Książkę do druku miał zatwierdzać sam autor po powrocie z wyprawy na szczyty Gasherbrunów. Los chciał inaczej. Doszło do tragicznego wypadku i Hajzer na zawsze pozostał w ukochanych górach. Książka wyszła zatem bez jego uwag i zmian. Została uzupełniona treścią wywiadu z autorem, który miał miejsce tuż przed feralnym wyjazdem. Po nim następuje fragment książki Walka Nędzy „Prawdopodobnie widziałem Yeti”.
Jaki charakter ma ta wyjątkowa publikacja? Jak podkreśla autor w tytule nie jest to sensu stricte przewodnik dla śmiałków, którym marzą się górskie wypady. Nie jest to garść informacji, map i cennych w podróży wskazówek. Ba, sam autor nie był zdobywcą owej Korony. Książka ma charakter arcyciekawej opowieści o najwyższych szczytach poszczególnych kontynentów, o historii ich zdobywania i tych, którzy pierwsi je osiągnęli. Każdy ze szczytów ma bowiem swoją jakże barwną historię. Opowieść Artura Hajzera nie ma charakteru typowej książki ukazującej ludzkie zmagania się z górą, pogodą i własną kondycją. Autor nie skupił się też tylko na sportowym aspekcie wspinaczki. Opowiada o ludziach, ich motywacjach i trudach jakie dopadały tych, którzy podjęli się jakże trudnego wyzwania. Sięga do przeszłości, do historii, by jak najpełniej oddać klimat i odmienność każdego ze szczytów. Jak z rękawa sypie anegdotami i ciekawostkami, czyniąc lekturę nietuzinkową i przyciągającą niczym magnes. Największe wrażenie zrobił na mnie fragment poświęcony najwyższej z gór na świecie – Everestowi. Stało się tak nie dlatego, że jest on najbardziej oblegany, nie dlatego, że najwyższy. Piękno i wyjątkowość tej Góry Gór jak się okazuje zabija komercja. Sama nie mam nic przeciwko temu, by zwykli śmiertelnicy stawali na Dachu Świata. Bulwersuje mnie jednak opisany system organizacji komercyjnych wypraw. Dzięki źle przygotowywanym wyprawom, bezzasadnym oszczędnościom ludzie, którzy słono płacą często zostają oszukani i na znacznej wysokości pozbawieni w razie potrzeby jakiejkolwiek pomocy. Są po prostu porzucani i skazywani na śmierć. Ten fakt szokuje zawodowych wspinaczy i nie tylko. Nie można przecież dopuścić, by Everest stał się cmentarzyskiem pechowców. Nie można wynosić pieniędzy i zysków nad ludzkie życie i zdrowie.

„Korona Ziemi” niejednego pewnie zaskoczy, ale myślę, że nikogo nie znudzi. Dzięki lekturze można poczuć klimat przygody, odważnego wyzwania i niepowtarzalne emocje, który są specyficzne wyłącznie dla świata gór. Kto się skusi na lekturę będzie miał okazję poznać trendy górskiej wspinaczki wczoraj i dziś, ale i wyjątkowe postacie śmiałków, którzy stanęli na poszczególnych szczytach.
Książkę gorąco polecam amatorom literatury wysokogórskiej, miłośnikom wyzwań i łamania ludzkich barier wytrzymałości. Uwaga! Po lekturze może jednak wystąpić skutek w postaci narodzin marzenia, by powtórzyć sukces np. Martyny Wojciechowskiej.
Książka zrecenzowana dla portalu Lubimy Czytać.

sobota, 25 stycznia 2014

Katarzyna Enerlich "Prowincja pełna czarów"


Wydawnictwo MG
data wydania 2014
stron 320
ISBN 978-83-7779-172-1

Czary-mary na Mazurach

W dzieciństwie uwielbiałam gościć w świecie Andersena. Jako dorosła kobieta kocham pobyty na Prowincji, tej mazurskiej prowincji, o której kilkutomowy cykl książek napisała moja ukochana Autorka -  Pani Kasia Enerlich. To już piąte spotkanie z Ludmiłą, główną bohaterką wspaniałej serii książek, która jest mi bardzo, ale to bardzo bliska. Doskonale ją rozumiem, idealnie czyta mi się jej zwierzenia, myśli i refleksje, bo mama Zosi to niczym moje literackie odbicie. 

Ludmiła mieszka w uroczym domku na mazurskiej wsi. Po rozwodzie z Martinem wychowuje ich kilkuletnią córkę. Byli małżonkowie żyją ze sobą w przyjaźni. W życiu Ludmiły pojawił się już inny mężczyzna. Wojtek. Para spotyka się ze sobą, ale jeszcze razem nie mieszka. Oboje są po przejściach i do ołtarza im jakby się nie śpieszy. Ale nagle zdarza się coś, co zmienia ich serca, myśli i poglądy......
Ale to nie wszystko. We wsi pojawia się nowa mieszkanka. Jej domem staje się skromna chatka na końcu wsi niedaleko cmentarza, która dość długo była opustoszała. Mieszkańców nie porusza zbytnio pojawienie się nowej osoby. Ich umysły zajmuje plotka o pojawiającym się duchu kobiety, która kiedyś tu mieszkała. Kulawej Erny, która zakończyła swoje życie tragicznie......

Ta książka po prostu mnie uwiodła. Zabrała do innego świata, w którym najchętniej zostałabym na zawsze. Do rzeczywistości z dala od miejskiego zgiełku, od pędu po sukces, który ma mdły smak. W powieści blisko natury mieszka niezwykle sympatyczna kobieta, która jest prawie moją równolatką. Posmakowała już trochę życia, przeżyła to i owo. Najważniejsze jest to, że Ludmiła wie czego chce. Kocha mazurską wieś, proste aczkolwiek jakże wspaniałe życie w którym najważniejsze są wartości niezbyt hołubione przez dzisiejszy świat. Ludmiła robi to, co kocha. Prowadzi dom, gotuje, sprząta, wychowuje dziecko bez telewizji, uprawia własnoręcznie ogród, hoduje zioła i kwiaty. Docenia prostotę świata. Cieszy ją nowy pęd fasoli w ogrodzie, smaczna własnoręcznie ugotowana zupa, zawekowane warzywa, zrobiona konfitura i pisanie książek. Debiut ma już za sobą. Pisze drugą książkę a praca choć nie daje kokosów sprawia olbrzymią radość. Dla Ludmiły ważniejsze jest być niż mieć. Bo uśmiech na twarzy mogą wywołać nie tylko zakupy w galerii czy wizyta w spa. Solarium może zastąpić po prostu słońce, relaks i spokój ducha może płynąć z uprawiania jogi, a nie z leżenia na kozetce psychoterapeuty. Prostota bywa niesamowita. Piękna i inspirująca. Autorka stanowczo przeciwstawia się mottom płynącym z reklam." Możesz  być szczęśliwa bez kolejnego np. super kremu, bez jakiegoś gadżetu którego jesteś ponoć warta". Jestem przekonana, że wiele czytelniczek w tej książce będących niewolnicami korporacji i materialnego świata odkryje inny wymiar życia. 
Powieść jest niesamowita! Przepiękna i mądra. Jej przeczytanie było dla mnie dosłownie mistycznym przeżyciem. Czymś naprawdę bajecznym i wyjątkowym. Na jej kartach bowiem spotkałam moją filozofię życia. A Ludka to jakby moja duchowa siostra! 
Uwielbiam prozę która pachnie lasem, ziołami, własnoręcznie ugotowaną pomidorówką czy suszonymi grzybkami. Ten klimat jest mi tak bliski! Inna to lektura, niż te od których uginają się księgarskie półki. To połączenie powieści, przewodnika po Mazurach, książki opisującej historię uroczego zakątka Polski i zarazem doskonały przewodnik "Jak być szczęśliwą!". Katarzyna Enerlich preferuje zdecydowanie inną receptę na szczęście niż tę, którą  znajdziecie w tabloidach czy wyznaniach celebrytów. Bo szczęśliwa kobieta nie musi mieć 1000 par butów, willi z basenem czy drogiego fryzjera. Wystarczy żyć w zgodzie z naturą i samą sobą. I mieć dystans do tego co modne, krzykliwe i trendy.
Bardzo przyjemnie gościło mi się na Mazurach, zwiedzało zamkowe komnaty, tajemnicze zaułki. Oczarowały mnie mazurskie legendy i opowieści z przeszłości. Zachwyciła również i Syberia, która pojawia się na kartach książki. Ze smutkiem rozstałam się z lekturą. Na otarcie łez pozostała wspaniała wiadomość, że Pani Kasia pracuje już nad kolejnym tomem tej serii. Będę na niego z utęsknieniem czekała. Gorąco polecam cały cykl z Prowincją w tytule. Jest moim zdaniem po prostu arcydziełem. 
Moja ocena 10/10.

piątek, 24 stycznia 2014

Anna Klejzerowicz "List z powstania"


Wydawnictwo Filia
data wydania 2014
stron 320
ISBN 978-83-6362-290-9

Przeszłość może być niczym arszenik!

Najnowsza powieść Anny Klejzerowicz bardzo mnie zaskoczyła. Po tytule sądziłam, że będzie to książka z fabułą rozgrywającą się w czasie II wojny światowej, kiedy stolicę Polski ogarnął powstańczy zryw. I tu się rozczarowałam, bo tak naprawdę w tym okresie ma miejsce tylko prolog lektury, który jest bardzo króciutki. Akcja rozgrywa się na przestrzeni kilkudziesięciu lat od wojny po czasy współczesne. Pierwszoplanowe postacie są dwie - matka i córka. Dwie kobiety wywodzące się z rodziny, która wskutek działań wojennych bardzo ucierpiała, właściwie rozpadła się w pył. Przed wojną na Żoliborzu w pięknej willi zamieszkiwali doktorostwo Bańkowscy. On był szanowanym chirurgiem, ona wzorową żoną. Mieli dwie córki – starszą Hanię i młodszą Julię. Wojna zburzyła ich rodzinne szczęście podobnie jak i wielu setek polskich rodzin. Julia tuż przed wybuchem sierpniowego zrywu została wywieziona na wieś. Ktoś z rodziców miał się po nią zgłosić po wyzwoleniu. Niestety wojna się skończyła, a mała zrozpaczona dziewczynka została odwieziona do sierocińca. Po pewnym czasie trafiła pod opiekuńcze skrzydła ciotki. Jak się dowiedziała jej rodzice zginęli, a o siostrze walczącej o wolność ojczyzny ślad zaginął. Wieloletnie poszukiwania położyły się cieniem na życiu Julii i jej córki Marianny. Dążenie do odkrycia prawdy sprowadziło na kobiety tylko cierpienie, stało się złym, okrutnym fatum...
„List z powstania” to książka obyczajowo-sensacyjna z XX-wieczną historią Polski w tle. Nie jest to jednak lektura, przy której odpoczęłam, zrelaksowałam się czy odprężyłam. To raczej książka skłaniająca do refleksji. Dwie główne bohaterki mają pewną - można rzec - narodową cechę Polaków. Żyją bardziej przeszłością niż tym, co jest tu i teraz, niż tym, co czeka je jutro. Julia swoją obsesją zaraża córkę, a tym samym naznacza jej życie bólem, lękami, smutkiem. Owszem nie twierdzę, że nie spotkało ją wiele zła. Kobieta miała prawo poczuć się obolała. Ale czy na cmentarzu przeszłości warto zakopać swoje całe życie? Byłam wściekła i zła na Julię, że tak łatwo potrafiła dać ogarnąć się obsesji i pogrążyć w niej swoją rodzinę. Żal mi było Marianny, która zapłaciła ogromną cenę za nie swoje błędy. Los tak bardzo był wobec niej okrutny!
Anna Klejzerowicz urzekła mnie misternie pomyślanym wątkiem sensacyjnym, ale i tym, że nie skusiła się w powieści na politykowanie. Nie oceniła słuszności czy jej braku wobec wybuchu powstania i ukazała bardzo realnie epokę komunistyczną w Polsce. Wyraziście nakreśliła sytuację pokolenia młodych ludzi, którzy stawili się do walki o godzinie „W”. Za swój patriotyzm tak wiele wycierpieli. Zostali ukarani przez okupanta (co jeszcze można zrozumieć), ale i potępiła ich nowa władza. Skazała na więzienia i emigrację, na przesłuchania i oceniła jako „wrogie elementy”. Ich życie stało się w „wolnym” kraju pasmem udręk. Nie wszyscy doczekali obalenia ustroju i wyjścia całej prawdy na jaw.
Książka jest napisana starannie i wręcz elegancko. Jest dopracowana w szczegółach. Wydaje się jakby każde słowo miało swoją rolę i sens. Lektura wciąga, bywa mroczna, smutna, ale jest i bardzo prawdziwa, nakreślona bez wyolbrzymiania, upiększania, bez zbędnej liryczności. Nie ma tu gloryfikacji pod niebiosa, ale jest realizm dramatu pewnej zwyczajnej rodziny. Na uznanie zasługuje autentyczność przekazu, ale i świetnie ukazany ogrom tragedii osobistej dwóch kobiet, które muszą zmagać się z bolesną przeszłością, która kładzie się cieniem na ich życiu.
 Powieść budzi emocje, odkrywa prawdę o bolesnych kartach historii. Książka jest tajemnicza, zagadkowa i ma bardzo wyrazisty klimat. Myślę, że znajdzie uznanie i w oczach miłośników sensacji, i tych którzy lubią lektury z wątkiem kryminalnym.
Książka zrecenzowana dla portalu Lubimy Czytać.

wtorek, 21 stycznia 2014

Monika Rebizant-Siwiło "Przytul mnie"


Wydawnictwo Replika
data wydania 2013
stron 408
ISBN 978-83-7674-256-4

Tulenie do szczęścia konieczne potrzebne!

„Przytul mnie” to książka, która już na pierwszy rzut oka zachwyca śliczną okładką. Jej akcja rozgrywa się w rodzinnych stronach autorki – na Roztoczu. Tu w małej miejscowości, położonej malowniczo wśród iglastych lasów, znajduje się rodzinny dom głównej bohaterki. Jest nią 27-letnia Ania, która mimo młodego wieku już sporo w życiu przeszła. Ta romantyczna dziewczyna ma za sobą koszmarne małżeństwo. Gdy korespondencyjnie poznała w młodym wieku Mirka wydawało się jej, że wygrała los na loterii. Starszy o 15 lat mężczyzna całkowicie zawrócił jej w głowie. Po maturze wyszła za niego za mąż i wyjechała w „wielki świat”. Życie w dużym mieście było tak inne od prowincji. Ania dzięki mężowi skończyła studia, zwiedziła piękne miejsca na ziemskim globie i poznała smak przemocy. Sielanka skończyła się po poznaniu wyników badań lekarskich, które jednoznacznie wykazały niepłodność żony Mirka. Były kłótnie, awantury i ciosy. Podbite oczy, siniaki i spędzanie czasu w sypialni z powodu rzekomej migreny. Po siedmiu latach od ślubu Ania z jedną walizką w ręce ponownie zjawiła się na progu rodzinnego domu. Nikt o nic nie pytał. Stan psychiczny Ani mówił sam za siebie. Było widać, że coś ją w życiu mocno sponiewierało. W rodzinnym domu młoda kobieta miała wyleczyć rany, dojść do siebie i zacząć od nowa. Michał, niepoprawny romantyk, odziedziczył po śmierci dziadka leśniczówkę położoną w sercu Puszczy Solskiej. W spadku dostał też pięć uroczych kotów. I dzięki temu ponownie spotkał się z poznaną w dzieciństwie Anią, która jako dobra sąsiadka wybrała się w odwiedziny. Czy ta para ma szansę na szczęście? Czy pozwolą na nie demony z przeszłości? Czy będzie im w życiu razem po drodze?
Od samego początku powieść mnie zauroczyła. Zyskała moją aprobatę i sympatię. Czym sobie zasłużyła na pochwały? Romantyczną (ale i nie przelukrowaną) fabułą, w której wiele się dzieje, uroczymi opisami miejsc w których rozgrywa się akcja, a które miałam okazję kiedyś ujrzeć na własne oczy i ciepłym jak rozgrzany kominek klimatem. Taki typ książek cenię za to, że pozwalają odpocząć od nie zawsze idealnej rzeczywistości. Dzięki takim historiom łatwiej uwierzyć w to, że miłość to coś realnego i każdy z nas ma szansę być ugodzonym strzałą Amora. Główna bohaterka to kobieta po przejściach, która jest w sporej emocjonalnej rozsypce. Nie do końca ma bowiem spokój. Rozwód nie został ostatecznie orzeczony. Jeszcze obecny mąż stale miał możliwość zaingerowania w jej życie dzięki skomplikowanym relacjom rodzinnym. Ania została mocno obita emocjonalnie, wyczerpana walką i zebranymi ciosami, ale i odnalazła w sobie iskierkę siły do walki o lepszą przyszłość i swoje szczęście. Dla tych działań Ani żywiłam podziw. Domyślam się, że było jej dość ciężko. Swoją postawą udowodniła, że każdy po ciężkich przeżyciach może, a wręcz musi podnieść się jak Feniks z popiołów, że nie wolno dać się apatii i poddawać od razu. Myślę, że ta lektura świetnie nadaje się do polecenia tym czytelniczkom, które są (niestety) na podobnym co nasza bohaterka życiowym zakręcie. Książka z pewnością doda otuchy i energii. Pocieszy.
„Przytul mnie„ to historia o miłości, która rodzi się w specyficznym momencie życia Ani i Michała. Owo uczucie dodaje skrzydeł skrzywdzonej kobiecie, pozwala zacząć od nowa. Zapomnieć o przeszłości i zebrać siły do uwolnienia się od traumy. Michałowi zaś nie pozwala się totalnie załamać w bardzo trudnym momencie, którego oczywiście nie zdradzę.
W fabułę książki, co zasługuje na kolejnego plusa, autorka bardzo umiejętnie wplotła autentyczne wydarzenia z historii Polski i tego regionu. To jeszcze bardziej urozmaica i czyni tę opowieść jakże oryginalną. Krytyczną uwagę odniosę do rozmiaru czcionki, jakiej użył wydawca. Jest zbyt mała dla osoby, która zechce szybko przeczytać o losach Ani i powoduje zmęczenie wzroku.
Ciepła, romantyczna, wzruszająca książka, doskonałe czytadło dla miłośniczek dobrego obyczaju w polskiej odsłonie. Amatorki lektur o miłości z pewnością nie będą rozczarowane.
Książka zrecenzowana dla portalu Lubimy Czytać.

piątek, 17 stycznia 2014

Stosik pierwszy w tym roku

 Nowe, tegoroczne nabytki jak zwykle serce cieszą. W papierze dotarły do mnie:
Gabriela Gargaś "Namaluj mi słońce" od Wydawnictwa Feeria - recenzja już na blogu
Maria Nurowska "Zabójca" od Lubimy Czytać
Diane Chamberlain "Sekretne życie CeeCee Wilkes " wygrana w blogowym konkursie
Anna Klejzerowicz "List z powstania" od Lubimy Czytać
Leszek K. Talko " Dziecko dla odważnych" oraz "Pitu i Kułata w opałach" od Znaku emoticon


A z Wydawnictwa Prószyński na czytnik dostałam:



czwartek, 16 stycznia 2014

Agnieszka Pietrzyk "Urlop nad morzem"


Wydawnictwo Prószyński i S-ka
data wydania 2014
stron 312
ISBN 978-83-7839-676-5
 
Urlop z morderstwem w tle
 
Zmęczona codzienną szarówką i paskudną pogodą chciałam oderwać się od rzeczywistości. Miałam ochotę na lekturę, która pochłonie mnie bez reszty, przeniesie do innego świata, gdzie nie dociera proza życia. Mój wybór padł na książkę autorki, której pióra do tej pory nie znałam.Zagłębiając się w lekturze nie miałam wobec niej żadnych oczekiwań. Zadziałała chyba moja kobieca intuicja, bo po kilku stronach ani się obejrzałam jak wsiąkłam w treść. I nie wypuściłam czytnika z ręki póki nie przeczytałam ostatniego zdania. Powieść okazała się znakomitym czytelniczym kąskiem. Wobec tego biję Pani Agnieszce brawa i polecam. 
Autorka dowodzi, że można napisać świetny utwór sensacyjny bez osadzenia w głównych rolach stróżów prawa i detektywów. 
 
Jest listopad. Zbliża się zima. Nad morzem wtedy mało kto odpoczywa. Plaże są raczej puste, lokale i pensjonaty zamknięte w większości. Szaleją sztormy i padają deszcze. Ale i taka aura ma swoich amatorów. Poznaniacy - Beata i Marcin nie mogą sobie pozwolić na luksusowe wakacje na Dominikanie, nie mają ochoty na zatłoczone egipskie plaże. Korzystają z zaproszenia Kasi - przyjaciółki Beaty i postanawiają spędzić urlop w Sztutowie. W niedawno kupionym przez Katarzynę domu chcą odpocząć i zregenerować siły. Dom jest stary, ma swoją historię i jak się okazuje tajemnice. Dwukondygnacyjny strych jest składem zniszczonych mebli, rupieci wcześniejszych lokatorów, bibelotów i szpargałów. Beata zaś strasznie lubi w takich miejscach myszkować, przeglądać stare klamoty. Niedługo po przyjeździe wchodzi na strych i bierze do ręki starą książkę. Sienkiewiczowskie "W pustyni i w puszczy". Wśród pożółkłych kartek znajduje list, którego treść przyprawia o dreszcze, który kryje w sobie przerażający sekret. Swoim znaleziskiem dzieli się z mężem. Od tej chwili spokojny urlop staje się czymś odległym i nierealnym...
Para podczas kilkunastu dni odkrywa przyprawiające o gęsią skórkę i nocne koszmary wydarzenia, które rozgrywały się przez wiele lat - od II wojny światowej. Dom, który miał być przytulnym schronieniem kryje mroczne tajemnice i sensacyjne znalezisko. 
 
"Urlop nad morzem" to wspaniały kryminał, który niesamowicie przykuwa uwagę. Akcja toczy się bardzo szybko. Czytelnik nie ma chwili na oddech, bo lektura ciągle zaskakuje. Wątek kryminalny jest misternie utkany niczym frywolitka. Czytając miałam odczucie, że układam jakąś bardzo zawiłą układankę, a powstający obraz ciągle się zmienia. Fabuła jest pełna tajemnic i zawiłości. Jest bardzo rozbudowana i dynamiczna. Sekretom nie ma końca. Nic nie jest wyraziste, nic nie jest stabilne. Beata z mężem krok po kroku odkrywają często przerażające fakty i gdy już coś wydaje się sprawdzone i oczywiste nagle staje się iluzją. Śledztwo wraca do punktu wyjścia. Przy lekturze tej powieści nie ma mowy o nudzie. Odkrywanie losów Dietrichów jest naprawdę pasjonujące. Ludzkie charaktery są bowiem zwykle zawiłe i pokręcone. W duszy ludzi bowiem nie mieszka tylko dobro czy zło. Zwykle i jedno i drugie. Co przeważy bywa czasem dziełem przypadku. Jak się okazuje wystarczy impuls, iskra i stajemy się aniołem, bądź diabłem. Agnieszka Pietrzyk stworzyła bardzo ciekawe oblicze kryminału, oryginalne, powiązane z historią miejsca w którym rozgrywa się akcja. Wielkim atutem książki jest bardzo mocne i zaskakujące zakończenie. 
Książkę zdecydowanie polecam miłośnikom kryminału. Miły wieczór zapewniony. 

wtorek, 14 stycznia 2014

Gabriela Gargaś "Namaluj mi słońce"


Wydawnictwo Feeria
data wydania 2014
stron 392
ISBN 978-83-7229-365-7

Przyjaźń i miłość - idealne lekarstwa na samotność

Jak ten czas leci! Dopiero co zachwycałam się debiutancką powieścią Gabrieli Gargaś a właśnie skończyłam czytać Jej czwartą książkę. I tradycji stało się zadość! Znów miałam okazję zagłębić się w napisaną w mistrzowskim stylu książkę, która jest po prostu wspaniała. Genialna i taka która musi trafić na półkę "Ulubione".
Gdybym dostała egzemplarz książki bez nazwiska autorki powiedziałabym, że "Namaluj mi słońce" napisała utalentowana kobieta w podeszłym wieku, która oprócz zdobytej edukacji skończyła po prostu Szkołę Realnego Życia. Przeżyła wiele lat i zdobyła życiową mądrość której nie uczą na nawet najbardziej renomowanej uczelni. Dlaczego tak piszę? Bo powieść Gabrieli to oprócz pasjonującej historii zawiera jeszcze bardzo mądre myśli, trafne refleksje o ważnych sprawach i wspaniałe wskazówki. Autorka pisze niezwykle - niczym dobra wróżka i życzliwa istota w jednym. Z lektury zapadły mi głęboko w serce takie słowa o miłości:
"Miłość jest rozkapryszoną kobietą, ze swym rozchwianiem, sprzecznościami,humorkami i wybrykami. Potrafi być przerażona niczym bezdomne zwierzę, kryje w sobie niewypowiedziany lęk przed odrzuceniem, przychodzi sobie nie w porę, niczym nieproszony gość, i rozsiada się w sercu, hula jak halny, siejąc spustoszenie, jest delikatna jak bańka mydlana, a czar pryska wraz z lekkim podmuchem."( str. 131)
Najnowsza powieść jednej z moich ulubionych autorek to książka o miłości i przyjaźni. Jej główna bohaterka jest kobietą w połowie drogi między trzydziestką a czterdziestką. Prowadzi uporządkowane życie które jest pod jej pełną kontrolą. Nie ma w nim miejsca na wyskoki, ekscesy i odskocznie. Jest praca, relaks, dobry kryminał do poduszki. Tylko porywów serca brak. I nagle w życie Sabiny wkracza mała kilkuletnia dziewczynka Marysia. Zagubiona nieco w życiu, porzucona przez matkę, niezaakceptowana przez koleżanki. Sympatyczna mała kobietka szuka przyjaciółki. Dla niej nie są ważne bariery wiekowe. Sabina choć nieco niechętnie na początku zaprzyjaźnia się z Marysią. I nagle odkrywa jak bardzo wartościowa może być relacja z małym człowiekiem, jak piękna może być bezinteresowna przyjaźń, jak ważne jest mieć kogoś bliskiego. Ale to nie dość. W życie Sabiny wkracza również tata dziewczynki. Bogaty, zabiegany i porzucony kiedyś przez matkę swej córki człowiek interesu, który pod maską człowieka sukcesu skrywa inne, zakompleksione oblicze. Nie boi się grać na giełdzie, nie boi się ryzykować w interesach, ale boi się ponownie zakochać, po tym jak odrzucono jego uczucia. Boi się pójść za głosem serca...... Para czuje do siebie chemię, ale czy uda im się stworzyć szczęśliwy związek? Sprawić by Marysia miała normalną rodzinę?

"Namaluj mi słońce" to książka niesamowita. Taka od której nie można się oderwać, taka z którą trudno się rozstać i taka do której będę wracać. To nie ważne, że będę znała treść. Przy tej lekturze można poczuć powiew nadziei i odbudować wiarę w istnienie prawdziwych uczuć. Można nabrać przekonania, że słońce może zaświecić każdemu. Gabriela Gargaś niesamowicie perfekcyjnie wykreowała postacie głównych bohaterów. Są tacy prawdziwi i realni. Każde z nich ma inną osobowość, ale tylko Marysia potrafi otwarcie mówić co ją cieszy, co boli, co smuci. Jest szczera i otwarta mimo ciosu od biologicznej matki. Sabina choć nie chce komplikuje sobie życie miłością. Boi się jej, ale i leci niczym ćma do światła. Jej serce walczy z rozumem i musi coś odnaleźć. Musi odnaleźć klucz do serca wybranka, który po kopniaku od kobiety buduje wokół siebie mur. Gdy spotyka Sabinę toczy ze sobą walkę. Co wygra serce czy rozum?

"Namaluj mi słońce" to książka pełna emocji, uczuć i marzeń. O te ostatnie by się spełniły trzeba walczyć. I to najbardziej zapadło mi w pamięć. Czy warto wśród sporego natłoku czytelniczych propozycji dla pań wybrać akurat tę książkę? Zdecydowanie tak! Bo kto raz sięgnie po prozę tę Autorki to będzie do niej wracał. Gabriela Gargaś pisze po prostu sercem i dlatego jej książki są tak wysoko oceniane. Wspaniały język, doskonałe dialogi, mądre sentencje to kolejne atuty książki oprócz wspaniale stworzonej fabuły. Z ręką na sercu gorąco zachęcam do sięgnięcia po tę lekturę. Gwarantowane wzruszenie, łezka w oku i uśmiech. I z pewnością po przeczytaniu będzie Wam w życiu łatwiej wybaczać. Zatem polecam wygodny fotel, filiżankę dobrej herbaty z miodem i lekturę "Namaluj mi słońce".
Moja ocena 10/10!

niedziela, 12 stycznia 2014

Barbara Rybałtowska "Przypadek sprawił"


Wydawnictwo Axis Mundi
data wydania 2013
stron 240
ISBN 978-83-6143-258-6

Chwila, która wszystko zmienia

Życie ludzkie jest bardzo kruche. Wystarczy chwila, by się skończyło, wystarczy moment, by zmieniło się do niepoznania już na zawsze. Wystarczy jedno niefortunne zdarzenie, by udręka i złe wspomnienia ciągnęły się latami.
Najnowsza powieść Barbary Rybałtowskiej opowiada historię dwóch sióstr. Ewy, na życiu której tragedia z młodości położyła się cieniem na zawsze oraz Joanny, która zgasła nagle i zdecydowanie przedwcześnie. Pochodziły z przeciętnej rodziny. Różniło je kilka lat. Były ze sobą zżyte i zaprzyjaźnione. Joanna posiadała wyjątkowy talent wokalny. Mimo pewnych zawirowań miała otwarte drzwi do kariery i popularności. Świat - można rzec - padał jej do stóp. Ciężka praca i upór pozwoliły osiągnąć już wiele. Ale wystarczyła chwila, by stało się nieszczęście. Joasia zmarła w niewyjaśnionych okolicznościach. Nikt z rodziny nie wiedział, co było przyczyną tragedii. Na pytanie, co się stało nie umiał też odpowiedzieć bliski jej sercu mężczyzna. Tragiczna śmierć uzdolnionej wokalistki położyła się ponurym cieniem na dalszym losie jej siostry. Ewa długo nie mogła się pogodzić z okrutnym zrządzeniem losu. Mijały lata, w rzekach upłynęło wiele wody, tysiące razy wzeszło i zaszło słońce. Aż pewnego dnia w ręce emerytowanej pani architekt trafiły siostrzane pamiętniki i miało miejsce pewne spotkanie, pewna rozmowa, które wyjaśniły wszystko.
Książka ma piękną okładkę. Na pierwszy rzut oka ten obraz zachwyca i wydaje się taki piękny, nostalgiczny, pełen uroku. Ale gdy dłuższą chwilę przyjrzymy się kolorystyce doznamy uczucia zimna, wręcz jakiegoś dziwnego chłodu bijącego od sporej ilości użytej niebieskiej barwy. Kilka chwil i nasuwa się kolejna myśl. Zachód słońca, koniec dnia, można rzec jego konanie. Wyobraźnia podsuwa skojarzenie z tragedią, która miała miejsce niedaleko pomostu na pięknym, mazurskim jeziorze. To właśnie tu gaśnie nie tylko dzień, ale i życie młodej kobiety. Czy to nieszczęśliwy wypadek czy może rozpaczliwy wybór? Tragedia czy samobójstwo?
Ewa po wielu latach powoli odkrywa prawdę. Dzięki otrzymanym od Modesta siostrzanym zapiskom poznaje fakty z jej życia. Pamiętnik opisuje drogę ku piosenkarskiemu sukcesowi, który został okupiony ciężką pracą, uporem i zacięciem. Ewa z pamiętnika poznaje swoją siostrę od wielu stron. Czyta o jej skomplikowanym życiu uczuciowym, rozterkach, dylematach. Czytelnik wkracza w trudne układy rodzinne i miłosne. Poznaje wrażliwą artystkę, która musi zmierzyć się ze zwyczajną codziennością i złośliwością artystycznego środowiska, która bywa bezlitosne na sukcesy innych.
„Przypadek sprawił” to książka nieco smutna i nostalgiczna. Opowiada o przyjaźni, miłości, która nie zawsze słodkie ma imię, o blaskach i cieniach artystycznego życia. Wprawdzie miało ono miejsce w innej epoce, w czasach i realiach PRL-u, ale ludzka natura widać jest niezmienna. Cudzy sukces w oczy zawsze kole, a podkładanie świni bywa trendy. Powieść autorki „Kuszenia losu” ma dość zaskakujące zakończenie. Najpierw autorka zmusza czytelnika do snucia przeróżnych myśli na temat tragedii, by na końcu bez niedomówień „wyłożyć kawę na ławę” i pozostawić pewien niedosyt. Akcja książki rozgrywa się w malowniczych zakątkach Europy i na tle niezwykłej urody mazurskiej przyrody, która jest niemym świadkiem ludzkiej tragedii. Od razu dodam, że nie jest to lekkie i przyjemne czytadło, ale powieść nieco smutna i opowiadająca o życiu bez słodkości. Lektura skłania do refleksji nad sensem ludzkiego bytu, który tylko na pozór wydaje się zaprogramowany. Można snuć plany, można mieć marzenia, można uparcie i z zapałem dążyć do ich realizacji. Jeśli los zechce i tak może zrobić psikusa i zburzyć misterną budowlę ludzkiej doli. Przypadki bowiem chadzają po ludziach.
Książka zrecenzowana dla portalu Lubimy Czytać.