wtorek, 16 grudnia 2014

Anna Fryczkowska "Kurort Amnezja"


Wydawnictwo Prószyński i S-ka
data wydania 2014
stron 424
ISBN 978-83-7961-061-7


W odmętach niepamięci

Najnowsza powieść Anny Fryczkowskiej nosi dość zaskakujący tytuł. Kurort to miejsce kojarzące się pozytywnie, obiecujące wypoczynek, relaks, miłe wrażenia. Amnezja z kolei to utrata pamięci, jej czasowy lub całkowity zanik - coś bardzo trudnego i traumatycznego. Już tytuł i oprawa graficzna książki zdradzają jej klimat i charakter. Łatwo wywnioskować, że nie będzie to miła lektura, przy której odpoczniemy i się zrelaksujemy. Mimo to książka bardzo mnie zaskoczyła. Zdumiała ogromem smutku i mroczną atmosferą, poraziła negatywnymi emocjami, jakie targają bohaterami.
Morze zimą jest całkiem inne niż latem - raczej budzi grozę niż podziw. Nadmorskie kurorty pustoszeją. Żywioł bierze górę, aura nie zachęca do spacerów. Ta sceneria idealnie pasuje do stanu psychiki dwóch kobiet ze stolicy, które w lutowe dni przyjeżdżają do Brzegów, nadmorskiej miejscowości, która latem tętni życiem, a zimą zamiera. Dwie bohaterki dzieli spora różnica wieku, łączy znajomość z tym samym mężczyzną, który już nie żyje. Wanda dobiega czterdziestki. Od dwóch miesięcy jest wdową. Męża straciła wskutek wypadku samochodowego. Paweł, jadący z kochanką nie wiadomo dokąd, nie przeżył zderzenia. Zginął na miejscu, pogrążając w żałobie swoją małżonkę, która nie miała pojęcia o jego romansie. Kobietą targa rozpacz, smutek z powodu zarówno utraty męża, jak i jego zdrady. Chce wykrzyczeć swój ból, ale nie ma komu. Zrozpaczonej kobiecie nie pozostaje nic innego, jak dojść prawdy, kontaktując się z kochanką męża. Dlatego właśnie Wanda udaje się śladem Marianny nad morze. Chce być jak najbliżej tej kobiety, by znaleźć odpowiedzi na nurtujące ją pytania i się zemścić. Tylko że młoda Mania wskutek wypadku całkowicie straciła pamięć. Czy w tak zagmatwanej sytuacji uda się uleczyć zranione serca obu kobiet?
Aby przeczytać „Kurort Amnezja”, trzeba mieć mocne nerwy. Śledząc losy tych kobiet, można przekonać się, do czego mogą doprowadzić człowieka traumatyczne przeżycia. Obie bohaterki nie przeżywają najlepszego czasu w życiu. Obie powinny jak najszybciej starać się uporać z tym, czego doświadczają. W życiu jednak nie można zrobić pewnych rzeczy w mgnieniu oka - trzeba przeżyć ból, rozpacz, wylać łzy, pogodzić się z tym, że zostaliśmy zranieni. Złych emocji nie da się zakopać głęboko w ziemi.
Książka Anny Fryczkowskiej jest utrzymana w mrocznym klimacie. Przypomina ponure niczym listopadowa aura skandynawskie kryminały. Autorka wchodzi bardzo głęboko w zranione dusze swoich bohaterek. Czy zemsta bywa najlepszym rozwiązaniem? Czy pośpiech pomaga w gojeniu się ran? Sprawdza się bardziej maksyma, że czas może zaleczyć rany.
Lektura „Kurortu Amnezji” była wyczerpującym czytelniczym doświadczeniem, była spotkaniem z książką wypełnioną cieniami życia. Anna Fryczkowska pisze odważnie i bez skrupułów, wnikliwie, dramatycznie i skomplikowanie. Stworzyła ciekawe kreacje i pokazała, jak kruche bywa szczęście i spokój. Można tę powieść ocenić na wiele sposobów, ale jedno nie ulega dyskusji. To książka oryginalna, niesztampowa i nietuzinkowa, która robi spore wrażenie.

poniedziałek, 15 grudnia 2014

Pomarańczowo mi - post zapachowy

Wczoraj był jeden z fajniejszych dni w roku. Ubierałam choinkę. W tym roku mamy prawdziwą, z systemem korzeniowym w donicy, którą wiosną zamierzamy wysadzić. Te chwile do końca życia będą mi przypominać święta z dzieciństwa. Czas, gdy bożonarodzeniowe drzewko było prawdziwe. Jako mała dziewczynka święta wręcz chłonęłam i pamiętam do dziś szczegóły. Pamiętam smak pieczonych ciast, pamiętam świąteczne aromaty. Zapachy pieczonego tortu orzechowego, makowca i ... i zapach pomarańcz. Tak, właśnie zapach tych owoców zawsze będzie mi się tak kojarzył. Dlaczego? Bo jestem dzieckiem, którego dzieciństwo przypadło na czasy PRL-u. Wtedy też był kryzys, ale innego typu niż teraz. Były pieniądze, była praca, ale sklepowe półki świeciły pustkami. Pewne towary dostępne dziś w każdym spożywczaku były na wagę złota. Jeśli już "rzucili" je przed świętami to sprzedawano je reglamentowane. Tak było z owocami cytrusowymi a konkretnie z pomarańczami. Jak już się wystało swoje w kolejce, to z radością niosło się do domu pomarańczowe kule, które wykorzystywało się do cna. Zaradne gospodynie obierały skórkę i parzyły ją. Potem kroiły i smażyły w cukrze. Środek oczywiście zjadano, ba zajadano się nim. Pomarańcze w sklepach bywały rzadko. Jak się miało się twardszą walutę to kupowało się je w sklepach dewizowych. Zatem zapach pomarańczy zawsze kojarzy mi się z czymś odświętnym, luksusowym i wyjątkowym. Bardzo go lubię i mam do niego sentyment. Oczywiście jestem przekonana, że tuż przed świętami pomarańcze pachną jeszcze bardziej wyjątkowo.
Wczoraj mój dom pachniał pomarańczą dzięki produktowi zapachowemu firmy Pachnąca Szafa.
Znów odpaliłam mój ceramiczny kominek. Tym razem do wody dodałam olejku zapachowego
Palący się kominek wyglądał tak:
A jak pachnęło? Bardzo intensywnie i naturalnie. Aromat przypominał smażącą się skórkę pomarańczową. Nie było czuć sztucznych dodatków. Nie ukrywam, że ten zapach pobudził kubki smakowe do wypicia szklanki soku z tego owocu. W domu zrobiło się tak przyjemnie i świątecznie. Choinka została ubrana, a ja wiem, że ten zapach zaliczę do tych moich najbardziej ulubionych obok lawendy. Produkt znów mnie nie uczulił. Polecam go na wiele okazji, na święta będzie idealny. Olejek ten możecie kupić tutaj:
http://pachnacaszafa.pl/sklep/olejki-zapachowe/61-olejek-zapachowy-pomara%C5%84cza-.html#.VI7WNns8Wfg
Kosztuje niewiele ponad 5 pln, a możecie go użyć wiele razy. Świetny pomysł na świąteczny prezent.


piątek, 12 grudnia 2014

Cynamonowo mi - post zapachowy

Wczoraj po raz pierwszy w moim domu zapłonął kominek. Nie, nie, ja wcale nie ogrzewałam mieszkania, tylko je pachniłam. Wczoraj po raz pierwszy przetestowałam kominek ceramiczny.
Było wcześnie rano. Wróciłam ze spaceru z moją Viką. Troszkę zmarzłam, więc zaparzyłam gorącą herbatkę malina z kardamonem. Vika usnęła, a ja nalałam do kominka odrobinę wody, dodałam do niej 7 kropelek olejku zapachowego
Po paleniska włożyłam małą świeczuszkę i zapaliłam. Zgasiłam światło, zapatrzyłam się w blask ognia. Moje dłonie przyjemnie grzał kubek z herbatą, wokół było cicho, ciemno.

Zamyśliłam się i nagle otulił mnie zapach. Zapach cynamonu, przyprawy którą chętnie dodaję do szarlotek i naleśników z jabłkami. Co mnie mile zdziwiło zapach nie był przyprawiony nutą sztuczności, tak jak to czasem bywa w produktach zapachowych. Był niesamowicie naturalny, taki jakbym otworzyła torebkę z cynamonem. Woda z olejkiem w kominku wypaliła się dość szybko, ale aromat trwał długo, przez cały dzień. Pokój o powierzchni 20 metrów kwadratowych pachniał do wieczora. Zapach był miły dla nosa. Ani ja ani pies nie kichaliśmy. Aromat nie drażnił. Ba, on budził kubki smakowe, bo miałam wrażenie jakby coś się w piekarniku piekło. Wieczorem przyszedł do domu po pracy mąż. Nie wiedział, że paliłam kominek. Gdy się rozebrał z kurtki i butów zapytał tylko: "Kochanie gdzie ta szarlotka?" No cóż wyjaśniłam, że jej nie ma, że to tylko produkt zapachowy. Nie chciał wierzyć, ale w końcu dał wiarę.
Ten produkt przypomniał mi ciasto pieczone przez babcię, lata dzieciństwa i moje pierwsze kroki w kuchni. Aromat jest naturalny. Opakowanie o pojemności 10 ml starcza na długo. I nie kosztuje wiele. A daje tyle radości. Produkt możecie kupić tutaj
http://pachnacaszafa.pl/sklep/olejki-zapachowe/55-olejek-zapachowy-cynamon.html#.VIq6iXs8Wfg
Olejek możecie dodać do kominka ceramicznego, pokropić nim susz roślin lub dodać do nawilżacza na kaloryferze. 



wtorek, 9 grudnia 2014

Mariola Jarocka "Legendy polskie"

Wydawnictwo Wilga
data wydania 2014
stron 112
ISBN 978-83-2800-679-9

Niesamowite opowieści 

Właśnie wróciłam z niesamowitej literackiej podróży. Podróżowałam z książką w ręce i w czasie i w przestrzeni. Zawitałam do każdego z szesnastu polskich województw i poznałam legendy z nimi związanie. Zakradałam się do magicznego świata w którym bajkowa fikcja łączy się z opowiadanymi przez wieki podaniami i opowieściami. Ta lektura naprawdę mnie urzekła, oczarowała, choć mam o wiele więcej lat niż czytelnicy do których książka jest skierowana. 
Zbiór zawiera 16 legend, a każdą poprzedza opis województwa z jakim jest związany dany tekst. Autorka czytelnie, prosto i wyraziście przedstawia specyfikę danego terenu, wylicza ciekawe miejsca, które warto tam odwiedzić. Nacisk kładzie nie tylko na zabytki, ale i osobliwości przyrody i obiekty nowo powstałe. Jeśli chodzi o same legendy nie są one zbyt długie. Opowiadają o wydarzeniach z przeszłości, które wprawdzie nie mają potwierdzenia w kronikach i przekazach historycznych, ale o których opowiadano sobie z pokolenia na pokolenie. Nie znajdziemy zatem dowodów, że istniał Szewczyk Dratewka, że żyli San czy Wars i Sawa, ale i też nie można wykluczyć, że ich nie było. Każda z zebranych legend jest głęboko zakorzeniona w kulturze i tradycji, każdą poznało w swoim dzieciństwie wiele maluchów. I śmiało można zaryzykować stwierdzenie, że te teksty są żywe, że dzięki przekazowi  i wciąż cieszą się popularnością. 
Czytając tę książkę przypomniało mi się dzieciństwo i lektura szkolna "Klechdy domowe". Kto je czytał wie w jakim utrzymane są klimacie. 
Uważam, iż ta propozycja wydana nakładem Wilgi to idealna lektura dla dzieci i tych, które nie potrafią jeszcze samodzielnie czytać i tych, które już rozpoczęły edukację. Książka z pewnością zainteresuje przeszłością naszego kraju, historią i zwyczajami, tradycją i tym jak żyło się dawniej. Ma ona walory edukacyjne i poznawcze, świetnie rozwija wyobraźnię. Pokazuje bogactwo kulturowe naszego kraju. Uświadamia odrębność poszczególnych regionów. Kreśli obrazy życia przed wiekami. Jest napisana przystępnym językiem i pozwala odkrywać ciekawe miejsca, zabytki, symbole. 
Wśród występujących postaci znajdziemy i te bajkowe i te zwyczajne. W opowieściach dobro wygrywa ze złem. 
Książka jest niezwykle starannie wydana. Twarda okładka, kredowy papier, ciekawa szata graficzna i naprawdę piękne, kolorowe ilustracje sprawiają, że aż chce się ją wziąć i do ręki i czytać. 
Ta publikacja to wspaniałe źródło wiedzy o polskiej kulturze, folklorze, obyczajach. Idealna propozycja na prezent i dla chłopców i dziewczynek. 

Virginia C. Andrews "Upadłe serca"


Wydawnictwo Prószyński i S-ka
data wydania 2014
stron 464
ISBN 978-83-7961-067-9

Bogactwo i szczęście nie zawsze idą w parze

Gdyby ktoś poprosił mnie o wymienienie pisarki, która najbardziej komplikuje życie swoich bohaterów, bez wahania odpowiedziałabym, że taką osobą jest Virginia C. Andrews. Tak właśnie myślę po przeczytaniu trzeciego tomu sagi opowiadającej o rodzinie Casteel, wywodzącej się ze Wzgórz Strachu. Autorka tak bardzo namieszała w życiu głównej bohaterki, Heaven Casteel, że lektura bardzo przypomina mydlaną operę, w której wciąż mają miejsce rodzinne sensacje, śluby, rozwody i wciąż nie wiadomo, kto jest czyim ojcem i kto kogo z kim zdradził. Ale o ile oglądanie takiego tasiemca bywa zwykle nudne, to czytanie książek Andrews jest ekscytujące i dostarcza naprawdę wielu emocji.
Heaven, którą poznaliśmy w poprzednich tomach jako małą, nieszczęśliwą dziewczynkę, jest już dorosłą kobietą. Jest status majątkowy zmienił się diametralnie. Dziś panna Casteel jest milionerką, a to za sprawą wkroczenia ojca, Tony'ego Tattertona w jej życie. W dodatku spełniają się jej młodzieńcze marzenia: kończy studia i podejmuje pracę jako nauczycielka w szkole, do której sama niegdyś uczęszczała. Zaręcza się też z Loganem, swoją pierwszą młodzieńczą miłością. Heaven udaje się także odremontować rodzinny dom, w którym spędziła dzieciństwo. Wydaje się, że w życiu naszej bohaterki zagości sielanka. Nic bardziej mylnego. Wszystko zmieni podróż poślubna młodej pary, w trakcie której odwiedzi ona posiadłość Tattertona. Ojciec młodej mężatki skutecznie omami swoją fortuną Logana, a Heaven odkryje pewien sekret, który, gdy prawda wyjdzie na jaw, bardzo namiesza w jej życiu.
Lektura tej książki sprawiła, że czułam deszcz sporych emocji i rumieńce na policzkach. Oczywiście powieść kończy się w takim miejscu, że natychmiast pojawia się pytanie: co dalej? Heaven wkroczyła do grona moich ulubionych bohaterek i nie pozostaje mi nic innego, jak czekać na kolejny tom, który obiecuje wkrótce wydawca.Jeśli ktoś czytał już „Rodzinę Casteel” i „Mrocznego anioła”, to bez dwóch zdań sięgnie i po „Upadłe serca”. Są one równie świetne, jak poprzednie powieści. To książka idealna dla tych, który lubią powieści o miłości, rozterkach serca, zdradzie, namiętności i burzy uczuć, które targają bohaterami. Silne emocje są gwarantowane. Może niekiedy lektura wyda się nieco nierealna, ale i tak nie sposób jej porzucić.

niedziela, 7 grudnia 2014

Laila Shukri "Perska miłość"


Wydawnictwo Prószyński i S-ka
data wydania 2014
stron 528
ISBN 978-83-7961-063-1
Bajka bez happy endu
Właściwie ledwie co wyłączyłam czytnik ale wyjątkowo szybko chcę się podzielić moją opinią o tej książce. Powód? Jest niesamowita i wręcz ją pochłonęłam. Wcale, ale to wcale nie chce mi się wierzyć, że to debiut. Bo jest napisany świetnie. Zatem jeśli to debiut ukrywającej się pod pseudonimem Polki podróżującej i mieszkającej pod krajach Wschodu to jest to debiut doskonały. I myślę, że właśnie tę książkę ogłoszę mianem debiutu tego roku w moim prywatnym rankingu.
Zastanawiałam się czy w tytule recenzji nie zdradzam za dużo. Bo to, że wiele zdradzam nie ulega wątpliwości.Tematyką arabską interesuję się od wielu lat pod wpływem osobistego poznania osób pochodzących z krajów arabskich i jakoś nie przypominam sobie książki, która opowiadałaby o losach Europejki czy Amerykanki poślubiającej Araba, która byłaby bez gorzkiej pigułki. 
Główną bohaterką powieści jest Lidka, dwudziestokilkulatka pochodząca z prowincji. Jej rodzina nigdy nie była bogata, a status materialny pogorszył się jeszcze po śmierci ojca. Mimo trudności Lidka wyjechała do stolicy, skończyła studia licencjackie i zaczęła rozglądać się za pracą. Chciała zarabiać jak najlepiej by nie żyć skromnie i pomóc matce oraz rodzeństwu. Pewnego dnia dostała świetną ofertę - możliwość odbycia stypendium w Kuwejcie i nauki języka arabskiego. Ta umiejętność byłaby świetną furtką do zarabiania godziwej pensji. Lidka bez wahania się zdecydowała na trzyletnią naukę. Wyjechała zostawiając w kraju narzeczonego Jarka. Trafiła do innego świata, w którym na początku trudno jej było się połapać. Ann przyjaciółka z akademika wprowadziła Polkę w egzotyczny świat i zwyczaje. Lidka dość szybko uległa urokom Orientu. Na sylwestrowej imprezie poznała uroczego mężczyznę, która zawładnął jej sercem. Pochodzącego z Damaszku Hassana, który bez reszty zawrócił jej w głowie. Niedługo szarmancki Arab zaproponował jej ślub. Lidka się wahała, ale w końcu powiedziała "tak". Zaczęła się sielanka, która nie miała jednak trwać wiecznie...

Powieść mimo sporej objętości czytałam jednym tchem, na bezdechu. Chłonęłam ją, bo ciekawiła treść, a język okazał się prosty i przystępny. Łatwy w odbiorze. Sama powieść po prostu ekscytuje mnie tym bardziej, że wiem jak bardzo świat z tysiąca i jednej nocy, jak szybko mężczyźni z niego mogą podbić serca Polek. Na pierwszy rzut oka wydają się o niebo lepsi, bardziej szarmanccy i uroczy niż Polacy. Potrafią uwodzić, potrafią adorować, potrafią dać kobiecie do zrozumienia, że jest dla nich jedyna, najważniejsza i wyjątkowa. Tak właśnie poczuła się Lidka na początku znajomości z przyszłym mężem. Wydawało się, że będzie to idealny związek, że nasza bohaterka wygrała los na loterii. Niestety bolesna rzeczywistość zburzyła jej bajkę. Kto zawinił? Odpowiedź nasunie się sama - jak zwykle teściowa! Ale czy tylko? Lidka poślubiając Araba - partnera wyznającego inną religię nie zdawała sobie do końca sprawy w co się pcha. Nie miała pojęcia o obyczajach, swoich prawach i obowiązkach, obowiązującym prawie i zwyczajnej arabskiej codzienności. Można rzec, że zaślepiła ją miłość i zachowanie Hassana. Zdrowy rozsądek Lidki zawiódł i musiała potem przeżyć piekło.
Książka napisana jest bardzo dynamicznie  i ze smakiem. Nawet największego laika, który nie ma pojęcia o Wschodzie autorka powoli wprowadzi w świat arabskiej kultury, zwyczajów, świąt, religii, historii. Wyjaśnia obco brzmiące słowa. Swoją powieść opatruje w świetne przypisy. Opisując losy naszej rodaczki pokazuje specyfikę życia w Kuwejcie i innych krajach zamieszkanych przez Arabów. Tam się po prostu żyje inaczej. Tam kobiety mają inny status i role niż gdzie indziej. Tam nie bardzo legalnie się da żyć tak jak w Polsce. Tam rzeczy zakazane dzieją się w prywatnym gronie. Tam nie da się przeszczepić polskich obyczajów. Jeśli kobieta godzi się na status żony musi dostosować się do innego świata, przyjąć nie tylko nazwisko męża, ale i jego kulturę. I należy to zrobić bez szemrania, bez najdrobniejszych wyjątków. Losy Lidki dowodzą, że inna opcja nie może być przyjęta. 
"Perska miłość" to książka naprawdę świetna, napisana z rozmachem, polotem. Autorka bez fikcji przedstawia arabski świat, jego specyfikę, plusy i minusy. Pisze lekko, ciekawie i wnikliwie. Jej talent literacki przejawia się i w świetnych dialogach i uroczych opisach. Powieść jest łatwa w odbiorze, ma dynamiczną pełną niespodzianek fabułę. Przy niej i wzruszyłam się i oburzyłam. I śmiałam się i płakałam. Znakomita propozycja dla kobiet lubiących czytać lektury obyczajowe i osób zainteresowanych specyfiką Orientu. 
Rewelacyjna lektura, która zasługuje na tytuł arcydzieło. Dlaczego? Bo jest doskonała w swoim gatunku.

sobota, 6 grudnia 2014

Stosik na zimę

Już prawie zima. W ostatnim czasie dość sporo się działo pod kątem przyboru w biblioteczce. I tym chcę się dziś z Wami podzielić. Pokazać książki, które do mnie ostatnio przybyły. W papierze były to następujące lektury:
- Michael Bond "Paddington" od Znaku emotikon - właśnie zaczęłam czytać i książka bardzo mi się podoba
- Szymon J. Wróbel "Jego oczami" od Wydawnictwa M - dostałam dość dawno, ale chyba nie było w stosiku
- Krzysztof Ziemiec "Rozmowy z dystansu" j.w.
- Anna Fryczkowska " Kurort Amnezja" - od Lubimy Czytać właśnie kończę
- Jolanta Kosowska "Niemoralna gra" od Novae Res - skusiłam się na tę książkę po recenzji Kingi z bloga http://esaczyta.blogspot.com/
- Marcin Sobecki "Anatomia spisku" od Novae Res
- Paweł Mirosław Szlachetko "Adwokat spraw ostatnich" od Wydawnictwa Prószyński
- "Zwrotnik Ukraina" pod redakcją Jurija Andruchowycza od Lubimy Czytać
- Anna Kleiber "Głupia baba" od Lubimy Czytać
- Zbiór opowiadań "Cicha 5" od Lubimy Czytać
- Paweł F. Nowakowski "Maryja. Biografia Matki Bożej" od Lubimy Czytać
- Mariola Jarocka "Legendy polskie" od Stowarzyszenia Autorów Polskich

A na czytnik przybyły:



piątek, 5 grudnia 2014

Christine Watkins "Historie cudownych uzdrowień i nawróceń"


Wydawnictwo Promic
data wydania 2014
stron 296
ISBN 978-83-7502-491-3

Odmienieni z pomocą Matki

Wierzycie w cuda? Spodziewam się, że jedni powiedzą tak, a inni nie. Bez względu na to jakiej odpowiedzi udzielicie cuda i tak się dzieją. I właśnie dlatego, że są cudami, że są czymś więcej niż ludzki umysł jest w stanie pojąć nie wszyscy w nie wierzymy. Dla Boga rzeczy niemożliwe nie istnieją. I właśnie dlatego może On wszystko. Może zmienić coś co po ludzku jest niemożliwe do zmiany. Ale czy dzisiejszy świat jest w stanie to dostrzec?
Jak świat długi i szeroki są miejsca, gdzie łaski spływają wyjątkowo szerokim strumieniem. Do tych miejsc pielgrzymują ludzie, którzy albo za cuda dziękują, albo o nie proszą. Jednym z wyjątkowych miejsc na ziemskim globie jest mała miejscowość położona na terenie byłej Jugosławii. Medjugorie leży na terenie Hercegowiny niedaleko Mostaru. To tam objawia się od 1981 roku Matka Boża. To tam na lud spływa morze łask. Dzięki temu to miejsce przyciąga tłumy pielgrzymów. Wielu po pielgrzymce wraca odmienionych, lepszych, uzdrowionych. Nie sposób wyjaśnić racjonalnie fenomenu tego miejsca, ale i nie sposób odrzucić tego, czym obdarza ludzi Bóg. Te historie budzą ciekawość, ale i pobudzają wiarę w prawdziwość cudów. 
Książka Christiny Watkins to historie prawdziwe, które miały miejsce współcześnie. To historie z życia ludzi, którzy mówiąc zwyczajnie po ludzku pobłądzili. Upadli na dno, stoczyli się. A jednak Bóg za sprawą Matki Bożej wyciągnął do nich rękę. Dał drugą szansę, by poprawili się, wyrzekli zła i grzechu, pokonali nałogi, złe przyzwyczajenia. By weszli na ścieżkę dobra i odmienili swoje życie. Opisane historie są bardzo, bardzo osobiste. Gdy się je czyta wręcz bije z nich szczerość. Bo język nie jest wyszukany, lecz prosty. Słowa mają jednak olbrzymią moc. Opisują ludzką słabość, kruchość i nędzę człowieczeństwa. Uzmysławiają  jak marni jesteśmy, jak wiele czeka na nas niebezpieczeństw i jak trudno wyrwać się z sideł zła, grzechu, nałogu. Gdy człowiek sam nie może pozostaje ratunek w Bogu, pozostaje zdanie się na Jego działanie. Autorka poznała osobiście każdego z bohaterów swojej książki, którą oparła na autentycznych relacjach. Ci ludzie opowiedzieli jej o swoich losach, otworzyli się przed nią niczym na spowiedzi. Nie było miejsca na wstyd, na tajemnice, na upiększanie i tuszowanie tego co brzydkie, nie było miejsca na tabu. Była tylko prawda czasem dla czytelnika bardzo szokująca, porażająca, doprowadzająca do łez, wzruszenia i współczucia. Tak właśnie odebrałam opisane relacje, które są pierwszoosobowe. Pani Watkins oddała głos swoim rozmówcom. Ich wyznania robią olbrzymie wrażenie, nie sposób czytać ich bez emocji. Te historie uświadamiają jak wielkiego mamy Opiekuna w Bogu i Matce Bożej. Pokazują, że wiara to nie coś martwego i skostniałego, że modlitwa ma moc i siłę. Bohaterowie tacy jak Goran, Chistine czy Angela przeszli pewną granicę, znaleźli się za burtą, ale Maryja rzuciła im koło ratunkowe. Pozwoliła się nawrócić, skłonić ku Bogu, wyjść na prostą. Każdą z opisanych historii kończy Maryjne orędzie, które po poznaniu ludzkiego losu nie wydaje się pustymi słowami, ale przesłaniem płynącym prosto z serca. Po nim następują tematy do rozważań indywidualnych bądź wspólnotowych i pytania. 
Gorąco polecam tę książkę i wierzącym i niedowiarkom. Nie sposób przeczytać ją bez refleksji.

środa, 3 grudnia 2014

Świetny pomysł na trafione prezenty!

Już niedługo święta. Za pasem Mikołajki, Gwiazdka. W grudniu przypadają też popularne imieniny - Ewy, Adama, Barbary. Czas szukania prezentów już nastał. Kilka osób radziło się mnie co kupić. I tu mam propozycję produktów doskonałej jakości, które z pewnością przypadną do gustu każdemu bez względu na wiek, płeć czy upodobania. To produkty zapachowe marki Pachnąca Szafa.
Dlaczego je polecam? Bo je przetestowałam, bo są warte wydanych pieniędzy, bo wreszcie ja, alergiczka do potęgi mogę mieć pachnący dom bez objawów uczulenia i kichania. Firma przygotowała dla swoich klientów coś w klimacie zapachów kojarzących się z Bożym Narodzeniem.
I tak osobiście nie wyobrażam sobie domu w okresie przygotowań bez zapachu cynamonu.
Tu idealnym będzie olejek zapachowy wraz z kominkiem




Producent pisze o nim tak "
Kominek ceramiczny i olejek zapachowy to idealne połączenie formy i zapachu. Profilowana górna część kominka stworzona jest po to, by przyjąć kilka kropel wybranego przez nas olejku zapachowego, dolna zaś, by umieścić w niej zapaloną świecę. Ciepło płomienia sprawia, że misa u zwieńczenia ceramicznej formy lekko się rozgrzewa, dzięki czemu po pomieszczeniu roznosi się delikatny i przyjemny aromat. Dzięki swojej oryginalnej formie jest on ozdobą zarówno nowoczesnego jak i tradycyjnego wnętrza. Olejek o zapachu cynamonu przeniesie nas do czasów dzieciństwa przywołując na myśl ciepło rodzinnego domu. W portfolio Pachnącej Szafy znajdziemy również zapachy białych kwiatów, dzikiej orchidei, grejpfruta, kwiatów polnych, lawendy, lilii wodnej, pomarańczy, róży, trawa cytrynowej oraz wanilii."

Inną propozycją będzie Dyfuzor z serii Home&Nature. Jakiś czas temu pisałam o produkcie z tej serii - Zapach len& jaśmin. Świątecznie nastroi nas kompozycja Wanilii i Pieprzu.
Zestaw prezentuje się bardzo elegancko i starcza na długo. Z pewnością na 7-8 tygodni. Producent pisze o nim tak:
Dyfuzor z kolekcji Home Nature z rattanowymi patyczkami i esencją zapachową przeszedł prawdziwą metamorfozę. Aby uatrakcyjnić wygląd dyfuzora, projektanci postanowili umieścić we flakoniku kolorowe suszone kwiaty i rośliny. W kolekcji wykorzystano m.in. zbierane z polskich pól i łąk, a potem delikatnie suszone rośliny. Każdy kwiat i każda gałązka umieszczona wewnątrz flakonika, została poddana odpowiedniej selekcji. Dlatego każdy dyfuzor jest niepowtarzalny i jedyny w swoim rodzaju. Dyfuzor o zapachu Wanilia & Czerwony Pieprz – to zmysłowy i romantyczny zapach. Umieszczona w środku czerwona suszka pieprzu, ożywi każde pomieszczenie nadając mu świąteczny charakter.


Tym którzy lubią palące się kadzidełka polecam 
Zapewne czując ten aromat zechcemy skosztować szarlotki lub piernika albo grzańca z dodatkiem przypraw korzennych.
Te produkty nie są drogie, możecie je kupić w sieci internetowej pod adresem http://zapachydomu.pl/
lub w sieci drogerii Rossmann. Gorąco polecam. Mnie Mikołaj szepnął, że coś z tych cudów mi przyniesie. Czekam niecierpliwie.
 
 

poniedziałek, 1 grudnia 2014

Krystyna Mirek "Podarunek"


Wydawnictwo Filia
data wydani 2014
stron 380
ISBN 978-83-7988-248-9

Moc wigilijnych marzeń

Święta Bożego Narodzenia to wyjątkowy czas. W wigilijny wieczór składamy sobie życzenia i, patrząc w rozgwieżdżone niebo, prosimy Opatrzność, by spełniły się nasze najskrytsze marzenia. Często tak się dzieje, bo noc wigilijna ma w sobie magiczną moc...
Marta, jedna z dwóch głównych bohaterek, u progu Bożego Narodzenia prosi los o szczęście, o odmianę swojego bytu, o przysłowiową gwiazdkę z nieba. Jest jej w życiu źle, czuje się samotna i smutna. Problemy w kontaktach z mężem, chłód w sypialni, wieloletni konflikt z teściową i zamknięte w swoim świecie dzieci, doprowadzają Martę na skraj rozpaczy. Nic dziwnego, że marzy o rodzinnym porozumieniu, harmonii i spokoju.
Kaja ma z Martą niewiele wspólnego, chociaż pracują w tym samym krakowskim banku. Kaja nie ma dzieci, wciąż zmienia partnerów i tak naprawdę lubi te zmiany. Żyje beztrosko z dnia na dzień, lubi luksusowe rzeczy, dobre jedzenie i zabawę. Tylko że jest to życie na kredyt. Z każdym dniem, mimo stałych zarobków, jej zadłużenie wzrasta. Wreszcie dochodzi do sytuacji, gdy brakuje jej środków na spłatę zobowiązań. Pętla długów zaciska się na jej szyi, a obok brak partnera, który pomoże jej finansowo. W życiu kobiety robi się niebezpiecznie, grożą komornicy, licytacje i bankructwo.
Powieść Krystyny Mirek jest znakomita Utrzymana w świąteczno-zimowym klimacie książka zawładnęła mną bez reszty. Poddałam się jej magii, zatopiłam bez reszty w lekturze i spędziłam z nią dwa niesamowite wieczory. Spodobało mi się wszystko – fabuła, język, styl, okładka, zakończenie, klimat. Jest to świetna powieść obyczajowa, w której więcej jest życiowego realizmu niż słodkiej fikcji. Uważam to za atut, bo dzięki temu bardzo szybko polubiłam Kaję i Martę. Dwie zwyczajne, współczesne kobiety, które muszą sobie radzić z wieloma problemami, które błądzą, ale ze swoich błędów potrafią jednak wyciągnąć wnioski.
Tę powieść polecam czytelniczkom w każdym wieku. I tym szczęśliwym, i tym na dnie rozpaczy. Lektura z pewnością doda otuchy i natchnie optymistycznymi myślami. Każdy jest kowalem swojego losu i każdy go może zmienić. Czasem wystarczy kompromis, jedno słowo, uśmiech, opanowanie nerwów, trochę cierpliwości. Polecam też refleksję nad teorią jednej z bohaterek dotyczącą mężczyzn. Dochodzi ona do naprawdę ciekawych wniosków, które po głębszej analizie z pewnością pomogą porozumieć się niejednej skonfliktowanej parze.
To ciepła, serdeczna i familijna powieść. Znalazłam w niej wiele mądrych rad. Na koniec podzielę się fragmentem mówiącym o szczęściu, który bardzo mnie zaintrygował:
Szczęście jest nadpobudliwe. Dziś jest tu, jutro gdzie indziej. Przysiądzie w jakimś miejscu, potem leci dalej. Trzeba je łapać na każdym kroku, łowić najmniejsze okruszki w każdej chwili życia. Żeby potem nie żałować. Kto raz się nauczy, jak szukać powodów do radości, potem widzi je wszędzie. Ta powieść trafi w mojej biblioteczce na półkę z ulubionymi książkami, z którymi nie rozstanę się nigdy w życiu.
Książka pod patronatem medialnym portalu Lubimy Czytać.
Książka zrecenzowana dla wyżej wymienionego portalu.

sobota, 29 listopada 2014

Linda Chapman, Michelle Misra " Hello Kitty i przyjaciele" - recenzja serii sześciu książek






 


Wydawnictwo Papilon
data wydania 2014
Recenzja zbiorcza cyklu książeczek dla dzieci wydanych w serii "Hello Kitty i przyjaciele"
Kolejne tomy noszą tytuł 
- Klub przyjaciół
- Szalona wycieczka
- Letni kiermasz
- Wymarzony koncert
- Ślubna przygoda
oraz 
- Wakacyjna opowieść

Poznaj Hello Kitty!

Pewnie trudno byłoby znaleźć dziewczynkę w wieku kilku lat, która nie wiedziałaby kto to jest Hello Kitty. Jej postać widnieje na przyborach szkolnych, dziecięcej odzieży, opakowaniach gier czy płyt z filmem. O Hello Kitty zostały też wydane książeczki adresowane do najmłodszych odbiorców - dzieci w wieku przedszkolnym i wczesnoszkolnym. Mnie osobiście ta postać w dzieciństwie nie była znana choć wymyślono ją w Japonii dokładnie w roku moich urodzin. Skąd dowiedziałam się o jej istnieniu? Z artykułów grzmiących negatywnie, że ta postać z bajkowego świata to demon. Po ostrej krytyce przez pewne środowiska Harrego Pottera uśmiechnęłam się pod nosem i postanowiłam, że spróbuję sama sprawdzić czy to rzeczywiście coś groźnego. Okazja nadarzyła się niedługo. Wydawca zaproponował mi recenzję serii książeczek o tej bohaterce. Przyszła paczuszka, zaczęłam czytać i zrobiło mi się po prostu żal osób, które chyba potwornie przesadziły z krytyką i porównaniami. 
Spodziewam się, że po tej recenzji może zrobić się w komentarzach gorąco, ale stanowczo i bez ogródek wyrażę swoje zdanie. Z punktu widzenia odpowiedzialnej osoby dorosłej, recenzentki i miłośniczki literatury dziecięcej zapewniam rodziców, że nic niebezpiecznego w tej postaci nie jest, a wydane książeczki są naprawdę świetnymi lekturami dla najmłodszych. 
Kim jest Hello Kitty? 
Otóż została ona wymyślona 40 lat temu i dziś jest popularną postacią bajek, filmów i gier. Mieszka sobie na przedmieściach Londynu i jest Brytyjką. Jest kotem rasy japoński bobotail, ma siostrę bliźniaczkę Mimmy, rodziców i dziadków. Gdy ją poznajemy w książce otwierającej serię Hello Kitty zaczyna naukę w nowej szkole. Zmienia otoczenie rówieśników, ale nie narzeka z tego powodu. Wprost przeciwnie jest bardzo ciekawa, kogo spotka w nowej szkole. Jest bardzo dzielna i odważna, szybko aklimatyzuje się w nowym miejscu gdzie poznaje nowych przyjaciół. Wraz z nimi tworzy Klub Przyjaciół, który staje się sprawdzoną paczką młodych towarzyszy przeżywających ze sobą wiele chwil. Hello Kitty, Tammy, Fifi, Dear Daniel często się spotykają w szkole i poza nią, razem się bawią, uczą, poznają świat, przeżywają różne przygody. W kolejnych książeczkach czeka ich wiele niespodzianek, zadań i wyzwań. 
Wydane nakładem Papilonu książeczki to opowieści o grupie przyjaciół, które są niczym hymn pochwalny na cześć przyjaźni. To właśnie ona kształtuje młodych bohaterów i stymuluje u nich pozytywne zachowania. Hello Kitty i jej przyjaciele uczą się w grupie tolerancji, wzajemnego szacunku, solidarności wobec siebie. Wspólnie spędzony czas na zabawie i podejmowaniu różnych wezwań rozwija kreatywność, oducza samolubstwa i wywyższania się ponad innych tworzących małą społeczność, uczy pracy zespołowej, podziału zadań, odpowiedzialności. Te książeczki z pewnością nie uczą zadufania w sobie, nie preferują niezdrowej rywalizacji, a pokazują, że w grupie można świetnie się bawić. 
Gdy sięgnięcie po tę serię czeka Was pobyt na szkolnej wycieczce, na wakacjach, na ślubie, a także wymarzonym koncercie idoli i uczestniczenie w szkolnym kiermaszu. Pod koniec każdej części czeka niespodzianka - zabawy i projekty, które maluchy mogą wykonać ze swoimi przyjaciółmi, ciekawe zadania związane tematycznie z treścią oraz zaproszenie pod internetowe adresy by nauczyć się angielskiego. Tych którzy odgadną zamieszczone wewnątrz okładki hasło czekają pod adresem www kolejne gry i zabawy !
Czy warto sięgnąć po te historyjki i poczytać lub podsunąć je dziecku? Tak, zdecydowanie tak i błagam nie słuchajcie bzdur o demonach, diabłach i złych duchach. To wymysły zbyt bujnej ludzkiej wyobraźni.  Hello Kitty to świetna propozycja, którą po wnikliwej lekturze polecam. Warto!

piątek, 28 listopada 2014

Joanny Sykat "Tylko przy mnie bądź"


Wydawnictwo Replika
data wydania grudzień 2014
stron 244
ISBN 978-83-7674-412-4

Pieniądze to nie wszystko!

Najnowsza powieść Joanny Sykat to pierwsza książka pióra tej autorki, którą przeczytałam. Książka zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. Ba, potężnie mnie zaskoczyła i wstrząsnęła mną. Nie jest to bowiem, jak się spodziewałam tylko klasyczne czytadło dla pań, ale książka którą mogą czytać z zainteresowaniem również panowie. W niej bowiem jest przedstawione to, co codziennie nam miga przed oczyma, a my nie dostrzegamy niebezpieczeństwa, ba lgniemy do niego jak muchy do mazi.
Dzisiejszym światem rządzi pieniądz. Nie ma dwóch zdań to święta prawda. W każdym zakątku świata, no może poza tybetańskim klasztorem i dziewiczą dżunglą ludzie pędzą po kasę. Dążą za wszelką cenę do powiększenia lub zdobycia większego majątku. Po co? By mieć, by pokazać innym co są warci. Bo wypada mieć nowy model telefonu, samochodu, markową odzież, drogi zegarek, dobre kosmetyki. Pieniądz stał się bogiem, który jest w każdym przypadku bezwzględny. Chcesz go mieć tyraj, urób sobie ręce po pachy. Haruj po dwanaście i więcej godzin, poświęcaj weekendy a twoje konto będzie pękate. Warto? O właśnie - czy w zabieganej codzienności mamy czas się zastanowić? Raczej nie, bo pędzimy po kasę!

"Tylko przy mnie bądź" to książka w której autorka wyrysowuje wizję świata tylko dla zdolnych i ambitnych, którzy gotowi zaprzedać swoją duszę, by mieć. Można śmiało ocenić, że pisząc tę powieść Pani Joanna sięgnęła po elementy fantastyczne, ale po chwili zastanowienia stwierdziłam, że może są one takie w tej chwili, a za kilka lat mogą okazać się po prostu realną rzeczywistością. Bo czyż świat nie ewoluuje w tę szaloną stronę? Czy nie trzymamy w ręku coraz więcej elektronicznych, cyfrowych i mobilnych gadżetów? 
Marta to kobieta zawieszona między dwoma światami- zawodowym - korporacyjnym w strefie określanej mianem Dome i tym zwyczajnym, prywatnym w którym ma rodzinę, synka, prawdziwy dom i w którym bywa tylko na chwilę. Rzeczywistość w której toczy się kariera Marty jest jak na dzisiejsze standardy futurystyczna. Światem w którym pozornie wolny człowiek staje się tak naprawdę marionetką, trybikiem w maszynie, niewolnikiem sprzedajnym za pieniądze, awans i prestiż zawodowy. Marta męczy się pod Kopułą mając na ręku Pidżej, ale robi to dla pieniędzy, dla dobra swojego synka, którego zostawia w normalnym świecie pod opieką dziadków. Pewnego dnia spotyka Wiktora, mężczyznę, który jest ojcem jej dziecka, który kiedyś ją porzucił na wieść o ciąży. Co stanie się z nimi dalej oczywiście nie zdradzę!

Zachęcę do przeczytania tej książki, która na początku niezwykle mnie zszokowała. Spodziewałam się babskiego czytadła, a musiałam wkroczyć w książkę z elementami fantastycznymi. Nie porzucając lektury z każdą stroną byłam jej coraz bardziej uległa. I zaczynałam stopniowo rozumieć, o co chodziło autorce, co chciała nam przekazać, na co uczulić, uwrażliwić. Tak, nie można odmówić tej powieści przesłania, które w dzisiejszym świecie jest bardzo ważne. Pieniądze to nie wszystko. Są rzeczy policzalne, są dobra niezbędne, ale stanie się niewolnikiem pieniądza nie jest dobrym wyjściem. Zdecydowanie jest życiową pomyłką, która prowadzi w ślepą uliczkę i z której może nie być wyjścia. Magia pieniądza może nas i zaślepić i nawet oślepić. Nie warto bowiem zmarnować sobie życia na wyścig za pieniądzem. Bo są jeszcze inne wartości jak rodzina, uczucia, życie prywatne w którym czas na pasje, hobby. Praca choćby najbardziej wymarzona i intratna nie zastąpi życia. Jak często wielu z nas miało do czynienia w realnym świecie z taką sytuacją? Samej zdarzyło mi się pracować w firmie, która miała apetyt stać się całym światem. W porę powiedziałam stop! i dlatego tak szybko zrozumiałam przesłanie tej lektury. 
Książkę mimo, że nie jest łatwa w odbiorze polecam. Niech pomoże Wam lepiej żyć i uświadomi jakie błędy możemy w życiu popełnić, jakim możemy ulec pokusom. 


wtorek, 25 listopada 2014

Ewa Szelbug-Zarębina "A...a... a... kotki dwa"


Wydawnictwo Zysk i S-ka
data wydania 2014
stron 32
ISBN 978-83-7785-578-2

Przedziwny świat Ewy Szelburg-Zarębiny

Mimo, iż jestem dorosłą kobietę nadal chętnie sięgam po literaturę dziecięcą. Mimo swojego wieku nadal mam apetyt na lekturę utworów, które poznałam wiele lat temu, gdy jeszcze nie potrafiłam samodzielnie czytać. Dziś zagłębiając się w nie wracam do beztroskiego dzieciństwa, w którym ważne miejsce zajmowały książki. Jako początkujący czytelnik najchętniej sięgałam po wierszyki dla dzieci. Były to utwory które do dziś czytane są najmłodszym i stanowią klasykę dziecięcej poezji. Do grona tych książek nie sposób nie zaliczyć poezji Ewy Szelburg-Zarębiny. 
W ostatni wieczór znów zaczytałam się w wierszykach tej autorki zawartych w tomie pod tytułem " A... a... a... kotki dwa". Książeczka ta liczy ponad dwadzieścia wierszy o przeróżnej tematyce. Są one dość krótkie, melodyjne i cechują je piękne rymy. Te wierszyki warto przeczytać na głos, bo wtedy najlepiej odkryć kunszt warsztatu ich twórczyni. Skierowane są one do najmłodszych, kilkuletnich dzieci i zna je już wiele pokoleń maluchów. Mimo upływu lat te wierszyki się nie starzeją i nie tracą na wartości. Wprowadzają do uroczego świata z bajki w którym króluje dobro, nie ma zła i przemocy. Wszystko jest urocze i kolorowe. Ten zbiór zawiera w sobie wartości poznawcze i edukacyjne. Budzi dziecięcą wyobraźnię. Bohaterami utworów są zwierzątka, postacie z bajek. Autorka nie stroni od opisów piękna przyrody. 
Karty książki urozmaicają wspaniałe i kolorowe ilustracje autorstwa Aleksandry Michalskiej-Szwagierczak. Książka jest wydana starannie, ma duży format i twardą oprawę. Dzięki temu posłuży dłużej. Tomik zawiera mój ukochany wiersz "Idzie niebo ciemną nocką". Minęło ponad trzydzieści lat jak usłyszałam go po raz pierwszy, jak nauczyłam się na pamięć tych strof. I mimo upływu wielu lat nie zapomniałam, bo tak cudownych utworów się nie zapomina. 
Książka warta polecenia, świetny prezent pod choinkę. Lektura, której nie może zabraknąć w biblioteczce żadnego maluszka.

Artur Orzech "Wiza do Iranu"


Wydawnictwo 
data wydania 2014
stron 224
ISBN 978-83-6414-249-9

Welcome to Iran

Artura Orzecha do tej pory poznałam jako znakomitego prezentera radiowego i telewizyjnego oraz jako wspaniałego dziennikarza muzycznego. Nie miałam pojęcia natomiast, że jest on absolwentem iranistyki na Uniwersytecie Warszawskim i tłumaczem języka perskiego.
Iran w opinii Europejczyka to kraj postrzegany niezbyt pozytywnie. Kojarzy się jako państwo religijne, w którym islam narzuca prawo i normy obyczajowe we wszystkich dziedzinach życia. Nie jest to miejsce chętnie odwiedzane przez turystów, choć ma wiele pięknych zakątków, bogatą historię i cenne zabytki. By postawić stopę na irańskiej ziemi trzeba uzyskać wizę, co wcale nie jest takie łatwe. Iranowi daleko do przyjaznego turystom Egiptu czy Tunezji. Ale tak naprawdę Iran ma też inne oblicze, które kreują jego obywatele, którzy pragną zmian i rozluźnienia obowiązujących norm. Są przyjaźni wobec cudzoziemców i chcą otworzyć się na świat.
Lektura tej książki to nic innego jak literacka podróż w doborowym towarzystwie do kraju egzotycznego, barwnego, a zarazem tajemniczego, który potrafi nie jeden raz wprawić w osłupienie. Tu wszystko jest takie inne niż w Europie. Architektura, zapachy, obyczaje. Czy nam mieszkańcom Starego Kontynentu mieści się w głowie by w środkach publicznej komunikacji były oddzielne miejsca dla kobiet i mężczyzn? Czy wyobrażamy sobie sytuację, by nasze zachowanie na ulicach kontrolowała policja obyczajowa? Czy Europejkom mieści się w głowie, że nie można spotkać się z mężczyzną bez przyzwoitki – spokrewnionego mężczyzny?
Autor pięknym i eleganckim językiem opisuje historię Iranu, przytacza pochodzące z różnych źródeł legendy perskie. Wyjaśnia zawiłości wiary muzułmańskiej. Pisze o roli kobiety i mężczyzny w perskim środowisku. Oprowadza czytelnika po jakże pięknych zakątkach Teheranu i innych irackich miast. Wskazuje osobliwości perskiej kultury, piękno sztuki, ale i pisze o dzisiejszym Iranie, który wciąż się zmienia. Kochając Iran Artur Orzech pokazuje jego blaski i cienie, bolączki i piękno.
Książkę polecam osobom zainteresowanym islamem, krajami Bliskiego Wschodu, ich historią i współczesną rolą w świecie. Na zakończenie Artur Orzech przygotował świetną niespodziankę. Kilka utworów irańskiej poezji, które są niezwykłe i romantyczne. Ci, co lubią gotować mogą spróbować przygotować według zamieszonego przepisu mirza-qasemi – irańską potrawę warzywną. Dla mnie przepyszne danie, które przyrządzę jeszcze nie raz.
Książka pod patronatem medialnym portalu Lubimy Czytać.
Książka zrecenzowana dla portalu Lubimy Czytać. 

niedziela, 23 listopada 2014

Marcin Prokop "Jego Wysokość Longin"


Wydawnictwo Znak emoticon
data wydania listopad 2014
stron 160
ISBN 978-83-240-2961-7

Dzieciństwo w PRL-u było kolorowe!

Czasy PRL-u zapisały się historii jako okres bury i ponury, kiedy królował marazm i ciągle czegoś brakowało. Z pewnością dorosłym nie żyło się wtedy łatwo, ale dzieci, jak to dzieci umiały dostrzegać świat na wesoło, w kolorowych barwach. Sama jestem przedstawicielką pokolenia urodzonych w latach 70-tych XX wieku. Moje pierwsze dziesięciolecie było inne niż współczesnych dzieciaków, ale miło wspominam ten okres i często wracam do niego pamięcią. Wracam i wspominam, gdy spotykam równolatków, ale i wracam przy lekturze książek, których akcja rozgrywa się w czasach mojej młodości. Taką właśnie lekturą jest książka pióra Marcina Prokopa, autora znanego czytelnikom z książek w poważnym tonie. Publikacja o której piszę to pozycja skierowana do młodego czytelnika, ale i do osób dorosłych, która wręcz tryska humorem. Ta książka zabiera w podróż do wprawdzie niedalekiej przeszłości, ale jakże innej od tego co wokół nas dziś. Dla mnie lektura była bardzo przyjemną sentymentalną wycieczką przy której śmiałam się często, ale i łezka tęsknoty pojawiła się w oku i poczułam nostalgię za tamtym okresem.
 
Longin to nie imię, Longin to nie nazwisko. Longin to pseudonim nadany pewnemu chłopcu (autorowi), który przylgnął w dzieciństwie do niego z uwagi na wzrost. Longin to ksywka pochodząca od angielskiego słowa long - długi. Marcin Prokop bowiem był dzieckiem dużo wyższym niż rówieśnicy. Pseudonim swój bardzo polubił i nie odczuwał z powodu niego kompleksów. Longin zatem mieszka sobie w pewnej kamienicy wraz z rodzicami i młodszym bratem, którego tytułuje Bracholem. Jest uczniem pewnej podstawówki, ma swoją paczkę podwórkowych kumpli. Ma bardzo żywiołowy temperament, wszędzie go pełno. Jest psotnikiem, a swoimi postępkami często podnosi rodzicom ciśnienie. Longin to dziecko nad wyraz kreatywne i ciekawe świata, podchodzące do życia z humorem i dystansem. Ten chłopiec ma inne marzenia niż współcześni chłopcy. Dla niego cudem techniki jest komputer Atari i zwykły składak - poprzednik popularnych dziś górskich rowerów. Longin nie żyje w wirtualnym świecie, nie korzysta z internetu, bo go jeszcze nie ma. Longin tylko pod wodzą taty gra w prymitywne względem dzisiejszych gry komputerowe. Longin dużo czasu spędza na podwórku, jeździ na łyżwach, wakacje spędza u dziadków na wsi i wszędzie bardzo psoci. Mimo to, a może właśnie dlatego nie sposób go nie polubić. Chcecie go poznać? Zapraszam do czytania.

Książka ukazuje realia życia dziecka w PRL-u, ukazuje klimat tamtych lat. Młodych odbiorców pewnie nie raz zadziwi obraz tamtych czasów. Starsi przeczytają tę książkę z nostalgią i poczuciem tęsknoty za młodością i czasem beztroski. Dla mnie atutem tej relacji jest świetny styl i prosty język, szybkie tempo opowieści i użycie słownictwa charakterystycznego dla tych lat, które już dziś wyszło z obiegu. Ta książka okazała się dla mnie świetnym lekarstwem na bolączki rzeczywistości. Sięgnęłam po nią wzburzona do granic wytrzymałości kiedy bezczelny kierowca dostawczego busa zastawił mój garaż i musiałam zmienić plany na popołudnie. Udało się tego czasu nie zmarnować, po kwadransie lektury moje myśli zajęło tylko czytanie i to co wokół przestało mnie interesować. Zatem mogę zarekomendować tę książkę jako relaksacyjną i odprężającą. Gorąco polecam ją i tym, którzy czasy Longina przeżyli i tym, którzy są od niego dużo młodsi. 

sobota, 22 listopada 2014

Tadeusz Kubiak "Idzie zima"


Wydawnictwo Zysk i S-ka
data wydania 2014
stron 32
ISBN 978-83-7785-577-5
 
Chu chu cha nasza zima nie jest zła!
 
Zima ma chyba najwięcej zwolenników wśród dzieci i narciarzy. Milusińscy widzą w niej same plusy. Zimą dzieci nie myślą o śliskim chodniku, odśnieżaniu czy drapaniu szyb samochodu z lodu. Dzieci w tym czasie czeka lepienie bałwana, ubieranie choinki, spotkanie z Mikołajem, bitwa śnieżkami czy jazda na sankach. W ostatnich latach zima bywa wprawdzie kapryśna i igrająca z kalendarzem, ale mimo to zawsze przychodzi.
 
O zimie napisano dla dzieci wiele książek. Są baśnie i bajki z zimą w tle. Są i wiersze wprowadzające w klimat tej pory roku. Autorem, który napisał strofy dla dzieci w zimowym klimacie jest Tadeusz Kubiak nieżyjący już polski poeta i satyryk oraz autor tekstów pieśni i słuchowisk radiowych. Właśnie na księgarskim rynku pojawił się tom jego wierszy dla maluchów pt. "Idzie zima".
Książka składa się z ponad dwudziestu utworów utrzymanych w klimacie białej pory roku. Ich tematyka oscyluje wokół samej zimy, ale i związanych z nią nieodłącznie świąt, tradycji, sportów.  Bohaterami są ludzie i zwierzęta. Każdy z utworów choć krótki jest bardzo treściwy i klimatyczny. Pozwala maluchom zapamiętać uroki zimowych klimatów, niesie ze są wartości poznawcze i edukacyjne. Autor pisząc owe utwory dokonał czegoś moim zdaniem zaczarowanego. Zobaczył świat oczami dziecka. Zwykle, gdy dorastamy gubimy te dziecięce "okulary". Kubiak znalazł je i znów założył. I dzięki temu opisał zimę tak jak widzą ją dzieci. Od tej pięknej, magicznej i zaczarowanej strony, bez minusów i uciążliwości. 
Każdy z wierszy jest uroczy, każdy nasuwa przed oczy pewien zimowy obrazek. Każdy mnie kobiecie dojrzałej przypomniał chwile dzieciństwa, bo ja te wiersze już kiedyś czytałam i słuchałam. Jako mała dziewczynka, jako uczennica podstawówki. Pamięć moja okazała się nie do końca ulotna i czytając przypomniałam sobie wyuczony kiedyś wiersz o wigilijnym wieczorze  kiedy to "płoną świeczki na choince, co tu przyszła na noc"( str 22).
Ten zbiór wierszy gorąco polecam dla młodych czytelników i słuchaczy. Najlepiej czytać je na głos, z intonacją. Wtedy najpełniej widać ich urok, słychać rymy, a przed oczami rozbudzona strofami wyobraźnia wyświetla zimowe slajdy. 
Książka, tu wyrazy uznania dla Wydawcy, jest naprawdę pięknie i starannie wydana. Duży format, dobra czcionka oraz piękne, naprawdę piękne, bajecznie kolorowe ilustracje zasługują na pochwałę. Doskonała korekta, brak wszelkich błędów. 
Doskonały pomysł na prezent i dla chłopców i dziewczynek. 
Książka dzięki której znów zagościłam w świecie dzieciństwa i przypomniałam sobie piękne chwile, długie wieczory, gdy w cieniu choinki lektury dla dzieci czytał mi dziadek.

wtorek, 18 listopada 2014

Ewa Winnicka "Angole"


Wydawnictwo Czarne
data wydania 2014
stron 304
ISBN 978-83-7536-836-9

Wszędzie dobrze gdzie nas nie ma?

Gdy w 1989 roku upadł komunizm, wielu Polaków było przekonanych, że wreszcie i u nas nastąpi zmiana, że już nie będziemy musieli wyjeżdżać na Zachód, by godnie żyć, że i Polska stanie się krainą mlekiem i miodem płynącą. Lata mijały, ale zamiast lepiej, wciąż było nieciekawie, a spora grupa zapewne powie, że coraz gorzej. Wielu młodych ludzi poczuło się rozczarowanych nową rzeczywistością, wielu starszych straciło pracę. I znów zaczęły się wyjazdy poza kraj. Wyjazdy po to, by zarobić, by mieć pracę, by dostatnio żyć, a nie wpadać w pętlę długów. Największy odpływ można było zaobserwować zwłaszcza po 2004 roku. Z chwilą wejścia Polski do Unii Europejskiej zaczął się prawdziwy najazd na kraje Europy Zachodniej, wśród których szczególną popularnością zaczęły cieszyć się Wyspy Brytyjskie. Wielu Polaków zaczęło życie w Anglii czy Irlandii. Zaczęła krążyć anegdota, że Polsce przybyło kolejne województwo, zwane londyńskim. A sam Londyn zaczęto pieszczotliwie nazywać Lądkiem. Jedni opowiadali, jak to tam jest wspaniale, jak łatwo można się dorobić, stanąć na nogi, pospłacać stare długi, odetchnąć pełną piersią. Inni narzekali, że Anglia ich rozczarowała, że są tam źle traktowani, że doświadczają poniżenia, że tyrają jak niewolnicy. Dręczyła ich tęsknota za ojczyzną, rodziną, rozczarowały warunki pracy. Jak jest naprawdę?

Byłam ciekawa odpowiedzi na to pytanie, dlatego sięgnęłam po książkę, będącą zbiorem zwierzeń emigrantów. „Angole” Ewy Winnickiej to ponad trzydzieści historii, trzydzieści obrazów emigracyjnej rzeczywistości widzianej oczyma przeróżnych ludzi: młodszych i starszych, o różnym statusie społecznym, różnych poglądach i zapatrywaniach na życie, różnej sytuacji materialnej i różnym wykształceniu. Ich wrażenia są bardzo odmienne i często kontrastują ze sobą. Jednym się udało, inni uważają wyjazd za błąd i życiową porażkę. W opisanych przez autorkę relacjach jednak przeważa pesymizm, a spowiadający się Polacy bardziej narzekają niż chwalą. Co boli? Diametralnie inny świat wokół, bariera językowa, nieznajomość prawa, a wreszcie fakt, że można łatwo zostać oszukanym przez bardziej zadomowionych w Anglii Polaków. Te same dylematy mają dorośli, jak i dzieci. W szkołach grasuje niepisana segregacja i zasada, w myśl której kto silniejszy, ten górą. Prawo pięści bywa prymatem, a o pozostanie na marginesie jest łatwo. Anglicy czują się lepsi od innych nacji. Cóż, mają do tego prawo – w końcu są u siebie i w wielu przypadkach patrzą z góry na tanią najemną siłę roboczą spoza dawnej EWG.

Książka nie zachęca do emigracji, pokazuje, że życie na obczyźnie to spore wyzwanie. Trzeba zmienić mentalność, swój tok myślenia, przestawić się na inne tory. Czasem mocno zacisnąć zęby i nie dać się złamać. I trzeba ze zdrowym rozsądkiem podejść do życia, nie wpadać w skrajności, tylko dać sobie czas, by ochłonąć i przyzwyczaić się do nowych warunków. Ważne jest w końcu uświadomienie sobie, że na obczyźnie nie będzie tak, jak u siebie. Prędzej przywyknie pokolenie urodzone już tam niż ci, którzy przyjechali. Początki bywają trudne, ale może to jest tak, że wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma?
Książka objęta patronatem medialnym portalu Lubimy Czytać.
Recenzja napisana dla portalu Lubimy Czytać.

niedziela, 16 listopada 2014

Jaśminowo mi czyli post zapachowy

Nastał listopad. Najgorszy miesiąc w roku. Świat zasypia, już drzemie otulony mgłami. Właściwie już nic nie pachnie poza gnijącymi liśćmi, snującymi się mgłami, które sprawiają, że jest nieprzyjemnie mokro, buro i ponuro. W tym czasie zwykle dopada mnie chandra. Brakuje światła, ciepła, aromatów. By poprawić sobie nastrój sięgam wtedy chętnie po produkty zapachowe. Robię to, by mój dom stał się ciepłą, aromatyczną enklawą, gdzie przytulnie będzie się zaszyć i czekać na wiosnę.
W tym roku na ponure listopadowe wybrałam z oferty firmy Pachnąca Szafa dekoroacyjny odświeżacz powietrza Jaśmin&Len.
Produkt jest pięknie opakowany, co możecie zobaczyć za zdjęciu.
Do flakonika z substancją zapachową wkładamy rattanowe patyczki i gotowe. W środku flakonika znajdują się ręcznie zbierane i specjalnie przygotowane kawałki lnu, co wzrokowo dodaje bardzo uroku. To teraz pora powiedzieć o zapachu. To bardzo oryginalna kompozycja, z którą do tej pory się jeszcze nie spotkałam. Jaśmin obok bzu to dla mnie wśród zapachów jeden z synonimów wiosny.
 Uwielbiam go, nie tylko jako aromat, ale i dodatek do herbaty. Jaśmin pachnie delikatnie, intensywnie i bardzo, bardzo romantycznie. Len kojarzy mi się natomiast z latem, gdy słońce mocno grzeje.

Cóż napisać o produkcie? Pachnie on już w moim mieszkaniu trzeci tydzień. Aromat jest bardzo subtelny, elegancki i delikatny. Producent na opakowaniu podaje, że wypełni on dom zapachem przywodzącym na myśl czystość suszącej się pościeli na wietrze. Ja osobiście skojarzyłam go z czymś innym. Ze ślubem. Nie wiem skąd przyszło mi do głowy to skojarzenie, ale uważam, że ten zapach idealnie pasowałby nie tylko do mieszkania, ale do stworzenia wspaniałej atmosfery w sali weselnej.  Sam dyfuzor jest bardzo elegancki i doskonale wkomponowuje się w każdy wystrój. Sprawdzi się i w sypialni, pokoju dziennym czy garderobie. Do łazienki moim zdaniem jest zbyt elegancki. Świetny produkt warty polecenia, zapach do którego pasuje określenie naturalny, bez sztucznych woni jaki wydają niektóre odświeżacze. Doskonały pomysł na prezent.

wtorek, 11 listopada 2014

Katarzyna Enerlich "Prowincja pełna szeptów"


Wydawnictwo MG
data wydania 2014
stron 272
ISBN 978-83-7779-193-6

Cudowna prowincja - odsłona kolejna

Jak ten czas szybko leci ! Tak chciałoby się rzec. To już szósta książka o Ludmile z Mazur, a niebawem ukaże się siódma, na którą bardzo czekam. Póki co opiszę wrażenia z lektury części szóstej, która znów mnie zachwyciła i zasłużyła w moim osobistym rankingu na notę najwyższą. 
Dlaczego tak bardzo przepadam za tym cyklem i prozą Pani Kasi? Ano dlatego, że Ludmiła jest moim literackim bliźniakiem. Charaktery mamy tak bardzo zbieżne, podobne poglądy i doceniamy w życiu to samo. A przecież czytanie o kimś tak sobie bliskim to istna rozkosz. 
Co tym razem spotkało naszą bohaterkę? No nie były to rzeczy miłe, ale życie i z takich się składa. Jest bowiem w życiu i noc i dzień, i szczęście i ból. I trzeba je przeżyć, przetrwać, bo skoro zamykają się pewne drzwi to otworem stoją inne. W czym problem? Otóż w tym, aby je dostrzec. I to właśnie wyzwanie spotkało Ludmiłę. Czy sobie poradziła? Weźcie książkę do ręki, z pewnością nie pożałujecie!
 
Ludmiła wyszła za mąż za Wojtka. Z miłości. Niedługo po ślubie on wyjechał  służbowo na Syberię. Miał wrócić. I miało być długo i szczęśliwie. I byłoby z pewnością, gdyby nie zły los, który wyrysował dość okrutny scenariusz. Samolot gdy pochodził do lądowania uległ katastrofie. Wojtek nigdy nie wrócił do żony. Ludmiła dostała od losu cios w samo serce. Utraciła męża kiedy nie zdążyła się nim nacieszyć. Jeszcze dobrze nie poczuła się żoną jak przyszło jej włożyć czarne wdowie szaty. Otulić w żałobie i ronić łzy. Nic dziwnego, że nasza bohaterka wpadła w depresję. Nie miała ochoty na nic poza leżeniem w łóżku. Nie miała nawet siły, by wychowywać córkę. Ale od czego są przyjaciele? 
To moim zdaniem najbardziej wzruszający tom tej serii. Opowiada o budzeniu się do życia po ciężkim ciosie, po nokaucie. Znający Ludmiłę znają jej charakter. Nie jest ona eteryczną i kruchutką istotą, ale siła ciosu jaki otrzymała poraziła ją. Ludmiła musiała wybrać: albo poddać się i stracić wszystko, albo powstać niczym Feniks z popiołów. Ułożyć sobie świat od nowa bez miłości kochanego człowieka, z pustką po nim, z dziurą w sercu, którą czas i sama bohaterka musieli zasklepić. Bo inaczej się nie da. 
 
Ludmile nie jest łatwo, ale po swojej stronie, w swoim teamie ma mocnych zawodników-pomocników. Bliskie jej osoby z którą łączą ją silne więzy. Mocne spoiwa przyjaźni, która w chwilach smutku i żałoby ma siłę oceanu. Daje energię niczym najlepsza czekolada. I jest bezcenna. Ta książka to powieść o odradzaniu się do życia, o zmaganiu z żałobą, która jest niczym ciężka choroba. Boli na swój sposób, zatruwa niczym rak. To książka o odkrywaniu nowego świata, który wypełnia ten utracony. W lekturze nie brak mazurskiego klimatu, legend i ciekawostek o wczoraj i dziś tego regionu. I są postacie, które mnie bardzo mocno zaintrygowały - szeptuchy. 
Czytanie tej książki było czymś wyjątkowym, czymś niesamowicie przyjemnym. W prozie Katarzyny Enerlich można bowiem zasmakować jak w wykwintnym daniu, zanurzyć się jak w pachnącej kąpieli, zatracić jak w ukochanej pasji. Ten tom cyklu o mazurskiej prowincji to książka z przesłaniem, która będzie idealną lekturą dla tych, co w życiu zagubieni, zabiegani, prujący gdzieś do przodu z wyścigiem szczurów. Ta powieść uczy jak piękniej, lepiej, intensywniej żyć, jak odkrywać piękno tego co blisko, jak cieszyć się prostymi rzeczami, bo właśnie w prostocie jest niesamowity urok. Czasem nie trzeba do szczęścia wiele, trzeba tylko dobrze dojrzeć czym los obdarza. Czasem do szczęście potrzebne są tylko dobre "okulary" pozwalające odkryć to, co w zasięgu nas. Książka to również doskonała wskazówka jak radzić sobie z utratą kogoś bliskiego i żałobą po nim. Szczególnie osobom w sytuacji podobnej jak sytuacja Ludmiły gorąco ją polecam. 
 
Wspaniała, porywająca, chwytająca za serce lekturą. Książka, o której nigdy nie zapomnę. Jedna z najlepszych jakie w tym roku czytałam. 
Moja ocena może być tylko jedna 10/10.

sobota, 8 listopada 2014

Uwaga konkurs

Warto spróbować swych sił, a recenzja tej książki już wkrótce na blogu. Książka pod patronatem medialnym portalu Lubimy Czytać.

piątek, 7 listopada 2014

Jodi Picoult "Już czas"


Wydawnictwo Prószyński i S-ka
data wydania 2014
stron 512
ISBN 978-83-7961-050-1

Szukanie ze słoniami w tle

Jodi Picoult to jedna z pisarek książek obyczajowych, które najbardziej cenię. To autorka po której powieści sięgam automatycznie nawet nie zagłębiając się w ich opis. Tak stało się i tym razem. Spodziewałam się wielkiego Wow, lektury napisanej po mistrzowsku, którą bez dylematu ocenię najwyżej. Ale fajerwerków nie było. Nie tym razem. Nie oznacza to, że przeczytałam książkę złą. Tylko uważam, że kogo jak kogo, ale Picoult stać na więcej. Na wiele, wiele więcej. Skończyłam bowiem czytać przeciętną powieść, a spodziewałam się arcydzieła. I stąd ten zawód.

Jenny Metcalf jest nastolatką wychowywaną przez babcię po kądzieli. Trzynastolatka nie ma w życiu łatwo. Dziesięć lat temu jej życie uległo ogromnej zmianie. Rodzice Jenny byli naukowcami badającymi życie słoni. Najpierw tych na afrykańskich ziemiach żyjących w naturalnym środowisku, a potem pracowali w amerykańskim rezerwacie stworzonym dla słoni żyjących w niewoli - w cyrku bądź zoo. Pewnego dnia doszło do niewyjaśnionych do tej pory zagadek. Na terenie rezerwatu znaleziono ciało jednej z opiekunek zwierząt oraz mocno poturbowanej matki Jenny. Sekcja zwłok ustaliła, że opiekunka zginęła wskutek stratowania przez słonia. Alice przewieziono nieprzytomną do szpitala. Nikt jej nie przesłuchał. Gdy tylko kobieta odzyskała przytomność na własne żądanie opuściła szpital i rozpłynęła się jak kamfora. Znikła bez śladu. Nie wróciła do rodzinnego domu. Jej mąż wskutek przeżytej traumy trafił do szpitala psychiatrycznego na długie lata. Matka Alice formalnie nigdy nie zgłosiła jej zaginięcia. Jakby bez słowa pogodziła się z tym, że córka rozpłynęła się we mgle. Jenny tęskniąc za matką postanowiła, że ją odnajdzie. Żywą lub martwą. I dowie się całej prawdy o zaginięciu rodzicielki. W tym zadaniu mają pomóc jej jasnowidzka i detektyw. Czy uda się rozwikłać zagadkę? 

Książka jest napisana w sposób dość oryginalny. Fabułę przeplatają ciekawostki i fakty z życia słoni. Czytając miałam wrażenie lektury książki obyczajowej wymieszanej z książką przyrodniczą. Osobiście uważam takie połączenia za niezbyt w moim guście. Bo albo powieść, albo przewodnik po życiu słoni. Denerwowało mnie odrywanie się od głównego wątku fabuły by poczytać o zachowaniu olbrzymich ssaków. Nie mogę napisać, że przeczytałam wszystkie książki Picoult, ale ta jest zdecydowanie najsłabsza. Nie obmywa się do "To, co zostało" czy "Świadectwa prawdy". Niestety za mało emocji, za mało napięcia. Początek jest zbyt rozciągły, cechuje go zbyt wolne tempo. Ocenę ratuje dobry koniec, ale przecież książka to nie tylko zakończenie. W powieści zbyt wiele jest metafizyki, odwołań do duchów, widm, podkreślania mocy zjawisk nadprzyrodzonych. Jeśli ktoś nie wierzy w świat który widzi jasnowidz to odbiera tę książkę jak coś bajkowo-fantazyjno-nieralnego. Czyta i w duchu się dziwi. Ja właśnie należę do grona sceptyków w tej dziedzinie. 
Nowe oblicze prozy Picoult nie trafiło do mnie. Lektura nie poruszyła do głębi jak choćby "Bez mojej zgody". Zabrakło kontrowersji, mocnego tematu, zabrakło napięcia, nie odezwała się czytelnicza ciekawość. No cóż, mam nadzieję, że autorka wróci jeszcze do swojej starej jakości i napisze książki o wiele lepsze, takie jak kiedyś. A ta powieść jest tylko wyjątkiem.