środa, 27 stycznia 2021
Mia Słowik "Jak zostałam peruwiańską żoną"
poniedziałek, 28 grudnia 2020
Anna Czerwińska "Groza wokół K2"
Wydawnictwo Annapurna
data wydania II 8 grudnia 2020
stron 328
ISBN 978-83-61968-42-9
Pewnego lata pod szczytem Góry zwanej Mordercą...
Cześć tegorocznych świąt Bożego Narodzenia spędziłam w Karakorum. Miało to miejsce dzięki lekturze książki Anny Czerwińskiej "Groza wokół K2". Zagłębiając się w jej treść przeniosłam się w czasie do roku 1986 pod najwyższy z pakistańskich ośmiotysięczników, który mimo, że wysokością ustępuje Everestowi jest mianowany najtrudniejszym z kolosów. Świadczy o tym choćby fakt, że do dziś zimą pozostaje niezdobyty. Na jego stokach zginęło wielu wspinaczy. Góra co roku zabiera kolejne ofiary. Tamtego lata śmierć poniosło aż 13 wspinaczy. Nie byli to amatorzy. Każdy z nich miał wiedzę i doświadczenie, a jednak K2 okazało się zachłanne i zabrało tyle ludzkich istnień. Co było przyczyną tragedii? Czy można było ich uniknąć? Po czyjej stronie leży wina - człowieka czy natury? Z Anną Czerwińską jako przewodniczką szukałam odpowiedzi na te pytania.
Tego lata pod K2 było naprawdę tłoczno. Działało wiele wypraw, w tym grupa z Polski. Znalazły się w niej i kobiety. Oprócz trzech Pań atakujących szczyt w jednym teamie na szczyt Czogori udało się wejść w międzynarodowym składzie Wandzie Rutkiewicz. Była pierwszą kobietą, która tego dokonała. To ogromny sukces. W tamtym czasie Góra pokazała, że życie wspinaczy to istny mix sukcesów i porażek, radości i tragedii, utraty zdrowia i życia oraz sława, która czeka poza górską enklawą.
Książka Anny Czerwińskiej jest niesamowita. Przejmuje do szpiku kości, budzi podziw dla śmiałków, którzy mają odwagę zmierzyć się z kolosem, budzi respekt wobec sił natury, które pokazują nasze słabości. Lektura jest ogromnie przemawiająca i robi wrażenie. Jej treść wręcz smaga po twarzy niczym lodowaty wiatr i pokazuje całą prawdę o wspinaczce oraz zdobywaniu gór wysokich i najwyższych. Łatwo nie jest. Marzący o poskromieniu szczytów muszą pokonać wiele trudności. Muszą walczyć z przyrodą, ale i samymi sobą. Trzeba umieć oswoić stres, który jest obecny i czai się niczym cień. W ekstremalnych warunkach jak na dłoni ukazują się ludzkie słabości, pięty achillesowe, które każdy z nas ma. Nie pomaga zimno, nie pomaga wysokość, nie pomaga gorączka szczytu, która zagłusza rozsądek.
Anna Czerwińska relacjonuje to lato w cieniu K2 dzień po dniu. W tym czasie Polska traci aż trzech wspinaczy. Sukces złojenia góry staje się gorzki i nie smakuje jak powinien. Autorka w swojej relacji jest dokładna, bezstronna i sumienna. Wprowadza czytelnika do specyficznego środowiska, do matecznika ludzi dzielnych i zdeterminowanych, ale nie niezniszczalnych. Mających wiele siły, ale ich zasób jest ograniczony. Pokazuje, że w himalaiźmie nie ma nic pewnego. Granice w nim są nieostre i nieprzewidywalne. Wszystko zależy od kaprysu natury. Nic tak naprawdę nie jest pewne i bezpieczne. Niebezpieczeństwo czai się wszędzie. Od tamtego czasu dla amatorów górskiej wspinaczki zmieniło się wiele na korzyść. Pomogła technika, rozwój technologiczny, nowe produkty ułatwiające życie. Jest lepiej, ale i zmienił się klimat. Podwyższyła się granica lodowców, ocieplił klimat, a Góra mimo to zimą jest niezdobyta. Trudno to często laikom zrozumieć.
Dzięki słowom zapisanym przez Autorkę mamy szansę odkryć świat specyficznego środowiska, zasmakować bazowego życia, pobyć na wysokości, gdzie krzepnie rtęć, a ludzkie komórki obumierają. Anna Czerwińska ocenia sytuację, a nie ludzi. Nikogo nie oskarża ani nie gloryfikuje. Przybliża bliską jej rzeczywistość, przybliża wyprawę, która wyjątkowo mocno zapadła jej w pamięć. Pisząc oczyszcza się z ogromu emocji, chce przed zwykłymi ludźmi opuścić pewne zasłony, obalić pewne mity o zdobywaniu szczytów. Jak niektórzy sądzą nie ma tu wiele miejsca na romantyzm. Jest dużo sportu, walki, ryzyka, pokonywania samego siebie, mocowania się z emocjami i czynnikami natury. Ten świat ogromnie pociąga, jest w stanie zauroczyć. Autorka z całym realizmem pokazuje gamę uczuć jaka towarzyszyła jej w tamtym czasie. Nie przesadzę, gdy powiem, że ta książka jest ogromnie osobista. Nie znalazłam w niej słabych punktów. W pełni zasługuje na miano doskonałej, rewelacyjnej, genialnej. Z serca ją polecam i rekomenduję.
środa, 9 grudnia 2020
Daniel Kocuj "Bike'owa podróż. Z Sydney do Szczecina" cz.1
data wydania 2020
stron 352
ISBN 978-83-61968-43-6
Żegnaj korporacjo, ahoj przygodo!
Ten rok jest w dziejach ludzkości szczególny i nie sprzyja turystyce oraz podróżowaniu. Tym bardziej w tym okresie doceniam książki, które należą do kręgu literatury podróżniczej i zabierają nas w różne ciekawe miejsca. Ich lektura cieszy mnie tym bardziej, gdy piszą je ludzie umiejący zarazić bakcylem podróżowania, którzy okazują się idealnymi przewodnikami a zarazem gawędziarzami perfekcyjnie relacjonującymi to, co ciekawego dookoła nich. Ostatnio trafiłam na wyjątkowo genialną tego typu lekturę i dziś chciałabym podzielić się moimi wrażeniami z jej odbioru a zarazem zachęcić do jej przeczytania.
niedziela, 28 kwietnia 2019
Marek Konecki "Lodowy rycerz"
środa, 5 grudnia 2018
Mieczysław Bieniek "Hajer na kole czyli rowerem po Kirgistanie i Kazachstanie"
piątek, 12 października 2018
Kuba Kucharski "W uścisku Katriny"
czwartek, 15 marca 2018
Łukasz Kocewiak "Aconcagua. W cieniu Śnieznego Strażnika"
czwartek, 8 lutego 2018
Romuald "Aldek" Roman "Amerykański dom wariatów"
W zimowej stolicy Tatr Pan Roman spędził 34 lata - pracował jako leśnik i nauczyciel, był taternikiem i narciarzem. Za oceanem stał się studentem i zajmował się toksykologią - pracą związaną z azbestem i był rządowym urzędnikiem biurokratą. Swoje doświadczenia z pobytem w nowej ojczyźnie spisał na kartach książki, która jest niezwykle oryginalna. Ma to miejsce ze względu na opisywaną materię, emocjonalnie trzymane pióro oraz charakter Autora, który ma spore i specyficzne poczucie humoru. Patrzy na świat z lekką ironią i pewnym dystansem. Swoje zapiski czyni pod wpływem emocji, ale i z pewną powściągliwością a także przemyśleniami i refleksjami.
Efektem jest publikacja w której nie ma chronologii, ale jest dużo humoru, nieco ciętej ironii i dość sporo szczerości. Tę mieszankę, niekiedy dość wybuchową, czyta się dobrze i z uśmiechem - poza jednym rozdziałem, który związany jest z wychowaniem psa. Jego treść nie pasuje do innych, a pojęcie o ułożeniu czworonożnego przyjaciela jest godne krytyki.
Ciekawymi wątkami są podróże - wakacyjne eskapady do Turcji i w dorzecze Amazonki.
Interesujące jest podejście do spojrzenia na amerykańskie stosunki zawodowe, na pracę zawodową i karierę, na system edukacji i doświadczenia związane ze wspinaczką po szczeblach ku kolejnym awansom. Książka rozwiewa mit o łatwości sukcesów za Oceanem i uświadamia, że idealnie jest tylko tam, gdzie nas nie ma. W życiu na pieniądze (poza nielicznymi wypadkami) trzeba się ciężko napracować, wylać wiele potu, a niekiedy sukces mimo to umyka. Niezbędne jest szczęście i czasem znajomości.
Romuald Roman ciekawie opisuje ludzi, których spotkał w różnych sytuacjach na amerykańskim lądzie. Wśród nich są osoby związane z gruntem zawodowym, przyjaciele i znajomi, ludzie spotkani przypadkiem, inni emigranci, a także osoby ze środowiska polonijnego.
Z kart książki wyłania się obraz Ameryki troszkę inny niż ten, który krąży jako oklepany stereotyp. Jest to kraj ogromnych możliwości, ale i miejsce nieprzewidywalne, w którym życie to ciąg niespodzianek. Każda część książki to "osobny" kawałek tortu, który jest inny niż te obok niego. Przez to lektura jest dynamiczna, zaskakująca i pełna różnych barw.
Czytając całość poznajemy tym samym osobowość i charakter jej Autora.
Książka mnie w pewnym sensie zaskoczyła, była nieco inna niż na początku myślałam, ale była to miła niespodzianka. Czytało mi się lekko i często się uśmiechałam. Zrozumiałam, że nam Polakom świat wydaje się sztampowy, pełen schematów i regularnych wzorów. Jak się okazuje jest on zaskakujący i mający wiele twarzy. I dokładnie taka jest ta lektura. W pewnym sensie zmieniła ona moje wyobrażenie o Nowym Świecie, pokazała nową rzeczywistość i nakreśliła jak wygląda życie na obczyźnie.
Interesującą okazała się część poświęcona prowadzeniu przez Państwa Romanów pensjonatu w typie taniego noclegowania. Biznes po amerykańsku wcale nie jest łatwy i wymaga mocnego ruszenia głową.
Resumując to dobra lektura dla osób, które mają ochotę na coś innego niż tytuły w tym gatunku. Lekkość pióra i humor dodają książce uroku, a jej lektura pozwala poznać ciekawą osobność.
Zatem zapraszam do Ameryki po góralsku.
piątek, 20 października 2017
Iwona Dziura "Dziura w podróży"
Tego typu książkę będącą zapisem podróży na Wschód napisała Iwona Dziura – pochodząca ze Śląska absolwentka filologii tureckiej, która jest osobą tryskającą humorem i podchodzi do życia z dystansem. W jej duszy drzemią ogromne złoża optymizmu i nimi właśnie zaraża swoich czytelników w trakcie lektury czy tego chcą czy nie. Poznając historię jej podróży do Rumunii i Mołdawii nie można się bowiem nie śmiać.
Wyprawa zaczyna się od niezbyt miłej sytuacji, która niejednego śmiałka zmusiłaby do powrotu do domu. Ginie cały bagaż autorki, a w nim karty kredytowe i najpotrzebniejsze rzeczy. Oczekiwanie na lotnisku męczy i nie daje rezultatu. Mimo to bez grosza przy duszy Iwona Dziura rozpoczyna zwiedzanie Rumunii i nie rezygnuje ze swoich planów. Z tarapatów udaje się w końcu wyjść obronną ręką i wszystko wraca do normy.
Iwona Dziura wiedzie nas przez Rumunię oraz Mołdawię pokazując przeróżne ich oblicza. Jest miejsce na obrazki z prowincji i miast. Pojawiają się ludzie będący podobnie jak Autorka w podróży i lokalni mieszkańcy. Każda odsłona pokazuje specyfikę miejsca, jego prawdziwe barwy i klimat. W trakcie wojaży nie brak humorystycznych sytuacji, nietuzinkowych zbiegów okoliczności i chochlików od losu, który lubi czasem płatać figle. Jeśli jednak ma się osobowość Iwony Dziury uśmiech z twarzy nie znika, żadna sytuacja nie wydaje się bez wyjścia i gdy trzeba zjawia się pomocna dłoń, która doda otuchy i pomoże bez czekania na rewanż. Iwona Dziura pokazuje, że można podróżować w świetny sposób bez korzystania z luksusowej infrastruktury, że właśnie tak poznając świat widzi się to, co istotne i ciekawe, co warte poznania i co stanowi prawdziwą istotę miejsc do których przybywamy. Nie potrzeba dużych pieniędzy by móc zapisać w duszy niesamowite wspomnienia, nie potrzeba wytwornych hoteli by poznać innych ludzi ciekawych świata.
Opisana relacja jest do bólu prawdziwa i żywa, realna i szczegółowa. Pokazuje tamtejszą rzeczywistość w wielu przeróżnych aspektach, nie omija tego, co może nie jest powodem do dumy, ale jest istotnym składnikiem otaczającego podróżującego świata.
Lekturę czyta się lekko i przyjemnie, a jej treść naturalnie pobudza naszą wyobraźnię. Przed oczami przesuwają się barwne obrazy, przeszłość i to, co teraz, spotkania z ludźmi i zabawne sytuacje, które pojawiają się jedna za drugą. Ta książka wzbudzi w wielu czytelnikach marzenie do spontanicznych, nie do końca zaplanowanych podróży, do szukania na własną rękę ciekawych szlaków do odwiedzenia, gdzie poczujemy smak prawdziwej przygody.
Gorąco polecam przeczytanie tego tytułu tym, którzy znużeni monotonią nie mają pomysłu na jedyne w swoim rodzaju wakacje, urlop czy podróż w czasie której dane będzie poczuć się niczym wielki odkrywca zdobywający dziewicze tereny.
czwartek, 10 sierpnia 2017
John Porter "Przeżyć dzień jak tygrys"
Książka Johna Portera opowiada o niezwykłym człowieku i wspinaczu, dla którego liczyło się samo wspinanie a niekoniecznie liczby i statystyki. Alex MacIntyre nie dbał bowiem o to, by zdobyć Koronę Himalajów czy Koronę Ziemi, ale by przechodzić ściany trudne technicznie i dziewicze. Czerpał niesamowitą satysfakcję z samej wspinaczki, wytyczania nowych dróg i pobytu w górach. Jego łojenie gór cechowała radość, spontaniczność i frajda z używania lin oraz sprzętu wspinaczkowego. Książka oddaje jak bardzo niezwykła i nietuzinkowa jest jego postać i pokazuje jak mocno ukochana pasja może zmienić życie i nadać mu wyjątkowy smak.
Postać nieżyjącego już brytyjskiego wspinacza przedstawia jego wspinaczkowy partner i nie jest to bez znaczenia. Autor przeżył bowiem z bohaterem książki niejedną przygodę w górach i trudną chwilę na wysokości, przeszedł niejeden wyciąg. To sprawia, że ta opowieść jest wyrazista, autentyczna i bezpośrednia. Z tytułu wyłania się młody człowiek, który ma apetyt na życie, choć miewa rzadko gorsze chwile. Mężczyzna pełen werwy, chcący żyć intensywnie, chcący rwać życie pełnymi garściami. Podchodzi do świata na luzie, z dystansem i uśmiechem. To taki typ niepokorny, który miał odwagę żyć i przeżywać każdy dzień tak jak chciał. Przeczuwał jakie niebezpieczeństwo w górach jest dla niego szczególnie niebezpieczne i jakby wyczuł, co zbyt szybko, bo w wieku 28 lat zabrało go z tego świata.
Alex MacIntyre lubił wspinać się szybko i na lekko – bez zbędnego obciążenia sprzętem. Był jednym z prekursorów stylu alpejskiego, który zmienił oblicze wspinaczki i dał nowe możliwości w osiąganiu górskich celów i łojeniu szczytów. Tę postać na trwale zapisaną w górskie kroniki można określić mianem proroka, bowiem młody człowiek potrafił przewidzieć w którą stronę pokręci się wspinaczkowa karuzela i jaka będzie przyszłość górskich wypraw. Alex miał na punkcie tego stylu obsesję i okazał się znakomitym wróżem.
Dzięki lekturze tej wspaniałej publikacji poznałam ciekawą postać, ale nie tylko. Spojrzałam także na pokolenie polskich wspinaczy – rówieśników Alexa oczami obcokrajowców. W lekturze bowiem mnóstwo jest polskich śladów bowiem wieloletnim partnerem MacIntyre'a i jego rodaków byli polscy himalaiści: przede wszystkim Wojciech Kurtyka i inni. Opisy polskiej komunistycznej rzeczywistości oczami ludzi z Zachodu dodają książce lekkości i humoru.
Lektura zrobiła na mnie ogromne i jak najbardziej pozytywne wrażenie. Chłonęłam ją i odkładałam, by w sieci poszukać jeszcze dodatkowych materiałów związanych z jej treścią. Ciekawie było cofnąć się w czasie do korzeni stylu, który dziś jest oprócz komercji w górach dominujący. Moja wiedza w zakresie tematyki jaką obejmuje książka została bardzo poszerzona. Wyjątkowy smak miały opowiedziane przygody przeżyte w różnych zakątkach górskiego świata. Szkoda, że śmierć i góry upomniały się o brytyjskiego wspinacza tak szybko. Z pewnością byłoby o nim bardzo głośno. Tytuł polecam tym, którzy lubią dobre biografie, lektury o górach i tych, którzy lubią je zdobywać. Wspaniała publikacja uzupełniona jest wyjątkowymi zdjęciami, a Wydawca wydał ją wyjątkowo staranie co jeszcze dodaje uroku szalenie ciekawej treści.
piątek, 2 grudnia 2016
Ewa Matuszewska "Lider. Górskim szlakiem Andrzeja Zawady raz jeszcze"
Wiele osób, a korowód ten otwiera osoba uznana za legendę i okrzyknięta liderem – Andrzej Zawada. Choć odszedł szesnaście lat temu jego nazwisko nadal jest żywe i doceniane. Nic dziwnego, bo to właśnie ten człowiek był „ojcem” pierwszych polskich wypraw w najwyższe góry Azji i świata, to on zaczepił ponadczasowe idee i standardy, które we współczesnych czasach bywają niesłusznie lekceważone. Zawada był wielkim orędownikiem teorii braterstwa liny. Uważał również, że na sukces wyprawy składa się w równym stopniu praca całego zespołu, a nie tylko jednostek, które postawiły nogę na szczycie. Zawada był również zwolennikiem odpowiedzialności za siebie nawzajem wszystkich członków wyprawy i był zdania, że w górach nie można być egoistą, nie można zostawiać partnera w potrzebie.
O Wielkim Liderze Ewa Matuszewska po raz pierwszy napisała trzy lata po jego śmierci. Nowe, zmienione, uzupełnione i przeredagowane wydanie tej książki ukazało się jesienią bieżącego roku nakładem Wydawnictwa Annapurna. Miałam okazję przeczytać ten tytuł w obu odsłonach. Ta druga jest zdecydowanie lepsza pod wieloma względami.
Z tekstu obu wyłania się niezwykła osobowość, która może być wzorcem dla wielu osób, które górom oddały cześć swojego serca. Zawada nie urodził w góralskiej rodzinie, choć u podnóży gór spędził młode lata. Patrząc na majestatyczne szczyty Tatr szybko się w nich zakochał. I rozpoczął swoją górską drogę, którą przez wiele lat ozdobiło mnóstwo sukcesów. Do historii przeszedł jako kierownik wielu wypraw, z ich uczestników stworzyła się wyjątkowa drużyna. O jej członkach było często głośno. Andrzeja Zawadę doceniano jako perfekcyjnego organizatora, duszę wypraw, wspaniałego mediatora i wielki autorytet. Jego nazwisko otwierało wiele drzwi niedostępnych dla innych. Za swoją działalność otrzymał szereg nagród i wyróżnień.
Ewa Matuszewska o Liderze napisała niezwykle szczegółowo. Drobiazgowo i starannie opisała jego wyprawy i podróże, idealnie przybliżyła świat gór. Świetnie pokazała też wnętrze człowieka, jego charakter, priorytety, wartości, którym hołdował, a także prywatne oblicze. Wielu twierdzi, że czasy dużych wypraw kierowanych w sposób dyktatorski odeszły bezpowrotnie, że dziś liczy się bardziej niż braterstwo i solidarność sportowy sukces, że sponsoring diametralnie zmienił klimat wspinaczki, że i tam, wysoko w górze trwa wyścig szczurów. Mimo to poglądy Andrzeja Zawady wydają się nadal godne szacunku, poważania i atencji. W tej publikacji o Zawadzie mówi nie tylko autorka. Tekst został wzbogacony także wypowiedziami wielu sław z górskiego świata, znajomych i żony Anny Milewskiej. Wielkim atutem tego wydania jest jego jakość – elegancki papier i dziesiątki wspaniałych fotografii w doskonałej jakości, które dopełniają całości.
Końcowym efektem prac jest świetna książka, idealna pod względem i treści i formy. Bije z niej dopracowanie i szacunek dla opisywanej postaci. Ten tytuł to gratka zarówno dla fanów literatury wysokogórskiej, jak i miłośników perfekcyjnych biografii, które w pełni wyczerpują temat.
środa, 30 marca 2016
Jerzy Surdel "Góry, ludzie, kontynenty w obiektywie ekstremalnej kamery"
Swoją górską przygodę jak wielu polskich wspinaczy zaczął od rodzimych Tatr. To na ich szczytach zdobywał podstawę wiedzy o wspinaczce, to tam uczył się używać górskiego sprzętu – innego niż ten dzisiejszy. Góry wciągnęły go na całego. Każdą wolną chwilę spędzał w okolicy Morskiego Oka. Studiując polonistykę był częstym gościem górskich schronisk, zdobywał także wierzchołki znajdujące się po stronie słowackiej. To w Tatrach poznał wielu ludzi z tego jakże elitarnego środowiska, nawiązał przyjaźnie i zasmakował łojenia szczytów. W książce opowieść o swoim życiu rozpoczyna od czasów dzieciństwa, od wspomnień wojennych. Od czasów okupacji, która zmusiła jego rodzinę do opuszczenia domu na Śląsku i pobytu w okolicy Kielc. Po wojnie Jerzy Surdel powrócił w rodzinne strony. Filmowanie obok gór stało się jego wielką pasją. Absolwent PWSTiF w Łodzi ma bardzo bogatą filmografię.
Swoją działalność na tym polu w znacznej mierze związał z górami, a jego praca, trud i talent zostały nagrodzone wieloma prestiżowymi nagrodami na branżowych imprezach na całym świecie i otworzyły mu furtkę do międzynarodowej kariery.
Surdel zasłynął m.in. z Trylogii Taternickiej, którą tworzył na przestrzeni lat 1967-1972. Był również nauczycielem realizacji telewizyjnej i fotografii w algierskiej szkole. Realizował filmy na zlecenie Telewizji Polskiej w Algierii i Etiopii. Swoje wrażenia z Afryki szczegółowo opisuje w dwóch odrębnych rozdziałach, a opowieść uzupełnia wspaniałymi zdjęciami. Jerzy Surdel znalazł się także jako filmowiec u stóp Everestu i Lhotse, a na jego koncie widniał polski rekord wysokości. Surdel opowiada o swojej pracy z humorem. Przytacza liczne przygody, anegdoty, wygrzebuje z pamięci chwile przyjemne, ale i te smutne czy trudne, gdy ktoś z zespołu zginął wskutek wypadku. Surdel pokazuje, iż tworzenie kina ekstremalnego jest niezwykle frapujące, porywające, ciekawe, ale i wymagające oraz trudne. To całkiem inny rodzaj pracy niż ta w normalnych warunkach. A jednak kręcenie w górach, w afrykańskim upale ma w sobie coś magicznego, coś niepowtarzalnego.
Książka będąca biografią zawodową jest też okraszona informacjami z życia prywatnego, a czyta się ją na jednym wdechu. To idealna pozycja dla tych, którzy lubią podróże w wyjątkowe zakątki ziemskiego globu. Lektura dostarcza także informacji na temat funkcjonowania telewizji i świata filmu w czasach PRL-u. Pokazuje ówczesne jego plusy i absurdy, udogodnienia i trudności. Postać opisana w książce to barwna osobowość. To człowiek ciekawy świata, doskonały alpinista i zawodowiec pracujący z pasją. Jeśli lubicie tytuły o wyprawach górskich ta propozycja z pewnością Was zaciekawi. Plusem publikacji są również wspaniałe fotografie, których oglądanie zajmie Was bez reszty.
niedziela, 1 listopada 2015
Mieczysław Bieniek "Hajer na andyjskim szlaku"
Cztery państwa, wiele kilometrów, setki przygód, mnóstwo wrażeń, niesamowite widoki, ciekawi ludzie, przeróżne zjawiska pogodowe i przyrodnicze, bajecznie kolorowy folklor, egzotyka – to wszystko wypełnia książkę napisaną z olbrzymią dozą humoru. Nawet trudne i nieprzyjemne sytuacje, a i takie zdarzyły się w czasie tej podróży napisane są bez przerażenia i patosu, bez narzekania. Wniosek z tego płynie jeden – Pan Bieniek to urodzony podróżnik i niepoprawny optymista, a sama lektura to świetna książka dla tych, którzy lubią wojaże, ale i dla maruderów.
Książka to wspaniały tekst, mnóstwo zdjęć i ciekawostek. Trasa podróży nie jest ściśle sprecyzowana, niekiedy ulega modyfikacjom, a decyzje o nich są spontaniczne i podejmowane bez analizy za i przeciw. Decyduje ekspresyjny charakter Hajera, zbieg okoliczności, potrzeba chwili. Jak mówi młodzież: Pełen spontan. A przez to relacja podróżnicza jest porywająca, zaskakująca i niezmiernie ciekawa. I choć czasem jest chłodno, głodno, mokro i niewygodnie, to nie czas narzekać. Przecież wokół jest tak pięknie! Autor to twardy mężczyzna i ta podróż to nie wygodne zwiedzanie, nie ekskluzywne hotele, ale moc wrażeń w podrzędnej knajpce, spanie pod gołym niebem i zakradanie się bez biletu tu i tam.
Opowieści o najciekawszych punktach mijanych w drodze są różnorodne i barwne. To relacje ze strajku studentów, wizyta w muzeum złota, odwiedziny w kopalni srebra oraz soli, pobyt na pięknej plaży, zdobycie wulkanu, spływ amazońską rzeką, odwiedziny w domostwie Indian czy poznanie pływających wysp Uros oraz kanionu Colca. Nie brak spisanych wrażeń z Machu Picchu, z religijnych procesji i karnawału w Tupizie.
Wobec tej relacji blednie nawet najbardziej kolorowa papuga, a dymiące kolorem zdjęcia przyprawiają o zawrót głowy. A jak kusi, by wybrać się w taką podróż!!!
Kolejną lekturę autorstwa Bieńka gorąco polecam tym, którzy kochają podróże, tym, którzy niewiele wiedzą o południowoamerykańskim kontynencie, tym, którzy lubią odkrywać świat nie u boku przewodnika, ale na własną rękę. Książka przekonuje, że właśnie taki rodzaj zwiedzania jest najlepszy i dostarcza najwięcej emocji i niezapomnianych wrażeń.
Wydawcy należą się słowa uznania za piękne wydanie książki. A zatem wraz Autorem zapraszam do krainy Indian, dżungli i wspaniałych krajobrazów.
czwartek, 18 września 2014
Jacek Kemler "Żywot wspinacza strachliwego"
Z wykształcenia inżynier radiotechnik, z zamiłowania podróżnik i taternik. Mąż, ojciec i dziadek. Warszawiak, który zwiedził wiele ciekawych zakątków świata. Jego CV jest bogate, a książkę opowiadającą o jego pracy zawodowej, życiu prywatnym i podróżach czyta się z wielką przyjemnością i ciekawością. Jej autor bowiem ma interesującą osobowość, spore poczucie humoru i podchodzi do tego, co go otacza (ale i siebie) z pewnym dystansem. To człowiek ciekawy świata, żyjący swoimi pasjami i potrafiący arcyciekawie o nich pisać.
Dużo miejsca poświęca Kamler pracy zawodowej. Najważniejsza dla niego jest rodzina, ale obok niej istotne miejsce w jego życiu zajmują podróże - te turystyczne i te służbowe. Jackowi Kamlerowi udało się odwiedzić bardzo egzotyczne kraje. Był w Nepalu, Tybecie, zjeździł Alpy syreną, był w Grecji i na Krymie, odbył samochodową wyprawę po Stanach Zjednoczonych, pracował w Algierii. Wspinał się po górach, odbywał trekkingi. Swoje wrażenia ciekawie opisuje i dzieli się bogactwem przygód z czytelnikami. Pisze z humorem, bez użalania się na trudy podróży, bez malkontenctwa. W swoim przekazie nie kryje radości z poznawania świata. Nie jest turystą wymagającym, świetnie czuje się w prymitywnych warunkach. Podróżując, poznaje ludzi i urocze krajobrazy, a także architekturę. Delektuje się nimi. Do szczęścia nie potrzeba mu luksusowych hoteli, bardziej bowiem docenia w trakcie podróży dobrego kompana.
Jacek Kamler, pisząc o sobie, opisuje świat mu współczesny, w jakim przyszło mu pracować. To m.in. czasy PRL, jakże odmienne od tego, co dziś. Dzięki jego relacji mamy okazję poznać nie tak bardzo odległą, ale jakże inną rzeczywistość.
Książka „Żywot wspinacza strachliwego” to połączenie autobiografii i lektury podróżniczej. To podróż po życiu autora, który jest świetnym narratorem swoich losów. Książka traktuje też o ludziach bliskich Kamlerowi w życiu zawodowym i prywatnym. To również słowa o cenionych przez niego ludziach gór. To wreszcie jego życiowa filozofia, a ostatni rozdział to głos w jakże popularnej ostatnio narodowej debacie o tragedii na Broad Peak jaka miała miejsce na początku marca ubiegłego roku. Dzięki lekturze poznałam człowieka nietuzinkowego, pasjonata podróży, osobowość inteligentną i mądrą. Zagościłam w życiu inżyniera, który przeżywa swoje dni z pasją, potrafi cieszyć się życiem i urokami świata. Nie marudzi, ale w każdej sytuacji szuka pozytywnych stron. Nie jest zadufanym w sobie pyszałkiem i materialistą, ale chwyta każdy dzień, jaki zsyła mu los i korzysta z tego, co mu on przynosi.
Gorąco polecam lekturę tym, którzy uwielbiają podróżować i mają nieustanny apetyt na życie. Usatysfakcjonowani przeczytaniem tej książki z pewnością będą miłośnicy ciekawych biografii, a także wielbiciele powieści przygodowych.
Książkę recenzowałam dla portalu Lubimy Czytać. Serdecznie dziękuję Wydawcy za możliwość ciekawej lektury.
poniedziałek, 19 maja 2014
Anna Czerwińska" GórFanka na szczytach Himalajów"
sobota, 22 marca 2014
Mieczysław Bieniek "Hajer jedzie do Soczi"
Z relacji podróżnika wyłania się obraz przedolimpijskiej Rosji. Prezydent Putin chciał i dołożył wszelkich starań, by Rosja jako organizator zabłysła i zdobyła uznanie jako gospodarz tak prestiżowej imprezy. Nie żałowano środków finansowych, okolice Soczi stały się jednym wielkim placem budowy. Jak grzyby po deszczu wyrastały obiekty sportowe, zaplecze i baza hotelowa oraz drogi. W czasie, gdy Mieczysław Bieniek przybył do Krasnodarskiego Kraju wszystko było jeszcze w proszku. Nie wszędzie mógł zajrzeć, ale doskonale przekazał czytelnikom jak budowano olimpijskie areny. Ale nim dotarł nad Morze Czarne zwiedził północne krańce Rosji, jakże inne od centrum czy południa tego kraju. Bardziej dzikie i dziewicze, słabo zaludnione ze srogim klimatem i żyjącymi dziko niedźwiedziami, które na bezludziu mogły zaatakować. I tu i właściwie wszędzie gdzie bywał podróżnik spotykał Rosjan, z którymi nawiązywał bliskie kontakty. Różne to były spotkania, różne poznał osoby. Został i bohaterem programu w telewizji, poznał „zawodowego” złodzieja, ale i nawiązał ciekawe przyjaźnie ze zwyczajnymi ludźmi. Zakosztował rosyjskiej gościnności, patrzono na niego z podziwem, ale i nieprzychylnie. Pan Mieczysław przekonał się na własnej skórze o skłonności Rosjan do korupcji, ale i spotkał się z serdecznością, bezinteresowną pomocą i dobrym sercem.
Relacja katowickiego obieżyświata jest niezwykle barwna i arcyciekawa. Dynamiczna i pełna szczegółów. Bieniek pisze z olbrzymim humorem i ma pewien dystans do niektórych zdarzeń. Niektóre sytuacje traktuje z przymrużeniem oka, ale i niekiedy czuć dreszcz emocji. Dzięki tejże książce czytelnik ma wyjątkową okazję przyjrzenia się Rosji i jej mieszkańcom. Rosja i Rosjanie niejedno mają imię i oblicze. Ten kraj wydaje się barwny niczym olbrzymia mozaika, na którą gdy się dłużej patrzy to bolą oczy.
Książka niezmiernie mi się podobała. Bez wahania stawiam jej najwyższą notę! Gdy zapytacie za co, odpowiem, że za wyjątkową i ekspresyjną relację, ciekawe ujęcie tematu, przytaczane błyskotliwe dialogi, szczere osobiste oceny i komentarze. Osobno pochwalę wspaniałe zdjęcia, które idealnie wzbogacają lekturę. Właśnie obrazem autor przedstawia piękno rosyjskiej przyrody, malownicze widoki, ciekawe zabytki. A tym samym zachęca jeszcze bardziej, by na własne oczy zobaczyć i odkryć czar ojczyzny Puszkina i Tołstoja.
Książka jest też dowodem na to, że te nie do końca zaplanowane, niekiedy trudne i pełne wyzwań, ba!, wydające się niemożliwe do zrealizowania wojaże są najciekawsze i najbardziej ekscytujące.
„Hajer jedzie do Soczi” to ciekawa propozycja w segmencie książek podróżniczych. To zaproszenie do wspaniałej literackiej podróży w towarzystwie doborowego kompana. Serdecznie zapraszam do odwiedzenia kraju carów i poznania kulis przedolimpijskich przygotowań.
Książka zrecenzowana dla portalu Lubimy Czytać.
czwartek, 30 stycznia 2014
Zbigniew Piotrowicz "Moje PaGóry"
Od wielu lat górskie wyprawy nadają smaku życiu autora. Są jego nieodłącznym elementem. W nich ten podróżnik i alpinista przeżywa wiele niezapomnianych chwil, poznaje samego siebie i ludzi, którzy podzielają jego pasję. Swoimi przeżyciami dzieli się z czytelnikami. Czyni to w sposób okraszony humorem, opowiada z emocjami i nie koloryzuje. Dzięki temu jego książka jest ciekawa w odbiorze, nieprzerysowana, autentyczna.
W historyjkach z górskich ścieżek nie widać bufonady, nie widać szpanu, nie widać puszenia się. Nie ma w nich sztucznej dumy, wywyższania się i piania ”jaki to ja nie jestem wspaniały”. Czytając ma się wrażenie, że Piotrowiczowi bardziej zależy na zarażaniu innych swoją pasją niż na budowaniu legendy wokół swojej osoby. Sporą część tekstów autor poświęca nie tylko osobistym przeżyciom, ale i poznanym w górach ludziom. Tym wspinającym się, ale i tym, którzy niosą pomoc, prowadzą schroniska. Piotrowicza fascynują nie tylko te najwyższe szczyty, na które nie prowadzą turystyczne szlaki. On odkrywa i te „pagórki” jak choćby Bieszczady i smakuje każdą z chwil w nich spełnionych. Doskonale umie oddać słowami ten nieporównywalny do niczego klimat, jaki można znaleźć z dala od miejskiej dżungli, na łonie przyrody, pośród kosówki, połonin czy turni. To prawda, że w górach żyje się inaczej, intensywniej, mocniej. Bywają chwile grozy, ale i niebiańskiego zachwytu, który wprowadza zdobywcę szczytu w swoistą ekstazę. Piotrowicz o swoich wypadach pisze niezwykle naturalnie, od serca. W książce nie brak śmiesznych sytuacji, anegdot doprowadzających do napadów śmiechu, ale i intymnych refleksji czy niosących naukę doświadczeń. Góry bywają i piękne i groźne. Nie zawsze dają się w pełni oswoić. Potrafią pokazać pazur i trzeba czuć przed nimi respekt. Jak wynika z prozy Piotrowicza góry są też miejscem, w którym można szybko poznać jeszcze bardziej samego siebie.
„Moje PaGóry” to zapis wspomnień z bardzo wielu wypraw. W zasadzie nie miały one sensu stricte sportowego wymiaru. Ich celem było z pewnością doznanie wyjątkowego klimatu, który jest swoisty tylko dla gór. Z całego tekstu przebija uwielbienie przygód i spędzania czasu bliżej chmur. Piotrowicz darzy góry niesamowitym mistycyzmem, miłością i uwielbieniem. I zgrabnie oddaje cały szereg emocji jakie w nich dopadają: od rozpaczy po ekstazę, od radości po złość, od poczucia się mocnym po bezsilność wobec żywiołów i siły natury.
„Moje PaGóry” to proza inna niż książki Czerwińskiej czy Hajzera. Śmiało można rzec iż autor pisze na większym luzie, bardziej humorystycznie i lekko. Gorąco polecam lekturę tym, którzy kochają smak przygody, lubią wałęsać się po górskich ścieżkach i marzą o przeżyciu czegoś wyjątkowego. Ta lektura może być doskonałą inspiracją do wytyczenia planów urlopowych szlaków będących bliżej chmur.
Książka zrecenzowana dla portalu Lubimy Czytać.
wtorek, 19 lutego 2013
Anna Czerwińska "GórFanka na himalajskiej ścieżce"
Za egzemplarz do recenzji dziękuję portalowi Lubimy Czytać i Wydawnictwu Annapurna.




























