Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Czarne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Czarne. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 5 sierpnia 2024

Andrzej Stasiuk "Rzeka dzieciństwa"



Wydawnictwo Czarne
data wydania 2024
stron 168
ISBN 978-83-8191889-3

Podróże w pogoni za okruchami wspomnień z dzieciństwa


Dzieciństwo to specyficzny i traktowany bardzo sentymentalnie okres ludzkiego życia do którego powracamy wielokrotnie w dorosłości. To w tamtym czasie wszystko przykurzone minionymi latami wydaje się wyjątkowe, piękne i bez wad. Ten period jest niczym bajka w której mieliśmy okazję kiedyś zagościć i który wspominamy z nostalgią. Prawie każdy z nas oddałby wiele by powrócić do tamtych lat choćby na chwilę.

Andrzej Stasiuk w swojej najnowszej książce też udaje się w podróż do przeszłości która w bardzo wyrafinowany sposób łączy się z teraźniejszością. Ci, którzy znają tego Autora bez trudu odgadną, że trasa ma jego ulubiony kierunek – wiedzie na wschód. Wiedzie do źródeł i przeszłości, która jest kontrastowa – słodka i zarazem bardzo gorzka. Brutalna i nostalgiczna. Pełna metafor i symboli. Książka objętościowo jest bardzo niewielka, ale to nie oznacza, że szybko ją przeczytacie. Oczywiście, pewnie można, ale ja osobiście polecam się nią delektować, Smakować i przerywać by z nutą refleksji analizować jej treść i przesłanie. Nic w niej nie jest przypadkowe i nieprzemyślane. Każde słowo, każde zdanie to element misternej układanki, która ma wyrazić ogrom emocji, uczuć i wspomnień. Podróż na wschód jest niczym wędrówka ludu skazanego na przeróżne doświadczenia. Wczoraj w niezwykły sposób łączy się z dziś. Prawidła ewolucji i przemijania wciąż się powtarzają a ludzkość popełnia te same błędy, zbrodnie i smakuje sukcesy, które mają równocześnie aromat porażek. Z Andrzejem Stasiukiem biwakujemy w namiocie jesienią nad rzeką gdzieś przy wschodniej granicy, odkrywamy przeszłość okolic Bełżca, jesteśmy świadkami exodusu uchodźców z Ukrainy po konflikcie z Rosją który dzieje się na naszych oczach, a wreszcie jedziemy z pomocą humanitarną i militarną na ziemie gdzie toczą się walki. Każdy z tych obrazów płynnie przechodzi w kolejny i łączy się z nim przyczyną i skutkami. Ta podróż jest niepowtarzalnym doświadczeniem i otwiera nam oczy na tak wiele istotnych spraw, które w pędzie życia blakną, wydają się oczywiste i dane raz na zawsze. Niestety, tak nie jest, a prawidłem ludzkości jest błądzenie i upadanie. Mimo nauczek wciąż wpadamy w te same pułapki.

Ten tytuł jest wyjątkowy i genialny. Czas przy jego czytaniu staje w miejscu. Rzeczywistość blednie, a zapisane strony przyciągają jak najsilniejszy magnes. Wszystko bije rytmem treści, która wymusza głębokie zastanowienie nad egzystencją, życiem i jego największymi wartościami. Z treści biją wyraziste i nie zawsze łatwe prawdy, o których my, zabiegani ludzie rodem z ekspresu z tabliczką XXI wiek często zapominamy.

Andrzej Stasiuk napisał genialnie. W misterny sposób niepowtarzalnym stylem swojego wyjątkowego pióra skondensował idealnie tematykę, która godzi prosto w serce czytelnika. Wzrusza, otwiera oczy, chwyta za serce, szokuje, wstrząsa, budzi emocje, intryguje, robi mocne wrażenie. Drąży w duszy i sercu. Nie daje o sobie zapomnieć. Trudno o takiej lekturze zapomnieć, trudno nie ulec magii Wschodu jako szeroko ujętej krainy na globie ziemskim.

Pisarz pisze jak zwykle – bez kompromisów, wyraziście i odważnie, szorstko i po męsku, bez ogródek i zasłon. Po imieniu i bezpośrednio. Nie zawodzi i przypieczętowuje swoje niesamowite zdolności w tworzeniu współczesnej prozy genialnej i fenomenalnej. Tej książki nie sposób nie pokochać. Ona coś w nas uruchamia, otwiera drzwi na wyższy poziom wrażliwości. Jest jak okulary dla krótkowidza, które pozwalają zobaczyć we właściwych barwach rzeczywistość i przeszłość. Gwarantuję, że jeśli po nią sięgniecie długo o niej nie zapomnicie. Mnie ona zawsze będzie tętnić w duszy. Gorąco polecam. 




 

wtorek, 20 września 2022

Colin Thubron "Amur. Między Rosją a Chinami"





Wydawnictwo Czarne
data wydania 2022
stron 312
ISBN 978-83-8191-503-8


Podróż wzdłuż rzeki otulona całunem tajemnicy


Jest taka seria książek podróżniczych, która liczy sobie już kilkadziesiąt tomów, a każdy z nich jest literacką perełką. Jest taki angielski Autor, który wydał w tym cyklu już kilka swoich tytułów. W każdym z nich opisuje piękno kontynentu azjatyckiego i udowadnia, że jest znakomitym kompanem w literackich podróżach. Osobiście miałam mu okazję nie jeden raz towarzyszyć i dodam, że to były niesamowite przeżycia i przygody. Z tego powodu bez wahania zarezerwowałam sobie kilka godzin z życiorysu, zaopatrzyłam się w zapas herbaty, miodu oraz ciasteczek i sięgnęłam po najnowszą publikację, która zabiera czytelników w dorzecze jednej z największych rzek Azji, która płynie przez trzy kraje. Jej dorzecze liczy blisko dwa tysiące kilometrów, a rzeka nie ma jako takiego źródła, a powstaje ze złączenia się dwóch rzek Szyłki i Arguni.


Amur przez wiele kilometrów płynie blisko granicy przez dzikie i dziewicze terytoria. Ludzkich osad czasem nie widać przez wiele godzin podróży. Gdy się już pojawiają są często niewielkie, zwykle zakurzone przeszłością i wydaje się, że bardziej pasują do niej niż do cywilizacji XX wieku. Tu ma się wrażenie, że czas często się zatrzymał i otulił to, co teraz całunem tego co było, welonem tajemnicy i woalem przeszłości. Tu ludzie nie w pełni korzystają ze zdobyczy techniki, tu bardziej dostrzega się przeszłość i historię niż realną rzeczywistość. A ta jest niezbyt kolorowa i przytłoczona siłami natury oraz pieczęcią przyrody wciąż mało tkniętej ręką człowieka.


Colin Thubron, pisarz i przewodnik, pokazuje to, co widzi dookoła siebie ciekawymi oczami reportażysty zafascynowanego obrazem świata, który chce zarazić jego osobliwością tych, którzy będą czytać jego książkę. A świat wokół podróżnika jest niekiedy surowy, niepowtarzalny, pełen cudów natury, która często wygrywa z człowiekiem i cywilizacją. Jej piękno budzi grozą, ale i zachwyt. Ta podróż to jednak nie tylko krajobraz, ale i ludzie oraz historia, która ma swoje ciekawe karty pełne tryumfów, klęsk i burzliwych scen. Będąc w różnych miejscach Thubron poznaje ich mieszkańców, przeszłość i ciekawostki, które tworzą fascynującą mozaikę. To podróż nie do końca zaplanowana co do minuty, to wyprawa, w której trzeba liczyć się z różnymi chochlikami, ale i spontanicznymi sytuacjami, które doprawiają ją niczym egzotyczne przyprawy smaczne danie. To rzeczywistość pełna mongolskich świątyni i mniszych klasztorów, to tereny gdzie obok siebie funkcjonują starożytne grobowce i pozostałości sowieckiego komunizmu, to świat wielu kultur, plemion, religii i języków, które na przestrzeni wieków wymieszały się ze sobą tworząc niepowtarzalny świat na którym mocnym oraz wyrazistym cieniem kładzie się przeszłość. Tu czymś zwyczajnym jest to, co w cywilizowanej Europie już dawno przeszło do lamusa. Tu świat nie zawsze jest przyjazny i bywa mocną szkołą przetrwania. Tu nie zawsze ludziom żyje się lekko i prosto, a mimo to „coś” w codzienności zachwyca, coś fascynuje, coś przykuwa niczym magnes.


Czytanie „Azji” było wyjątkową przygodą i niepowtarzalnym doświadczeniem. Godziny spędzone z tą książką w ręku były podróżą nie tylko w czasie, ale i w przestrzeni, a ja poczułam się niczym w hermetycznie zamknętej kapsule, którą otuliła specyficzna mgła. Ten tytuł był owiany dla mnie smogiem upływu czasu i mistycyzmu, a jego Autor dodał wszelkich starań by ta publikacja miała ponadprzeciętny i unikalny klimat wyrażający istotę tego miejsca. Amur jest w nim osią która spina ze sobą w jedno różne, wyjątkowe elementy. Ta lektura jest idealna na jesień. Tchnie upływem czasu, dotyka melancholią i zmusza do refleksji nad sensem życia. Pokazuje ludzką samotność i małość wobec wszechświata, pokazuje trud podporzadkowania sobie świata przez pokolenia i bezsilność tej walki. Thubron zabiera czytelnika na bezkresy Azji i bezdroża dziejów ludzkiej cywilizacji. Wciąga w fascynujący świat, który jest pełen piękna, kontrastów i tego, czego nie znajdziecie nigdzie indziej. Tę książkę się czyta, tę książkę się przeżywa, przez tą książkę płynie się oczami wyobraźni. Ta publikacja to pisany sercem i duszą dziennik wyjątkowej podróży w towarzyszeniu której poczułam ogromną ekscytację, przyjemność. Poczułam się też zaszczycona tym, że mogłam w niej uczestniczyć. Genialna, fenomenalna i arcydzieło. Te trzy słowa najkrócej opiszą to, co myślę o najnowszej książce wydanej w serii Orient Express. Koniecznie ją poznajcie, jest tego jak najbardziej warta.  



 

środa, 20 marca 2019

Graham Bowley "Bez powrotu. Życie i śmierć na K2"



Wydawnictwo Czarne 
data wydania 2019
stron 320
ISBN 978-83-8049-790-0

Nie każdy wraca ze szczytu do bazy

Góry, zwłaszcza te najwyższe, są przepiękne. Widok z ich szczytów zapiera dech w piersi. Nic więc dziwnego, że co roku wielu śmiałków z całego świata wyrusza do Pakistanu i Nepalu, by spróbować wspinaczki na czternaście ponadośmitysięcznych kolosów. Wśród wspinaczy są profesjonaliści i amatorzy – tzw. klienci komercyjni, którymi opiekują się wynajęci szerpowie i tragarze. Choć obie grupy dzieli spora różnica umiejętności, w górach nie ma sentymentów i każdy, kto chce je poskromić, gra w rosyjską ruletkę. Stawką jest zdobycie szczytu oraz własne życie i zdrowie. Mimo że w świecie lodu, śniegu i mrozu oraz dużych wysokości jest bardzo niebezpiecznie i nie ma żadnych gwarancji, nie brakuje osób, które chcą postawić nogę na wierzchołku.
K2 to szczyt wyjątkowy. Nie jest najwyższy, bo pod tym względem ustępuje Everestowi. Jest za to trudniejszy technicznie w zdobyciu, położony w bardziej srogim klimacie i dotąd niezdobyty zimą. Nazywa się go Górą Mordercą, bo śmiertelność wspinaczy, którzy wyszli z bazy ku jego wierzchołkowi, jest wyjątkowo duża. K2 fascynuje i zabija, kusi i zbiera śmiertelne żniwo. I choć technika idzie do przodu, a przez lata wprowadzono sporo udogodnień, urządzeń i systemów, to góra wraz z aurą wciąż skutecznie zastawia śmiertelne pułapki. Najtragiczniejszym sezonem w historii zdobywania tego szczytu był rok 2008. W sierpniu, a więc letnią porą, podjęto się ataku szczytowego w którym uczestniczyli szerpowie i wspinacze z wielu krajów. Wskutek oberwania się seraka i innych wypadków zginęło 11 osób.
O tych smutnych wydarzeniach opowiada książka Grahama Bowleya, ekonomisty z wykształcenia i dziennikarza z zawodu, który do czasu rozpoczęcia pracy nad publikacją nie był związany ze światem gór. Nie wspinał się, nie znał zasad panujących w świecie ośmiotysięczników i kompletnie go to nie pociągało. Gdy zaczął pracę nad publikacją, przeprowadził wiele rozmów i wywiadów, wysłuchał mrożących krew w żyłach wspomnień. Wtedy zaczął odkrywać piękno jedynego w swoim rodzaju środowiska, w którym człowiek wydaje się wyjątkowo słaby i maleńki niczym kropla w oceanie.
Książka opisuje przede wszystkim wydarzenia z 2008 roku, ale w jej treści znajdziemy fakty z historii zdobywania tej góry. Autor krok po kroku wprowadza nas w grono wspinaczy, relacjonuje ich postępy, przedstawia ich przeżycia i obawy. Słowami pokazuje tych, którzy odważnie ruszyli ku górze. Tekst czyta się zachłannie, a lekturze towarzyszą ogromne emocje. Zagłębiając się w kolejne rozdziały, miałam wrażenie, jakbym sama kroczyła wpięta w linę wraz z wieloma osobami, które miały to samo marzenie. Zrozumiałe jest, że czytając o tragedii, doszukujemy się jej przyczyn. A pytania, które zadajemy, towarzyszą nam od pierwszych do ostatnich stron lektury. Podsumowanie nieco mnie zaskoczyło. Owszem, zawiedli w pewnych kwestiach ludzie, ale to siły natury były decydujące. Poza tym przychodzi do głowy jeszcze jedna brutalna prawda. W tak wysokich górach, w strefie śmierci, nie da się wszystkiego przewidzieć i nie ma warunków na akcje ratunkowe jak niżej. Tam, wysoko, gdzie tlenu jest tak mało, człowiek znajduje się na granicy życia i śmierci. I musi liczyć przede wszystkim na siebie.
Książka jest napisana nieco chaotycznie, ale przez to doskonale komponuje się z miejscem, w jakim znajdują się opisani ludzie. Wysokie góry to świat chaosu, świat ryzyka, w którym piękno idzie za rękę tragedią. „Bez powrotu” to książka nie tylko dla miłośników gór. To rewelacyjnie napisany reportaż, który mrozi krew w żyłach. Tytuł wzrusza, szokuje, daje porządnego kopa, ale i namawia, by mimo wszystko wyruszyć na górskie szlaki. Gorąco polecam tę lekturę i wejście do świata, który jest dla wielu niczym narkotyk.

czwartek, 22 lutego 2018

Marcin Wójcik "W rodzinie ojca mego"


Wydawnictwo Czarne
data wydania 2015
stron 272
ISBN 978-83-8049-043-7
seria Reportaż

O rodzinie od której trzymam się z daleka

Po książkę Marcina Wójcika sięgnęłam z trzech powodów. Po pierwsze w tym roku obiecałam sobie czytać więcej reportaży i literatury faktu. Po drugie lubię serię Czarnego Reportaż. Po trzecie wreszcie lubię reportaże w których poruszane są kontrowersyjne i mocne tematy.
 Gdy rozpoczynałam lekturę nie byłam przygotowana na aż tak bardzo mocną treść. Wiedziałam, że będzie ciekawie, ale nie przypuszczałam, że aż tak bardzo. 

Z Radio Maryja jest tak jak z disco polo. Niby mało kto słucha, a każdy wie o co chodzi. Redemptorysta Tadeusz Rydzyk ma wielu przeciwników jak i grono zwolenników. Jego dzieła - radio, telewizja, uczelnia czy fundacja są ogólnie znane. Ich istnienie i poglądy ich założyciela potwierdzają namacalnie tezę, że polski Kościół nie jest jednolity, że są w nim podziały. Są też dowodem na to, że bogactwo wypędza ubóstwo, które powinno cechować stan duchowny w imię składanych ślubów. Teoria nie idzie w parze z praktyką, a to wielu ludzi wierzących od Kościoła odpycha. 

Książka to zbór różnorodnych reportaży, które tworzą spójną całość i dają obraz toruńskiego redemptorysty i jego działalności. Na początku Autor przybliża w pigułce osobę samego Tadeusza Rydzyka. Czytając o jego zakonnej drodze, dzieciństwie i młodości samoistnie nasuwa się pytanie skąd taka siła w człowieku który przyciągnął do siebie wielu ludzi? 
Z kolejnych tekstów dowiemy się jak pracuje Radio Maryja, jak działa Telewizja Trwam i jakie były jej początki, jak wyglądają studia na toruńskiej uczelni, jakie są kierunki i poznamy osoby, które na nich studiują. Wreszcie poznamy tych, którzy są zwolennikami mediów Tadeusza Rydzyka, uczestników marszów i członków kół skupionych wokół toruńskiej rozgłośni. To nie są ludzi kryształowi, a raczej zagubieni, zapatrzeni fanatycznie i bezmyślnie w głoszoną ideologię w której nie ma miejsca na jakikolwiek dialog. Niezłomna jest zasada, że kto nie idzie z nami maszeruje przeciw nam. 

Najważniejsze jest ślepe zapatrzenie i podporządkowanie. Z padających słów czuć sporo zarzutów, nienawiści, złości i żalu. Brak miłości, a tą przecież chrześcijanin powinien otaczać nie tylko przyjaciół, ale i wrogów. Tu nie ma miejsca na wybory, trzeba niczym owca ślepo podążać za pasterzem i nie mieć własnego zdania. Nie pytać, nie dociekać tylko ufnie spijać każde słowo i przyjmować je za pewnik. W tej społeczności nie ma miejsca na wolny wybór, wolne słowo i jakiekolwiek wątpliwości. 
To smutna twarz katolicyzmu, to jego fanatyczne oblicze. 
W myśl ustanowień soborowych duchowni nie powinni wkraczać w politykę - a to jest w kościele toruńskim nagminnie łamane. Co wolno?  Dawać ofiary, składać datki i być brawo. Czytając miałam często wrażenie, że gdyby poznał to ktoś, kto nie widział tego na oczy pomyślałby, że to scenariusz niezbyt ambitnego filmu, a nie realna rzeczywistość. 

Po co czytać ten tytuł? 
Z pewnością by spojrzeć prawdzie w oczy i przejrzeć na nie. By zobaczyć o co naprawdę chodzi i jak można grzeszyć idąc ślepo za kimś, kto sam błądzi. Fanatyzm nie jest tu słowem przesadzonym czy użytym na zapas. Teksty budzą grozę swoją wymową i stanem ludzkich umysłów. Reportaże robią spore wrażenie, czyta się je szybko aczkolwiek każdy zmusza do refleksji nad mocą wiary i zła, które funkcjonuje pod płaszczem religii. Bo czy nienawiść jest dobra? 
Publikacja Marcina Wójcika to naprawdę dobra książka, która z pewnością na wielu zrobi spore wrażenie, a zwolenników rodziny o której opowiada mocno zgorszy. 
Plusy to dogłębne wyczerpanie tematu, solidne przedstawienie środowiska, ukazanie poruszonej problematyki z różnych stron i dobre operowanie słowem, które celnie maluje to, co istotne. 
Kolejna wspaniała publikacja w doskonałej serii Wydawnictwa Czarnego. Bardzo polecam. 

środa, 8 listopada 2017

Lechosław Herz "Świsty i pomruki. Sceny tatrzańskie"



Wydawnictwo Czarne
data wydania 2017
stron 168
ISBN 978-83-8049-501-2
Seria Zakopiańska

Opowieści z tatrzańskiego matecznika

Tatry to najbardziej znane i najczęściej odwiedzane góry w Polsce. Co roku do Zakopanego i okolicznych miejscowości przybywają ogromne rzesze turystów, by ulec magii szczytów i dolin, by posłuchać wiatru szumiącego w smrekach, by pooddychać ostrym górskim powietrzem, a także, by zakosztować jedynego w swoim rodzaju folkloru górali i skosztować smakołyków regionalnej kuchni. Tatry to raj dla miłośników górskich wędrówek, to eden do uprawiania sportów zimowych. Idealne miejsce dla amatorów wspinaczki. Wreszcie Tatry to jedyny w swoim rodzaju matecznik – w którym egzystują przeróżne gatunki fauny i flory. Wiele z nich występuje w Polsce tylko tu i jest wizytówką tegoż miejsca jak szarotki górskie czy świstaki.

Autor publikacji Lechosław Herz pochodzi z Galicji i mieszka w stolicy. Tatrom oddał swoje serce i młodość. Wciąż w nie wraca i odkrywa je na nowo. Interesuje się ich przeszłością i przyrodą tego regionu. W jego towarzystwie udajemy się do miejsc, gdzie ruch turystyczny nie dociera, gdzie utworzono niedostępne dla zwyczajnych zjadaczy chleba rezerwaty, gdzie natura ma szansę funkcjonować bez ingerencji człowieka. To właśnie tam jest ostoja wielu ssaków, ptaków, płazów, które w towarzystwie Pana Lechosława i jego znajomych mamy szansę podejrzeć.
Czytając, ten tytuł, podróżujemy nie tylko w przestrzeni, ale i w czasie. Dowiadujemy się, jak Tatry wyglądały kilkadziesiąt lat temu, gdy na halach trwały wypasy owiec, gdy w górach więcej można było spotkać miejscowych górali niż turystów. Docieramy do miejsc, gdzie przepustki mają tylko naukowcy, badacze i strażnicy przyrody. Tam, gdzie dziewicza dzikość, gdzie nie dociera noga turysty czy narciarza łatwiej spotkać kierdel kozic, świstaki czy natknąć się na niedźwiedzią gawrę. Autor niezwykle ciekawie opisuje przyrodnicze tatrzańskie osobliwości, przytacza zapiski innych, sięga do wielu materiałów sprzed lat, a wszystko po to, by uświadomić czytelnikowi czym naprawdę są te popularne polskie góry. Tatry bowiem to ogromny matecznik, w którym żyje osobliwa fauna, a który za wszelką cenę trzeba chronić przed zniszczeniem, degradacją i negatywnym wpływem człowieka oraz jego gospodarki.

„Świsty i pomruki” czyta się znakomicie. W książce na pierwszym planie jest przyroda, która ma wiele sekretów i tajemnic. Poszczególne zdarzenia rozgrywają się w najpiękniejszych zakątkach Tatr – między innymi w dolinach Chochołowskiej czy Kościeliskiej, na zboczach Kasprowego Wierchu, u brzegu Stawku Smreczyńskiego czy w masywie Czerwonych Wierchów. Zapisane słowa perfekcyjnie oddają jakże niepowtarzalny tatrzański klimat, piękno i potęgę gór, oraz mądrość natury, która obdarowuje zwierzęta niezwykłymi instynktami i zmysłami. Czytając docieramy tam, gdzie rozgrywają się niesamowite sceny, gdzie trwa nieustannie fascynujący spektakl przyrody, gdzie człowiek i cywilizacja mają niewiele do powiedzenia, a raczej wypada słuchać i w niemym zachwycie podziwiać naturę. Jeśli ciekawią Was zwyczaje świstaków, jeśli chcecie poznać sekrety kozic, jeśli macie ochotę na spotkanie oko w oko z niedźwiedziem lub marzy Wam się obejrzenie jelenich godów, to ten tytuł jest idealnie dla Was.

Ta publikacja koi nerwy, zabiera do fascynującego świata, jest perfekcyjną lekcją biologii i uświadamia jakim cudem jest przyroda. Książka zawiera wiele ciekawych informacji, które są podane w nienużący, a pobudzający wyobraźnię sposób. Z lektury bije miłość i szacunek do gór oraz ich mieszkańców. To wspaniała propozycja dla tych, którzy mają w planach zobaczenie Giewontu, Orlej Perci czy Morskiego Oka. Będąc tam, warto w ciszy i skupieniu przemierzać górskie ścieżki, bo w ich cieniu można wtedy łatwiej dojrzeć mieszkańców tatrzańskiego matecznika.

niedziela, 6 sierpnia 2017

Natasza Goerke "Tam"


Wydawnictwo Czarne 
data wydania 2017
stron 152
ISBN 978-83-8049-478-7

Tam, czyli gdzie?

„Tam” Nataszy Goerke to książka z gatunku reportażu nosząca bardzo zagadkowy tytuł. Tam, czyli gdzie?

Tam, to setki kilometrów od Polski w kraju, który wielu zalicza do Czwartego Świata ze względu na sytuację ekonomiczno-gospodarczą. Tam, to państwo, które słynie z najpiękniejszych tras trekkingowych na świecie. Tam, to znaczy w Nepalu, który autorka pokochała tak mocno, że stał się jej drugim domem, drugą ojczyzną.

Po raz pierwszy Natasza Goerke odwiedziła ten zakątek świata ponad trzydzieści lat temu. Wtedy jeszcze podróże do Nepalu nie były tak popularne, a zwyczajni turyści nie próbowali poskromić ośmiotysięcznych szczytów. Najwyższe góry były dostępne tylko dla zawodowych wspinaczy, a w Katmandu było kilka hoteli, jedna piekarnia i niewiele więcej restauracji. Świat się zmienił, Nepal też, a jego stolica rozrosła się. Zamieszkuje ją więcej przybyszów z prowincji i odwiedzają tłumy turystów z całego świata. Dotarły tam nowinki techniczne, pojawiła się grupa rodowitych bogaczy a krajobraz miasta zmieniło i zmodyfikowało niejedno trzęsienie ziemi. Autorka z wielką pasją i miłością ku temu krajowi oddaje na kartach swej książki niejedno oblicze Nepalu. I to dawne, i to w trakcie ewolucji i to z XXI wieku. I to właśnie stanowi treść książki, która napisana jest z czułością, sympatią i wielką miłością.

„Tam” to książka, która opowiada o innym obliczu Nepalu niż ten, który jest ukazany w literaturze wysokogórskiej. W tytule pokazana jest nepalska prowincja, gdzie czas jakby stanął w miejscu i wielkomiejska stolica, która szybko zaczęła gonić świat. Pojawiły się w niej jak grzyby po deszczu kafejki z dostępem do wi-fi, a także liczne obiekty dla turystów – hotele i hostele, bary i restauracje na każdą kieszeń. Swe podwoje otworzyły sklepy ze sprzętem turystycznym i agencje organizujące wycieczki w góry i doliny oraz zapewniające obsługę wypraw wysokogórskich. W książce znalazło swe miejsce wczoraj i dziś Nepalu. Autorka pisze o codziennym nepalskim życiu poza turystycznymi szlakami. Sporo miejsca poświęcone jest zwyczajnym ludziom, kulturze i obyczajom, problemom i bolączkom tego narodu. Przez lekturę przewijają się dzielnice biedy i te, w których mieszkają nieliczni bogaci, klasztory pełne mnichów i lepianki. Słowa przybliżają sylwetki rdzennych mieszkańców i tych, którzy znaleźli tu ostoję po opuszczeniu Tybetu, a także tych, którzy z dalekiej Europy czy Ameryki znaleźli w Nepalu swoje miejsce na ziemi. Oczywiście migają też sylwetki polskich himalaistów.

Nie ma możliwości, by po przeczytaniu tego niegrubego tytułu nie zakochać się w Nepalu i nie chcieć go odwiedzić. Nepal przypomina witraż o mozaice złożonej z bogatej gamy barw. Nepal jest niczym Sezam pełen wielu skarbów i tajemnic. Nepal wreszcie jest wielką miłością Nataszy Goerke, która pisze o nim niczym o ukochanej osobie, a z jej słów przebija sentyment, czułość i troska jaką matka darzy dziecko.

„Tam” to doskonały reportaż, który przemawia do duszy Czytelnika. Drogi Czytelniku do Ciebie należy wybór czy przeczytasz tę książkę czy nie. Moim zdaniem nie powinieneś sobie odmawiać tak wspaniałej lektury i sięgnąć po nią. Pobyć w Nepalu i odkryć jego sekrety.


niedziela, 2 kwietnia 2017

Maciej Krupa, Kuba Szpilka i inni "Nieobecne miasto"



Wydawnictwo Czarne
data wydania 2016
stron 220
ISBN 978-83-8049-332-1

Książkowa wycieczka po Zakopanem w kolorze sepii

Zakopane to dziś niezwykle popularna turystyczna miejscowość na mapie nie tylko Polski, ale i Europy. Pod Giewont praktycznie o każdej porze roku ściągają tłumy turystów, narciarzy, fanów skoków narciarskich oraz amatorów wspinaczki. Zakopane tętni życiem oferując przeróżne atrakcje. Po brzegi wypełnione są karczmy i restauracje serwujące regionalne przysmaki. By wjechać koleją linową na szczyt Kasprowego Wierchu często trzeba odstać kilkadziesiąt minut w kolejce do kasy. Tłumy każdego dnia przemierzają piechotą i wozami konnymi trakt do Morskiego Oka. Wielu turystów odwiedza tatrzańskie muzea i podziwia panoramę Tatr z Gubałówki. Widząc te obrazki aż wierzyć się nie chce, że Zakopane było kiedyś maleńką wioską odciętą od świata i zamieszkałą wyłącznie przez rdzenną ludność. Przyszedł jednak moment, że odkryto to miejsce i pod Tatrami zaczął się prawdziwy bum budowlany. W jego wyniku zaroiło się od przybyszy z nizin zwanych ceprami.

Książka pióra trzech autorów: Macieja Krupy, Piotra Mazika i Kuby Szpilki zaprasza właśnie w tym czasie pod Giewont, by poznać Zakopane, którego już nie ma. Zakopane inne niż dziś. Zakopane w kolorze sepii. Przyszłe miasto, które zrodziło się z maleńkiej wioski. Miasto, które zbudowali przybysze z całej Polski, a które powstało na miejscu sezonowych osad pasterskich. W XVIII wieku przyszłe Zakopane znane było z huty żelaza położnej w Kuźnicach. Rozkwit tej miejscowości nastąpił w drugiej połowie XIX wieku. Wtedy odkryto walory klimatyczne i zdrowotne. Pod koniec zaborów Zakopane stało się ośrodkiem kulturalnym, który odwiedzało wiele sław. Na początku XX wieku pod Giewont do licznych sanatoriów przybywały tłumy osób mających problemy z płucami i gruźlicą. W tym mieście osiedli też Żydzi, których demograficzny wzrost populacji datuje się na lata drugiej połowy XIX wieku. Ta mniejszość narodowa stworzyła pod Tatrami specyficzną dla swojej nacji infrastrukturę. Właśnie w takie nietypowe miejsca, które dziś nie bardzo pasują do etykietki nowoczesnego kurortu prowadzi wyżej wspomniana książka, która pokazuje inne Zakopane. Wiele osób, które odwiedziły współczesne miasto pokazane w książce obrazy dawnego grodu górali z pewnością zadziwią i zaszokują. Publikacja wydana w serii Zakopiańskiej nie prowadzi bowiem przez miejsca piękne, zadbane i mające być sztandarową wizytówką. Pokazuje raczej tę zakulisową stronę uzdrowiska, która wywołuje odczucia przeciwne zachwytowi. Owszem, może mocno szokować, że miasto które powinni wykreować rodowici górale w dużej mierze stworzyli też gruźlicy, najezdni ceprowie, którzy szukali pod Tatrami możliwości zarobku, a którzy przybywali z pustymi rękami i nie zawsze świetlaną przeszłością. Przybywali i przekazywali miejscowej ludności często godne potępienia zwyczaje, szczepili przywary z wielkiego świata, które przynosiły niekiedy zaburzenia ładu oraz porządku czy zamęt.

Książka jest niczym przewodnik, który zachęca, by odkryć w Zakopanem ślady przeszłości, poznać dokładnie jego historię, która jak się szybko okazuje kryje w sobie wiele niespodzianek i sekretów. Dziś wielu opisanych budynków już nie ma, inne przekształcono czy przebudowano. Nikt już nie wyrysowuje konkretnej linii między rodowitymi góralami a przyjezdnymi mieszkańcami. Gwarą mówi już niewielu, folklor jest jednak nadal olbrzymim magnesem, który przyciąga pod Tatry. Starannie wydaną i dopracowaną publikację uświetniają czarno-białe zdjęcia, których waga jest bezcenna. Dokumentują one bowiem przeszłość, którą już w stanie rzeczywistym nie zobaczymy, ale i służą porównaniu jak zmieniła się stolica Tatr w ciągu ponad stu lat. Zainteresowanym tematem przeszłości Podhala i Tatr ta lektura sprawi niesamowitą radość i dostarczy jednych w sobie emocji.

Książka nie jest zbyt obszerna, ale bardzo treściwa i niezwykle dokładna. Ukazana w niej geneza najbardziej popularnego górskiego kurortu w Polsce uświadamia, że żyjemy w dynamicznym świecie, który się zmienia, a na te zmiany wpływa wiele czynników. Książkowa wycieczka po dawnym Zakopanem jest jedyną w swoim rodzaju podróżą w czasie i zapewnia specyficzne oraz niezapomniane czytelnicze wrażenia. Tytuł dopracowany, godny polecenia, w którym ciekawe przekazano interesujące informacje będzie idealną lekturą przed wyjazdem w góry, ponieważ pozwoli odkryć popularne miejsce w oryginalny sposób. Gorąco polecam nie tylko miłośnikom gór.

piątek, 29 lipca 2016

Andrzej Stasiuk "Wschód"






Wydawnictwo Czarne
data wydania 2014
stron 304
ISBN 978-83-7536-559-7

Wszystkie drogi prowadzą na ... Wschód

Świat dzieli się na Zachód i Wschód. Zachód jest cywilizowany, mocno sformalizowany, nowoczesny, uporządkowany, Wschód to dzikość, wolność, bogata przeszłość, moc tajemnic i niespodzianek. Europa oddycha płucem wschodnim i zachodnim, Azja to tylko Wschód, który niejedno ma imię, który kusi niczym okryta woalem piękność, która przeszywa wzrokiem i obiecuje wzrokiem wiele, bardzo wiele...
Podróże można odbywać w przestrzeni, ale i czasie. Można wracać do czasów, które już bezpowrotnie minęły, można pławić się we wspomnieniach i na ich fundamencie budować to, co dziś i jutro.

Andrzej Stasiuk kocha Wschód, który jest mu bliski niczym koszula ciału. Ciągnie go w tym kierunku, kusi podróżowanie w stronę budzącego się słońca. Tak było gdy był dzieckiem, tak jest i dziś. Jeśli chcecie towarzyszyć mu w tych wyprawach warto sięgnąć po książkę "Wschód" i zatracić się w eskapadzie, która jest nad wyraz oryginalna i niepowtarzalna. Nic nie jest w niej uporządkowanie, kraj rodzinny miesza się z Rosją i jej do niedawna satelickimi państwami, a także z daleką Mongolią i Chinami. A książka otula niczym mgła, odsuwa od realnego świata i problemów związanych z pogonią za pieniądzem i dobrami. Świat Stasiuka to świat tandety, biedy, prostoty, przeszłości, zacofania. Wszystkie jego elementy mają jednak w sobie coś wyjątkowego, niepowtarzalnego, pociągającego niczym syreni śpiew. W towarzystwie prozy Autora "Jadąc do Babadag" jest coś pociągającego i zniewalającego jak w narkotyku. Łatwo się zaczytać, łatwo się zatracić, łatwo się zapomnieć. Słowa przenoszą nas w na pierwszy rzut oka nieżyjącą już rzeczywistość Wschodu o której Zachód już zapomniał, którą już pogrzebał, nakrył warstwą kurzu i przeszłości. A ona wbrew wszystkiemu istnieje, tylko zobaczyć mogą ją tacy wyjątkowi ludzie jak Stasiuk. Dla materialistów i snobów nie ma do tego świata wiz. Stasiuk jest po nim doskonałym przewodnikiem, który prowadzi czytelnika za rękę, dawkuje mu swoje wspomnienia i obrazy z dziś. Tym samym mocno zniewala słowami, dając w zamian osobliwe przeżycia.

"Wschód" to książka nostalgiczna, refleksyjna, sentymentalna, pozwalająca oddychać duchem niematerialnych filozofii. To powiew niekomercjalnego podejścia do codzienności. Czyta się ją z nutą żalu za prostym podejściem do świata, do każdej przeżytej chwili. Przy lekturze łatwo zdjąć kajdany materializmu i spojrzeć niekomercyjnie na otaczającą rzeczywistość. Wschód drzemie w każdym z nas, jest nam bliski przez jego wpływy na nasz kraj w ostatnim stuleciu. Publikacja Stasiuka to wyrysowane barwnymi i przemawiającymi słowami obrazy, które są proste, mistrzowskie i lekko... kiczowate, a jednak mają niesamowitą wartość.

Wiele słownych fotek z tej książki zapadło mi w pamięć, ale najbardziej zapamiętam obraz pogrzebu babci widziany oczami małego chłopca nieznającego pełnej wymowy słowa śmierć. Tęsknię za światem opisanym w tym tytule. Lektura ukoiła mnie, odłączyła od brzydszej i innej współczesności, pozwoliła na oddech przeszłością. Jeśli ktoś z Was nie docenia jeszcze geniuszu Pana Andrzeja to gorąco doradzam przeczytanie "Wschodu". Niesamowita pozycja do której z pewnością wrócę. 

Książkę w atrakcyjnej cenie możecie kupić w księgarni BookMaster (skorzystajcie przy linku z opcji kopiuj/wklej)
 http://bookmaster.com.pl/ksiazka-wschod-andrzej,stasiuk-1068073.xhtml#p

czwartek, 24 marca 2016

Jon Krakauer "Wszystko za Everest"



Wydawnictwo Czarne
data wydania 2015
stron 344
ISBN 978-83-8049-147-2

Za wszelką cenę zdobyć i ... umrzeć?

Odkryty, choć niedostępny najwyższy szczyt Ziemi noszący początkowo nazwę Szczyt XV stał się od 1865 roku Mount Everestem. Tysiące śmiałków na całym globie zaczęło marzyć o jego zdobyciu. Długo jednak góra pozostawała dziewicza. Pierwszymi, którzy postawili stopę na jej szczycie i wrócili do domów byli dwaj wspinacze – Edmund Hillary z Nowej Zelandii i Szerpa Norgay Tenzing. Przez wiele lat zaszczyt zdobycia Dachu Świata mieli tylko zawodowi, profesjonalni himalaiści i Szerpowie. Jednak nastała i era ekspedycji komercjalnych. Zwykli śmiertelnicy, mający grube portfele, trochę kondycji i znośne zdrowie zaczęli w towarzystwie przewodników i Szerpów szturmować górę. Czynili to w najznośniejszej porze pogodowej – w maju i wrześniu, kiedy aura jest tam najbardziej łagodna i łaskawa. Całemu szeregowi z nich udało się zdobyć szczyt Sagarmathy. Wielu zawodowców zaczęło karierę przewodników i zarabianie sporych pieniędzy. Powstały agencje, które starały się swoją ofertą zainteresować ludzi na całym świecie. Sukcesy jak to zwykle bywa uśpiły czujność organizatorów wypraw, pierwszoplanową rolę zaczęły grać zyski, statystyki i brawura. Komercja znalazła się na idealnej drodze do tragedii. Ta zdarzyła się w maju 1996 roku. Zginęło 11 osób – w tym trzech doświadczonych przewodników. Jon Krakauer był w składzie osób, które rozpoczęły atak szczytowy 10 maja 1996 roku. Przeżył, a swoją relację z tragicznych wydarzeń opisał w książce, która błyskawicznie osiągnęła popularność i weszła do kanonu górskich lektur.

Co wyróżnia „Wszystko za Everest” od innych książek o himalajskich wspinaczkach? Przede wszystkim to, że napisał ją zwyczajny zjadacz chleba, a nie wykwalifikowany alpinista. Klient komercyjny, a nie ktoś, kto zdobywa góry traktując swoją pasję jako sport ekstremalny. A zatem publikacja napisana jest bardzo dostępnie, szczegółowo, prosto i zrozumiale dla laika. Gdy się ją czyta można ulec złudzeniu, że to treść thrillera, scenariusz filmu grozy, a nie rzeczywistość.

A kto zawinił? Odpowiedzi na to pytanie szuka w książce jej autor, choć skupia się też na szczegółowym opisaniu wyprawy i jej uczestników. W bazie na wysokości ponad 5000 metrów znaleźli się różni ludzie. Kobiety i mężczyźni, łowcy przygód i kompletujący Koronę Ziemi, żądni przygody śmiałkowie i ci, których Everest stał się manią, obsesją, lekiem na wybujałe ego, początkiem nowego życia w lepszej jakości, pigułką na mijające lata. Każdy liczył, że wpłata kilkudziesięciu tysięcy dolarów i wybór przewodników zapewni im sukces. Był lęk, ale tłumiła go szybko gorączka sukcesu, ekscytacja, pożądanie wejścia na szczyt. A przewodnicy? Odrabiali swoje zadanie za wszelką cenę i zapomnieli w tezie o kluczowych założeniach. Efekt był straszny, a błędy nie do naprawienia. Kropkę na „i” dołożyła natura w postaci nagłej burzy. I przygoda stała się koszmarem, radość eksploracji walką o życie.

Krakauer stara się być obiektywny, przedstawić wszystko, tak jak pamięta, ale… tak wysoko pamięć jest bardziej ulotna, a mózg ludzki pracuje wolniej. Padają słowa podziwu, ale z tonu zdań czuć krytykę. Relacja jest dokładną, porywającą i przerażającą lekturą, która uświadamia, że nie ma możliwości zorganizowania bezpiecznego zdobycia szczytu zwanego Trzecim Biegunem. Himalaizm to zawsze będzie pasja ekstremalna, gdzie stawką jest ludzkie życie. Książka wywarła na mnie olbrzymie wrażenie, czytałam ją maksymalnie skupiona na treści. To doskonała publikacja, profesjonalna relacja z wspinaczki, która dla jej uczestników okazała się feralną, a niekiedy ostatnią w życiu. Gorąco polecam lekturę i tym, co lubią góry łoić i tym, którzy eksplorują je z pozycji siedzącej w fotelu.

środa, 15 kwietnia 2015

Mikołaj Grynberg "Oskarżam Auschwitz"


Wydawnictwo Czarne
data wydania 2014
stron 304
ISBN 978-83-7536-565-8
Seria : Poza Serią

O pokoleniu, które miało się nie narodzić

Założenia Hitlera odnośnie narodu żydowskiego były jasne i klarowne. Żydzi mieli ulec całkowitej eksterminacji. Żadna osoba tejże narodowości nie miała ocaleć. Po to zwożono tysiące Żydów do komór gazowych, po to osadzano ich w gettach, po to mieli nosić na rękawie opaski mówiące kim są. Faszystom nie udało się jednak w pełni zrealizować straszne plany. Nie wszyscy Żydzi zginęli. 9 maja 1945 roku wielu z tej nacji odzyskało wolność. Wyzwolenie nie oznaczało jednak szczęścia. Otworzyły się bramy obozów koncetracyjnych, ale nie uleczono dusz ich więźniów. Wiele serc już nigdy nie miało zaznać spokoju i radości z końca wojny, gdyż ta zatruła ich serca doszczętnie i na zawsze. Po wojnie życie powoli wracało do zwykłego trybu. Ludzie budowali swoje domy, podejmowali pracę, odnajdywali zagubione w wojennej zawierusze rodziny. Brali śluby, rodziło się nowe pokolenie. Także ci, którzy przeżyli piekło obozu stawali się rodzicami. Mieli synów i córki. Tylko czy tak mocno naznaczeni ludzie mogli wieść normalne życie rodzinne? Czy byli w stanie kochać dzieci i dawać się im kochać? Czy umysły zaprzątnięte złem wojny, skażone jej truciznami mogły oddawać się w pełni rodzicielstwu, tak jakby wojny nie było?
Niestety najczęściej nie. Oczywiście zdarzały się nieliczne wyjątki, ale zwykle wojna pozostawiała w umysłach tych, którzy przeżyli trwałe zmiany, które stały na przeszkodzie normalności. Narodziło się więc powojenne pokolenie, które nadal odczuwało piętno strasznych dni, które odeszły już do przeszłości. To pokolenie miało się nienarodzić. Przyszło na świat, ale przeszła tragednia położyła się cieniem na ich życiu. O takich właśnie ludziach, o dzieciach ofiar holocaustu traktuje książka Michała Grynberga. Autor oddaje im głos, skłania do zwierzeń, do rozmów, by pokazać jak daleko sięgnęły macki zakończonej już najstraszniejszej z wojen. Spotkania z dziećmi Żydów ocalałych z piekła wojny mają miejsce w różnych miejscach globu – Warszawie, Nowym Jorku i Tel Awiwie. Ich rodzice przeżyli, ale oni sami zwykle utracili jakąś część swojej rodziny – wujków, ciotki, babcie, dziadków. Łaczy ich fakt, że ich narodziny to w pewnym stopniu cud, który miał nie nastąpić. Autor przeprowadza z nimi rozmowy, z których bije ból, łzy, tragedie. W nich opowiadają oni o tym, jak to jest być dziećmi ludzi, których ciała przeżyły, ale dusze w dużej mierze, bądź całkowicie umarły w okresie Zagłady. Wojenne doświadczenia stały się piętnem nieusuwalnym, którego nie leczy nawet upływ czasu. To nie jest łatwa lektura. Nie można jej czytać bez współczucia, bez litości, bez złości na tych, którzy to piekło spowodowali. Poruszane tematy często są z kręgu tabu. Nie wszędzie o nich wypada mówić. Zwykle się milczy, bo wstyd, bo nie wypada, bo nie trzeba rozdrapywać ran. Mówi się o tych sprawach odważnie i bez osłonek tylko w wąskim gronie. W książce Grynberga głosy rozmówców łaczą się w odważny i mocny ton. Wyraźnie wołają pokazując i zwracając uwagę na dramat pokolenia ich rodziców i ich samych. Wyjątkowa to publikacja, książka świadectwo, odwołująca się do ludzkiego sumienia, apelująca o zrozumienie, ale i grzmiąca, by już nigdy nie dopuścić do wojennego piekła. Warto się z nią zaznajomić, poznać konkretnych ludzi wyłaniających się z wielotysięcznego tłumu. Ta lektura to podobnie jak literatura obozowa dokument czasów, kiedy ludzie utracili swoje człowieczeństwo w imię chęci władzy absolutnej. Publikacja godna poznania. Interesująca lekcja XX-wiecznej historii.

wtorek, 18 listopada 2014

Ewa Winnicka "Angole"


Wydawnictwo Czarne
data wydania 2014
stron 304
ISBN 978-83-7536-836-9

Wszędzie dobrze gdzie nas nie ma?

Gdy w 1989 roku upadł komunizm, wielu Polaków było przekonanych, że wreszcie i u nas nastąpi zmiana, że już nie będziemy musieli wyjeżdżać na Zachód, by godnie żyć, że i Polska stanie się krainą mlekiem i miodem płynącą. Lata mijały, ale zamiast lepiej, wciąż było nieciekawie, a spora grupa zapewne powie, że coraz gorzej. Wielu młodych ludzi poczuło się rozczarowanych nową rzeczywistością, wielu starszych straciło pracę. I znów zaczęły się wyjazdy poza kraj. Wyjazdy po to, by zarobić, by mieć pracę, by dostatnio żyć, a nie wpadać w pętlę długów. Największy odpływ można było zaobserwować zwłaszcza po 2004 roku. Z chwilą wejścia Polski do Unii Europejskiej zaczął się prawdziwy najazd na kraje Europy Zachodniej, wśród których szczególną popularnością zaczęły cieszyć się Wyspy Brytyjskie. Wielu Polaków zaczęło życie w Anglii czy Irlandii. Zaczęła krążyć anegdota, że Polsce przybyło kolejne województwo, zwane londyńskim. A sam Londyn zaczęto pieszczotliwie nazywać Lądkiem. Jedni opowiadali, jak to tam jest wspaniale, jak łatwo można się dorobić, stanąć na nogi, pospłacać stare długi, odetchnąć pełną piersią. Inni narzekali, że Anglia ich rozczarowała, że są tam źle traktowani, że doświadczają poniżenia, że tyrają jak niewolnicy. Dręczyła ich tęsknota za ojczyzną, rodziną, rozczarowały warunki pracy. Jak jest naprawdę?

Byłam ciekawa odpowiedzi na to pytanie, dlatego sięgnęłam po książkę, będącą zbiorem zwierzeń emigrantów. „Angole” Ewy Winnickiej to ponad trzydzieści historii, trzydzieści obrazów emigracyjnej rzeczywistości widzianej oczyma przeróżnych ludzi: młodszych i starszych, o różnym statusie społecznym, różnych poglądach i zapatrywaniach na życie, różnej sytuacji materialnej i różnym wykształceniu. Ich wrażenia są bardzo odmienne i często kontrastują ze sobą. Jednym się udało, inni uważają wyjazd za błąd i życiową porażkę. W opisanych przez autorkę relacjach jednak przeważa pesymizm, a spowiadający się Polacy bardziej narzekają niż chwalą. Co boli? Diametralnie inny świat wokół, bariera językowa, nieznajomość prawa, a wreszcie fakt, że można łatwo zostać oszukanym przez bardziej zadomowionych w Anglii Polaków. Te same dylematy mają dorośli, jak i dzieci. W szkołach grasuje niepisana segregacja i zasada, w myśl której kto silniejszy, ten górą. Prawo pięści bywa prymatem, a o pozostanie na marginesie jest łatwo. Anglicy czują się lepsi od innych nacji. Cóż, mają do tego prawo – w końcu są u siebie i w wielu przypadkach patrzą z góry na tanią najemną siłę roboczą spoza dawnej EWG.

Książka nie zachęca do emigracji, pokazuje, że życie na obczyźnie to spore wyzwanie. Trzeba zmienić mentalność, swój tok myślenia, przestawić się na inne tory. Czasem mocno zacisnąć zęby i nie dać się złamać. I trzeba ze zdrowym rozsądkiem podejść do życia, nie wpadać w skrajności, tylko dać sobie czas, by ochłonąć i przyzwyczaić się do nowych warunków. Ważne jest w końcu uświadomienie sobie, że na obczyźnie nie będzie tak, jak u siebie. Prędzej przywyknie pokolenie urodzone już tam niż ci, którzy przyjechali. Początki bywają trudne, ale może to jest tak, że wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma?
Książka objęta patronatem medialnym portalu Lubimy Czytać.
Recenzja napisana dla portalu Lubimy Czytać.

czwartek, 26 czerwca 2014

Colin Thubron "Góra w Tybecie"


Wydawnictwo Czarne 
data wydania 2014
stron 216
ISBN 978-83-7536-523-8

Pielgrzymka ku świętej górze

By odbywać ekscytujące podróże i odwiedzać niezwykle zakątki na świecie, trzeba mieć duże pieniądze lub wyobraźnię i fascynującą książkę w ręku. Literackie podróże już wiele razy zawiodły mnie w osobliwe zakątki w doborowym towarzystwie wyjątkowego autora, który w perfekcyjny sposób przybliżył mi specyfikę opisywanego miejsca. By odbywać ekscytujące podróże i odwiedzać niezwykle zakątki na świecie, trzeba mieć duże pieniądze lub wyobraźnię i fascynującą książkę w ręku.  W jego towarzystwie przebyłam już Jedwabny Szlak i odkryłam czar Syberii. Tym razem udałam się do Nepalu i Tybetu. Odbyłam podróż pielgrzymkę ku górze uznawanej przez jedną piątą ludzkości za świętą. Dotarłam do podnóża Kajlasu, który wznosi się za centralnym wałem potężnych Himalajów. Ta podróż była wspaniała i ekscytująca. Obfitująca w piękne widoki, ale i duchowe doznania.
Ten święty szczyt liczy sobie blisko siedem tysięcy metrów. Patrząc na sąsiedztwo Himalajów, to przeciętnie. Ale ten szczyt jest specyficzny. Czczą go wyznawcy czterech religii: hinduizmu, buddyzmu, bon i dżinizmu. Jak dotąd nikt nie podjął się próby jego zdobycia ze względu na szacunek dla wyznawców ww. religii. Według wierzeń góra wiruje niczym wrzeciono, oś wszelkiego stworzenia. Na jej szczycie jest siedziba boga Śiwy. Z jej podnóży wypływają cztery wielkie rzeki – Indus, Brahmaputra, Ganges i Satladź. Okrążenie góry powoduje ponoć wymazanie wszelkich grzechów popełnionych w życiu. Czy warto tam podążyć choćby tylko dzięki pisarzowi? Zdecydowanie. Przeczytanie relacji Thubrona bowiem pozwala zasmakować w najwyższej klasy literaturze podróżniczej i poznać inny świat. Świat, który wydaje się już nie istnieć. Świat, w którym nasze europejskie materialne podejście do życia wydaje się czymś absurdalnym.
Thuborn wyrusza z Simikot – małej nepalskiej wioski. Trasa podróży wiedzie ku granicy z Tybetem, ku północy. Nie jest to podróż, w trakcie której będziemy mijać turystyczne mekki, gdzie nie zabraknie hoteli i pensjonatów o wysokim standardzie. Kto ruszy ku Kajlas, będzie skazany na spore niewygody, prymitywne warunki i niesamowicie piękne widoki. Ruszy bowiem do świata, w którym człowiek wydaje się jakże maluczki wobec sił natury. Zajrzy do wiosek, które są całkowicie odcięte od świata. Czeka go nocleg u bardzo ubogich aczkolwiek serdecznych ludzi, których istotnymi marzeniami są zażegnanie głodu i obfite plony. Po drodze napotka też liczne klasztory, z których wiele popada w ruinę, ale i są takie, w których mocno tętni życie i wiara. Dodatkowym bonusem są niesamowicie urocze górskie widoki, ośnieżone szczyty i dzikość otoczenia. To, co zobaczą oczy, to, czego dotknie umysł, porazi pięknem i nieskazitelnością. Utrwali w umyśle pewien obraz doskonałości stworzony przez naturę. Odbyta droga pozwoli także na medytację i refleksję. Spoglądając bowiem na dostępne widoki, łatwiej dostrzec to, co istotne i niematerialne, a niezwykle ważne. Po drodze napotkamy jeszcze ludzi. Pielgrzymów i tych, którzy podróżują w celach handlowych czy za pracą. Każdy krok tej drogi będzie otoczony mistyczną otoczką. Pozwoli na inne spojrzenie na naszą europejską cywilizację, ale i osłabi pęd ku pieniądzom.Po lekturze po raz kolejny nasuwa mi się myśl, że Thubron jest niedoścignionym mistrzem w swoim gatunku. Potrafi perfekcyjnym doborem słów przenieść ku niezwykłym miejscom, a jednocześnie we wspaniałą podróżniczą relację wpleść wątki osobiste. Górskie rejony Azji to nie tylko trasy popularnych wędrówek trekkingowych. To także miejsca takie jak droga ku szczytowi Kajlas, na której nawet nie będąc wyznawcą wspomnianych wyżej religii można doznać sakralnych i mistycznych przeżyć. Nie jest to zarazem podróż radosna, pełna nadziei i optymizmu jak katolickie pielgrzymki ku popularnym sanktuariom. Ale pomimo klimatu smutku, nostalgii i melancholii warto się w nią wybrać.
Książka zrecenzowana dla portalu Lubimy Czytać.

czwartek, 6 marca 2014

Andrzej Muszyński "Miedza"


Wydawnictwo Czarne 
data wydania 2013
stron 144
ISBN 978-83-7536-568-9

Ocalić od zapomnienia

Andrzej Muszyński to młody i zdolny prozaik. Urodził się w 1984 roku. Jego rodzinne strony to pogranicze Jury Krakowsko-Częstochowskiej. Konkretnie mała wioska niedaleko Pustyni Błędowskiej. W swoim dorobku ma już dwie książki „Południe” i „Miedzę”. Ta druga publikacja składa się z dziewięciu opowiadań. Ich akcja z małym wyjątkiem rozgrywa się we wsi Sosnowice.
Wioska ta w ostatnich kilkudziesięciu latach przeszła wielkie przemiany. Z typowej polskiej wsi została miastowsią. Stało się tak za sprawą dwóch czynników. Po pierwsze wskutek emigracji rdzennej młodzieży w świat – do miast Polski i za granice kraju. Po drugie na wieś przeprowadziły się rodziny z miasta. Na wsi mieszkają, w mieście pracują. I tym samym niesamowicie zmieniają oblicze wsi. Z rolniczej osady powstaje podmiejska sypialnia. Autora te zmiany nie zadowalają. On chce ocalić od zapomnienia tę dawną wieś. którą pamięta z czasów dzieciństwa. Gdy ludzie uprawiali rolę, zajmowali się hodowlą bydła i drobiu, a w soboty bawili się w strażackiej remizie na potańcówkach. Te czasy pamiętają jedynie najstarsi mieszkańcy Sosnowic. O nich w swoich opowiadaniach pisze autor oddając głos staruszkom, by wspominali to, co nie tak dawno było teraźniejszością, a dziś odeszło do lamusa i żyje tylko w umysłach seniorów. Autor chce ocalić tę zwyczajną polską powojenną wieś od zapomnienia. Staje się kronikarzem, który pisze z nostalgią.
Dziś takiej wsi już nie ma i pewnie nigdy nie będzie. Próżno szukać wędrujących pustelników jak Bioły. Próżno patrzeć na pola, które zamiast mienić się w lipcowym słońcu dojrzewającym zbożem zieją pustką i leżą odłogiem. Próżno szukać na wiejskich podwórkach kur i kogutów. Stodół i stajni się już nie buduje, a te które pozostały świecą pustkami. Po wiejskich drożynach nie jeżdżą już drewniane wozy zaprzężone w konie, podwórka są perfekcyjnie wybrukowane kostką. Nikt już nie zbiera i nie suszy ziół, a w porze dojenia nie słychać ryków krów. Stało się: wieś rolnicza odeszła w przeszłość. Bo dziś nikomu się nie chce i nic się nie opłaca. Lepiej i wygodniej iść do sklepu na zakupy. Ale w starych drewnianych domach mieszkają bezcenni świadkowie tego, co wyparła technika, czas i przemiany ustrojowe. Sprowokowani pytaniami opowiadają o darciu pierza, uprawie roli, łuskaniu fasoli, świniobiciu, szatkowaniu kapusty na kiszenie. Z ich relacji bije tęsknota i nostalgia.roza Muszyńskiego jest wyjątkowa. Dość oszczędna w słowach, ale pełna realnego przekazu. Nie ma w niej miejsca na sentymenty, na pokolorowaną przeszłość. Jest tylko to, co było naprawdę. Niekiedy tekst pisany jest gwarą. Czytając te opowiadania czułam, że Sosnowice mogą być symbolem wielu wsi. Nie tylko tych w okolicach Częstochowy i Krakowa. Na podkarpackich wioskach, które odwiedzałam jako mała dziewczynka było jakże podobnie. Obecnie zaszły identyczne zmiany. Z racji tego, że miałam okazję poznać wieś o jakiej pisze Muszyński potraktowałam lekturę „Miedzy” jako sentymentalny powrót do lat wczesnej młodości. Stylem książka przypomina prozę Stasiuka, w której jestem zakochana od lat. Tytuł jest dla mnie niezwykle wymowny i jeszcze podkreśla treść opowiadań. Miedza to coś co dzieli. Miedza to granica. Między dzisiejszą wsią a tą opisywaną jest też granica. Granica czasu, który upłynął i nie wróci. Granica nie do przekroczenia w rzeczywistości. Jedyną możliwością powrotu jest lektura takiej pozycji jak ta. Gorąco polecam ją tym, którzy mieli okazję widzieć inną polską wieś, ale i tym, którzy są ciekawi jak żyło się pokoleniu ich dziadków. Ten świat ma w sobie tyle piękna i uroku, że warto go poznać. Warto ocalić od zapomnienia.
Książka zrecenzowana dla portalu Lubimy Czytać.

środa, 25 września 2013

Colin Thubron "Cień Jedwabnego Szlaku"


Wydawnictwo Czarne
data wydania 2013
stron 448
ISBN 978-83-7536-625-9
 
 
Wędrując Jedwabną Drogą
 
Literackie podróże w towarzystwie Colina Thubrona to niesamowite przeżycie i fantastyczna przygoda. Brytyjski podróżnik potrafi tak bardzo zauroczyć swoją prozą, tak pięknie i ciekawie opisać wyjątkowe miejsca, że ma się wrażenie autentycznego ich odwiedzenia. W wyjątkowym towarzystwie brytyjskiego pisarza odkryłam Jedwabny Szlak. Legendarny trakt, który powstał trzy wieki przed naszą erą i był trasą podróży tysięcy karawan. Kupcy przewozili tamtędy głównie jedwab, ale nie tylko. Ze wschodu wieziono także żelazo i papier, a z zachodu przewożono złoto, wyroby jubilerskie, perfumy, winogrona i rośliny uprawne. Jedwabna Droga była długa, liczyła ponad 11 tysięcy kilometrów. Pojawiały się na niej karawanoseraje, gdzie zdrożeni kupcy mogli odpocząć. Dziś z Jedwabnego Szlaku pozostał tylko cień, zapisy w kronikach historycznych i ruiny. Nie wszystkie ciekawe miejsca ocalały, niektóre rozsypały się po prostu ze starości i zniszczeń w pył. Mimo upływu wielu wieków i tak jest co zwiedzać! Podróż nie jest zbyt bezpieczna, wiedzie przez kilka krajów, przez miejsca odludne i opustoszałe. Mimo to wędrówka drogą kupców jest niczym podróż do innego świata, do przeszłości.
Thubron rozpoczyna ją w Chinach, a konkretnie w Xi'an – miejscu określanych sercem Chin. To właśnie tam spoczywa Żółty Cesarz, który był wielkim orędownikiem i miłośnikiem jedwabiu. Droga ku wybrzeżu Morza Śródziemnego wiedzie przez Daleki i Bliski Wschód – przez kraje o różnej kulturze, wyznananiach, odmienne językowo. Po drodze natrafiamy na przeróżne pamiątki z przeszłości – klasztory, mauzolea, grobowce, cmentarze, pałace, świątynie. Podróżujemy przez góry, pustynie, lasy, miasta i maleńkie osady, totalne pustkowia i tereny gęsto zaludnione. Jadąc mamy okazję obserwować żywe dowody tego, iż transport jedwabiu przyczynił się do rozprzestrzeniania się pewnych religii, wierzeń, kultur, przemieszczania się plemion, krzyżowania ras. Podróż od Chin po Turcję to wędrówka magiczna, która wydawała mi się czasem wędrówką do bajkowego świata z tysiąca i jednej nocy.
A sam jedwab? Oczami wyobraźni widziałam piękne, kolorowe i błyszczące szaty, w które odziani byli możni tamtego świata: bogaci władcy, piękne kobiety. Jedwab był luksusem, za który sporo płacono. Dziś tę wyjątkową tkaninę nikt już nie wozi karawanami, po handlowym szlaku pozostało jedynie wspomnienie, które odkrywa przez czytelnikami Thubron. Czyni to w sposób wyjątkowy i bardzo wnikliwy. Z detalami opisuje swoją ośmiomiesięczną podróż. Trasę przebywa różnymi środkami transportu. Jedzie autostopem, ciężarówkami, autobusami, a nawet na grzbiecie wielbłąda. Na swojej drodze spotyka ludzi, z którymi toczy bardzo ciekawe rozmowy. Poznaje wyjątkowy świat, który wciąż się zmienia. Przeszłość coraz bardziej zasypuje upływający czas, a autor okruchy dawnych czasów stara się ocalić od zapomnienia. Podróż tą drogą, podobnie jak i przed wiekami, nie zawsze jest bezpieczna. Brytyjczyka dotyka biurokracja, korupcja, ale i zwyczajna ludzka życzliwość i chęć pomocy. Piękne widoki, antyczne ruiny, zniszczone przez wojny osiedla niczym wielobarwna mozaika przesuwają się przed oczami czytelnika. Ta lektura urzeka pięknem wspaniałej prozy, zaryzykuję nawet śmiało stwierdzenia mistrzowskiej prozy.
To lektura niezwykle dopracowana, wręcz elegancko stworzony literacki portret wyjątkowej drogi, której wprawdzie dziś już nie ma w tym kształcie jak kiedyś, ale która istnieje w umysłach podróżników. Autor opisuje nie tylko przeszłość tych terenów, ale i przedstawia ich dzisiejsze oblicze. Zmiany, rewolucje ekonomiczne, upadki dyktatur i systemów. Prześliczna relacja z podróży starożytnym szlakiem od samego początku podbiła moje serce i roznieciła ducha przygody. W opisach nie brak nostalgii i melancholii, tęsknoty za tym, co już miało miejsce i pewnie nigdy nie wróci. Z prozą Thuborna bardzo łatwo uruchomić wyobraźnię, pobyć w odmiennej i tak egzotycznej rzeczywistości. Polecam tę literacką podróż romantykom, miłośnikom starożytności i tym, którzy doceniają przepiękną tkaninę powstałą z przędzy jedwabnika.
Książka zrecenzowana dla portalu Lubimy Czytać.


sobota, 25 lutego 2012

Stig Dagerman "Niemiecka jesień"


Wydawnictwo Czarne
data wydania styczeń 2012
stron 120
 ISBN 978-83-7536-344-9

Krajobraz po bitwie.


Hitler miał ambitne plany wobec narodów świata i Europy, chciał je podbić i podporządkować. Marzyło mu się, by Niemcy stali się królami wszechświata, a on sam bogiem, rządzącym niczym cesarz. Jednak hitlerowcy ponieśli srogą klęskę, terytorium Niemiec po ofensywie wojsk alianckich stało się jednym wielkim gruzowiskiem. Bombardowania i działania wojenne zrównały niemieckie metropolie z ziemią. Hitler przegrał, ale popełnił samobójstwo. Naród niemiecki został i musiał zmierzyć się z bolesną rzeczywistością, nędzą, głodem, chorobami, brakiem domów i szpitali, koniecznością przesiedleń. Dotknęło to nie tylko tych, którzy byli faszystami, ale także Niemców przeciwnych ideologii wyznawanej przez Hitlera. Wielu obywateli musiało przymusem zasilać szeregi armii i innych organizacji faszystowskich, po wojnie zaś zostali z tego rozliczeni.
Jesienią 1946, do powojennych Niemiec podzielonych na okupacyjne strefy, udaje się Stig Dagerman, korespondent szwedzkiej gazety. Ma za zadanie opisać niemiecką powojenną rzeczywistość, pokazać naród po klęsce nierealnych planów Hitlera. Świat ten pokazuje oczami człowieka, który nie osądza, ani nie ocenia, ale jak pełny profesjonalizmu korespondent rejestruje obrazy do bólu prawdziwe, realne i bardzo bolesne. Pokazuje niemieckie wsie i miasta, obywateli w różnym wieku. Prawie wszystkich, bez wyjątku trawi głód i nędza, brak środków do życia i dachu nad głową. Wśród Niemców szerzy się niemiłosiernie patologia. Czyny przestępcze, takie jak kradzież, są powszechne i nie są już oceniane negatywne. Trzeba przeżyć, nie czas na sentymenty i stosowanie kodeksu moralnego. Liczy się, by przetrwać kolejny dzień, by dotrwać do lepszych czasów. Prostytucja jest czymś, co pozwala na zjedzenie kawałka czekolady czy zapalenie papierosa. Wśród Niemek krąży przekonanie, że lepiej upaść, niż pójść na dno. Tak właśnie rozgrzeszany jest upadek moralności. Ludzie są przerażeni, otępiali i zagubieni. Wybory pokazują ich wahania i brak zdolności do tego, by budować demokrację. Rany wojenne zbyt bolą, głód zbyt mocno szarpie wnętrzności, klęska nie dociera do umysłu tych, którym obiecywano zwycięstwo i panowanie nad innymi narodami. A żyć trzeba. Bolesne „dziś” wrzyna się, niczym nóż w serce.
Tak właśnie Dagerman przedstawia powojenną rzeczywistość niemiecką. Relacjonuje bez emocji, bez upiększania. Pokazuje rozpacz, ból i wszelkie inne skutki klęski faszystów. Opisując zwykłe, ale konkretne osoby, przedstawia, jak klęska Rzeszy odbiła się na szarym obywatelu, na zwyczajnym zjadaczu chleba. Obrazy te są wstrząsające, pokazują wszystkie okropieństwa wojny, które dotyczą nie tylko narodów napadniętych, ale i tych którzy ponoszą klęskę.
Książka Dagermana to bezcenny dokument, to przekaz dla przyszłych niemieckich pokoleń, pokazujący, do czego doprowadziło szaleństwo faszyzmu. To przestroga dla tych, którzy kiedykolwiek w historii zamarzą o podboju innego kraju. Wojna niejedno ma imię, ale zawsze jest ono tragiczne. Zawsze boli i prowadzi do morza tragedii. Pokój to rzecz niezwykła i wyjątkowa. To bezcenny klejnot.
Czytając krótkie reportaże bardzo się wzruszyłam. Wiele emocji wywołały obrazy głodujących dzieci, mieszkających w przerażających warunkach, zapadających na zdrowiu, nie mogących się uczyć. Płaciły za niezawinione przez nich błędy rodziców. Nie zasłużyły na to!
Książkę polecam nie tylko tym, którzy interesują się historią II wojny światowej, ale także miłośnikom doskonałego reportażu. Niech pokaże prawdziwe oblicze powojennej rzeczywistości,
niech przestrzeże przed kolejnymi wojnami...

Za egzemplarz do recenzji dziękuję portalowi Lubimy Czytać i Wydawnictwu Czarne.

czwartek, 6 października 2011

Colin Thubron "Po Syberii"


Wydawnictwo Czarne
data wydania 25 sierpień 2011
stron 380
ISBN 978-83-7536-285-5

Syberia to niezwykła, tajemnicza kraina, która do niedawna była zupełnie niedostępna dla obcokrajowców. Dopiero po odwilży politycznej i rozpadzie Związku Radzieckiego możliwe jest jej zwiedzanie przez osoby zza granicy. Colin Thubron – znany brytyjski pisarz i podróżnik, laureat nagrody im Nicolasa Bouviera – swoje wrażenia z syberyjskiej eskapady opisuje w książce “Po Syberii”. Wydana jedenaście lat temu lektura dopiero jesienią bieżącego roku doczekała się polskiego wydania.
“Po Syberii” to lektura obowiązkowa dla miłośników literatury podróżniczej, fanów doskonałego reportażu i pasjonatów Rosji. Brytyjski podróżnik przemierza blisko 30 tysięcy kilometrów podróżując różnymi środkami komunikacji: koleją transsyberyjską, statkiem, samolotem, autobusem i samochodem, a wszystko po to, by dotrzeć do miejsc niedostępnych, takich “gdzie diabeł mówi dobranoc” i gdzie przyjazd kogoś z obcym paszportem urasta do wydarzenia dużej rangi, a rytm życia wyznaczają pory roku i surowy klimat.
Wędrówkę rozpoczynamy na Uralu, w mieście Jekaterynburg, gdzie znajduje się słynny dom kupca Ipatowa, w piwnicach którego stracono rodzinę Romanowów. Na kartach książki zagościmy m.in. w Omsku, Nowosybirsku, Krasnojarsku, Ułan Ude, przemierzymy ziemię ociekającą krwią więźniów gułagów Workuty i Kołymy oraz dotrzemy w góry Ałtaju, Sajany i nad Bajkał, by zakończyć podróż w Magadanie.
Pisarz, jako wnikliwy obserwator, bez ogródek opisuje bolesną, lecz ciekawą historię tego rozległego rejonu, który był kiedyś miejscem podbojów i zesłania, podnosi jego problemy i bolączki oraz przedstawia Czytelnikom wielu mieszkańców. Mieszkańcy Syberii to ludzie, którzy znaleźli się tu z różnych powodów- wielu z nich jest potomkami zesłańców, inni przyjechali tu za dobrze płatną pracą, obiecywaną przez władze radzieckie. Dziś, choć Syberię często określa się jako kwintesencję Rosji, bo oparła się wpływom z Zachodu, nie żyje się tu w dostatku i spokoju. I to wcale nie przez klimat... Wszelkie pomysły stworzenia centrum przemysłu i wykorzystania surowców naturalnych oraz nowoczesnej bazy naukowo- technicznej upadły wraz z rozpadem imperium Breżniewa i Stalina. Zabrakło funduszy i koncepcji na rozwój Syberii, na której zapanowała bieda. Ludzie pracują w dogorywających fabrykach, często nie otrzymując przez kilka miesięcy wynagrodzenia. Wśród mieszkańców panuje bieda, bezrobocie, beznadzieja i przygnębienie, a wielu topi smutki w alkoholu. Ludzie młodzi, nie widząc perspektyw, marzą o wyjeździe na Zachód lub do Stanów Zjednoczonych. Mimo fatalnej sytuacji bytowej po upadku komunizmu odrodziła się tu religia. Buduje się wiele świątyń, restauruje zniszczone cerkwie, bożnice i kościoły buddyjskie.
Czytając tę książkę poznajemy przeróżnych mieszkańców Syberii- bezdomnych, pracowników muzeów i bezrobotnych z kołchozów, naukowców i rybaków. Wszystkich łączy bieda i brak perspektyw na lepsze jutro. Z lektury wyłania się wstrząsający obraz uroczej krainy – cechującej się przepiękną przyrodą, różnorodnym krajobrazem, ale źle zarządzanej, stojącej u progu bankructwa i coraz bardziej zanieczyszczonej przemysłowo. Rzeki syberyjskie są tak brudne, że ich woda przestaje zamarzać nawet przy kilkudziesięciu stopniach mrozu.
Tragiczna historia, z której pozostały do dziś resztki ruin obozów pracy m.in. na Kołymie i w Workucie oraz w okolicach Bajkału pokazuje, jak wiele tysięcy ofiar pochłonęła ta ziemia, ilu ludzi straciło tu życie z głodu, chorób i katorżniczej pracy ponad ludzkie siły. Nie sposób czytać o tym bez wzruszenia i łez w oczach – tym bardziej, że na Sybir wywieziono tak wielu naszych rodaków.
Opowieść Thubrona czyta się jednym tchem mimo, że to lektura niełatwa. “Po Syberii” jest przepiękną gawędą o olbrzymim kawałku Rosji, pokazującą jego prawdziwe oblicze - to wczoraj i to dziś. Jeśli zatem chcecie udać się w fascynującą podróż do serca ojczyzny Puszkina i Tołstoja zachęcam do lektury książki, która na pewno na długo zostanie w Waszej pamięci. Nie sposób bowiem oprzeć się doskonałemu pióru autora i czarowi Syberii, a ta książka to fascynująca literacka podróż i niesamowite przeżycia. Dzieło Colina Thubrona w mojej ocenie zasługuje na najwyższe uznanie i oceny. Gorąco polecam.
Za egzemplarz do recenzji dziekuję serwisowi Lubimy Czytać i Wydawnictwu Czarne