Pokazywanie postów oznaczonych etykietą własna biblioteczka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą własna biblioteczka. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 28 grudnia 2014

Agnieszka Kaluga "Zorkownia"

Wydawnictwo Znak
data wydania 2014
stron 288
ISBN 978-83-240-2882-5

W hospicjum toczy się życie, ale ono zwykle tam gaśnie

Byliście kiedyś w hospicjum? Tak w odwiedzinach? Ja nie i nie wiem czy miałabym odwagę tam pójść. Szczerze boję się takich miejsc, szpitali, które można nazwać sanktuariami cierpienia. Miałam dość po pobycie w szpitalu na "ciężkim" oddziale. Ze mną wszystko ułożyło się książkowo, ale to na co się napatrzyłam do dziś mam przed oczami, do dziś słyszę i do dziś wywołuje przerażenie. Cierpienie, odchodzenie, nieuleczalna choroba są potworne i straszne. Może to co tu napiszę, ale pozwolę się sobie nieco rozpisać, będzie szokowało, ale... Jeśli myślicie, że jak dopadnie Was ból znajdzie się środek który go zawsze ukoi to się mocno mylicie. Nawet najsilniejsze leki nie do końca działają. Osławiona morfina nie jest cudownym antidotum. Los bywa okrutny i skazuje na potworne cierpienia. Po tym co widziałam w szpitalu i o czym przeczytałam w książce jeszcze bardziej utwierdziłam się w przekonaniu, że są przypadki kiedy człowiek bywa nazywając po prostu męczony. Traktowany gorzej niż zwierzę. Eutanazja powinna być dopuszczona. Mówi się, że zwierzęta mogą się wściec z bólu. Otóż nie. Mogą być agresywne, ale wścieklizna to całkiem inna bajka i choroba. U ludzi też są przypadki, że można z bólu oszaleć. A lekarz nie poda kolejnej dawki leku bo zabije. Trudna, arcytrudna sytuacja. Ok dość moich myśli, choć właśnie takie przemyślenia pojawiły się w mojej głowie po lekturze "Zorkowni"
 
"Zorkownia" to książka wyjątkowa, ale i trudna. Czytałam ją na raty, raczej nie przed snem, aby nie śnić o tym co zapisane słowami. Podziwiam autorkę za jej postawę, za jej zachowanie, za jej charakter. Dla mnie jest bohaterką, podobnie jak ludzie, którzy w hospicjum pracują zawodowo bądź pomagają z dobrego serca. Opisywana książki to dziennik z pracy wolontariuszki, z życia kobiety, która wcześniej musiała poradzić sobie ze śmiercią córki. To ją w pewnym stopniu zahartowało, ale przecież nikt nie uodporni się w 100% na ból, cierpienie, śmierć. Nie da się. Dlatego pobyty w hospicjum kosztują wiele, wyczerpują emocjonalnie. Agnieszka pomaga, a jej działanie jest wspaniałe i bezcenne. Trwa, gdy życie gaśnie, gdy rak wygrywa, gdy nie ma już nadziei, gdy zbliża się koniec. Pomaga, uśmiechem, podaniem herbaty, poprawieniem poduszki, napisaniem listu. Rozmawia z bliskimi i tymi, którzy szykują się w ostatnią podróż. Jest niczym anioł, który nie ma skrzydeł, ale ma dobre serce. Wnosi promyk dobra w mrok cierpienia. 
"Zorkownia" to nie jest książka dla każdego. Mnie, która już sporo w życiu widziała, która utraciła kochaną Istotę przez raka trzustki było trudno ją czytać. Płakałam, płynęły łzy, łkałam bezgłośnie, wyłam w duchu. Odkładałam książkę by do niej wrócić. Targały mną emocje,żal, rozpacz, ale i bunt. Usta krzyczały pytanie "Dlaczego?" Nie potrafię ocenić tej książki słowami, bo to moim zdaniem niezwykle trudne. A może nawet dla mnie niemożliwe?! Tę książkę pisze w sporym stopniu życie, okrutny los. Nie zgodzę się ze słowami modlitwy " od nagłej, a niespodziewanej śmierci chroń nas Panie". Nie, bowiem ta śmierć to cud. Od cierpienia chroń nas Boże, od raka, od utraty świadomości z bólu. Od chemioterapii, od nowotworów wszelakich, od diagnoz, że już nic się nie da zrobić. Amen.
P.S. Wybaczcie styl, język, błędy wszelakie tej recenzji. Nie potrafię jej napisać inaczej. 

poniedziałek, 19 maja 2014

Anna Czerwińska" GórFanka na szczytach Himalajów"


Wydawnictwo Annapurna
data wydania 2009
stron 208
ISBN 978-/83-61968-02-3

Himalajskie życie Pani Anny

Od jakiegoś czasu, mniej więcej od kilku lat pokochałam czytanie książek o górach. Z przyjemnością sięgam po relacje ze zdobywania szczytów zwłaszcza polskich autorów. Czytam i dzięki lekturze przenoszę się tam, gdzie nie docierają zwykli śmiertelnicy. Tam, gdzie docierają tylko nieliczni, najodważniejsi, twardzi psychicznie i fizycznie miłośnicy "łojenia" gór. 
Do tego ekskluzywnego grona z pewnością należy Pani Anna Czerwińska, która od ponad trzydziestu lat należy do elity światowego himalaizmu. Dla gór poświęciła wiele. One odpłaciły jej się też dość hojnie. Anna Czerwińska zdobyła sześć z czternastu szczytów ośmiotysięcznych i ma w swoim dorobku Koronę Ziemi. Swoje wrażenia spisała w wielu książkach. Niejako podsumowaniem kariery wspinaczkowej jest seria wydana przez Wydawnictwo Annapurna "GórFanka". To pięć książek, które są nie lada gratką dla miłośników literatury wysokogórskiej. Opisywany przeze mnie tom jest drugi w kolejności. W nim zawarte są wspomnienia ze zdobywania trzech himalajskich olbrzymów Mount Everestu, Lhotse i Makalu. Ten pierwszy był konieczny do "włożenia" Korony Ziemi. Tę publikację Autorka dedykuje swoim górskim Partnerom. Lektura jest to rozmowa, wywiad rzeka Anny Czerwińskiej z Romanem Gołędowskim . Publikacja to nie tylko słowa, ale i wspaniałe zdjęcia przybliżające górskie zmagania w Himalajach. 
 
Oczywiście niezwykle przyjemnie czytało mi się wspaniałą relację z gór najwyższych. Ale coś mnie w tej książce wyjątkowo urzekło. Coś powaliło na kolana. Za to należą się Pani Ani równie wielkie brawa jak za górskie wyczyny.Co mam na myśli? Skromność i pokorę wobec wspinania. Ikona polskiego himalaizmu nie pisze tej książki by się chwalić, by czekać na pochwały za to, co w górach osiągnęła. Zabiera czytelnika w inny, jakże piękny ale i groźny świat. W niedostępne miejsca, w strefę śmierci. Przybliża te himalajskie realia. Ich czar, piękno, ale i grozę. Wspomina, a tym wspomnieniom towarzyszą refleksje, zastanowienie na tym, co w górach istotne. Nie brak zachwytu pięknem krajobrazu, ale i nie brak opowieści pełnych grozy, dramatycznych wręcz podbramkowych sytuacji, które na znacznych wysokościach się zdarzają. Szczególnie zaintrygowały mnie słowa dotyczące pomocy w górach, ratowania innych. Z pewnością miało to miejsce w związku z wyprawą na Broad Peak w 2013 roku. Padają słowa: "Bo tak naprawdę rzadko który biały człowiek byłby w stanie zerwać się do akcji ratunkowej na grani szczytowej. Przychodzi tam, mając za cel wejście na szczyt, a potem z trudem schodzi. Szerpowie natomiast mają taki power, że nawet jeśli byli na szczycie, to tego samego dnia wieczorem mogą jeszcze pójść i ściągnąć kogoś ratując życie. Są pod tym względem niesamowici." (str. 38)  Tymi słowami Autorka podkreśla jak niesamowite możliwości mają ludzie, którzy urodzili się na znacznych wysokościach i mają tzw. pamięć do aklimatyzacji. To w górach coś niezwykle cennego. 
Książka podobała mi się niezmiernie. Nie mogłam się od niej oderwać. Relację z biwaku bez namiotu na Makalu czytałam mając gęsią skórę. Jaka dzielna z Pani Anny kobieta! A jak skromna, jaka szczera. 
Tę książkę jak i i cały cykl tej Himalaistki z całego serca fanom gór polecam.