środa, 20 marca 2013

Margaret Dilloway "Sztuka uprawiania róż z kolcami"


 

Wydawnictwo M
data wydania 2013
stron 440
ISBN 978-83-7595-532-3
 
Prawdziwa róża musi mieć kolce!
 
Lubię czytać powieści obyczajowe. Zagadkowy tytuł, oryginalna okładka i opis skłoniły mnie do sięgnięcia po powieść Magaret Dilloway. Książka ta wywołała u mnie sporą dawkę emocji i bardzo mnie wciągnęła. Właściwie nie jest to lektura z dynamiczną akcją, z wątkiem sensacyjnym czy sporą ilością wydarzeń a jednak ..... !  nie mogłam się od niej oderwać. Ciekawość jak potoczą się losy głównej bohaterki sprawiła, że ową powieść dosłownie połknęłam i okazała się ona bardzo przyjemną lekturą.
Główna bohaterka to osoba z pewnością nietuzinkowa. Jej życie nie jest łatwe. Od dziecka cierpi bowiem na poważne schorzenie układu moczowego. Wskutek niewłaściwej diagnozy lekarskiej jej życie jest bardzo ciężkie. Dwukrotny przeczep nerek nie dał spodziewanych efektów. Gal jest dializowana i czeka na kolejną nerkę. Mimo kłopotów zdrowotnych kobieta stara się żyć pełną parą i eliminować wszelkie ograniczenia jak tylko się da. Co drugi dzień musi jeździć na dializy, stosować bardzo drastyczną dietę, ograniczać spożywanie płynów. Mimo to pracuje jako nauczycielka w katolickiej szkole, gdzie uczy biologii i hoduje róże. Podkreślę hoduje a nie uprawia. W szklarni i w swoim ogrodzie krzyżuje różne odmiany królewskich kwiatów marząc o wyhodowaniu wspaniałej odmiany, która miałaby przynieść jej sławę i satysfakcję. Gal jest dzielna. Żyje swoją pasją, jeździ na wystawy kwiatowe i konkursy. W pracy jest bardzo skrupulatna i dokładna. Wymagająca wobec uczniów, ale dająca z siebie wszystko, by młodzi ludzie poznali tajniki biologii. Nagle w jej życiu zachodzi spora zmiana. Jej siostra wyjeżdża do pracy w Azji. Córkę, którą samotnie wychowuje podrzuca Gal. W domu samotnej kobiety pewnego dnia pojawia się nastolatka....... Od tej pory wszystko się zmienia. A to wcale nie łatwo zostać nagle opiekunem dziewczynki w wieku lat nastu. Tym bardziej, jak się nie ma własnych pociech i wiedzie się życie samotnika.
 
Książka spodobała mi się od samego początku. To powieść mądra, ciepła opowiadająca o miłości, poświęceniu, zmaganiu z poważną chorobą. Gal może nie jest idealna, ale podziwiałam ją za to jak dzielnie zmagała się z kłopotami zdrowotnymi. Polubiłam ją również za to, że w jej życiu ważna była pasja. Przy hodowli róż nasza bohaterka zapominała o trudnej codzienności. Praca w szklarni i ogrodzie sprawiała jej sporą satysfakcję i dodawała sił w zmaganiu się z niełatwą codziennością. Aż tu nagle Gal musi odnaleźć się jako opiekunka nastolatki. Spore wyzwanie, niełatwe i wymagające nie lada zaparcia, cierpliwości i przestawienia się na inne tory. Obie z Riley spragnione ciepła i miłości, zrozumienia i zaufania czują się stremowane i zagubione. Przed nimi trudna droga.
 
Powieść Dilloway to książka o wyzwaniach i radzeniu sobie z nową rzeczywistością. To lektura o przekraczaniu barier i uczeniu się nowych ról. To książka niosąca nadzieję i przesłanie. Osobiście autorka wspaniale uświadomiła mi wartość zwyczajnej codzienności, każdej chwili danej nam od losu. Życie można naprawdę pięknie przeżyć i spełniać swoje marzenia mimo przeciwności losu. Zawsze coś będzie nam stało na drodze, zawsze pojawią się jakieś przeszkody, ale warto jej pokonywać i cieszyć się z nawet tych najdrobniejszych sukcesów. Tę książkę właściwie mogę polecić każdemu bez względu na płeć i wiek. Szczególnie doradzam ją maruderem i malkontentom wiecznie na coś narzekającym. Kochani, a może nie warto szukać perfekcji tylko odkrywać szarą rzeczywistość?
"Szuka uprawiana róż z kolcami" to powieść bardzo realistyczna z mądrym przesłaniem. To lektura "hartująca" i niosąca pozytywne emocje. Przeczytajcie ją, bo naprawdę warto poznać jej główną bohaterkę.
Za egzemplarz do recenzji dziękuję uprzejmie Wydawnictwu M.
 

wtorek, 19 marca 2013

Małgorzata Łukowiak "Projekt matka"


Wydawnictwo Świat Książki
data wydania  2013
stron 384
ISBN 9788327302915
 
 
Z życia Wielomamy
 
Macierzyństwo zawsze było, jest i będzie dla kobiet wielkim wyzwaniem. I nie jest ważne gdzie owe mamy mieszkają, jaki mają kolor skóry, jakim językiem mówią. Gdy kobieta staje się rodzicielką coś traci, a coś zyskuje. Pewna era w jej życiu mija bezpowrotnie. Kończy się czas „ja” a zaczyna czas „ono”. Dziecko staje się początkiem, który nie ma końca. Nie jest łatwo być super mamą. Tu dużo może pomóc swojej obywatelce państwo, które może roztoczyć nad młodą mamą ochronny parasol, zastosować pewne elementy ochrony prawnej i odpowiedni socjal. Ale czasem przepisy to tylko fikcja. Tak jak w Polsce. Polityka prorodzinna jest farsą, a bycie mamą na 100% wymaga nieustannego balansu na linie, na ostrej krawędzi, życia w pośpiechu, w biegu bez końca.
Czy łatwo być matką w Polsce? Raczej nie. Sąsiadki choćby z krajów Skandynawii mają o wiele lepiej. Zatem jak naprawdę wyglada tak od podszewki życie polskiej mamy? Okazję jego podejrzenia mamy w książce „Projekt Matka”. Jej autorką jest kobieta inteligentna, ambitna i wrażliwa. Swoje refleksje związane z macierzyństwem zaczęła w 2002 roku zapisywać na blogu, w 2009 tenże blog otrzymał nagrodę w katergorii „Blogi literackie” w konkursie Blog Roku. Zapiski doceniło jury w skład którego wchodziła m.in. Sylwia Chutnik. W 2013 roku ukazała się książka. Uwaga nie jest to powieść, nie jest to słodkie wspomnienie z pojawiania się dzieci. Ta książka bliska jest formie reportażu i pokazuje macierzyństwo od podszewki. Dokładnie takie jakie jest w rzeczywistości, a nie w słodkim świecie reklam. Tu bobaski nie są urocze, non stop radosne i mega grzeczne. Tu dzieci są po prostu dziećmi. A matka jest zwyczajnym człowiekiem, który ma chwile słabości, rozterek, zmartwień i kłopotów. Bywa zmęczona, zestresowana, zabiegana.
Początek to „nie” dla ciąży, to „nie” dla dziecka. Narratorka zmienia zdanie w miejscu osobliwym – na górskim szczycie. I ta decyzja podjęta nieśmiało i z pewnością nie do końca świadomie (cóż pewnych rzeczy przewidzieć się nie da) rozpoczyna zmiany. Szalone zmiany. Najpierw jest myśl, potem jej realizacja, starania o dziecko, bunt hormonów, pomoc farmakologii, by wreszcie na teście ciążowym ujrzeć wynik pozytywny – magiczne dwie kreski. A potem na świat przychodzi synek, który wywołuje w życiu swoich rodziców prawdziwą rewolucję.
Narratorka zostaje mamą trzykrotnie, nie rezygnując z pracy zawodowej. Rozrywa siebie na pół, by sprostać nawałowi obowiązków. I pisze, szczerze o tym pisze. Nie przebiera w słowach, wyrzuca na papier co ją boli, co doprowadza do wściekłości, co cieszy. Powstaje proza bardzo intymna, kontrowersyjna, ale z życia wzięta. I tu wypada wtrącić o stylu, który nie jest łatwy i prosty w odbiorze, ale bardzo zagmatwany, pełen refleksji, przemyśleń, porównań. Dla niektórych może się okazać zbyt trudny i mogą go niektórzy czytelnicy określić mianem bełkotu, chaotycznego tygla słów właściwego prozie np. Pilcha. Osobiście przez tę lekturę przebrnęłam. Były momenty, że pochłaniała mnie całkowicie i nie mogłam się od książki oderwać, ale i były chwile, kiedy odkładałam ją może nawet nieco zniesmaczona i przytłoczona nawałem myśli, zdarzeń.
Niemniej jednak autorka zasługuje na uznanie. Za szczerość do bólu, bo uważam, że książka jest jej pełna, za odwagę pokazania prawdziwej twarzy pracującej mamy, która nie zawsze bywa doskonała. Macierzyństwo w wykonaniu Łukowiak to coś na kształt biegu z przeszkodami, którego dystans bywa bliżej nieokreślony i mety nie widać. A pod górkę i to stromo często bywa. Macierzyństwo zmienia kobietę. Zabiera jej wiele, ale uczy perfekcyjnej organizacji, planowania, logistyki. Czy daje coś w zamian trudu? Oczywiście. Tylko czasem trudno to zobaczyć, docenić. Macierzyństwo ma słodko-gorzki smak. Bywa przesolone i słodkie zarazem. Ale daje chwile bezcenne. Książka Łukowiak zasługuje na polecenie przyszłym mamom, ale nie tylko. Niech sięgną po nią także i panowie. Niech spojrzą na obowiązki wychowawcze oczami kobiety. Z pewnością to pomoże im zrozumieć matki, żony, partnerki.
„Projekt matka” to książka odważna, może szokująca dla mam ze starszych pokoleń, które państwo wypychało na pełnopłatne urlopy macierzyńskie. To książka pokazująca oblicze współczesnego XXI-wiecznego macierzyństwa, to pewnego rodzaju dokument naszych czasów. Lektura wymagająca, ale bardzo ciekawa.
Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Świat Książki i portalowi Lubimy Czytać.

poniedziałek, 18 marca 2013

Stosik recenzyjno-biblioteczny

Pierwsze zdjęcia na bloga moim smartfonem - wybaczcie tę myszkę na jego przodzie. A w stosiku książki z biblioteki i te recenzyjne. Zatem od góry:

Małgorzata Maj "Weronika zmienia zdanie" od Zysku
Wojciech Lewandowski "Przez pustynie na ośnieżone szczyty..." od Muzy
Bolesław Uryn "W świecie jurt i szamanów" j.w
a z biblioteki:
 Gayle Tzemach Lemmon "Kobiety z Kablu"
Gayle Forman "Jeśli zostanę"
R. Messner "Annapurna" - bakcyl górski "żyje "
Michał Jagiełło "Wołanie w górach" j.w
Czy coś ciekawi Was z powyższej książkowej górki??? Osobiście mam nadzieję, że zacznę ten stosik w zimowej aurze a skończę czytać w słoneczku na ławce.

piątek, 15 marca 2013

George Weigel "Kres i początek"


Wydawnictwo Znak
data wydania 2012
stron 592
ISBN 978-83-240-1820-8
 
Wielki pontyfikat
 
Na jego pogrzeb przybyły rzesze ludzi, rzec można olbrzymie tłumy, które wyruszyły do Rzymu z całego świata, by oddać ostatni już hołd papieżowi. Jego pontyfikat trwał wyjątkowo długo. Ponad ćwierć wieku. Ale był niezwykły nie tylko pod względem długości. Karol Wojtyła pewnego październikowego dnia decyzją konklawe został nominowany na następcę świętego Piotra. Na jego barki złożono tak wiele. A on, przybysz jak sam siebie określił „z dalekiego kraju”, zza żelaznej kurtyny od pierwszego wystąpienia w Watykanie podbił serca wielu. Pokochały go miliony, nie tylko katolicy. Umiał zaskarbić sobie sympatię tym, że był wspaniałym humanistą, dobrym człowiekiem, wrażliwym bratem, który pomocną dłoń wyciągał do każdego. Szanował wszystkich – bez względu na kolor skóry, religię i pochodzenie. On po prostu w każdym człowieku widział Boga i realizował przykazanie miłości, by kochać bliźniego jak siebie samego. Nic więc dziwnego, że po jego śmierci płakał cały świat. Zostały po nim pisma, encykliki, adhortacje, kazania, nauczanie, homilie… zostały słowa, które stały się jego testamentem dla ludzi, jego przesłaniem i wskazówką, jak żyć.
O Janie Pawle II napisano bardzo wiele książek. Jego biografie trafiły na póki księgarni jeszcze za jego życia. Jedną z nich była książka Świadek nadziei autorstwa George'a Weigela. Bardzo szybko osiągnęła ona status bestsellera. I nic dziwnego, bo jest wyjątkowa. Dokładna i napisana z wielką starannością. Jej autor obiecał samemu Karolowi Wojtyle, że po jego śmierci dzieło dokończy. Weigel słowa dotrzymał. Powstała kolejna książka o Wielkim Pontyfikacie. „Kres i początek” doczekał się i polskiego wydania.
Czym jest ta publikacja? Opisem końcowych lat pontyfikatu Jana Pawła II oraz jego podsumowaniem. O samej lekturze można pisać wiele. Jest ona bardzo obszerna, pięknie wydana i doskonale napisana, choć łatwa w odbiorze nie bywa. Próżno szukać w niej sensacji czy plotek z papieskiego życia. Autor przedstawia papieża jako można rzec osobę służbową. Jako polityka i rządzącego Kościołem i Watykanem przywódcę. Lektura dzieli się na cztery części. Pierwsza z nich obejmuje lata 1945-1989, a więc czas nie tylko posługi papieskiej, ale i kapłańskiej. Dla ciekawych dlaczego taki przedział czasowy wybrał autor odpowiem od razu – bo cały ten czas noszenia sutanny przyczynił się do wielkiego przewrotu jakim był upadek komunizmu, a faktem bezspornym jest, że Jan Paweł II miał w nim swój udział. Na jego papieskie decyzje wpływały doświadczenia z Polski. Druga część książki jest poświęcona wprowadzeniu Kościoła w trzecie tysiąclecie i dotyczy przygotowań oraz obchodów Wielkiego Jubileuszu. Trzecia część to ostatnie lata na Karola Wojtyły oraz śmierć. To opowieść o latach bólu, cierpienia, zmagania się z chorobą i niedoskonałością ciała. Autor wspomina ostatnie dni Jana Pawła II i jego odejście – czas, który okazał się wielkimi rekolekcjami dla świata, choć prowadzący je nie miał głosu, nie mówił. W ostatnim czasie swych dni nauczał gestami, przyjmowaniem cierpienia, tuleniem krzyża. Koniec książki to podsumowanie. Podsumowanie wielu dni na watykańskim tronie, podsumowanie nauczania, wizyt, gestów, decyzji i próba oceny pontyfikatu. „Santo subito” wołał tłum. Czy miał rację? Weigel podziwia Wojtyłę, jest jego zwolennikiem, ale i ma odwagę podkreślić pewne niedoskonałości owego pontyfikatu od razu szukając przyczyn tych słabości. Dzięki tej książce zrozumiałam jak bardzo trudno stać na czele wielomilionowej grupy, kierować małym państwem jakim jest Watykan, ale z największą liczbą „obywateli” jaką szczyci się wśród państw Kościół katolicki. Trudno być namiestnikiem Piotra, trudno podołać olbrzymiemu ciężarowi obowiązków, spotkań, pracy duszpasterskiej. I mimo niedoskonałości uważam, że Jan Paweł II radził sobie znakomicie.
Czy ja tę książkę czytałam? Raczej nie – ja ją studiowałam, dzięki niej wspominałam, wracałam do lat młodości i dzieciństwa. Uważam, że jako członek pokolenia JPII miałam spore szczęście żyć w czasie pontyfikatu tak wyjątkowego papieża, dobrego człowieka, który jest mi bliski jak ojciec, dziadek. Lektura „Kresu i początku” mocno mnie wzruszyła, przypomniała to, co działo się na moich oczach, a co komentowało wielu. Długo pewnie jeszcze nie będą milkły echa papiestwa Karola Wojtyły. Jego beatyfikacja, a myślę, że i wkrótce kanonizacja nie pozwoli ludziom zapomnieć o wojtyłowym dziedzictwie. Legenda papieża z Wadowic będzie wiecznie żywa. Weigel wielokrotnie chyli czoło przed Janem Pawełem II. Ale i również pisze o nim bez jakiejś nabożności czy egzaltacji. Chwali jego inteligencję, zdolności dyplomatyczne. Przypomina co martwiło ojca świętego, czym podlegli mu kapłani sprawiali rozczarowanie i zawód.
Z kart tej książki wyłania się postać wyjątkowa, którą ja ogromnie cenię. Jeśli chcecie przeżyć ten pontyfikat jeszcze raz, jeśli bardziej chcecie poznać najwybitniejszego Polaka XX wieku lektura „Kresu i początku” okaże się niezastąpiona. Serdecznie do niej zachęcam. To wyjątkowe godziny z książką w ręce.
Za egzemplarz do recenzji dziękuję portalowi Lubimy Czytać i Wydawnictwu Znak.

poniedziałek, 11 marca 2013

Katarzyna Błeszyńska "Miłosne konstelacje"


Wydawnictwo Bellona
data wydania 2012
stron 320
ISBN 978-83-111-2473-8
 
Gdy miłość bywa niczym trucizna
 
Wydanie drugiej powieści Katarzyny Błeszyńskiej poprzedziło pojawienie się w sieci filmowego zwiastuna. Krótki film oczarował mnie i bardzo skutecznie zachęcił do przeczytania „Miłosnych konstelacji”. Jeśli zadacie pytanie dlaczego, to odpowiem krótko: Bo to historia o miłości, ale bardzo nietuzikowa, nieszablonowa, choć wcale niestworzona tylko na potrzeby książki. To, co spotkało główną bohaterkę zdarza się nie tylko w wyobraźni autorki, ale i w prawdziwym życiu.
Miłość to pięknie uczucie, dodaje sił, sprawia, że świat jest piękny i chce się żyć. Ale może się zdarzyć, że tak wspaniałe uczucie zmieni się w koszmar, a miłość stanie się trucizną. Bo jedna ze stron zawini, bo ktoś nie potrafi być wierny.
Ona ma na imię Maria, ale woli, gdy mówią do niej Majka. W wieku 14 lat traci matkę. Jej wychowaniem zajmuje się ojciec, który pracuje jako prawnik. Majka idzie w jego ślady. Po zdaniu matury podejmuje studia prawnicze. Uczy się doskonale, jest zdolna i pracowita. Jej życie uczuciowe jest bardzo spokojne. Owszem spotyka się z mężczyznami, ale do żadnego z nich jej serce nie zabiło jeszcze szaleńczym rytmem miłości. To zmienia się w momencie, gdy ma oddać za koleżankę notatki z wykładu. Ich właścicielem okazuje się pewnien bardzo przystojny i czarujący kolega z roku, który już wcześniej zwrócił uwagę Marii. Mariusz też nie jest objętny na względy uroczej koleżanki. Wybucha romans – żarliwy i namiętny. Oboje tracą dla siebie głowę. Nie widzą świata poza sobą. Żyją od spotkania do spotkania. Łączy ich seks, romantyczne spacery, rozmowy. Wydawałoby się związek idealny. Taki, który z pewnością zawiedzie tę parę przed ołtarz. A potem oboje zrobią wymarzone kariery, doczekają się dzieci, spełnią finansowe marzenia i będą żyli długo i szczęśliwie. Pewnie by tak było, gdyby nie to, że Mariusz nie potrafi być wierny. Nie potrafi być tylko z jedną kobietą. On miewał i miewa „seksualne przyjaciółki” z którymi łączy go niby tylko przelotny seks, nic nieznaczący niczym zjedzenie lunchu.
„Miłosne konstelacje” to porywająca opowieść o miłości rozgrywająca się w współcześnie, gdy Polska wyzwoliła się spod brzemienia komunizmu. Główni bohaterowie rodzą się jeszcze w czasach PRL-u, ale w dorosłe życie wkraczają już w kapitalistycznej rzeczywistości. Mają zdecydowanie inne warunki rozwoju zawodowego niż ich rodzice. Oni nie muszą brać udział w walce z socjalizmem, nie parają się roznoszeniem bibuły czy studenckimi strajkami. Oni muszą walczyć tylko o własne kariery, o zdobycie intratnej posady w dobrej kancelarii, o dostanie się na wymarzoną aplikację. Młodość jednak bez względu na panujący system ma swoje prawa. To czas, gdy nagle serce zaczyna mocno bić. Maria jest przekonana, że Mariusz to ten jedyny, wymarzony i wyśniony. Jej książkę z bajki, u boku którego spędzi życie, doczeka starości. Cóż, jednak ukochany pokazuje swoje prawdziwe oblicze. Wierność to dla niego abstrakcja. Owszem kocha Marię, ale chyba bardziej kocha siebie. Jest uzależniony od seksu, tak jak narkoman od kolejnej działki. Musi wciąż sięgać po nowe kobiety. Po co? No właśnie to, jako kobietę, w trakcie lektury nurtowało mnie najbardziej. Przecież z Majką tworzyli udany związek, łączył ich fascynujący seks. Więc po co? Na to pytanie nie znalazłam odpowiedzi, ale bardzo współczułam głównej bohaterce, która przeżyła olbrzymi zawód. Czy tak musi być? Czy facet prędzej czy później musi zdradzić? Czy to spotyka każdą parę – tylko jedne wcześniej, a inne później? Powieść skłoniła mnie do myślenia nad sensem i możliwością istnienia uczucia idealnego, wierności, wybaczenia. Warto, naprawdę warto przeczytać „Miłosne konstelacje”, zagłębić się w losy Marii i Mariusza, sprawdzić, czy ich miłość przetrwała różne próby, czy raczej pozostała w sferze wspomnień z młodości. Książkę polecam nie tylko paniom. A jeśli moja recenzja Was jeszcze nie do końca przekonała do lektury zachęcam do obejrzenia trailera.
Za egzemplarz do recenzji dziękuję portalowi Lubimy Czytać i Wydawnictwu Bellona.

sobota, 9 marca 2013

Katarzyna Enerlich "Prowincja pełna smaków"


Wydawnictwo MG
data wydania marzec 2013
stron 256
ISBN 978-83-7779-123-3
 
Prowincja pachnąca smakołykami
czyli gotowa recepta na szczęście
 
Stało się! Po ponad roku na księgarskie półki trafiła kolejna książka z cyklu o polskiej prowincji autorstwa Katarzyny Enerlich, której główną bohaterką jest Ludmiła. Powieść zachwyciła mnie i oczarowała na ile tylko może zrobić to książka. Jej przeczytanie dostarczyło mi pięknych chwil. Zachwycił mnie klimat, mądre myśli, których ta lektura jest wręcz pełna.
 
Ludmiła wiele w życiu przeszła. Dobiega do czterdziestki, wieku, którego niektóre kobiety się panicznie boją. Ale nasza bohaterka nie! I słusznie, bo przecież czterdziestka to nie wyrok, a wspaniały czas. Ludmiła jak pewnie zauważą czytelnicy wszystkich czterech powieści w tym cyklu zmieniła się: dojrzała, przeżyła kilka zawirowań i zmian w życiu. Teraz stała się dojrzałą i mądrą tak życiowo kobietą, która jest pewna siebie, nieco wyciszona, ale wspaniale potrafi cieszyć się życiem. Życiem takim zwyczajnym, codziennym w którym jest czas na obowiązki, pracę, ale i spełnianie marzeń. Córeczka Zosia jest już przedszkolakiem. Ludmiła dzieli czas między pracę (pisanie artykułów do gazet) i pasję - uprawę ogrodu oraz gotowanie. W jej życiu następuje stabilizacja uczuciowa. Ludmiła wie, czego chce. Ceni są związek z Wojtkiem, dobre relacje z byłym mężem i chce spełnić marzenie jakim jest wydanie książki. Pisze powieść, która pochłania ją.
 
Akcja książki rozgrywa się na mazurskiej prowincji. Jakże uroczej i pełnej cudownych miejsc. Pachnącej lasem, jeziorem, grzybami. Tu czas płynie inaczej - rytm przyrody dyktuje życie mieszkańców bardziej niż w gwarnym mieście. Ludmiła jest szczęśliwa. Kocha swój dom, realizuje się jako pani domu, matka, kucharka, pisze. Zachwyca się naturą, cieszy ją ogród, sadzenie warzyw, gotowanie posiłków. W jej wykonaniu gotowanie staje się sztuką. Pani Kasia doskonale uchwyciła piękno zwyczajnego życia. To święta prawda, że do szczęścia wcale nie potrzeba góry pieniędzy, wypasionego samochodu i luksusowego domu. Codzienność składająca się z prostych spraw może być niezwykle ekscytująca. Nie trzeba być wziętą aktorką, sławną modelką czy piosenkarką być czuć się spełnioną i szczęśliwą. Skrzydeł może dodać realizacja swoich pasji, ćwiczenie jogi, spacer po deszczu. Sukcesem może okazać się ugotowanie pysznej kolacji, udane grzybobranie. Ludmiła to bohaterka z którą jestem w stanie utożsamić się w 100% - jakże łatwo było mi ją zrozumieć. Mamy identyczną osobowość i charakter. Obie lubimy gotować. Mam podobną jak ona życiową filozofię i czułam się tak jakbym czytała książkę jakby o sobie. O swoim życiu i marzeniach. Po lekturze tej powieści mam jeszcze większą ochotę porzucić moje nieduże, ale jednak miasto i osiąść na wsi. To marzenia, ale wierzę, że może kiedyś się spełnią.
Czytając wielokrotnie sięgałam po ołówek i zaznaczałam w tekście mądre myśli. Wspaniałe cytaty pełne takiej zwyczajnej, ale jakże cennej życiowej mądrości, której wielu ludziom dziś brakuje. Zabił ją pewnie nadmiar środków materialnych, chęć posiadania ogromu dóbr. A przecież prostota bywa taka piękna, taka wspaniała.
"Prowincja pełna smaków" to powieść o niezwykłej kobiecie, zwyczajnej wsi i smakowitej kuchni. W tekście znajdziecie wplecione przepisy kulinarne na dania bardzo ciekawe, złożone z darów natury, które można przygotować we własnej kuchni i cieszyć się nimi niczym malarz namalowanym obrazem. Tak, tak gotowanie może być niesamowitą przygodą. Gorąco naprawdę gorąco polecam Wam najnowszą powieść Katarzyny Enerlich, jak i cały cykl w skład którego ona wchodzi. Dla mnie cykl wspaniały, który stoi u mnie na półce z przymiotnikiem ulubione. Rewelacyjna lektura, mądra książka - Pani Kasiu dziękuję z całego serca za tak wspaniałe chwile.
Za egzemplarz do recenzji dziękuję ślicznie Wydawnictwu MG.
 

piątek, 8 marca 2013

Stosik - czyli to co kocham



W stosiku na zdjęciu książki w papierze
Lucyna Olejniczak"Opiekunka" od Wydawcy Pana Andrzeja Gumulaka - recenzja już na blogu
Małgorzata Karlińska "Sześć strun" od Novae Res
Joanna Opiat-Bojarska "Klub Wrednych Matek" od Lubimy Czytać
Jacek Getner "Pan Przypadek i Trzynastka" od Autora
Katarzyna Enerlich "Prowincja pełna smaków" od MG - przeczytana, rewelacyjna, recenzja na godzinach.
Dodane okładki to trzy książki od Wydawnictwa Prószyński w formie ebook - wszystkie już zrecenzowane - recenzje na blogu.
Za wszystkie książki serdecznie dziękuję.

czwartek, 7 marca 2013

Monika B. Janowska "Zawracanie głowy"


Wydawnictwo Zysk i S-ka
data wydania luty 2012
stron 424
ISBN 978-83-7785-122-7
 
Przy pocztowym okienku.....
 
Przy pocztowym okienku wiele się dzieje. Praca asystentki wcale nie jest nuda. Obfituje w przeróżne sytuacje i zabawne i wnerwiające do bólu, a doświadcza tego na własnej skórze główna bohaterka książki "Zawracanie głowy". Ada ma za sobą już ładnych parę lat pocztowej pracy. Po skończeniu technikum budowlanego jakoś tak się w niej zadomowiła i trochę z lenistwa nie poszła na studia. Nasza bohaterka mieszka w jednym z legnickich bloków wraz z pokoleniem dziadków i rodzicami. Ma wprawdzie chłopaka-informatyka, ale ów Andrzej to nie facet idealny. Zajęty pracą i nie tylko rzadko ma czas na Ady, która nie czuje się szczęśliwa w swoim związku. Niby kocha, ale ...... gdy pojawia się pewien przystojniak przy pocztowym okienku to ........
 
Nie chcę Wam więcej zdradzić z treści książki niezwykle pogodnej i tryskającej niczym fontanna olbrzymią dawką humoru. Powieść Janowskiej można śmiało określić jako doskonałe babskie czytadło, przy którym można za sprawą niezwykle wesołych dialogów i pokręconych sytuacji boki zrywać ze śmiechu. Ada to kobieta romantyczna, roztrzepana, czasem naiwna. Uwielbia sery pleśniowe i wina. Trochę zadrości koleżance Karolinie wspaniałego męża. Lubi górskie wędrówki, a nie przepada za galeriami handlowymi. Jej życie pełne jest niespodzianek. Pojawia się w nim wiele ciekawych sytuacji, z którymi nie zawsze Ada potrafi sobie poradzić. Ale od czego są przyjaciółki! Sympatyczne grono koleżanek bywa niezastąpione. W ponad trzydziestoletnim życiu Ady mają miejsce przeróżne zawirowania, na światło dzienne wychodzą rodzinne tajemnice, które drzemały jeszcze od czasów wojny. Ady nie sposób nie polubić. Bo to sympatyczna kobieta, bliska w pewnym stopniu każdej czytelniczce. Zakręcona i zwariowana z burzą rudych loków i romantyczną duszą.
Książka zrobiła na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Rozbawiła, rozśmieszyła. I gdzieś między wierszami przyniosła przesłanie, że może czasem lepiej popatrzyć na życie z dystansem, z luzikiem, dać pobiec sprawom własną drogę, poluzować niż przejmować się błahostkami i tracić nerwy. Zakończenie książki jest bardzo ciekawe, sporo się na końcowych stronach dzieje, co powoduje czytelniczą ciekawość i smak czytania do ostatniej linijki.
"Zawracanie głowy" to dobrze napisana powieść obyczajowa z nutką semsacji i sporą dozą romantyzmu. To książka o miłości, babskiej przyjaźni, rodzinnych sekretach. Idealna lektura na smutny dzień dla pań w każdym wieku. Polecam.
Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka.

wtorek, 5 marca 2013

Ka Hancock "Tańcząc na rozbitym szkle"


Wydawnictwo Prószyński i S-ka
data wydania luty 2013
stron 608
ISBN 978-83-7839-446-4
 
Historia, której na pewno nie zapomnę
 
Mija już trzy dni od kiedy skończyłam czytać powieść Hancock, a ja wciąż jestem myślami w tej książce. Dalej myślę o jej bohaterach, dalej żyję tą historią. I cóż, o ile znam siebie to tej lektury nie zapomnę bardzo długo. Na wiele dni wryje się ona w moją pamięć. A co jest przyczyną takiego stanu rzeczy? Fakt, że to naprawdę wyjątkowa historia, piękna, wzruszająca opowieść z przesłaniem. I warto dodać jeszcze jedno, że to bardzo, bardzo smutna opowieść. A o czym opowiada w swojej debiutanckiej książce autorka?
"Tańcząc na rozbitym szkle" to powieść o pewnej parze, którą połączyło prawdziwe uczucie. Spotkali się i pobrali. Jeśli ktoś znajduje swoją drugą połówkę to wydaje się, że los daje mu tak wiele. Ale pamiętajmy, że czasem może też tego kogoś zabrać, a strata bywa okropnym ciosem. Ktoś może powiedzieć, że ludzie tacy jak główni bohaterowie tej książki nie powinni się zakochiwać, żenić czy wychodzić za mąż. Poważna dziedziczna choroba powinna ich dyskwalifikować w roli małżonka. Oni jednak pokochali się na tyle, że postanowili przysiąc sobie miłość po grobową deskę mimo wszystko. Lucy posiada genetyczne obciążenie po matce, która zmarła na raka. Paskudny gen powoduje niepokój. Mickey również po mamie dziedziczy chorobę psychiczną - a konkretnie aktywną chorobę dwubiegunową. Stając na ślubnym kobiercu oboje mają świadomość, że ich codzieność będzie inna niż gdyby byli zdrowi, a jednak miłość daje im siły, aby szli razem przez życie. Lucy musi być przygotowana na taki euforii lub depresji, pobyty w szpitalu i cały koktajl leków. Sama ma za sobą zwycięską potyczkę z atakiem raka, ale istnieje ryzyko nawrotu. Oboje z mężem postanawiają, że przez stan zdrowia nie będą mieli dzieci. Lucy przechodzi zabieg podwiązania jajowodów. Mija kilka lat, aż tu nagle w trakcie rutynowych badań wychodzi niespodzianka. Jak pisze autorka jeden zwinny mały pływak osiąga cel i zapładnia jajeczko. Lucy dowiaduje się, że będzie mamą. Jest w szoku, ale się cieszy. Podobnie nowinę przyjmuje jej mąż. Niestety za kilka tygodni przychodzi i cios od losu - nawrót raka i guz w piersi...........
Czytając tę powieść oderwałam się od świata i rzeczywistości, wsiąkłam w fabułę bez reszty. Lektura wywołała multum emocji, a ja z nosem w czytniku żałowałam, że nie mam tak jak samochód wycieraczek, które ocierałyby mi łzy. Bez bicia się przyznam, że ryczałam jak bóbr. Wyłam, bo czułam niepohamowaną złość do Instancji Wyższej czyli Boga i dziwiłam sobie jak On tak mógł. A mówią, że jest miłosierny. Kruszyć taką wspaniałą rodzinę ??? Dlaczego??? ( i tu jako żywa przypomniała mi się opowieść o życiu Agaty Mróz, Joanny Moli). Było mi ogromnie żal Lucy - kobiety wyjątkowej, która góry przenosi dla męża i nienarodzonego dziecka, która tak dzielnie radzi sobie z przeciwnościami losu i nie załamuje się, a wciąż ma siłę by pokonywać kolejne przeszkody. Dlaczego w jej życiu pojawiło się ich tak wyjątkowo dużo? Przecież niczym nie zasłużyła! 
"Tańcząc na rozbitym szkle" to znakomity debiut. Powieść porywająca i zasługująca na uznanie. Współczesna "love story" z przesłaniem. Każdy dzień jest nam dany i nie warto go marnować. Nigdy nie wiadomo, co czeka nas jutro. Miłość trzeba pielęgnować i cieszyć się każdą chwilą z ukochaną osobą u swego boku. Dziecko to wyjątkowy dar, który trzeba umieć przyjąć, choć nie zawsze los daje je wtedy, gdy nam się wydaje, że to najlepszy moment.
Debiut Hancock to książka smutna, bardzo przejmująca i wyjątkowa. To literacki pean na temat prawdziwej miłości i tej do mężczyzny i tej do dziecka. Gorąco polecam jej przeczytanie ze względu na wyjątkową fabułę. Przepiękna historia, którą ocenię krótko, ale treściwie. Po prostu ARCYDZIEŁO!!!!!
Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Prószyński.
 

poniedziałek, 4 marca 2013

Logan Belle "Blue Angel"


Wydawnictwo Otwarte
data wydania 2013
stron 264
ISBN 978-83-7515-251-7
 
W świecie burleski
 
Książki określane mianem literatury erotycznej pojawiają się w ostatnim czasie na księgarskich półkach jak grzyby po deszczu. Coraz więcej dość dobrze sprzedających się tytułów zawiera śmiałe opisy erotyczne przeznaczone tylko dla dorosłych. Czemu i ja uległam trendowi i sięgnęłam po taką książkę? Z ciekawości, z chęci poznania czegoś nowego w lekturach skierowanych głównie dla pań. Do przeczytania "Blue Angel" podchodziłam nieco z dystansem. Byłam ciekawa jak mnie przypadnie do gustu pikantna książka, czy nie ulegnę zniesmaczeniu i będę się z nią męczyć, czy raczej zaczytam się z wypiekami na twarzy?
Otóż przeczytałam z przyjemnością. Książka nie powaliła mnie na kolana i nie dałam jej maksymalnej noty, ale bardzo się spodobała i nieco mnie zaskoczyła. Jeśli zapytacie dlaczego zaskoczyła to powiem, że nie bardzo zrozumiałam i nadal nie rozumiem dlaczego z zaciekawieniem czytałam o seksie na który w rzeczywistości bym się nie zdecydowała, i na który nie mam po prostu ochoty. A jednak sceny miłosne między kobietami coś w sobie mają......
 
Akcja rozgrywa się współcześnie w Stanach. Główna bohaterka to młoda kobieta o imieniu Mallory, która ukończyła studia prawnicze. Dobrze zarabia w korporacji i przygotowuje się do prestiżowego dla niej egzaminu adwokackiego. Jego zdanie będzie milowym krokiem w jej karierze, w drodze na zawodowe szczyty. Pewien wieczór zmienia jednak jej życie nie do poznania. Jej chłopak dziennikarz o imieniu Alec robi jej bardzo oryginalny prezent - zaprasza ją do klubu o nazwie Blue Angel. To klub tylko dla dorosłych, gdzie można podziwiać występy tancerek burleski. Podczas tej wizyty Mallory zostaje poproszona na scenę przez jedną z tancerek i to zdarzenie przypomina jej wspomnienia z czasów, kiedy była baletnicą. Alec prosi swoją dziewczynę o pomoc w napisaniu artykułu o tymże klubie i jego gwiazdach, a owe dziewczyny sprawiają, że Mallory wcale już tak bardzo nie chce być prawniczką..........
Po pierwsze czytając zaczęłam szukać w sieci wszelkich wiadomości o burlesce. Nie jest to czysta pornografia, a zmysłowy erotyczny taniec będący czymś na pograniczu sztuki, tańca i striptizu. Każdy występ to nie tylko obnażenie się tancerki. To także wymyślny kostium, dobrana oprawa muzyczna, skomplikowany układ. Ta mieszanka niezwykle podziałała na bohaterkę książki, rozbudziła jej zmysły, przypomniała doświadczenia sceniczne z czasów baletu. Ale ta książka to także opowieść o związku Mallory i Aleca, który jest pełen erotyzmu i poszukiwania zaspokojenia swoich erotycznych fantazji. Alec prosi swoją kobietę o spróbowanie seksu w trójkącie. Cóż, dla mnie to niedopuszczalna propozycja ze strony drugiej połówki, ale czytałam z ciekawością czy nasza bohaterka się zgodzi. Byłam również ciekawa jak Alec przyjmie zmianę ścieżki zawodowej swojej partnerki. Oj zdecydowanie to inne realia i inny świat niż ten mój w którym żyję. Ale nie ukrywam z ciekawością zajrzałam na to obce podwórko. Czytało mi się lekko i przyjemnie. Książka mnie absolutnie nie zniesmaczyła. Ciekawa literacka odskocznia od rzeczywistości.
Polecam pełnoletnim czytelnikom.
Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Otwarte.

piątek, 1 marca 2013

Lucyna Olejniczak "Opiekunka czyli Ameryka widziana z fotela"


Wydawnictwo Czarno na białym
data wydania 2013
stron 240
ISBN 978-83-936455-0-3
 
American dream
 
Kiedy w Polsce panowała komuna Europa Zachodnia, Stany Zjednoczone i Kanada jawiły się jako raj na ziemi, jako inny świat, w którym nie ma kryzysu, kartek, kolejek i pustych sklepowych półek, w którym dobrobyt to codzienność i coś, co po prostu jest. Wielu naszych rodaków starało się latami o możliwość otrzymania choćby krótkiej turystycznej wizy, by wyjechać za ocean i mieć możliwość zarobienia tzw. "zielonych". Dolary były stabilną walutą, za którą można było kupić wszystko na półkach Peweksów.
Najnowsza powieść Lucyny Olejniczak opowiada o kobiecie, która zdecydowała się u schyłku lat 80-tych na emigrację. Lucy nie miała raczej innego wyjścia. Chcąc zapewnić dzieciom lepszą przyszłość musiała wyjechać za Wielką Wodę. Jej praca w Polsce była marniutko płatna. Nie starczało na wiele, a do tego wielkim brzemieniem był mąż alkoholik zdolny przepić wszystko i wynieść z domu co się tylko da byle kupić wódkę. Lucy podejmuje bardzo odważny krok. Dzieci powierza opiece mamy i wylatuje do Stanów. Wprawdzie jej wiza jest ważna krótko, ale ona postanawia zostać na dłużej nielegalnie. Pracę w Chicago załatwia jej koleżanka. Lucy ma być opiekunką sędziwej staruszki. Ameryka od chwili wylądowania ją onieśmiela i przeraża. Jak da sobie radę w innym świecie? Jest on wprawdzie bardziej kolorowy, ale tak bardzo różny od tego co w szarej Polsce. Lucy jest przestraszona, załamana i bardzo boi się codzienności z racji słabej znajomości języka. Czy jej się uda? Czy zarobi upragnione pieniądze? Czy zadomowi się i poradzi z olbrzymią tęsknotą?
 
Powieść Lucyny Olejniczak jest wyśmienita. Za sukcesem stoi moim zdaniem świetnie i bardzo realne ukazanie losów mamy i żony, która może być symbolem tysięcy rodaków szukających szczęścia i pieniędzy w Ameryce. Wyjazd był wielką niewiadomą. Różne mogło się ułożyć. Praca ze względu na rodzaj wizy była w zasadzie na czarno. Bez gwarancji ubezpieczenia i pomocy. Za brak ważnej wizy groziła natychmiastowa deportacja. Jedynie rodacy mogli sobie wzajem pomóc. Lucy to bardzo ciekawa bohaterka, która wzbudziła moją sympatię. Jest zdeterminowana zmienić swoje życie i uwolnić się od wiecznie pijanego męża. Wyzwanie wyjazdu podejmuje dla dobra dzieci. Wie, że musi być silna i twarda. Od przyjazdu na ląd odkryty przez Kolumba rodzi się w niej tęsknota za Polską, rodzinnym Krakowem, dziećmi. Lucy jednak wie, że musi przetrwać trudny okres, zadomowić się w innej rzeczywistości, poznać język. Innej drogi po prostu nie ma. Dzień po dniu czyni postępy. Poznaje swoją podopieczną, do której zaczyna się przywiązywać i traktować jak dziecko do opieki. Lucy pilnie uczy się języka i z każdym dniem radzi sobie coraz lepiej. Dzień po dniu czyni postępy, choć łatwo jej nie jest. Pisarka napisała trzecią w swoim dorobku powieść na podstawie swoich doświadczeń w Ameryce, do której wyjechała za chlebem. Emigracyjna rzeczywistość bywa trudna nie tylko ze względu na wyczerpującą pracę. Trzeba odnaleźć się w innym świecie, przystosować do zmian i poradzić sobie z olbrzymią tesknotą. Książka wspaniele i realnie ukazuje plusy i minusy emigracji zarobkowej, która bez względu na kraj pobytu niesie takie same problemy. Rozbudza nadzieję na lepsze jutro, na spore pieniądze, które w kraju są raczej nierealne do zarobienia, ale i uczy pokory, sprytu, zaradności. Dziś mimo przemiany ustrojowo-gospodarczej tysiące Polek dzielą nadal los Lucy. Może cel wyjazdów jest nieco inny i bliższy, ale wiele pań zostawia dzieci, rodziny i wyjeżdża. Smutna to rzeczywistość, ale prawdziwa. Warto by osoby planujące wyjazd sięgnęły po tę książkę. Będą bardziej świadome planowanego kroku.
"Opiekunka" to coś na kształt pamiętnika z obczyzny, to książka pełna marzeń, nadziei, planów. To wreszcie lektura pokazująca siłę zdeterminowanej mamy, która chce dzieciom dać to, co najlepsze. Pochłonęłam ją jednym tchem i oceniam bardzo pozytywnie. Kolejna znakomita książka Pani Lucyny.
Za egzemplarz recenzyjny podziękowania składam Wydawcy.
 

czwartek, 28 lutego 2013

Emire Khidayer "Życie po arabsku"


Wydawnictwo Prószyński i S-ka
data wydania luty 2013
stron 360
ISBN  978-83-7839-444-0
 
W świecie z innej bajki

Gdy byłam małą dziewczynką w wieku przedszkolnym uwielbiałam gdy dziadek czytał mi "Baśnie z tysiąca i jednej nocy". To było moje pierwsze spotkanie z arabskim światem, który od samego początku bardzo mnie zafascynował. Jeszcze bardziej moje zainteresowania w tym kierunku pobudził film obejrzany w kinie gdy miałam 12 lat o przygodach Ali Baby i 40 rozbójników. Jakiś czas potem miałam okazję osobiście poznać osoby, których ojczyzną był Jemen, Sahara Zachodnia i Egipt. Kultura arabska jest moim zdaniem niesamowita. Odmienna od naszej europejskiej i dla mnie niezwykle ciekawa oraz egzotyczna. Arabowie żyją inaczej, mają inne zwyczaje, normy moralne, tradycje i religię. Jeszcze nigdy nie byłam w kraju arabskim, ale dzięki książce "Życie po arabsku" wiele się o tym świecie dowiedziałam, wiele zrozumiałam. No i obaliła się część zasłyszanych gdzieś mitów.
Autorką książki jest kobieta pochodząca ze Słowacji wychowana w słowacko-irackiej rodzinie, a więc w domu, w którym ścierały się dwie odmienne kultury. Celem przeczytanej przeze mnie arcyciekawej w moim odczuciu książki jest zaproszenie do innego świata, który mnie oczarował, zachwycił, ale i zszokował. Inna religia, inne obyczaje, inne zachowanie nas Europejczyków bardzo dziwią. Autorka niezwykle plastycznie i dokładnie opowiada o arabskim świecie, który jak zaznacza nie jest jednorodny. W każdym państwie bywa nieco inaczej, ale czasem różnice wcale nie istnieją. Swoją gawendę rozpoczyna od religii, a więc przybliżeniu obchodów świąt muzułmańskich, przebiegu rodzinnych uroczystości, ślubów, pogrzebów, wesel. Emire na kolejnych stronach pisze o różnych aspektach codziennego życia szczególnie skupiając się na tym, co dla osób spoza krajów Maghrebu i Zatoki odmienne. W tamtym rejonie inaczej się ubiera, inaczej podróżuje, panuje inny stosunek do zwierząt. Zachwyca odmienna kuchnia ( bardzo słodka), piękna architektura, rażą zaniedbania w zakresie szkolnictwa i walki z anafabetyzmem, niska kultura ekologiczna.
Książka jest bardzo ciekawa, napisana przystępnym językiem wprowadza nas w inny świat. Świat, który jest zdecydowanie mniej przyjazny dla kobiet, w którym władza jest raczej w męskich rękach. Pani Khidayer swoją lekturą obala jednak wiele plotek i mitów dotyczących Arabów, przedstawia codzienne życie, które może nas zadziwiać, ale pewnie tak samo byłoby, gdyby ktoś napisał książkę o świecie europejskim i wydał w którymś z krajów muzułmańskich. Lektura z pewnością zaspokoi ciekawość czytelników w wielu aspektach. Odpowie na pytania dotyczące religii islamskiej, obali mity o haremach, opowie o tradycjach związanych z ramadanem, pielgrzymkami do świętych miejsc islamu, zabierze nas na rodzinne uroczystości. Na końcu książki znajduje się bardzo praktyczny i pomocny słowniczek pojęć z arabskiego świata. Jeśli jesteście ciekawi jak wygląda arabski ślub, jak obchodzi się miesiąc ramadanu, jakie smakołyki królują w kuchniach Maroka, Iraku czy Syrii, a wreszcie jeśli fascynuje Was arabska odmienność to książka "Życie po arabsku" będzie zdecydowanie odpowiednią lekturą. Mnie czytało się ją bardzo przyjemnie i gorąco ją polecam zwłaszcza tym, którzy planują urlop w Tunezji czy Egipcie.
Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydanictwu Prószyński i S-ka.

poniedziałek, 25 lutego 2013

Meredith Goldstein " Single"


Wydawnictwo M
data wydania 2013
stron 240
ISBN 978-83-7595-556-9
 
Z pojedynczego życia
 
Kiedyś mówiło się o tych niezamężnych i nieżonatych stara panna bądź stary kawaler. Dziś określenia te odeszły do lamusa. Kiedyś bycie samotnikiem to był po prostu obciach. Dziś to jeden ze sposobów na życie. Singiel to po prostu osoba bez drugiej połówki, bez partnera, która idzie sobie samotnie przez życie. Jedni są singlami z wyboru, inni z konieczności. Sama nie mam singielskiej natury, ale w pełni rozumiem taki styl życia. Ma on swoje plusy i minusy. Singlom w pewnych sytuacjach łatwiej, a w pewnych trudniej. Ta druga opcja ma miejsce np. na imprezach typu wesela. Ktoś kto przychodzi z kimś koło tej osoby siedzi. A single? Jak ich usadzić? Ten problem zabierał spokój pewnej pannie młodej, która szykowała się do ślubu. Bee zaplanowała huczną imprezę - ślub i wesele. Poprzedzały je długie, intesywne i staranne przygotowania. I nagle pojawił się problem z rozsadzeniem przy stolikach osób samotnych. Miało być ich pięcioro.
To właśnie ta piątka to bohaterowie powieści Meredith Goldstein. Każda z tych osób to odmienna osobowość, choć łaczy je niechęć do takich uroczystych imprez. Hannah organizuje castingi do reklam i filmów. Jest osobą śmiałą i towarzyską, ale do uczestniczenia w ślubie przyjaciółki czuje niechęć ze względu na fakt, iż spotka tam byłego chłopaka. Rob, który ma jej towarzyszyć nie ma ochoty spotkać starych przyjaciół. Vicky która ma problemy z osobowością i psychiką jest w totalnej rozsypce. Najchętniej zaszyłaby się samotnie w pokoju i zażyła świetlnej terapii antydepresyjnej. Joe przybywa na wesele bratanicy, ale jakoś nie ma ochoty na spotkanie z jej rodzicami. Phil zjawia się na weselu zamiast chorej matki i cała impreza jest dla niego swoistą torturą.
Z racji powiedzenia show must go on ślub i wesele się odbywa, ale nie brakuje na nim wpadek i niespodzianek ...........
 
Powieść jest zabawna, napisana lekkim językiem w przyjemnym w odbiorze stylu. Czyta się ją szybko. Perypietie głównych postaci są chwilami zabawne, wzruszające, ale i bardzo smutne. Osobiście jednak odebrałam tę powieść chyba nieco inaczej niż większość czytelników. Bo ja zwróciłam uwagę na imprezę wokół której toczy się akcja - uroczystość ślubu i wesela. To wydarzenia bardzo ważne zwłaszcza dla kobiet. My płeć piękna od przedszkola marzymy o złożeniu przysięgi małżeńskiej w pięknej scenerii, wymarzonej sukni u boku tego Jedynego. W organizację wkładamy mnóstwo czasu, pieniędzy i sił. Ale jak to w życiu bywa zawsze coś nie wypali. A to ktoś się upije i narozrabia, a to coś się wyleje, coś skomplikuje. Jednym słowem wesele to impreza pełna wpadek. I należy do nich podejść z uśmiechem, na wesoło. Tak jak opisała to w swoje książce autorka "Singli". Jeden wieczór i noc może w naszym życiu sporo namieszać, uświadomić nam co ważne, a co błahe, ale też wypite bąbelki mogą z nas zrobić inną osobę. Na postawie tej książki powstałaby myślę doskonała komedia z romantyczną nutą. Przyjemna lektura na relaksujące popołudnie. Na mnie zrobiła pozytywne wrażenie, choć do pełni zachwytu troszkę zabrakło.
Za egzemplarz do recenzji dziękuję ślicznie Wydawnictwu M.

niedziela, 24 lutego 2013

Jadwiga Czajkowska "Macocha"


Wydawnictwo Prószyński i S-ka
data wydania luty 2013
stron 504
ISBN  9788378394532

Ta zła, ta druga

Słowo "macocha" na zdecydowanie negatywny wydźwięk. W dużej mierze jest to chyba za sprawą bajki Kopciuszek, w której macocha to zła postać, czarny charakter, niesympatyczna kobieta, która gloryfikuje własne córki, a pasierbicę męczy pracą fizyczną ponad siły i traktuje  jak służącą. To bajka, ale jak jest w życiu? Czy mit z opowieści dla dzieciaków ma w sobie wiele z prawdy czy raczej się z nią mija?
Teoretycznie patrząc macocha w sumie nie robi nic złego poślubiając wdowca, a więc człowieka wolnego. Tak uważa i prawo i normy kościelne. Ba, można się pokusić o stwierdzenie, że kobieta zyskując status macochy robi dobry uczynek, bo chce zaopiekować się osamotnionym mężczyzną i jego dziećmi. Ma za zadanie przejąć obowiązki kobiety, którą zabrała śmierć i przecież absolutnie nie można ją za czyjś zgon winić, o ile się do niego nie przyczyniła. Wszak macocha to nie kochanka, która sięga po cudzego faceta. A jednak macochą łatwo być nie jest. Macocha dostaje po głowie i musi znieść wiele. W tym przekonaniu utwierdziła mnie jeszcze bardziej lektura powieści Czajkowskiej "Macocha".
Właściwie z tytułu już wiadomo, kto jest główną postacią. To kobieta, która odważyła się poślubić wdowca. Dlaczego użyłam mocnego słowa odważyła? Ano zrobiłam to z premedytacją, bo uważam, że taki krok wymaga sporej odwagi. Sama doprawdy nie wiem czy postąpiłabym tak jak Iza. 28-letnia chemiczka pracująca w firmie kosmetycznej zajmującej się produkcją naturalnych kosmetyków w przeszłości zarzekała się, że tak nie postąpi. Nie poślubi faceta, który wcześniej miał już żonę i posiada dzieci. Ale tak to już w życiu bywa, że dostajemy od losu to przed czym się broniliśmy rękami i nogami. Iza i Piotr poznają się w Grecji. Oboje przebywają tam w celach służbowych. Amor trafia i już. W pięknej śródziemnomorskiej scenerii rozkwita uczucie. Prowadzi ono ową parę przed ołtarz, gdzie ślubują sobie miłość po grób. I tu kończy się romantyzm, a zaczyna prawdziwe życie. Trzeba wrócić do rzeczywistości i poukładać dość zawiłą układankę. A puzzli w niej jest dużo, bardzo dużo. Iza poślubia nie tylko faceta, ale wchodzi w życie jego rodziny, która składa się jeszcze z dwójki dzieci 11-letniej dziewczynki i 13-latka. No i jeszcze czuć w powietrzu każącego ducha zmarłej Ewy.
Od samego początku książka bardzo mnie wciągnęła. Trzymała w napięciu niczym dobry kryminał. Byłam bardzo ciekawa czy Izie się uda i czy koniec będzie z happy endem. Po drodze tyle problemów, pułapek i zawiłych sytuacji. Mąż pracoholik moim zdaniem zbyt wiele włożył na barki młodej żony, która została rzucona na bardzo głęboką wodę. Nie miała czasu na oswojenie się z myślą o dziecku. Ona od losu dostała parkę nastolatków, która ma swoje problemy, przyzwyczajenia, ulubione potrawy. Rodzina Piotra to już działająca maszyna, w której tryby Iza musi chce czy nie się wpasować. Podziwiałam ją i to nie raz. Dziewczyna miała w wielu sytuacjach anielską cierpliwość, której mnie by na pewno brakło. Nie obyło się bez łez, chwil, gdy ma się wszystkiego po dziurki w nosie i chce się po prostu uciec. Ale trud włożony przez Izę w pracę nad prawidłowym funkcjonowaniem domu i rodziny powoli zaczyna procentować. Demony uciekają powoli w dal, pewne sprawy się wyjaśniają, choć wciąż nie brakowało sytuacji delikatnie mówiąc podbramkowych, kiedy mała iskierka mogła wywołać spory pożar. Oryginalny pomysł na fabułę albo czytaj inna wersja bajki w wydaniu dla dorosłych o macosze i jej rodzinie bardzo przypadłą mi do gustu. To przyjemna lektura z lekkim dreszczykiem napięcia, skupiająca na sobie uwagę. Może być swego rodzaju przewodnikiem dla pań, które zamierzają poślubić wdowców. I uwaga co najważniejsze niesie w sobie prostą a skuteczną receptę na bycie dobrą opiekunką domowego ogniska.
Na koniec pozwólcie na pewien cytat, krótki, ale moim zdaniem bardzo piękny, który wciąż mi chodzi po głowie:
"Idealnie bywają tylko anioły" "Macocha str w wersji ebook 249
Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Prószyński i S-ka.

sobota, 23 lutego 2013

Bernard Lecomte "Nowe tajemnice Watykanu"


Wydawnictwo Znak
data wydania 2013
stron 320
ISBN 978-83-240-2156-7
 
Sekrety papieskiego państwa
 
Watykan to najmniejsze państwo na świecie. Jego terytorium liczy zaledwie 44 hektary. Zamieszkuje go niewielka liczba mieszkańców. Rządzi nim papież. Właśnie ze względu na jego osobę z tą enklawą utoższamiają się miliony katolików na całym świecie, którzy uznają zwierzchnictwo następcy świętego Piotra. Państwo liczy sobie wiele wieków i ma bardzo ciekawą historię. Jedno można stwierdzić o nim bezsprzecznie - tu raczej do głosu nigdy nie dochodzi demokracja. Wybory są tajne. Głowę watykańskiego państwa wybiera konklawe, któremu jak wierzą kardynałowie pomaga Duch Święty. Państwo watykańskie jest niezwykle dziwne i chyba najbardziej konserwatywne póki co na świecie. Nim jakakolwiek oficjalna wiadomość ujrzy światło dzienne jest dokładnie konsultowana przez bardzo rozbudowaną kurię. Polityka informacyjna Watykanu jest bardzo oszczędna i lakoniczna. Osobiście solidnie mnie to denerwuje. Oficjalnie komunikaty bywają bardzo powierzchowne i często pomijają ważne sprawy. O wielu istotnych problemach się milczy. W sytuacji jak nie ma wyczerpujących wiadomości naturalną koleją rzeczy jest, że rodzą się plotki, domysły i spekulacje. Z przysłowiowej igły robią się widły. Czy tak powinno być? Dzisiejsze społeczeństwo wszak chce być szczegółowo poinformowane. Taki styl rządzenia państwem kościelnym trwa od lat. I latami krążą przeróżne tajemnice, niedomówienia, pogłoski. Ile w nich prawdy a ile fikcji? Historycy owszem próbują dociec stanu rzeczywistego, ale często watykańska Kuria nie ułatwia im zadania. Ciekawym sekretów Watykanu jest m.in. Bernard Lecomte mi osobiście znany jako autor bardzo wnikliwej i szczegółowej biografii Jana Pawła II "Pasterz". Pierwszą jego publikacją związaną z sekretami watykańskimi jest książka "Tajemnice Watykanu", która ukazała się w 2009 roku. W bieżącym roku powstała kolejna jej część.
"Nowe sekrety Watykanu" to publikacja wydana bardzo starannie w twardej okładce poświęcona kontrowersyjnym zagadanieniom z najnowszej historii państwa kościelnego, z wydarzeniami, które miały miejsce w XIX XX i XXI wieku. Historia ostatniego stulecia była niezwykle burzliwa. Dwie światowe wojny, powstanie i upadek żelaznej kurtyny, transformacja polityczno-ustrojowa Europy Środkowej i Wschodniej odbiły się także na życiu państwa, którym rządzi papież. Lecomte opisuje dość szczegółowo 16 kontrowersyjnych zagadnień związanych m. in. z rzeczywistym położeniem grobu świętego Piotra, dogmatami o nieomylności papieskiej i niepokalanym poczęciu Matki Boskiej, skandalami pedofilskimi wśród duchownych. Jeśli nie wiecie kim była Pasacalina zwana papieżycą, czemu tak bardzo kontrowersyjną sztuką teatralną był "Namiestnik" to znak, że książka Was zaciekawi. Lecomte napisał ją bardzo staranie opierając się na historycznych faktach, a nie niesprawdzonych sensacjach. Choć nie jest łatwa w odbiorze lektura bardzo mnie zaciekawiła. Nie o wszystkich sprawach wiedziałam aż tak dokładnie, a o niektórych nie miałam wręcz pojęcia. Najnowsze dzieło Lecomte to książka która zaciekawi zainteresowanych  współczesną historią pwszechną. Na mnie wywarła jeszcze jeden skutek. Zniechęciła do całej skostniałej hierachii kościelnej. To niestety prawda, że Kuria w Rzymie przypomina dawny dwór pełen intryg, fałszu, knowań. Bliższy mi po prostu zwyczajny ksiądz, który ma niewiele z kardynalskiej władzy.
Książka ciekawa i wnikliwa.
Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Znak.

czwartek, 21 lutego 2013

Katarzyna Michalak "Sklepik z Niespodzianką. Lidka"


Wydawnictwo Nasza Księgarnia
data wydania luty 2013
stron 272
ISBN 978-83-10-12027-4
 
Na kłopoty ..... przyjaciółki
 
Wyczekiwany z wielkim ustęsknieniem trzeci tom serii z kokardką pióra Katarzyny Michalak zawitał do mojego domu. Z rozkoszą rozerwałam paczkę i ... zachowałam się niczym narkoman po dawce używki. Pogłaskałam okładkę, przejrzałam książkę i weszłam do kuchni. Zaparzyłam cały dzbanek malinowej herbaty, dolałam do niej odrobinę chanti i zasiadłam w moim ulubionym fotelu, by zagościć w Pogodnej, by spotkać się z moimi ulubionymi literackimi przyjaciółkami: Adelą, Bogusią i Lidką. Tym razem to ta ostatnia wysuwa się na pierwszy plan powieści, a w jej życiu niespodziewanie wiele się dzieje. Spać poszłam nad ranem, gdy dotarałam do ostatniej strony. A książce w rankingu ocen lubimyczytać.pl postawiłam najwyższą ocenę. Tak właśnie podziałała na mnie po raz kolejny proza Katarzyny Michalak.
Tym razem Pogodnej nie zaliczymy do spokojnych miasteczek, bo bardzo wiele się dzieje w życiu jej mieszkańców. Owszem pewne rzeczy są po staremu, ale następuje szereg nieodwracalnych zmian. Sklepik Bogusi staje się bardzo popularny. Ma swoich stałych gości, a o wolny stolik bywa czasem trudno. Tylko Bogusia smutnieje, bo jej ukochany wcale nie spieszy się z powrotem w jej ramiona z Australii. Adela musi radzić sobie w nowej sytuacji żony i matki, a na dodatek musi pocieszać przyjaciółki, na których głowy spada deszcz kłopotów. Lidka przeżywa trudne chwile – jej małżeństwo kończy się rozwodem. Po ośmiu latach pani weterynarz odzyskuje upragnioną wolność, a w trakcie babskich pogaduch na pięterku wyznaje co ją przy mężu tak długo trzymało. Konstancja kompletnie nie radzi sobie w roli mamy. Jej Kajtuś wciąż płacze, czym doprowadza byłą modelkę do rozpaczy. Lidka, która marzy o macierzyństwie nie może już patrzeć na płaczącego maluszka i porywa go z wózka przed sklepem. Jak to się wszystko skończy?
Trzeci tom serii z kokardką jest nieco inny niż dwa poprzednie. Ale już uspokoję, że równie doskonały i trzymający w napięciu. Pochłonęła mnie ta książka bez reszty. Nie obchodziła mnie godzina, pora dnia i co się wokół dzieje. Liczyła się tylko ta książka i perypetie bardzo sympatycznych, młodych kobiet, z którymi łatwo mi się było utożsamić. Historia Lidki jest bardzo wzruszająca – jej matka nie była modelowym przykładem, więc Lidka postanowiła być perfekcyjną rodzicielką. Tylko natura stanęła jej na drodze i nie pozwoliła cieszyć się synkiem czy córką. Lidia przeżywa bardzo mocno dramat bycia niezdolną do urodzenia dziecka. Pragnąc gorąco zostać mamą traci zdrowy rozsądek. Na szczęście ma przyjaciółki, które są obok i pomagają. Adela robi dla Lidki i Koci bardzo wiele. Ale to jej żywioł.
W powieści bardzo wiele się dzieje, jest czas na miłość i nienawiść, pojawia się nowa męska postać, która jest przyczyną sporego zamieszania i mocnego bicia serca jednej z pogodzianek. Oczywiście są i zwierzęta, które jak zawsze w prozie Katarzyny Michalak są traktowane z wielką sympatią i miłością. Pogodna nie jest już sielskim miejscem do życia. Nasze bohaterki muszą podejmować trudne życiowe decyzje, miewają chwile smutku i zwątpienia, bywa, że codzienność ich przerasta. Antidotum na ich kłopoty staje się przyjaźń, która daje siłę i nadzieję na to, że będzie lepiej. W „Lidce” nie znajdziemy słodkości i nudy, tu dzieje się prawdziwe życie, które ma blaski i cienie. Autorka gloryfikuje przyjaźń, która czasem bywa wystawiona na trudną próbę. Tak w życiu jest, że nawet najbliższe osoby się sprzeczają, pojawiają się rozbieżne zdania, konflikty i emocje. Najważniejsze jest jednak to, by umieć powiedzieć przepraszam i wyciągnąć dłoń na zgodę.
Wspaniała książka - dostarczyła mi emocji i wzruszeń. Nie zabrakło i łezki, która wezbrała w oku, gdy czytałam o piekle jakie miało miejsce w Somalii.
Czy to już koniec tej serii? Na skrzydełku książki nie znalazłam zapowiedzi ukazania się kolejnego tomu. I zrobiło mi się z tego powodu troszkę smutno. Opowieść o Adeli, Bogusi i Lidce polecam z całego serca każdej kobiecie, która lubi czytać. Jeśli sięgnięcie po jeden tom, to przeczytanie kolejnych okaże się po prostu koniecznością. Autorce gorąco dziękuję za wyjątkowe chwile podczas lektury. I składam z serca płynące gratulacje za napisanie tak cudownych książek.
Reasumując: mistrzowska literatura kobieca z cudownym klimatem, uroczymi bohaterkami i malowniczymi miejscami.
Za egzemplarz do recenzji dziękuję portalowi Lubimy Czytać i Wydawnictwu Nasza Księgarnia.

środa, 20 lutego 2013

A więc mam, mam Go !

Tajemniczy tytuł. O kim mowa? O Panu Czytniku - nowym Przyjacielu służącym mojej pasji - cieszę niezmiernie. To prezent imieninowo-walentynkowo-mikołajowy. Wybrałam taki z E-linkiem. No i w szoku jestem - ni to komputer ni książka. Oczywiście instrukcja jak na taką przystało denna, ale już rozgryzłam co i jak. Książki z lapka przerzuciłam sobie i poczytałam. Fajnie . Tylko ile mam czasowo ładować baterię?
No dobra a teraz dwie fotki - Vedia eReader k10 przed Państwem:

wtorek, 19 lutego 2013

Anna Czerwińska "GórFanka na himalajskiej ścieżce"


Wydawnictwo Annapurna
data wydania grudzień 2012
stron 256
ISBN 978-83-61968-15-3
 
Dama polskiego himalaizmu wspomina
 
Nazwisko Anny Czerwińskiej na stałe zapisało się w kronikach polskiego alpinizmu i himalaizmu. Ona sama jest ikoną, a jej przygoda z górami wysokimi trwa ponad 30 lat. W tym czasie zmierzyła się z wieloma szczytami, odniosła znaczące sukcesy i zdobyła uznanie kolegów po fachu. O swojej pasji i wspinaczkowej karierze ta wspaniała gawędziarka opowiada w serii pięciu książek „GórFanka”. Na księgarskie półki właśnie trafiła ostatnia publikacja tego cyklu, która jest dość wyjątkowa, bo w niej autorka jakby podsumowuje swoje najbardziej spektakularne górskie perypetie.
Książka mnie zaczarowała. Z nią spędziłam sylwestrową noc i za sprawą tejże lektury były to chwile wyjątkowe, które na długo zapadną mi w pamięć. W trakcie czytania wkroczyłam bowiem do świata wyjątkowego, środowiska pasjonatów gór, ludzi odważnych, którzy kochają wspinaczkę, kochają zdobywanie kolejnych metrów i wierzchołków. Ale oprócz sukcesów przeżywają porażki, smutne chwile, gdy ktoś ginie pokonany przez siły natury lub w wyniku błędu. Anna Czerwińska wspaniale opowiada o wyprawach na siedem himalajskich szczytów. Nie zawsze kończyły się one zdobyciem góry. Często trzeba było uznać własną słabość, dominację przyrody, która nie zawsze pozwala człowiekowi poczuć się panem świata. Czerwińska opowiada również o swoich kolegach i koleżankach po fachu, Polakach i obcokrajowcach, którzy towarzyszyli jej na himalajskich ścieżkach. W książce nie brak i wzmianki o Nepalu – tym „starym”, gdy był monarchią i tym „nowym” jaki istnieje po przewrocie.
Opowieść himalaistki jest wspaniała. Szybko przenosi nas do innej krainy, która zaczyna się w Katmandu. Tam rządzą nieco inne prawa, tam człowiek musie znieść często lekcję pokory i przekonać się o własnej słabości. Ale tam, jak wspomniała w jednym z radiowych wywiadów autorka, kształtuje się ludzki charkater, ujawniają się cechy, które gdzie indziej byłyby gdzieś w tłumie innych składników naszej osobowości. Świat gór rodzi bohaterów, kreuje legendy. Jednak ci co po nich chodzą czasem zbyt się puszą. Czerwińska tego nie robi. Pisze o sobie bardzo, ale to bardzo szczerze, nie buduje sztucznego mitu wokół swojej osoby, choć jej dokonania są olbrzymie. I za to, oprócz sukcesów, bardzo ją cenię.
Książka to spora garść wspomnień o chwilach przeżytych z dala od ludzkiej cywilizacji. To piękny, ale i bardzo surowy świat. Niekórzy by w nim nie wytrzymali ani minuty. Bo zimno, bo brak dachu nad głową, bo wieje mocno. Czerwińska kocha góry. Ta miłość bije z każdej strony tejże publikacji. To miłość czasem odwzajemniona, bardzo zaborcza i wymagająca. To często igranie z losem, walka o życie, to droga po bardzo stromej i wąskiej krawędzi. To olbrzymie dawki adrenaliny i zachwytu. To także piękne widoki zapierające dech w piersiach, to budzące grozę lawiny, niebezpieczne lodowe szczeliny. Cudnie i fascynująco pisze autorka o tym, co przeżyła. Nie ukrywa chwil, gdy góry jej nieco obrzydły i miała chwilowo ich dość. Ale po pewnym czasie pasja bierze górę i nastepuje powrót. Po przeczytaniu tej książki jeszcze bardziej chylę czoła przed GórFanką. Przed kobietą upartą i zdeterminowaną. Wspaniałą piewczynią piękna najwyższego masywu na ziemskim globie.
Lektura opowieści o himalajskiech ścieżkach sprawiła, że jeszcze bardziej marzę o podóży do Nepalu. O zobaczeniu na własne oczy cudu natury za jaki uważam Himalaje. Autorkę po tej lekturze uważam za honorową ambasadorkę Nepalu. Kraju jakże innego o Polski. Czerwińska pisze niezwykle szczerze, czasem z nutką humoru, czasem ze szczyptą nostalgii. Jej opowieść ubarwiają prześliczne fotografie z miejsc, w których dane było autorce być. Ich piękno porywa, zachwyca, zaurocza. Dzięki zdjęciom lektura staje się dla osób lubiących góry istną czytelniczą ucztą. Szkoda, bardzo szkoda było rozstawać mi się z tą książką będacą uwieńczeniem wyjątkowej serii. Cóż mi więc pozostaje? Po prostu zaprosić Was wraz z autorką do niesamowitego świata gór, gdzie ponoć Yeti mieszka, gdzie buzia rozdziawia się z zachwytu nad pięknem natury, ale i gdzie śmierć cześciej pojawia się obok nas. Życzę Wam tak wyjątkowych wrażeń w czasie czytania, jakie ja przeżyłam.
Za egzemplarz do recenzji dziękuję portalowi Lubimy Czytać i Wydawnictwu Annapurna.

poniedziałek, 18 lutego 2013

Stosik na ukojenie nerwów i oczekiwanie na wiosnę

Po pierwsze wybaczcie jakoś fotki, ale już nie pamiętam kiedy u mnie świeciło słonko. Telefon wziął w trybie z lampą i troszkę podświetliło.
Po drugie to jestem dziś nieco wściekła, bo czekam na przesyłkę z pewnego sklepu internetowego i się jej doczekać nie mogę już prawie dwa tygodnie. Ale na osłodę książki.
I tak Logan Belle -"Blue Angel" od Wydawnictwa Otwarte
Meredith Goldstein " Single" od Wydawnictwa M - nowa współpraca
Margaret Dilloway "Sztuka uprawiania róż z kolcami" j.w.
Monika B. Janowska "Zawracanie głowy" od Wydawnictwa Zysk i S-ka
Stanisław Zakościelny "Julia" od Novae Res - recenzja już na blogu
Katarzyna Michalak "Sklepik z Niespodzianką. Lidka" od Lubimy Czytać - wspaniała już przeczytana
Justyna Bigos & Beata Mozer "Dzieci z chmur" j.w.
Bernard Lecomte "Nowe tajemnice Watykanu" od Znaku właśnie czytam
I jak się stosik podoba?

piątek, 15 lutego 2013

Stanisław Zakościelny "Julia"


Wydawnictwo Novae Res
data wydania 2013
stron 224
ISBN 978-83-7722-535-6

By biło zdrowe serduszko

Choroba nowonarodzonego dziecka jest potężnym ciosem dla rodziców. Miast cieszyć się z cudu narodzin rozpoczyna się walka z czasem, pechem i przeciwnościami losu. Trudna to walka, która niejednokrotnie wyczerpuje bez reszty. A jednak często udaje się ją wygrać. 
O takim zmaganiu opowiada książka "Julia". Jest to druga powieść w dorobku Stanisława Zakościelnego. Do jej przeczytania zachęcił mnie opis. Książka przypadła mi do gustu, choć to nieco inna lektura niż się spodziewałam. Bo z ręką na sercu liczyłam na spore napięcie, dramatyczne szpitalne sceny i powieść obyczajowo-medyczną. Tego nie znalazłam w tej książce, ale w zamian dostałam kolejną publikację o realiach lat 80-tych i sporo dozę psychologii. 
Początek lat 80-tych był dla Polski burzliwy, szary i ponury. Wielu Polaków czuło strach przed ogłoszonym stanem wojennym i ewentualną inwazją wojsk Układu Warszawskiego. Pewnego dnia w lubelskim szpitalu przychodzi na świat dziewczynka. Pierworodna córeczka państwa Zarębów otrzymuje imię Julia. Niestety malutka kruszynka rodzi się z poważną wadą serca. Jest natychmiast przetransportowana do Warszawy, ale tu lekarze tylko potwierdzają okropną diagnozę. Medycyna w Polsce jest bezsilna. Rodzimi specjaliści dają dziecku najwyżej 5 lat życia. Rodzice, rodzina i znajomi zaczynają szukać ratunku poza Polską. Amerykanie zapraszają Julię na badania, ale ich zdaniem ryzyko powodzenia zabiegu operacyjnego jest zbyt małe. Światełko nadziei dają specjaliści z londyńskiego szpitala przy Ormond Street. Czy się uda ocalić Julię? 
 
Opowieść o chorej dziewczynce jest inspirowana prawdziwymi wydarzeniami. Książka bardzo mnie wzruszyła, bo nie sposób czytać bez emocji o walce na śmierć i życie takiej małej kruchej istotki, która od samego początku skazana jest na cierpienie i ból. Ze współczuciem patrzyłam na parę młodych rodziców, którzy w beznadziei sypiącego się komunizmu muszą poruszyć niebo i ziemię, by otrzymać choćby promyk nadziei. W sprawę ratowania dziecka włączają się ludzie dobrej woli, krewni. Ale oczywiście z racji czasów nie obywa się bez konieczności pomocy od ludzi na partyjnych stołkach. Dziś działają fundacje - kiedyś funkcjonowały łapówki i koneksje, bez których ani rusz. By wyjechać, by otrzymać paszport trzeba było sporego wysiłku. Zakościelny pisząc o perypetiach chorego dziecka bardzo plastycznie przekazuje czytelnikom realia lat 80-tych. Pomiędzy Polską a Zachodem istniała olbrzymia przepaść. Żelazna kurtyna była niezwykle widoczna. Ale na szczęście nie brakowało ludzi dobrej woli. Bardzo szara była w każdym aspekcie rzeczywistość PRL-u. Czytając o warunkach życia w Londynie i Polsce widać olbrzymie różnice.  Autor "Julii" świetnie je ukazał, a mnie po przeczytaniu książki dopadła refleksja nad tym, ile od tego czasu nadrobiliśmy, a ile nadal pozostało bez zmian. Nasza służba zdrowia nadal kuleje, wiele dzieci nadal szuka ratunku zagranicą. Po lekturze "Julii" z pewnością będę jeszcze bardziej wrażliwa na chore maluchy i pełna współczucia dla młodych rodziców, którzy borykają się problemem chorego synka czy córeczki. 
Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Novae Res.