Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Annapurna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Annapurna. Pokaż wszystkie posty

środa, 27 stycznia 2021

Mia Słowik "Jak zostałam peruwiańską żoną"

 



Wydawnictwo Annapurna
data wydania 2019
stron 368
ISBN 978-83-61968-44-3

Podróż z niespodziewanym skutkiem

Z jakich powodów codziennie tysiące ludzi wyrusza w podróż? Okazuje się, że z bardzo różnych. Jedni jadą po prostu na wakacje, inni podróżują służbowo, jeszcze inni pielgrzymują w intencjach religijnych. Jeździmy, bo szukamy lepszej pracy, zmieniamy miejsce zamieszkania, bo zakładamy nowe rodziny, dostajemy spadek, intratną posadę, kształcimy się itd. Powodów jest wiele i wiele z nich się powtarza. Mało kto jednak wyrusza w podróż, bo namawia go do niej ezoteryczna terapeutka. A takiej właśnie rady posłuchała Mia Słowik.
 Młoda, zagubiona w dość skomplikowanym życiu kobieta postanawia kupić bilet w jedną stronę z kierunkiem Ameryka Południowa. Na eskapadę ma dość ograniczone fundusze i niezbyt konkretne plany. Chce odnaleźć spokój, samą siebie i poznać świat. Kusi ją amazońska dżungla, indiańskie wioski, szamani, kultura i inny styl życia jakże odmienny od europejskiego. 

Mia wyrusza, a przygody nie opuszczają jej ani na moment. W trakcie pobytu na obczyźnie nie brakuje emocji, miłych i trudniejszych sytuacji. Podróż ma swoje plusy i minusy, jest świetną lekcją życia. Mia poznaje swoje wady i zalety, poznaje nowych ludzi, zwyczaje, kosztuje nowych smaków życia. Los na jej drodze stawia mężczyzn, z których jednym okaże się dla niej kimś ważnym. A wszystko dzieje się bez wyreżyserowanego planu, na czystym spontanie. Ta wyprawa zmienia Autorkę, pozwala jej zajrzeć do swojego wnętrza. Opowiadając o swoich przygodach Mia zabiera nas do świata, który jest niezwykły. Pokazuje go swoimi oczyma. Nie jest typową podróżniczką skoncentrowaną tylko na niektórych aspektach zwiedzania. Zwraca uwagę na bardzo różne sprawy, pokazuje otaczający ją świat tak, jak go odbiera. Nie jest to typowy, standardowy obraz, ale tym samym bardzo osobisty, prawdziwy, ciekawy. Nietuzinkowa relacja wciąga w tytuł, który mieni się bardzo różnymi odsłonami. Nie jest to bowiem książka, którą zdefiniowałabym jednoznacznie pod względem gatunku. Trudno powiedzieć, że to tylko typowa książka podróżnicza. Ta lektura ma bowiem w sobie elementy reportażu, pamiętnika z egzotycznego wyjazdu, literatury faktu, książki psychologicznej, która opowiada o przemianie konkretnej osoby pod wpływem różnych czynników. Czyta się ją dlatego naprawdę świetnie. 

Książka z każdą stroną była bliższa mojemu serduchu. W trakcie czytania polemizowałam sobie z jej treścią, bo mam zgoła inny charakter niż jej główna Bohaterka i Autorka. Mogłam jednak obiektywnie stwierdzić, że w życiu nie zawsze koniecznie musimy się kierować rozumem i rozsądkiem. Odrobina szaleństwa jest niekiedy potrzebna. Tytuł przenosi nas nie tylko do innego, egzotycznego miejsca na kuli ziemskiej, ale i to innej strefy mentalności, sposobu życia, kultury, realiów i zachowania. Ta historia to także pokazanie związku w którym dwie strony pochodzą z różnych kultur i światów. Nie jest on czymś łatwym, wymaga wyrzeczeń i kompromisów. 
Ta opowieść ma bardzo wiele plusów i walorów. Można ją odebrać w różny sposób, nie można jej jednak nie przyznać uroku i tego, że przykuwa czytelnika mocno do siebie. To pozycja bardzo niesztampowa, warta poznania, którą z serca rekomenduję. Odkryjcie Amerykę Południową wraz z Mią, naprawdę warto! 

poniedziałek, 28 grudnia 2020

Anna Czerwińska "Groza wokół K2"

 


Wydawnictwo Annapurna 

data wydania II 8 grudnia 2020 

stron 328

ISBN 978-83-61968-42-9

Pewnego lata pod szczytem Góry zwanej Mordercą...

Cześć tegorocznych świąt Bożego Narodzenia spędziłam w Karakorum. Miało to miejsce dzięki lekturze książki Anny Czerwińskiej "Groza wokół K2". Zagłębiając się w jej treść przeniosłam się w czasie do roku 1986 pod najwyższy z pakistańskich ośmiotysięczników, który mimo, że wysokością ustępuje Everestowi jest mianowany najtrudniejszym z kolosów. Świadczy o tym choćby fakt, że do dziś zimą pozostaje niezdobyty. Na jego stokach zginęło wielu wspinaczy. Góra co roku zabiera kolejne ofiary. Tamtego lata śmierć poniosło aż 13 wspinaczy. Nie byli to amatorzy. Każdy z nich miał wiedzę i doświadczenie, a jednak K2 okazało się zachłanne i zabrało tyle ludzkich istnień. Co było przyczyną tragedii? Czy można było ich uniknąć? Po czyjej stronie leży wina - człowieka czy natury? Z Anną Czerwińską jako przewodniczką szukałam odpowiedzi na te pytania. 

Tego lata pod K2 było naprawdę tłoczno. Działało wiele wypraw, w tym grupa z Polski. Znalazły się w niej i kobiety. Oprócz trzech Pań atakujących szczyt w jednym teamie na szczyt Czogori udało się wejść w międzynarodowym składzie Wandzie Rutkiewicz. Była pierwszą kobietą, która tego dokonała. To ogromny sukces. W tamtym czasie Góra pokazała, że życie wspinaczy to istny mix sukcesów i porażek, radości i tragedii, utraty zdrowia i życia oraz sława, która czeka poza górską enklawą. 

Książka Anny Czerwińskiej jest niesamowita. Przejmuje do szpiku kości, budzi podziw dla śmiałków, którzy mają odwagę zmierzyć się z kolosem, budzi respekt wobec sił natury, które pokazują nasze słabości. Lektura jest ogromnie przemawiająca i robi wrażenie. Jej treść wręcz smaga po twarzy niczym lodowaty wiatr i pokazuje całą prawdę o wspinaczce oraz zdobywaniu gór wysokich i najwyższych. Łatwo nie jest. Marzący o poskromieniu szczytów muszą pokonać wiele trudności. Muszą walczyć z przyrodą, ale i samymi sobą. Trzeba umieć oswoić stres, który jest obecny i czai się niczym cień. W ekstremalnych warunkach jak na dłoni ukazują się ludzkie słabości, pięty achillesowe, które każdy z nas ma. Nie pomaga zimno, nie pomaga wysokość, nie pomaga gorączka szczytu, która zagłusza rozsądek. 

Anna Czerwińska relacjonuje to lato w cieniu K2 dzień po dniu. W tym czasie Polska traci aż trzech wspinaczy. Sukces złojenia góry staje się gorzki i nie smakuje jak powinien. Autorka w swojej relacji jest dokładna, bezstronna i sumienna. Wprowadza czytelnika do specyficznego środowiska, do matecznika ludzi dzielnych i zdeterminowanych, ale nie niezniszczalnych. Mających wiele siły, ale ich zasób jest ograniczony. Pokazuje, że w himalaiźmie nie ma nic pewnego. Granice w nim są nieostre i nieprzewidywalne. Wszystko zależy od kaprysu natury. Nic tak naprawdę nie jest pewne i bezpieczne. Niebezpieczeństwo czai się wszędzie. Od tamtego czasu dla amatorów górskiej wspinaczki zmieniło się wiele na korzyść. Pomogła technika, rozwój technologiczny, nowe produkty ułatwiające życie. Jest lepiej, ale i zmienił się klimat. Podwyższyła się granica lodowców, ocieplił klimat, a Góra mimo to zimą jest niezdobyta. Trudno to często laikom zrozumieć. 

Dzięki słowom zapisanym przez Autorkę mamy szansę odkryć świat specyficznego środowiska, zasmakować bazowego życia, pobyć na wysokości, gdzie krzepnie rtęć, a ludzkie komórki obumierają. Anna Czerwińska ocenia sytuację, a nie ludzi. Nikogo nie oskarża ani nie gloryfikuje. Przybliża bliską jej rzeczywistość, przybliża wyprawę, która wyjątkowo mocno zapadła jej w pamięć. Pisząc oczyszcza się z ogromu emocji, chce przed zwykłymi ludźmi opuścić pewne zasłony, obalić pewne mity o zdobywaniu szczytów. Jak niektórzy sądzą nie ma tu wiele miejsca na romantyzm. Jest dużo sportu, walki, ryzyka, pokonywania samego siebie, mocowania się z emocjami i czynnikami natury. Ten świat ogromnie pociąga, jest w stanie zauroczyć. Autorka z całym realizmem pokazuje gamę uczuć jaka towarzyszyła jej w tamtym czasie. Nie przesadzę, gdy powiem, że ta książka jest ogromnie osobista. Nie znalazłam w niej słabych punktów. W pełni zasługuje na miano doskonałej, rewelacyjnej, genialnej. Z serca ją polecam i rekomenduję. 


środa, 9 grudnia 2020

Daniel Kocuj "Bike'owa podróż. Z Sydney do Szczecina" cz.1

 


Wydawnictwo Annapurna

data wydania 2020

stron 352

ISBN 978-83-61968-43-6

Żegnaj korporacjo, ahoj przygodo!

Ten rok jest w dziejach ludzkości szczególny i nie sprzyja turystyce oraz podróżowaniu. Tym bardziej w tym okresie doceniam książki, które należą do kręgu literatury podróżniczej i zabierają nas w różne ciekawe miejsca. Ich lektura cieszy mnie tym bardziej, gdy piszą je ludzie umiejący zarazić bakcylem podróżowania, którzy okazują się idealnymi przewodnikami a zarazem gawędziarzami perfekcyjnie relacjonującymi to, co ciekawego dookoła nich. Ostatnio trafiłam na wyjątkowo genialną tego typu lekturę i dziś chciałabym podzielić się moimi wrażeniami z jej odbioru a zarazem zachęcić do jej przeczytania. 


Jej Autor, Daniel Kocuj urodził się w 1985 roku. Pochodzi ze Szczecina. W jego głowie narodziło się pewne podróżnicze marzenie, które udało mu się zrealizować. Przedtem jednak były studia i praca w korporacji. Właśnie tam poznał pewnego Amerykanina, który towarzyszył mu w części podróży. Eskapada rozpoczęła się także w towarzystwie dziewczyny Autora, która jednak dość szybko zrezygnowała z wyzwania. Było ono całkiem spore, dla niektórych szalone, ale i niesamowicie ekscytujące oraz dające ogrom emocji. Daniel Kocuj zamarzył bowiem by przemierzyć drogę z australijskiego Sydney do rodzinnego Szczecina na rowerze. 

To miała być wyprawa życia. Budżet nie był wypasiony, bagażowe sakwy miały ograniczoną pojemność, a początek wyprawy wypełniła praca przy wykańczaniu domów. Potem było naprawdę niesamowicie, spontanicznie, nie zawsze bezpiecznie, często ekstremalnie, wymagająco. Bywały i chwile trudne, ale skoro podejmuje się naprawdę ekstremalne wyzwanie trzeba się z tym liczyć. 
Pierwsza część, którą właśnie skończyłam czytać wiedzie z Australii przez Indonezję, Malezję, Tajlandię, Birmę i Indie. Mnóstwo kilometrów, wiele dni, cudowne widoki, kaprysy pogody, trudy podróży bez zawijania do wygodnych hoteli czy moteli. Niesamowite doświadczenia, długa trasa a na niej spotkani różni ludzie. Ci bardzo mili, wyciągający pomocną dłoń, ale i tacy, którzy mieli mniej przyjazne intencje. Niewiarygodne atrakcje, piękna flora i przeróżna fauna. Hektolitry wylanego potu, szalone przygody, religie czy zwyczaje są niczym migocząca mozaika, która aż razi po oczach swoim bogactwem barw i kolorów. Przed oczami czytelnika niczym w barwnym kalejdoskopie przewijają się obrazy, magiczne miejsca, cuda natury i architektury wykonane ludzką ręką. Świat robi wrażenie, a wobec Autora rodzą się ciepłe uczucia oraz wdzięczność za możliwość towarzyszenia mu i odkrywania tylu ciekawych rzeczy. 

Dzikie zwierzęta, busz, pustynia, pustkowia, egzotyczne rośliny, krater wulkanu, kopalnia diamentów, świątynie, małe wioski i ogromne miasta, a wreszcie przeróżni ludzie to naprawdę robi wrażenie. Książkę czyta się rewelacyjnie. Jej Autor świetnie operuje słowem. Doskonale potrafi odmalować nim na papierze to, czego doświadczył i to, co przeżył. W swojej relacji jest spontaniczny, szczery i autentyczny. Z tego powodu tytuł jest niewiarygodnie porywający i trudno go odłożyć. Zachwyca lekkość, świetny dobór słów, przejrzystość opisów. Nie sposób nie docenić świetnego stylu oraz anegdot i osobistych przemyśleń. Te wszystkie atuty sprawiają, że z pełnym przekonaniem stawiam książce najwyższą ocenę w każdej skali i gorąco, z całego serca ją polecam i rekomenduję. Czekam niecierpliwie na kolejną część. Zapraszam Was z Danielem Kocujem do wspaniałej Azji. 

niedziela, 28 kwietnia 2019

Marek Konecki "Lodowy rycerz"


Wydawnictwo Annapurna
data wydania 2019
stron 414
ISBN 978-83-619668-36-8

W górach z ołówkiem w ręku

Literatura górska to zwykle dwa rodzaje książek - biografie wspinaczy, które ukazują ich osiągnięcia i wyczyny oraz książki relacjonujące jedną lub kilka wypraw. Publikacja Marka Koneckiego to coś zgoła innego. Nietuzinkowego, wesołego i przyjemnego dla oka oraz ucha. Jej Autor wspina się i rysuje. Współpracuje z górskimi pismami takimi jak "Taternik". W swojej duszy ma pokłady dobrego humoru, stać go i na ironię i na satyrę. W swojej książce tak właśnie podchodzi do górskiego świata, który nie jedno ma oblicze.
Bo przecież góry to i rodzime Tatry w których spotkać można i amatorów wspinaczki i turystów w szpilkach i zawodowców trenujących przed poważnymi wyprawami,  i piętrzące się dumne Himalaje. Górski świat to wiele nakładających się na siebie obrazów. To historia - ta wielka i wspomnienia z czasów młodości. 
O górach mówią ci, którzy zapisują się na wieki w kronikach himalaizmu, ale też i ci, którzy podjechali fiakrem do Morskiego Oka i spojrzeli na Mięguszowickie Szczyty czy Rysy. 
A co ma do powiedzenia Marek Konecki?

Tytuł składa się aż z dwunastu rozdziałów, a w każdym z nich jest sporo interesujących rysunków i zapisanych słów, które naprawdę są w stanie i rozbawić i dać do myślenia. 
Rozdział pierwszy to wspomnienie polskiej wyprawy na K2 na przełomie 2017 i 2018 roku mającej na celu pierwsze zimowe poskromienie tej góry. Rozdział ostatni to słów kilka o sławach górskich - znanych himalaistach z Polski i zagranicy, których nazwiska są kojarzone z wybitnymi wyczynami i profesjonalną wspinaczką. Pozostałe rozdziały to refleksje o partnerze idealnym, górskich osobliwościach, kobietach w górach, specyfice wspinania i sztuce łojenia gór, uczeniu się dorównywania kozicom na wysokości. 
Z przymrużeniem oka Marek Konecki pisze o różnych sprawach związanych z chodzeniem pod górę i w dół. A wszystko okraszone jest humorem, ironią niekiedy ocierającą się o krytykę, podprawione pikantnie i groteskowo. Ujęte poważnie i niepoważnie zarazem.

Styl i język są jak na książkę górską bardzo nietypowe i oryginalne. Brakuje patosu, brakuje wypięcia piersi i sztucznego zachwytu. Przez to świat gór, nawet tych najwyższych staje się bardziej przystępny i ludzki. Książkę czyta się lekko i przyjemnie. Lekturze towarzyszy śmiech i zdystansowane podejście do tematu. Góry można czasem wziąć na wesoło. Tytuł można czytać jednym ciągiem, ale lepiej dawkować go sobie po trochę, po kilka tekstów dziennie. Lektura zadowoli tych, którzy biorą życie na wesoło, ale i tych, którzy zakochali się górach po grobową deskę. 


środa, 5 grudnia 2018

Mieczysław Bieniek "Hajer na kole czyli rowerem po Kirgistanie i Kazachstanie"



Wydawnictwo Annapurna
data wydania 2018
stron 378
ISBN 978-83-619-6837-5

Każda podróż nas czegoś uczy

Mieczysław Bieniek, emerytowany górnik zwany Hajerem, udał się w kolejną podróż na Wschód. Tym razem jego celem był Kirgistan i Kazachstan – dawne republiki radzieckie, które obecnie są suwerennymi państwami. Czuć w nich jednak specyficzny postsowiecki klimat i pewną nostalgię za przeszłością. Kolejna podróż Hajera na Wschód odbyła się w dużej mierze rowerem, na którym sakwy kryły niewielki wobec przejechanej liczby kilometrów bagaż. Trasa wiodła niekiedy przez niezamieszkane tereny, ale nie zabrakło też na niej ciekawych ludzi, nowych przyjaźni i znajomości. Pana Mieczysława urzekła wschodnia gościnność, uprzejmość oraz życzliwość okazywana przez mieszkańców tych terenów. Nie zabrakło przygód i przeróżnych niespodzianek. Autora nie ominęły przepiękne widoki, kłopoty zdrowotne i życiowe trudności. Wszystkie przygody zniósł jednak z uśmiechem na twarzy i właściwym mu humorem. W takim też tonie podzielił się nimi z czytelnikami. Efektem kilkumiesięcznej podróży jest świetna książka należąca do „rowerowej serii”, którą zapoczątkował tytuł „Hajer jedzie do Soczi”.
Trudno uwierzyć, ale Mieczysław Bieniek na swoją kolejną wyprawę wyruszył bez szczegółowego planu i dokładnej mapy. Jechał, mając tylko ogólny zarys wycieczki. O drogę i ciekawe miejsca pytał często napotkanych ludzi, którzy zawsze chętnie służyli mu radą i pomocą. Ich życzliwość i dobre serce były dla niego bezcenne. Trasa tylko z pozoru wydawała się niebezpieczna ze względu na położenie polityczne i krążące o niej mity. Trudne okazały się tylko warunki pogodowe i zmęczenie ciała. Każdy dzień przynosił coś nowego. Kolejne odkrycia składały się na niezwykłe wspomnienia, które zostały spisane na kartach książki. Ten rodzaj odkrywania świata, poznawania jego specyfiki wydaje się niesamowity. Nieprzewidywalność pozwala bowiem zobaczyć więcej i głębiej poznać otaczającą rzeczywistość i spotykanych ludzi.
Trasa wiedzie przez miasta i wioski, ale także przez ogromne niezamieszkane tereny. Przez kilometry trawiastych stepów, wysokie góry i przełęcze, pustynie, gdzie żar leje się z nieba, i drogi wzdłuż rwących rzek, co swój początek mają w lodowcach. Zachwyca feeria barw, przestrzenie niedotknięte ludzką ręką i świat, w którym rządzą siły natury i pory roku.
Autor opisuje to wszystko z zachwytem. Jest zadowolony z podróży, choć nie wszystko udaje mu się zrealizować. Czasem plany biorą w łeb, ale los, odbierając jakąś szansę, zawsze daje mu coś ciekawego w zamian. Bieniek napawa się otaczającym go światem i z entuzjazmem dzieli się swoimi doświadczeniami i refleksjami. Przy okazji zaraża pasją podróżowania na spontanie, bez planowania każdej chwili w kalendarzu. To daje o wiele większą frajdę i ciekawsze przeżycia.
Świat postsowiecki jest ciekawy, różnorodny i wciąż tajemniczy. Niekiedy nawet wydaje się nierealny i należący do przeszłości. Tym bardziej więc kusi, by go poznać, doświadczyć na własnej skórze, zobaczyć na własne oczy. Hajer przekonuje, że warto poznawać takie miejsca.
Książkę tę, podobnie jak pozostałe tytuły tego autora, czyta się z ogromną przyjemnością i zainteresowaniem. Jej styl jest lekki i pełen humoru. Obfituje w ciekawe anegdoty i szczegóły. Tekst uzupełniają zaś piękne zdjęcia. To wszystko sprawia, że lektura pochłania i rozbudza pragnienie wojaży. Gorąco polecam tę książkę wszystkim fanom literatury podróżniczej.

piątek, 12 października 2018

Kuba Kucharski "W uścisku Katriny"



Wydawnictwo Annapurna
data wydania 2018
stron 336
ISBN 978-83-6196-835-1

American Dream, miłość i huragan

Przez wiele lat Ameryka jawiła się kolejnym pokoleniom Polaków jako eldorado i raj na ziemi. Wiele osób marzyło o wyjeździe i pracy za oceanem. Na własne oczy USA chciał zobaczyć również Kuba Kucharski. Studentowi pochodzącemu z małego miasta udało się zrealizować to marzenie w 1995 roku w ramach programu Work & Travel, który umożliwia młodym ludziom zwiedzanie, pracę i poznanie amerykańskiej kultury oraz stylu życia. Letni wyjazd miał być czasem pełnym wrażeń, przygód i nowych znajomości, radości i poznania innej niż rodzima rzeczywistości. Tak się jednak nie stało, bo przyroda postanowiła pokazać swoją siłę przez potężny huragan, który ochrzczono imieniem Katrina.
Kuba chciał poznać przede wszystkim Nowy Jork. Ciekaw był też samego kraju, o którym krążyło wiele mitów. Był otwarty na nowe doświadczenia i sytuacje. Nie przewidział jednak, że wydarzenia, jakich miał doświadczyć, będą z piekła rodem. Nic tego nie zapowiadało. Podróż przebiegła spokojnie. Praca stanowiła wyzwanie, nowe warunki okazały się do zaakceptowania i wszystko zaczynało się dobrze układać. Także nowe znajomości. Jedna z poznanych dziewczyn zainteresowała Kubę szczególnie i szybko podbiła jego serce. Gdy młodzi ludzie przyzwyczaili się już do amerykańskiej codzienności, ich spokój zakłóciły niepokojące informacje. Wydawało się nieciekawie, ale nie tak groźnie. Nie tak tragicznie i koszmarnie. Tym bardziej że organizator wyjazdu nie ostrzegł w porę młodych ludzi, którzy mieli niewielką wiedzę na temat tego rodzaju żywiołów.
Rzeczywistość okazała się brutalna. Kuba Kucharski opisuje ją bardzo plastycznie i wiarygodnie. Widać, że te wydarzenia zostały mu w pamięci na zawsze. Nic dziwnego, bowiem w naszym klimacie aż tak gwałtownych zmian dotąd nie było. Groza bije z wielu stron książki. Pogoda i żywioł dały się wszystkim we znaki, a zagrożeni ludzie stawali się agresywni. Relację z pobytu na stadionie Superdome czyta się niczym prozę Kinga. Krew tężeje w żyłach, a wyobraźnia nie nadąża za czytanymi słowami. Kompletnie zaskoczeni młodzi ludzie dostają lekcję od życia. American Dream okazuje się koszmarnym snem, choć są i pozytywy pobytu w Nowym Orleanie.
Książkę czyta się jak najlepszą sensację. Strona za stroną poznajemy historię, która jest przemawiającym do serca dokumentem o ludzkich tragediach, które dotknęły rzesze ludzi. Autor bezstronnie relacjonuje pamiętne dni, kiedy na Nowy Orlean zwrócił oczy cały świat. Odbiór tych wydarzeń przez młodych ludzi jest bardzo wymowny. Dynamiczna, szczera i niezwykle osobista relacja doskonale pokazuje, jak słabi jesteśmy wobec sił natury i jak tragiczne wydarzenia wyzwalają w nas różne instynkty, o które nigdy byśmy siebie nie podejrzewali. Publikacja ta to także Ameryka widziana oczami młodych ludzi, zderzenie mitów z rzeczywistością, kraj, który niekiedy rozczarowuje i uczy, że nie zawsze to, co mówią inni, jest prawdą. Ameryka – jak się okazało – ma też i wady, zachwyca i zawodzi, daje możliwości i pokazuje, że rzeczywistość nie zawsze jest słodka. Amerykański świat zaszokował i zaczarował, dając się poznać z wielu stron.
Książka ta bardzo przypadła mi do gustu. Czytałam ją i chłonęłam przeżycia młodych ludzi. Odczuwałam ich strach i lęk, dostrzegałam przemianę i wkraczanie w dojrzałość, współczułam tym, którzy stracili domy, bliskich, dorobek życia. Dzięki lekturze zrozumiałam, jak kruche są dobra tego świata i szczęście – na przykładzie miasta, którego mieszkańcy zostali tak bardzo doświadczeni. Wakacje nie zawsze są czasem wypoczynku, a nasze plany życie potrafi obrócić w pył. Ta relacja uczy, by doceniać spokój każdego dnia, szklankę wody, możliwość wzięcia prysznica czy zjedzenia śniadania we własnym domu. Wielkie brawa dla autora za tak świetny przekaz, wyczerpujące ujęcie tematu i ukazanie przez naocznego świadka dramatu Amerykanów i legendarnego miasta. Wspomnienia uzupełniają wiele mówiące zdjęcia. Gorąco zachęcam do ich obejrzenia i zagłębienia się w lekturze.

czwartek, 15 marca 2018

Łukasz Kocewiak "Aconcagua. W cieniu Śnieznego Strażnika"



Wydawnictwo Annapurna
data wydania 2017
stron 220
ISBN 978-83-6196-832-0

Wyprawa na Dach Ameryk

Łukasz Kocewiak to podróżnik i fan gór, wspinacz, miłośnik łojenia szczytów i górskich przygód. W czasie swoich wypraw odkrył piękno Kaukazu, Pamiru, Himalajów, Hindukuszu i Andów. Do swoich osiągnięć może zaliczyć samotne wejście na najwyższy szczyt obu Ameryk. Jego książka wydana nakładem Wydawnictwa Annapurna to zapis wrażeń z solowej wyprawy, która zakończyła się sukcesem, ale rozpoczęła nieco pechowo.
Kocewiak tuż przed wyjazdem doznał kontuzji mięśnia nogi. Kuśtykając zaopatrzony w leki przeciwbólowe wsiadł na pokład samolotu mogąc liczyć tylko na siebie. Ból choć stanął mu na drodze do sukcesu, został pokonany podobnie jak blisko siedmiotysięczna góra. Nie było wcale łatwo. Stanięcie na szczycie wymagało sporego wysiłku, walki z siłami natury, niesprzyjającymi warunkami pogodowymi i pokonania własnych, rodzących się w umyśle słabości. Warto było jednak podjąć to wyzwania, bo przygoda okazała się wyśmienita. A wrażeniami z niej autor podzielił się w książce, która bardzo przypadła mi do gustu.
Lektura tej książki jest fascynująca i pozwala odkryć niepowtarzalny urok wspinania oraz smak górskiego sukcesu. Autor dzieli się wszystkim tym, co go w trakcie tej podróży spotyka. Pisze prosto i przejrzyście, ale i szczerze. Tekst uzupełniają przepiękne, mówiące tak wiele jak treść zdjęcia. Przeczytanie tego tytułu zaprasza w góry, zaprasza do świata, w którym pierwsze skrzypce gra pogoda. Będąc słabym człowiek odkrywa jednak swoje wnętrze, uczy się hartu ducha i zaprawia do boju z wszelkimi życiowymi przeszkodami. I właśnie dlatego warto czytać książki z tego gatunku.
Kocewiak napisał swoją książkę oryginalnym językiem nie szczędząc anegdot i szczegółów. Ta emocjonalna narracja jest sporym atutem tej publikacji. W tekście nie znajdziemy dumy ani bufonady. Chwalenia się i sztuczności. To czyni książkę przystępną dla zwykłego zjadacza chleba, który po jej przeczytaniu pomarzy by wspiąć się wyżej niż mieszkają kondory i papugi. Gorąco polecam.

czwartek, 8 lutego 2018

Romuald "Aldek" Roman "Amerykański dom wariatów"


Wydawnictwo Annapurna
data wydania 2017
stron 356
ISBN 978-83-61968-39-9

Ameryka według Górala 

Były lata gdy Stany Zjednoczone jawiły się wielu Polakom jako raj. Jako kraina mlekiem i miodem płynąca w której łatwo było dorobić się sporego majątku i stać się kimś, kto ma w portfelu sporo zielonych będących najmocniejszą walutą. Wielu marzyło by dostać się za ocean i rozpocząć nowe, lepsze i dostanie życie. Wśród emigrantów znalazł się pewien człowiek z Zakopanego.
W zimowej stolicy Tatr Pan Roman spędził 34 lata - pracował jako leśnik i nauczyciel, był taternikiem i narciarzem. Za oceanem stał się studentem i zajmował się toksykologią - pracą związaną z azbestem i był rządowym urzędnikiem biurokratą. Swoje doświadczenia z pobytem w nowej ojczyźnie spisał na kartach książki, która jest niezwykle oryginalna. Ma to miejsce ze względu na opisywaną materię, emocjonalnie trzymane pióro oraz charakter Autora, który ma spore i specyficzne poczucie humoru. Patrzy na świat z lekką ironią i pewnym dystansem. Swoje zapiski czyni pod wpływem emocji, ale i z pewną powściągliwością a także przemyśleniami i refleksjami.

Efektem jest publikacja w której nie ma chronologii, ale jest dużo humoru, nieco ciętej ironii i dość sporo szczerości. Tę mieszankę, niekiedy dość wybuchową, czyta się dobrze i z uśmiechem - poza jednym rozdziałem, który związany jest z wychowaniem psa. Jego treść nie pasuje do innych, a pojęcie o ułożeniu czworonożnego przyjaciela jest godne krytyki.
Ciekawymi wątkami są podróże - wakacyjne eskapady do Turcji i w dorzecze Amazonki.
Interesujące jest podejście do spojrzenia na amerykańskie stosunki zawodowe, na pracę zawodową i karierę, na system edukacji i doświadczenia związane ze wspinaczką po szczeblach ku kolejnym awansom. Książka rozwiewa mit o łatwości sukcesów za Oceanem i uświadamia, że idealnie jest tylko tam, gdzie nas nie ma. W życiu na pieniądze (poza nielicznymi wypadkami) trzeba się ciężko napracować, wylać wiele potu,  a niekiedy sukces mimo to umyka. Niezbędne jest szczęście i czasem znajomości.

Romuald Roman ciekawie opisuje ludzi, których spotkał w różnych sytuacjach na amerykańskim lądzie. Wśród nich są osoby związane z gruntem zawodowym, przyjaciele i znajomi, ludzie spotkani przypadkiem, inni emigranci, a także osoby ze środowiska polonijnego.
Z kart książki wyłania się obraz Ameryki troszkę inny niż ten, który krąży jako oklepany stereotyp. Jest to kraj ogromnych możliwości, ale i miejsce nieprzewidywalne, w którym życie to ciąg niespodzianek. Każda część książki to "osobny" kawałek tortu, który jest inny niż te obok niego. Przez to lektura jest dynamiczna, zaskakująca i pełna różnych barw.
Czytając całość poznajemy tym samym osobowość i charakter jej Autora.

Książka mnie w pewnym sensie zaskoczyła, była nieco inna niż na początku myślałam, ale była to miła niespodzianka. Czytało mi się lekko i często się uśmiechałam. Zrozumiałam, że nam Polakom świat wydaje się sztampowy, pełen schematów i regularnych wzorów. Jak się okazuje jest on zaskakujący i mający wiele twarzy. I dokładnie taka jest ta lektura. W pewnym sensie zmieniła ona moje wyobrażenie o Nowym Świecie, pokazała nową rzeczywistość i nakreśliła jak wygląda życie na obczyźnie.
Interesującą okazała się część poświęcona prowadzeniu przez Państwa Romanów pensjonatu w typie taniego noclegowania. Biznes po amerykańsku wcale nie jest łatwy i wymaga mocnego ruszenia głową.
Resumując to dobra lektura dla osób, które mają ochotę na coś innego niż tytuły w tym gatunku. Lekkość pióra i humor dodają książce uroku, a jej lektura pozwala poznać ciekawą osobność.
Zatem zapraszam do Ameryki po góralsku. 

piątek, 20 października 2017

Iwona Dziura "Dziura w podróży"


Wydawnictwo Annapurna
data wydania 2017
stron 216
ISBN 978-83-6196-831-3

Z Dziurą na Dzikim Wschodzie

Wielu czytelników kocha książki podróżnicze za to, że zabierają ich w niezbyt przyjazne turystyce komercyjnej miejsca, że pokazują zakątki, które nie goszczą w katalogach biur podróży. Poświęcając czas takiej lekturze ma się wrażenie, że z miłośnika literatury stajemy się współodkrywcami nowego, atrakcyjnego i swoją miarą egzotycznego świata, który kryje w sobie wiele tajemnic, piękna i interesujących szczegółów zapierających dech w piersi.

Tego typu książkę będącą zapisem podróży na Wschód napisała Iwona Dziura – pochodząca ze Śląska absolwentka filologii tureckiej, która jest osobą tryskającą humorem i podchodzi do życia z dystansem. W jej duszy drzemią ogromne złoża optymizmu i nimi właśnie zaraża swoich czytelników w trakcie lektury czy tego chcą czy nie. Poznając historię jej podróży do Rumunii i Mołdawii nie można się bowiem nie śmiać.
Wyprawa zaczyna się od niezbyt miłej sytuacji, która niejednego śmiałka zmusiłaby do powrotu do domu. Ginie cały bagaż autorki, a w nim karty kredytowe i najpotrzebniejsze rzeczy. Oczekiwanie na lotnisku męczy i nie daje rezultatu. Mimo to bez grosza przy duszy Iwona Dziura rozpoczyna zwiedzanie Rumunii i nie rezygnuje ze swoich planów. Z tarapatów udaje się w końcu wyjść obronną ręką i wszystko wraca do normy.

Iwona Dziura wiedzie nas przez Rumunię oraz Mołdawię pokazując przeróżne ich oblicza. Jest miejsce na obrazki z prowincji i miast. Pojawiają się ludzie będący podobnie jak Autorka w podróży i lokalni mieszkańcy. Każda odsłona pokazuje specyfikę miejsca, jego prawdziwe barwy i klimat. W trakcie wojaży nie brak humorystycznych sytuacji, nietuzinkowych zbiegów okoliczności i chochlików od losu, który lubi czasem płatać figle. Jeśli jednak ma się osobowość Iwony Dziury uśmiech z twarzy nie znika, żadna sytuacja nie wydaje się bez wyjścia i gdy trzeba zjawia się pomocna dłoń, która doda otuchy i pomoże bez czekania na rewanż. Iwona Dziura pokazuje, że można podróżować w świetny sposób bez korzystania z luksusowej infrastruktury, że właśnie tak poznając świat widzi się to, co istotne i ciekawe, co warte poznania i co stanowi prawdziwą istotę miejsc do których przybywamy. Nie potrzeba dużych pieniędzy by móc zapisać w duszy niesamowite wspomnienia, nie potrzeba wytwornych hoteli by poznać innych ludzi ciekawych świata.
Opisana relacja jest do bólu prawdziwa i żywa, realna i szczegółowa. Pokazuje tamtejszą rzeczywistość w wielu przeróżnych aspektach, nie omija tego, co może nie jest powodem do dumy, ale jest istotnym składnikiem otaczającego podróżującego świata.

Lekturę czyta się lekko i przyjemnie, a jej treść naturalnie pobudza naszą wyobraźnię. Przed oczami przesuwają się barwne obrazy, przeszłość i to, co teraz, spotkania z ludźmi i zabawne sytuacje, które pojawiają się jedna za drugą. Ta książka wzbudzi w wielu czytelnikach marzenie do spontanicznych, nie do końca zaplanowanych podróży, do szukania na własną rękę ciekawych szlaków do odwiedzenia, gdzie poczujemy smak prawdziwej przygody.

Gorąco polecam przeczytanie tego tytułu tym, którzy znużeni monotonią nie mają pomysłu na jedyne w swoim rodzaju wakacje, urlop czy podróż w czasie której dane będzie poczuć się niczym wielki odkrywca zdobywający dziewicze tereny.

czwartek, 10 sierpnia 2017

John Porter "Przeżyć dzień jak tygrys"





Wydawnictwo Annapurna
data wydania 2017
stron 352
ISBN 978-83-6196-828-3

O zdobywaniu gór


Książka Johna Portera opowiada o niezwykłym człowieku i wspinaczu, dla którego liczyło się samo wspinanie a niekoniecznie liczby i statystyki. Alex MacIntyre nie dbał bowiem o to, by zdobyć Koronę Himalajów czy Koronę Ziemi, ale by przechodzić ściany trudne technicznie i dziewicze. Czerpał niesamowitą satysfakcję z samej wspinaczki, wytyczania nowych dróg i pobytu w górach. Jego łojenie gór cechowała radość, spontaniczność i frajda z używania lin oraz sprzętu wspinaczkowego. Książka oddaje jak bardzo niezwykła i nietuzinkowa jest jego postać i pokazuje jak mocno ukochana pasja może zmienić życie i nadać mu wyjątkowy smak.

Postać nieżyjącego już brytyjskiego wspinacza przedstawia jego wspinaczkowy partner i nie jest to bez znaczenia. Autor przeżył bowiem z bohaterem książki niejedną przygodę w górach i trudną chwilę na wysokości, przeszedł niejeden wyciąg. To sprawia, że ta opowieść jest wyrazista, autentyczna i bezpośrednia. Z tytułu wyłania się młody człowiek, który ma apetyt na życie, choć miewa rzadko gorsze chwile. Mężczyzna pełen werwy, chcący żyć intensywnie, chcący rwać życie pełnymi garściami. Podchodzi do świata na luzie, z dystansem i uśmiechem. To taki typ niepokorny, który miał odwagę żyć i przeżywać każdy dzień tak jak chciał. Przeczuwał jakie niebezpieczeństwo w górach jest dla niego szczególnie niebezpieczne i jakby wyczuł, co zbyt szybko, bo w wieku 28 lat zabrało go z tego świata.

Alex MacIntyre lubił wspinać się szybko i na lekko – bez zbędnego obciążenia sprzętem. Był jednym z prekursorów stylu alpejskiego, który zmienił oblicze wspinaczki i dał nowe możliwości w osiąganiu górskich celów i łojeniu szczytów. Tę postać na trwale zapisaną w górskie kroniki można określić mianem proroka, bowiem młody człowiek potrafił przewidzieć w którą stronę pokręci się wspinaczkowa karuzela i jaka będzie przyszłość górskich wypraw. Alex miał na punkcie tego stylu obsesję i okazał się znakomitym wróżem.

Dzięki lekturze tej wspaniałej publikacji poznałam ciekawą postać, ale nie tylko. Spojrzałam także na pokolenie polskich wspinaczy – rówieśników Alexa oczami obcokrajowców. W lekturze bowiem mnóstwo jest polskich śladów bowiem wieloletnim partnerem MacIntyre'a i jego rodaków byli polscy himalaiści: przede wszystkim Wojciech Kurtyka i inni. Opisy polskiej komunistycznej rzeczywistości oczami ludzi z Zachodu dodają książce lekkości i humoru.

Lektura zrobiła na mnie ogromne i jak najbardziej pozytywne wrażenie. Chłonęłam ją i odkładałam, by w sieci poszukać jeszcze dodatkowych materiałów związanych z jej treścią. Ciekawie było cofnąć się w czasie do korzeni stylu, który dziś jest oprócz komercji w górach dominujący. Moja wiedza w zakresie tematyki jaką obejmuje książka została bardzo poszerzona. Wyjątkowy smak miały opowiedziane przygody przeżyte w różnych zakątkach górskiego świata. Szkoda, że śmierć i góry upomniały się o brytyjskiego wspinacza tak szybko. Z pewnością byłoby o nim bardzo głośno. Tytuł polecam tym, którzy lubią dobre biografie, lektury o górach i tych, którzy lubią je zdobywać. Wspaniała publikacja uzupełniona jest wyjątkowymi zdjęciami, a Wydawca wydał ją wyjątkowo staranie co jeszcze dodaje uroku szalenie ciekawej treści.

piątek, 2 grudnia 2016

Ewa Matuszewska "Lider. Górskim szlakiem Andrzeja Zawady raz jeszcze"


Wydawnictwo Annapurna
data wydania 2016
stron 320
ISBN 978-83-6196-819-1

Opowieść o Wielkim Liderze

Polscy odnoszą sukcesy na światowej arenie w przeróżnych dziedzinach. Na całym globie od wielu lat głośno jest o tryumfach polskich wspinaczy, którzy osiągają wspaniałe i godne pozazdroszczenia wyniki w zdobywaniu najwyższych szczytów. Rewelacyjne osiągnięcia mamy zwłaszcza w himalaizmie zimowym. Wiele ośmiotysięcznych szczytów zdobyli po raz pierwszy zimą właśnie „nasi”. Wiele rekordów najzimniejszą porą roku kojarzy się z biało-czerwonym proporcem. Program Polski Himalaizm Zimowy można uznać za wielce udany. Kto stoi za tym sukcesem?

Wiele osób, a korowód ten otwiera osoba uznana za legendę i okrzyknięta liderem – Andrzej Zawada. Choć odszedł szesnaście lat temu jego nazwisko nadal jest żywe i doceniane. Nic dziwnego, bo to właśnie ten człowiek był „ojcem” pierwszych polskich wypraw w najwyższe góry Azji i świata, to on zaczepił ponadczasowe idee i standardy, które we współczesnych czasach bywają niesłusznie lekceważone. Zawada był wielkim orędownikiem teorii braterstwa liny. Uważał również, że na sukces wyprawy składa się w równym stopniu praca całego zespołu, a nie tylko jednostek, które postawiły nogę na szczycie. Zawada był również zwolennikiem odpowiedzialności za siebie nawzajem wszystkich członków wyprawy i był zdania, że w górach nie można być egoistą, nie można zostawiać partnera w potrzebie.

O Wielkim Liderze Ewa Matuszewska po raz pierwszy napisała trzy lata po jego śmierci. Nowe, zmienione, uzupełnione i przeredagowane wydanie tej książki ukazało się jesienią bieżącego roku nakładem Wydawnictwa Annapurna. Miałam okazję przeczytać ten tytuł w obu odsłonach. Ta druga jest zdecydowanie lepsza pod wieloma względami.
Z tekstu obu wyłania się niezwykła osobowość, która może być wzorcem dla wielu osób, które górom oddały cześć swojego serca. Zawada nie urodził w góralskiej rodzinie, choć u podnóży gór spędził młode lata. Patrząc na majestatyczne szczyty Tatr szybko się w nich zakochał. I rozpoczął swoją górską drogę, którą przez wiele lat ozdobiło mnóstwo sukcesów. Do historii przeszedł jako kierownik wielu wypraw, z ich uczestników stworzyła się wyjątkowa drużyna. O jej członkach było często głośno. Andrzeja Zawadę doceniano jako perfekcyjnego organizatora, duszę wypraw, wspaniałego mediatora i wielki autorytet. Jego nazwisko otwierało wiele drzwi niedostępnych dla innych. Za swoją działalność otrzymał szereg nagród i wyróżnień.

Ewa Matuszewska o Liderze napisała niezwykle szczegółowo. Drobiazgowo i starannie opisała jego wyprawy i podróże, idealnie przybliżyła świat gór. Świetnie pokazała też wnętrze człowieka, jego charakter, priorytety, wartości, którym hołdował, a także prywatne oblicze. Wielu twierdzi, że czasy dużych wypraw kierowanych w sposób dyktatorski odeszły bezpowrotnie, że dziś liczy się bardziej niż braterstwo i solidarność sportowy sukces, że sponsoring diametralnie zmienił klimat wspinaczki, że i tam, wysoko w górze trwa wyścig szczurów. Mimo to poglądy Andrzeja Zawady wydają się nadal godne szacunku, poważania i atencji. W tej publikacji o Zawadzie mówi nie tylko autorka. Tekst został wzbogacony także wypowiedziami wielu sław z górskiego świata, znajomych i żony Anny Milewskiej. Wielkim atutem tego wydania jest jego jakość – elegancki papier i dziesiątki wspaniałych fotografii w doskonałej jakości, które dopełniają całości.

Końcowym efektem prac jest świetna książka, idealna pod względem i treści i formy. Bije z niej dopracowanie i szacunek dla opisywanej postaci. Ten tytuł to gratka zarówno dla fanów literatury wysokogórskiej, jak i miłośników perfekcyjnych biografii, które w pełni wyczerpują temat.

środa, 30 marca 2016

Jerzy Surdel "Góry, ludzie, kontynenty w obiektywie ekstremalnej kamery"



Wydawnictwo Annapurna
data wydania 2015
stron 272
ISBN 978-83-6196-829-0

Alpinista z kamerą w ręku

Książka wydana nakładem Wydawnictwa Annapurna to wywiad rzeka, to długa i barwna rozmowa Jerzego Surdela z Andrzejem Mirkiem. A kim jest główny bohater? To postać znana zwłaszcza starszemu pokoleniu wspinaczy. To alpinista, reżyser filmowy i teatralny. To także operator kręcący w warunkach ekstremalnych, uczestnik eskapad w ciekawe rejony świata oraz znawca górskiego kina i autor prasowych artykułów.

Swoją górską przygodę jak wielu polskich wspinaczy zaczął od rodzimych Tatr. To na ich szczytach zdobywał podstawę wiedzy o wspinaczce, to tam uczył się używać górskiego sprzętu – innego niż ten dzisiejszy. Góry wciągnęły go na całego. Każdą wolną chwilę spędzał w okolicy Morskiego Oka. Studiując polonistykę był częstym gościem górskich schronisk, zdobywał także wierzchołki znajdujące się po stronie słowackiej. To w Tatrach poznał wielu ludzi z tego jakże elitarnego środowiska, nawiązał przyjaźnie i zasmakował łojenia szczytów. W książce opowieść o swoim życiu rozpoczyna od czasów dzieciństwa, od wspomnień wojennych. Od czasów okupacji, która zmusiła jego rodzinę do opuszczenia domu na Śląsku i pobytu w okolicy Kielc. Po wojnie Jerzy Surdel powrócił w rodzinne strony. Filmowanie obok gór stało się jego wielką pasją. Absolwent PWSTiF w Łodzi ma bardzo bogatą filmografię.

Swoją działalność na tym polu w znacznej mierze związał z górami, a jego praca, trud i talent zostały nagrodzone wieloma prestiżowymi nagrodami na branżowych imprezach na całym świecie i otworzyły mu furtkę do międzynarodowej kariery.

Surdel zasłynął m.in. z Trylogii Taternickiej, którą tworzył na przestrzeni lat 1967-1972. Był również nauczycielem realizacji telewizyjnej i fotografii w algierskiej szkole. Realizował filmy na zlecenie Telewizji Polskiej w Algierii i Etiopii. Swoje wrażenia z Afryki szczegółowo opisuje w dwóch odrębnych rozdziałach, a opowieść uzupełnia wspaniałymi zdjęciami. Jerzy Surdel znalazł się także jako filmowiec u stóp Everestu i Lhotse, a na jego koncie widniał polski rekord wysokości. Surdel opowiada o swojej pracy z humorem. Przytacza liczne przygody, anegdoty, wygrzebuje z pamięci chwile przyjemne, ale i te smutne czy trudne, gdy ktoś z zespołu zginął wskutek wypadku. Surdel pokazuje, iż tworzenie kina ekstremalnego jest niezwykle frapujące, porywające, ciekawe, ale i wymagające oraz trudne. To całkiem inny rodzaj pracy niż ta w normalnych warunkach. A jednak kręcenie w górach, w afrykańskim upale ma w sobie coś magicznego, coś niepowtarzalnego.
Książka będąca biografią zawodową jest też okraszona informacjami z życia prywatnego, a czyta się ją na jednym wdechu. To idealna pozycja dla tych, którzy lubią podróże w wyjątkowe zakątki ziemskiego globu. Lektura dostarcza także informacji na temat funkcjonowania telewizji i świata filmu w czasach PRL-u. Pokazuje ówczesne jego plusy i absurdy, udogodnienia i trudności. Postać opisana w książce to barwna osobowość. To człowiek ciekawy świata, doskonały alpinista i zawodowiec pracujący z pasją. Jeśli lubicie tytuły o wyprawach górskich ta propozycja z pewnością Was zaciekawi. Plusem publikacji są również wspaniałe fotografie, których oglądanie zajmie Was bez reszty.

niedziela, 1 listopada 2015

Mieczysław Bieniek "Hajer na andyjskim szlaku"


Wydawnictwo Annapurna
data wydania 2015
stron 352
ISBN 978-83-6196-827-6

Wrażenia z niezwykle barwnej podróży

Kim jest Hajer? To były górnik, podróżnik, osoba mająca w genotypie gen wagabundy, człowiek odważny, kapitalny kompan i towarzysz w eskapadach w przeróżne miejsca na ziemskim globie. Do tego rewelacyjny autor książek podróżniczych – ma ich już kilka w dorobku – które czyta się na jednym wdechu i ma się nieodparte wrażenie jakby się w opisywanym miejscu rzeczywiście było. Dzięki lekturze najnowszej publikacji Mieczysława Bieńka zagościłam w Ameryce Południowej – kontynencie, o którym po lekturze powiem z pewnością i w pierwszej kolejności jedno – że jest niesamowicie barwny, że jest niczym kalejdoskop.
Cztery państwa, wiele kilometrów, setki przygód, mnóstwo wrażeń, niesamowite widoki, ciekawi ludzie, przeróżne zjawiska pogodowe i przyrodnicze, bajecznie kolorowy folklor, egzotyka – to wszystko wypełnia książkę napisaną z olbrzymią dozą humoru. Nawet trudne i nieprzyjemne sytuacje, a i takie zdarzyły się w czasie tej podróży napisane są bez przerażenia i patosu, bez narzekania. Wniosek z tego płynie jeden – Pan Bieniek to urodzony podróżnik i niepoprawny optymista, a sama lektura to świetna książka dla tych, którzy lubią wojaże, ale i dla maruderów.
Książka to wspaniały tekst, mnóstwo zdjęć i ciekawostek. Trasa podróży nie jest ściśle sprecyzowana, niekiedy ulega modyfikacjom, a decyzje o nich są spontaniczne i podejmowane bez analizy za i przeciw. Decyduje ekspresyjny charakter Hajera, zbieg okoliczności, potrzeba chwili. Jak mówi młodzież: Pełen spontan. A przez to relacja podróżnicza jest porywająca, zaskakująca i niezmiernie ciekawa. I choć czasem jest chłodno, głodno, mokro i niewygodnie, to nie czas narzekać. Przecież wokół jest tak pięknie! Autor to twardy mężczyzna i ta podróż to nie wygodne zwiedzanie, nie ekskluzywne hotele, ale moc wrażeń w podrzędnej knajpce, spanie pod gołym niebem i zakradanie się bez biletu tu i tam.
Opowieści o najciekawszych punktach mijanych w drodze są różnorodne i barwne. To relacje ze strajku studentów, wizyta w muzeum złota, odwiedziny w kopalni srebra oraz soli, pobyt na pięknej plaży, zdobycie wulkanu, spływ amazońską rzeką, odwiedziny w domostwie Indian czy poznanie pływających wysp Uros oraz kanionu Colca. Nie brak spisanych wrażeń z Machu Picchu, z religijnych procesji i karnawału w Tupizie.
Wobec tej relacji blednie nawet najbardziej kolorowa papuga, a dymiące kolorem zdjęcia przyprawiają o zawrót głowy. A jak kusi, by wybrać się w taką podróż!!!
Kolejną lekturę autorstwa Bieńka gorąco polecam tym, którzy kochają podróże, tym, którzy niewiele wiedzą o południowoamerykańskim kontynencie, tym, którzy lubią odkrywać świat nie u boku przewodnika, ale na własną rękę. Książka przekonuje, że właśnie taki rodzaj zwiedzania jest najlepszy i dostarcza najwięcej emocji i niezapomnianych wrażeń.
Wydawcy należą się słowa uznania za piękne wydanie książki. A zatem wraz Autorem zapraszam do krainy Indian, dżungli i wspaniałych krajobrazów.

czwartek, 18 września 2014

Jacek Kemler "Żywot wspinacza strachliwego"


Wydawnictwo Annapurna
data wydania 2014
stron 428
ISBN 978-83-6196-825-2

Z życia górskiego Czytelnika fotelowego

Książka Jacka Kamlera to autobiograficzna opowieść, w której autor opowiada najciekawsze wydarzenia ze swego życia. Dodam od razu, że życie to było i jest bardzo bogate i pełne niespodzianek. Kamler to człowiek, którzy żyje intensywnie i realizuje swoje przeróżne pasje.
Z wykształcenia inżynier radiotechnik, z zamiłowania podróżnik i taternik. Mąż, ojciec i dziadek. Warszawiak, który zwiedził wiele ciekawych zakątków świata. Jego CV jest bogate, a książkę opowiadającą o jego pracy zawodowej, życiu prywatnym i podróżach czyta się z wielką przyjemnością i ciekawością. Jej autor bowiem ma interesującą osobowość, spore poczucie humoru i podchodzi do tego, co go otacza (ale i siebie) z pewnym dystansem. To człowiek ciekawy świata, żyjący swoimi pasjami i potrafiący arcyciekawie o nich pisać.
Dużo miejsca poświęca Kamler pracy zawodowej. Najważniejsza dla niego jest rodzina, ale obok niej istotne miejsce w jego życiu zajmują podróże - te turystyczne i te służbowe. Jackowi Kamlerowi udało się odwiedzić bardzo egzotyczne kraje. Był w Nepalu, Tybecie, zjeździł Alpy syreną, był w Grecji i na Krymie, odbył samochodową wyprawę po Stanach Zjednoczonych, pracował w Algierii. Wspinał się po górach, odbywał trekkingi. Swoje wrażenia ciekawie opisuje i dzieli się bogactwem przygód z czytelnikami. Pisze z humorem, bez użalania się na trudy podróży, bez malkontenctwa. W swoim przekazie nie kryje radości z poznawania świata. Nie jest turystą wymagającym, świetnie czuje się w prymitywnych warunkach. Podróżując, poznaje ludzi i urocze krajobrazy, a także architekturę. Delektuje się nimi. Do szczęścia nie potrzeba mu luksusowych hoteli, bardziej bowiem docenia w trakcie podróży dobrego kompana.
Jacek Kamler, pisząc o sobie, opisuje świat mu współczesny, w jakim przyszło mu pracować. To m.in. czasy PRL, jakże odmienne od tego, co dziś. Dzięki jego relacji mamy okazję poznać nie tak bardzo odległą, ale jakże inną rzeczywistość.
Książka „Żywot wspinacza strachliwego” to połączenie autobiografii i lektury podróżniczej. To podróż po życiu autora, który jest świetnym narratorem swoich losów. Książka traktuje też o ludziach bliskich Kamlerowi w życiu zawodowym i prywatnym. To również słowa o cenionych przez niego ludziach gór. To wreszcie jego życiowa filozofia, a ostatni rozdział to głos w jakże popularnej ostatnio narodowej debacie o tragedii na Broad Peak jaka miała miejsce na początku marca ubiegłego roku. Dzięki lekturze poznałam człowieka nietuzinkowego, pasjonata podróży, osobowość inteligentną i mądrą. Zagościłam w życiu inżyniera, który przeżywa swoje dni z pasją, potrafi cieszyć się życiem i urokami świata. Nie marudzi, ale w każdej sytuacji szuka pozytywnych stron. Nie jest zadufanym w sobie pyszałkiem i materialistą, ale chwyta każdy dzień, jaki zsyła mu los i korzysta z tego, co mu on przynosi.
Gorąco polecam lekturę tym, którzy uwielbiają podróżować i mają nieustanny apetyt na życie. Usatysfakcjonowani przeczytaniem tej książki z pewnością będą miłośnicy ciekawych biografii, a także wielbiciele powieści przygodowych.
Książkę recenzowałam dla portalu Lubimy Czytać. Serdecznie dziękuję Wydawcy za możliwość ciekawej lektury.

poniedziałek, 19 maja 2014

Anna Czerwińska" GórFanka na szczytach Himalajów"


Wydawnictwo Annapurna
data wydania 2009
stron 208
ISBN 978-/83-61968-02-3

Himalajskie życie Pani Anny

Od jakiegoś czasu, mniej więcej od kilku lat pokochałam czytanie książek o górach. Z przyjemnością sięgam po relacje ze zdobywania szczytów zwłaszcza polskich autorów. Czytam i dzięki lekturze przenoszę się tam, gdzie nie docierają zwykli śmiertelnicy. Tam, gdzie docierają tylko nieliczni, najodważniejsi, twardzi psychicznie i fizycznie miłośnicy "łojenia" gór. 
Do tego ekskluzywnego grona z pewnością należy Pani Anna Czerwińska, która od ponad trzydziestu lat należy do elity światowego himalaizmu. Dla gór poświęciła wiele. One odpłaciły jej się też dość hojnie. Anna Czerwińska zdobyła sześć z czternastu szczytów ośmiotysięcznych i ma w swoim dorobku Koronę Ziemi. Swoje wrażenia spisała w wielu książkach. Niejako podsumowaniem kariery wspinaczkowej jest seria wydana przez Wydawnictwo Annapurna "GórFanka". To pięć książek, które są nie lada gratką dla miłośników literatury wysokogórskiej. Opisywany przeze mnie tom jest drugi w kolejności. W nim zawarte są wspomnienia ze zdobywania trzech himalajskich olbrzymów Mount Everestu, Lhotse i Makalu. Ten pierwszy był konieczny do "włożenia" Korony Ziemi. Tę publikację Autorka dedykuje swoim górskim Partnerom. Lektura jest to rozmowa, wywiad rzeka Anny Czerwińskiej z Romanem Gołędowskim . Publikacja to nie tylko słowa, ale i wspaniałe zdjęcia przybliżające górskie zmagania w Himalajach. 
 
Oczywiście niezwykle przyjemnie czytało mi się wspaniałą relację z gór najwyższych. Ale coś mnie w tej książce wyjątkowo urzekło. Coś powaliło na kolana. Za to należą się Pani Ani równie wielkie brawa jak za górskie wyczyny.Co mam na myśli? Skromność i pokorę wobec wspinania. Ikona polskiego himalaizmu nie pisze tej książki by się chwalić, by czekać na pochwały za to, co w górach osiągnęła. Zabiera czytelnika w inny, jakże piękny ale i groźny świat. W niedostępne miejsca, w strefę śmierci. Przybliża te himalajskie realia. Ich czar, piękno, ale i grozę. Wspomina, a tym wspomnieniom towarzyszą refleksje, zastanowienie na tym, co w górach istotne. Nie brak zachwytu pięknem krajobrazu, ale i nie brak opowieści pełnych grozy, dramatycznych wręcz podbramkowych sytuacji, które na znacznych wysokościach się zdarzają. Szczególnie zaintrygowały mnie słowa dotyczące pomocy w górach, ratowania innych. Z pewnością miało to miejsce w związku z wyprawą na Broad Peak w 2013 roku. Padają słowa: "Bo tak naprawdę rzadko który biały człowiek byłby w stanie zerwać się do akcji ratunkowej na grani szczytowej. Przychodzi tam, mając za cel wejście na szczyt, a potem z trudem schodzi. Szerpowie natomiast mają taki power, że nawet jeśli byli na szczycie, to tego samego dnia wieczorem mogą jeszcze pójść i ściągnąć kogoś ratując życie. Są pod tym względem niesamowici." (str. 38)  Tymi słowami Autorka podkreśla jak niesamowite możliwości mają ludzie, którzy urodzili się na znacznych wysokościach i mają tzw. pamięć do aklimatyzacji. To w górach coś niezwykle cennego. 
Książka podobała mi się niezmiernie. Nie mogłam się od niej oderwać. Relację z biwaku bez namiotu na Makalu czytałam mając gęsią skórę. Jaka dzielna z Pani Anny kobieta! A jak skromna, jaka szczera. 
Tę książkę jak i i cały cykl tej Himalaistki z całego serca fanom gór polecam.

sobota, 22 marca 2014

Mieczysław Bieniek "Hajer jedzie do Soczi"


Wydawnictwo Annapurna
data wydania 2014
stron 304
ISBN 978-83-6196-823-8

Przedolimpijska podróż

O Soczi w ostatnim czasie było bardzo głośno. Miało to miejsce za sprawą XXII zimowej olimpiady. Przygotowania do tej imprezy o światowej randze toczyły się już od wielu miesięcy. W tym jakże gorącym okresie odwiedzenie Soczi zaplanował sobie znany polski podróżnik, były górnik, katowiczanin Mieczysław Bieniek. Środkiem lokomocji miał być rower. Samotna wyprawa była sporym wyzwaniem. Jej plan zakładał dotarcie do olimpijskich aren dość okrężną drogą. Z Śląska trasa wiodła przez Warszawę na północ, ku Litwie, potem ku krainie Świętego Mikołaja w Finlandii. Pan Bieniek dotarł aż do krańca Europy czyli przylądka Nord Cap skąd skierował się do Murmańska, Sankt Petersburga i Moskwy a potem na południe, ku wybrzeżu Morza Czarnego, nad którym leży Soczi. Eskapada liczyła 13 tysięcy kilometrów, które zostały przejechane w cztery miesiące, ale ilości przygód i wrażeń nie można chyba w żaden sposób policzyć. Było ich nieskończenie wiele. W tracie przygotowań, jak i samej podróży nie zabrakło sytuacji miłych, zabawnych, wzruszających, nie obyło się bez nawiązania przyjaźni, ale i miały miejsce nieprzyjemne zdarzenia. Były kłopoty, trudne chwile, kontuzje i pomocne dłonie napotkanych ludzi.
Z relacji podróżnika wyłania się obraz przedolimpijskiej Rosji. Prezydent Putin chciał i dołożył wszelkich starań, by Rosja jako organizator zabłysła i zdobyła uznanie jako gospodarz tak prestiżowej imprezy. Nie żałowano środków finansowych, okolice Soczi stały się jednym wielkim placem budowy. Jak grzyby po deszczu wyrastały obiekty sportowe, zaplecze i baza hotelowa oraz drogi. W czasie, gdy Mieczysław Bieniek przybył do Krasnodarskiego Kraju wszystko było jeszcze w proszku. Nie wszędzie mógł zajrzeć, ale doskonale przekazał czytelnikom jak budowano olimpijskie areny. Ale nim dotarł nad Morze Czarne zwiedził północne krańce Rosji, jakże inne od centrum czy południa tego kraju. Bardziej dzikie i dziewicze, słabo zaludnione ze srogim klimatem i żyjącymi dziko niedźwiedziami, które na bezludziu mogły zaatakować. I tu i właściwie wszędzie gdzie bywał podróżnik spotykał Rosjan, z którymi nawiązywał bliskie kontakty. Różne to były spotkania, różne poznał osoby. Został i bohaterem programu w telewizji, poznał „zawodowego” złodzieja, ale i nawiązał ciekawe przyjaźnie ze zwyczajnymi ludźmi. Zakosztował rosyjskiej gościnności, patrzono na niego z podziwem, ale i nieprzychylnie. Pan Mieczysław przekonał się na własnej skórze o skłonności Rosjan do korupcji, ale i spotkał się z serdecznością, bezinteresowną pomocą i dobrym sercem.
Relacja katowickiego obieżyświata jest niezwykle barwna i arcyciekawa. Dynamiczna i pełna szczegółów. Bieniek pisze z olbrzymim humorem i ma pewien dystans do niektórych zdarzeń. Niektóre sytuacje traktuje z przymrużeniem oka, ale i niekiedy czuć dreszcz emocji. Dzięki tejże książce czytelnik ma wyjątkową okazję przyjrzenia się Rosji i jej mieszkańcom. Rosja i Rosjanie niejedno mają imię i oblicze. Ten kraj wydaje się barwny niczym olbrzymia mozaika, na którą gdy się dłużej patrzy to bolą oczy.
Książka niezmiernie mi się podobała. Bez wahania stawiam jej najwyższą notę! Gdy zapytacie za co, odpowiem, że za wyjątkową i ekspresyjną relację, ciekawe ujęcie tematu, przytaczane błyskotliwe dialogi, szczere osobiste oceny i komentarze. Osobno pochwalę wspaniałe zdjęcia, które idealnie wzbogacają lekturę. Właśnie obrazem autor przedstawia piękno rosyjskiej przyrody, malownicze widoki, ciekawe zabytki. A tym samym zachęca jeszcze bardziej, by na własne oczy zobaczyć i odkryć czar ojczyzny Puszkina i Tołstoja.
Książka jest też dowodem na to, że te nie do końca zaplanowane, niekiedy trudne i pełne wyzwań, ba!, wydające się niemożliwe do zrealizowania wojaże są najciekawsze i najbardziej ekscytujące.
„Hajer jedzie do Soczi” to ciekawa propozycja w segmencie książek podróżniczych. To zaproszenie do wspaniałej literackiej podróży w towarzystwie doborowego kompana. Serdecznie zapraszam do odwiedzenia kraju carów i poznania kulis przedolimpijskich przygotowań.
Książka zrecenzowana dla portalu Lubimy Czytać.

czwartek, 30 stycznia 2014

Zbigniew Piotrowicz "Moje PaGóry"


Wydawnictwo Annapurna
data wydania 2013
stron 384
ISBN 978-83-6196-821-4

Nietypowa książka o górach!

Niedawno na księgarskim rynku ukazało się II rozszerzone wydanie książki Zbigniewa Piotrowicza opowiadającej o górach, wielkiej pasji i ludziach, którzy są górami nakręceni. Czym się różni od ta publikacja od I wydania? Jest o blisko sto stron grubsza, a zatem bogatsza w nieznane dotąd przygody autora, który jest postacią bardzo barwną i nietuzinkową. Z górskim bakcylem już przyszedł na świat. Na pierwszą samodzielną wyprawę wybrał się mając... trzy lata. W eskapadzie towarzyszyła mu młodsza siostra. Urocze rodzeństwo cichcem wykradło się z domu ubrane w piżamki i udało się w stronę parku. Wszystko na szczęście skończyło się szczęśliwie. Zbigniew Piotrowicz góry po raz pierwszy zobaczył jako siedmiolatek. W czasie wakacyjnego odpoczynku rodzina Piotrowiczów odwiedziła Karpacz i okolice. Wtedy to w sercu młodego podróżnika narodziła się miłość, pasja, która nigdy nie zardzewiała i trwać będzie zawsze. Będąc młodym człowiekiem Piotrowicz odkrył jeszcze coś wyjątkowego, poznał nietuzinkowy smak samotnego przebywania w górach.
Od wielu lat górskie wyprawy nadają smaku życiu autora. Są jego nieodłącznym elementem. W nich ten podróżnik i alpinista przeżywa wiele niezapomnianych chwil, poznaje samego siebie i ludzi, którzy podzielają jego pasję. Swoimi przeżyciami dzieli się z czytelnikami. Czyni to w sposób okraszony humorem, opowiada z emocjami i nie koloryzuje. Dzięki temu jego książka jest ciekawa w odbiorze, nieprzerysowana, autentyczna.
W historyjkach z górskich ścieżek nie widać bufonady, nie widać szpanu, nie widać puszenia się. Nie ma w nich sztucznej dumy, wywyższania się i piania ”jaki to ja nie jestem wspaniały”. Czytając ma się wrażenie, że Piotrowiczowi bardziej zależy na zarażaniu innych swoją pasją niż na budowaniu legendy wokół swojej osoby. Sporą część tekstów autor poświęca nie tylko osobistym przeżyciom, ale i poznanym w górach ludziom. Tym wspinającym się, ale i tym, którzy niosą pomoc, prowadzą schroniska. Piotrowicza fascynują nie tylko te najwyższe szczyty, na które nie prowadzą turystyczne szlaki. On odkrywa i te „pagórki” jak choćby Bieszczady i smakuje każdą z chwil w nich spełnionych. Doskonale umie oddać słowami ten nieporównywalny do niczego klimat, jaki można znaleźć z dala od miejskiej dżungli, na łonie przyrody, pośród kosówki, połonin czy turni. To prawda, że w górach żyje się inaczej, intensywniej, mocniej. Bywają chwile grozy, ale i niebiańskiego zachwytu, który wprowadza zdobywcę szczytu w swoistą ekstazę. Piotrowicz o swoich wypadach pisze niezwykle naturalnie, od serca. W książce nie brak śmiesznych sytuacji, anegdot doprowadzających do napadów śmiechu, ale i intymnych refleksji czy niosących naukę doświadczeń. Góry bywają i piękne i groźne. Nie zawsze dają się w pełni oswoić. Potrafią pokazać pazur i trzeba czuć przed nimi respekt. Jak wynika z prozy Piotrowicza góry są też miejscem, w którym można szybko poznać jeszcze bardziej samego siebie.
„Moje PaGóry” to zapis wspomnień z bardzo wielu wypraw. W zasadzie nie miały one sensu stricte sportowego wymiaru. Ich celem było z pewnością doznanie wyjątkowego klimatu, który jest swoisty tylko dla gór. Z całego tekstu przebija uwielbienie przygód i spędzania czasu bliżej chmur. Piotrowicz darzy góry niesamowitym mistycyzmem, miłością i uwielbieniem. I zgrabnie oddaje cały szereg emocji jakie w nich dopadają: od rozpaczy po ekstazę, od radości po złość, od poczucia się mocnym po bezsilność wobec żywiołów i siły natury.
„Moje PaGóry” to proza inna niż książki Czerwińskiej czy Hajzera. Śmiało można rzec iż autor pisze na większym luzie, bardziej humorystycznie i lekko. Gorąco polecam lekturę tym, którzy kochają smak przygody, lubią wałęsać się po górskich ścieżkach i marzą o przeżyciu czegoś wyjątkowego. Ta lektura może być doskonałą inspiracją do wytyczenia planów urlopowych szlaków będących bliżej chmur.
Książka zrecenzowana dla portalu Lubimy Czytać.

wtorek, 19 lutego 2013

Anna Czerwińska "GórFanka na himalajskiej ścieżce"


Wydawnictwo Annapurna
data wydania grudzień 2012
stron 256
ISBN 978-83-61968-15-3
 
Dama polskiego himalaizmu wspomina
 
Nazwisko Anny Czerwińskiej na stałe zapisało się w kronikach polskiego alpinizmu i himalaizmu. Ona sama jest ikoną, a jej przygoda z górami wysokimi trwa ponad 30 lat. W tym czasie zmierzyła się z wieloma szczytami, odniosła znaczące sukcesy i zdobyła uznanie kolegów po fachu. O swojej pasji i wspinaczkowej karierze ta wspaniała gawędziarka opowiada w serii pięciu książek „GórFanka”. Na księgarskie półki właśnie trafiła ostatnia publikacja tego cyklu, która jest dość wyjątkowa, bo w niej autorka jakby podsumowuje swoje najbardziej spektakularne górskie perypetie.
Książka mnie zaczarowała. Z nią spędziłam sylwestrową noc i za sprawą tejże lektury były to chwile wyjątkowe, które na długo zapadną mi w pamięć. W trakcie czytania wkroczyłam bowiem do świata wyjątkowego, środowiska pasjonatów gór, ludzi odważnych, którzy kochają wspinaczkę, kochają zdobywanie kolejnych metrów i wierzchołków. Ale oprócz sukcesów przeżywają porażki, smutne chwile, gdy ktoś ginie pokonany przez siły natury lub w wyniku błędu. Anna Czerwińska wspaniale opowiada o wyprawach na siedem himalajskich szczytów. Nie zawsze kończyły się one zdobyciem góry. Często trzeba było uznać własną słabość, dominację przyrody, która nie zawsze pozwala człowiekowi poczuć się panem świata. Czerwińska opowiada również o swoich kolegach i koleżankach po fachu, Polakach i obcokrajowcach, którzy towarzyszyli jej na himalajskich ścieżkach. W książce nie brak i wzmianki o Nepalu – tym „starym”, gdy był monarchią i tym „nowym” jaki istnieje po przewrocie.
Opowieść himalaistki jest wspaniała. Szybko przenosi nas do innej krainy, która zaczyna się w Katmandu. Tam rządzą nieco inne prawa, tam człowiek musie znieść często lekcję pokory i przekonać się o własnej słabości. Ale tam, jak wspomniała w jednym z radiowych wywiadów autorka, kształtuje się ludzki charkater, ujawniają się cechy, które gdzie indziej byłyby gdzieś w tłumie innych składników naszej osobowości. Świat gór rodzi bohaterów, kreuje legendy. Jednak ci co po nich chodzą czasem zbyt się puszą. Czerwińska tego nie robi. Pisze o sobie bardzo, ale to bardzo szczerze, nie buduje sztucznego mitu wokół swojej osoby, choć jej dokonania są olbrzymie. I za to, oprócz sukcesów, bardzo ją cenię.
Książka to spora garść wspomnień o chwilach przeżytych z dala od ludzkiej cywilizacji. To piękny, ale i bardzo surowy świat. Niekórzy by w nim nie wytrzymali ani minuty. Bo zimno, bo brak dachu nad głową, bo wieje mocno. Czerwińska kocha góry. Ta miłość bije z każdej strony tejże publikacji. To miłość czasem odwzajemniona, bardzo zaborcza i wymagająca. To często igranie z losem, walka o życie, to droga po bardzo stromej i wąskiej krawędzi. To olbrzymie dawki adrenaliny i zachwytu. To także piękne widoki zapierające dech w piersiach, to budzące grozę lawiny, niebezpieczne lodowe szczeliny. Cudnie i fascynująco pisze autorka o tym, co przeżyła. Nie ukrywa chwil, gdy góry jej nieco obrzydły i miała chwilowo ich dość. Ale po pewnym czasie pasja bierze górę i nastepuje powrót. Po przeczytaniu tej książki jeszcze bardziej chylę czoła przed GórFanką. Przed kobietą upartą i zdeterminowaną. Wspaniałą piewczynią piękna najwyższego masywu na ziemskim globie.
Lektura opowieści o himalajskiech ścieżkach sprawiła, że jeszcze bardziej marzę o podóży do Nepalu. O zobaczeniu na własne oczy cudu natury za jaki uważam Himalaje. Autorkę po tej lekturze uważam za honorową ambasadorkę Nepalu. Kraju jakże innego o Polski. Czerwińska pisze niezwykle szczerze, czasem z nutką humoru, czasem ze szczyptą nostalgii. Jej opowieść ubarwiają prześliczne fotografie z miejsc, w których dane było autorce być. Ich piękno porywa, zachwyca, zaurocza. Dzięki zdjęciom lektura staje się dla osób lubiących góry istną czytelniczą ucztą. Szkoda, bardzo szkoda było rozstawać mi się z tą książką będacą uwieńczeniem wyjątkowej serii. Cóż mi więc pozostaje? Po prostu zaprosić Was wraz z autorką do niesamowitego świata gór, gdzie ponoć Yeti mieszka, gdzie buzia rozdziawia się z zachwytu nad pięknem natury, ale i gdzie śmierć cześciej pojawia się obok nas. Życzę Wam tak wyjątkowych wrażeń w czasie czytania, jakie ja przeżyłam.
Za egzemplarz do recenzji dziękuję portalowi Lubimy Czytać i Wydawnictwu Annapurna.